Wydarzenia > Aktualności > Slider > Wydarzenia
Znakomity występ Karoliny Nadolskiej w olimpijskim maratonie!

Biegnąc w piekielnym upale i wysokiej wilgotności Polka Karolina Nadolska uzyskuje „negative split” i zajmuje wysokie, 14. miejsce w olimpijskim maratonie, rozegranym w Sapporo. Na dwóch pierwszych miejscach Kenijki, zaskakujące trzecie zajmuje Amerykanka.
Bieg Karoliny Nadolskiej (przed laty biegała pod panieńskim nazwiskiem: Jarzyńska) należy uznać za duży sukces, ale jest to osiągnięcie, które nie przebije się mocno do świadomości przeciętnego kibica. 14. miejsce, na dodatek dzień po tym, gdy niespodziewany złoty medal w chodzie zdobył Dawid Tomala, nie zrobi wrażenia na zwykłym Polaku. Tymczasem mówimy o najpopularniejszej obecnie biegowej konkurencji świata, zdominowanej w nieprawdopodobny sposób przez biegaczki z Afryki. Rekord Polski dzieli od rekordu świata nieprawdopodobne 12 minut, to ponad trzy kilometry biegu. Nasze biegaczki na liście światowej zajmują odległe miejsca, od lat nie było Polki w czołówce żadnego ważnego maratonu. Tymczasem Karolina nawiązała walkę z najmocniejszymi biegaczkami świata, dzięki dobrej taktyce i nabytemu przez lata doświadczeniu.
Na starcie, mimo godziny szóstej rano, było już 27 stopni Celcjusza, świeciło mocno słońce, panowała wysoka wilgotność. W miarę przebiegu dystansu warunki tylko się pogarszały, a pogoda zebrała straszliwe żniwo – aż 15 zawodniczek zeszło z trasy, w tym dwie faworyzowane Etiopki i jedna Kenijka. Karolina Nadolska potrafiła mimo to uzyskać negative split i przebiegła połówki w czasie 1:16:30 i 1:15:34, uzyskując na mecie czas 2:32:04. Polka na dodatek coraz bardziej się rozpędzała i przesuwała wyżej w klasyfikacji. Jej kolejne dyszki to 36:28 (58. miejsce), 36:03 (41. miejsce), 35:54 (27. miejsce), 35:44 (16. miejsce). Prawie 40-letnie polska zawodniczka wykazała się tym samym ogromną cierpliwością oraz doświadczeniem. Jej spokojna taktyka mogła przynieść jeszcze lepsze efekty, gdyby nie fakt, że czołówka także ruszyła bardzo ostrożnie. Gdyby któraś z młodych zawodniczek „podpaliła” się bardziej, z czołowej grupy na ostatnim etapie biegu mogłoby odpaść jeszcze więcej biegaczek. Tymczasem pierwsze 10 kilometrów czołówka pokonała w zaledwie 36 minut i 16 sekund – przy tak znakomitej obsadzie początki tego typu zdarzają się bardzo rzadko. Tym bardziej uzmysławia to, jak trudne warunki panowały w Sapporo. Ironią losu jest, że bieg przeniesiono na północ Japonii, aby ulżyć maratończykom i maratonkom, tymczasem w dzień startu kto wie, czy nie lepsze warunki panowały w samym Tokio.
Tak idealne rozłożenie tempa, jak u Karoliny, zdarza się w maratonie rzadko. To jednocześnie wskazówka dla naszych panów, startujących dzisiaj w nocy polskiego czasu – jak pobiec najskuteczniej. Dwie pozostałe Polki wypadły nieco słabiej. Aleksandra Lisowska, która wiosną tego roku wyrównała rekord Polski, zajęła 35. miejsce z czasem 2:35:33. Biegaczka ma jednak dość małe doświadczenie maratońskie, dlatego zaczęła bieg bardzo spokojnie i także zanotowała negative split. Jej połówki to 1:18:16 i 1:17:17. Odrobinę ambitniej zaczęła Angelika Mach, w 1:18:13 – i skończyło się osłabieniem, drugą połówką w 1:24:13, 59. miejscem i wynikiem na mecie 2:42:26.
Wynik Polek trzeba uznać za co najmniej przyzwoity, a w przypadku Karoliny – za wręcz znakomity. Natomiast z drugiej strony, Amerykanka Molly Seidel pokazała, czym różni się bieg o dobre miejsce od biegu o medal. Walcząc o medal, trzeba zaryzykować, a wtedy rośnie ryzyko, że skończy się to źle. Tempo maratonu olimpijskiego nie było wysokie, a mimo to biegaczki z czołówki padały w upale jedna za drugą. Cztery kilometry przed końcem zatrzymała się biegnąca wtedy na medalowej pozycji i doskonale wyglądająca Lonah Salpeter – Kenijka w barwach Izraela. Otworzyło to drogę do brązowego medalu Amerykance Seidel, biegnącej cały czas aktywnie, podkręcającej tempo i momentami prowadzącej peleton. 27-letnia Molly Seidel wydaje się mieć dużą przyszłość w maratonie, ale jej dotychczasowa życiówka nie jest imponująca – to tylko 2:25:13, przy 2:26:08 Lisowskiej i 2:26:31 Nadolskiej. Dla porównania, zwycięska Kenijka Peres Jepchirchir jest rekordzistką świata w półmaratonie w biegu tylko kobiecym (1:05:06), a jej maratońska życiówka to imponujące 2:17:16. W czerwcu Magazyn Bieganie przeprowadził krótką rozmowę z Peres, która zapowiadała walkę o złoto – do przeczytania tutaj. Druga na mecie była rekordzistka świata, Kenijka Brigid Kosgei, z życiówką 2:14:04 (!)

Mimo tych różnic, Molly Seidel wyglądała na tle rekordzistki świata znakomicie i wydaje się wręcz, że gdyby zaatakowała mocniej na ostatnim kilometrze, mogłaby zdobyć srebro. Amerykanka wydawała się jednak tak usatysfakcjonowana z powodu zdobycia medalu, że postanowiła nie ryzykować bardziej niż do tej pory. Do mety dobiegła 10 sekund za Kenijką. Rywalizacja pokazała jednak dylemat, przed którym stoją zawodniczki. Czy biec swoje, co rzadko kończy się medalem, ale może skutkować bardzo wysoką pozycją, jak w przypadku Karoliny Nadolskiej? Czy też ryzykować i biec z czołówką bez względu na wszystko? Wtedy można, jak Seidel, zdobyć medal, ale można też paść jak Salpeter, która ostatecznie doczłapała do mety na 66. miejscu. Na pewno w biegu takim jak ten decydujące jest przygotowanie do trudnych warunków. Molly Seidel trenowała w gorącej Arizonie, biegając mocno ubrana mimo upału – i adaptacja się opłaciła.
Innym ciekawym przypadkiem jest Australijka Sinead Diver, o której pisaliśmy tutaj i tutaj. 44-letnia matka dwójki dzieci, pochodząca z Irlandii, do niedawna pracująca na pełen etat, dobiegła do mety na fantastycznej, 10. pozycji! Doświadczonych biegaczek było zresztą w czołówce więcej. Dziewiąta dobiegła 41-letnia Kanadyjka Malindi Elmore, a jedenasta – 41-letnia Namibijka Helalia Johannes. Trzynasta – prawie 40-letnia Kanadyjka Natasza Wodak. W pierwszej czternastce było więc aż pięć zawodniczek mających 40 lat lub więcej. Z jednej strony pokazuje to zmiany, jakie dokonały się przez lata w maratonie, a także w dziedzinie treningu, sprzętu oraz odnowy biologicznej. Z drugiej – jak ważne w trudnych warunkach jest doświadczenie i znajomość własnego organizmu. Młode biegaczki wycinały się w wyniszczającej walce o medale, szarpiąc tempo, tymczasem blisko za ich plecami czaiły się weteranki, czekające na potknięcie mniej doświadczonych rywalek. Strategia weteranek nie dała medalu, ale miejsce w samej czołówce olimpijskiego maratonu w wieku 40 lat lub więcej to oszałamiające osiągnięcie.
Dzisiaj wieczorem, o godzinie 24 polskiego czasu, na trasę ruszą panowie. Po raz kolejny przekonamy się, co przyniesie lepsze owoce – czy walka od początku i trzymanie czołówki czy spokojny bieg równym, własnym tempem. A tym, którzy chcieliby sami sprawdzić się na trasie, w zdecydowanie lepszych warunkach niż w Sapporo, przypominamy, że trwają zgłoszenia do Maratonu Warszawskiego, który odbywa się 26 września. Wszystkie informacje na stronie Maratonu Warszawskiego. Pozostała resztka miejsc!