Amator na dopingu

Autor: Emil Wydarty • 10.07.2018
fot: istock.com

fot: istock.com

Czy sport poradzi sobie z problemem dopingu? Tego nie wiemy, ale w międzyczasie warto uświadomić sobie, że problem taki istnieje również wśród amatorów. Uświadomić i nie pozwolić odebrać sobie radości ze współzawodnictwa.

Artykuł pochodzi z miesięcznika BIEGANIE lipiec-sierpień 2017

prenumerata nowa

Wydawać by się mogło, że czas wielkich afer dopingowych w kolarstwie zawodowym dawno przeminął, a wspólne działania Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI) oraz Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) uzdrowiły kolarstwo i wprowadziły je na nowe, „czyste” tory. Co prawda zdarzają się pojedyncze wpadki dopingowe, ale i tak wszyscy klepią się po plecach i gratulują rozwiązania największego problemu, z jakim borykała się ta dyscyplina. Na tle kolarzy triathloniści wyglądają niemal jak aniołki. Ile głośnych afer dopingowych wstrząsało środowiskiem triathlonowym? Kojarzycie jakieś wielkie nazwiska, które zostały przyłapane na dopingu? Było ich raptem kilkanaście, może kilkadziesiąt, w tym jedno polskie. Czy w takim razie triathlon jest czystym sportem? Nie chodzi mi wyłącznie o zawodowców, ale przede wszystkim o amatorów.

Czy paszport biologiczny wystarcza?

Paszporty biologiczne miały rozwiązać problem dopingu u zawodowców. Okazuje się jednak, że nie są panaceum na wszystkie problemy związane z przyjmowaniem substancji zabronionych. Badania naukowe oraz śledztwa dziennikarskie pokazują, że odpowiednie mikrodawkowanie, na przykład erytropoetyny, czyli hormonu zwiększającego produkcję erytrocytów, pozwala na „oszukanie” paszportu biologicznego. Czerwone krwinki są odpowiedzialne między innymi za transport tlenu do mięśni, więc im ich więcej, tym więcej cząsteczek tlenu dostarczanego do mięśni, potrzebnego do wytwarzania energii. Erytropoetyna jest wykrywana w moczu i krwi jedynie przez krótki czas, więc paszporty biologiczne miały ułatwić wykrywanie stosowania między innymi tego hormonu nawet wtedy, gdy w moczu czy krwi nie znaleziono jej śladów.

Podobnie jest w przypadku mikrodawkowania hormonu wzrostu, kortykosteroidów, czy transfuzji krwi. Obowiązkowymi posiadaczami paszportów biologicznych są między innymi kolarze ekip dwóch najważniejszych dywizji kolarskich, czyli UCI World Teams i UCI Professional Continental Teams, oraz zawodowi triathloniści startujący w zawodach organizowanych pod patronatem Międzynarodowego Związku Triathlonu (ITU). Amatorów to jednak nie dotyczy. Amatorzy nie są także praktycznie w ogóle poddawani wyrywkowym badaniom antydopingowym. Jednak nawet i to nie byłoby problemem dla potencjalnego oszusta przy znajomości czasu, przez jaki określone związki farmakologiczne są wykrywane we krwi czy moczu. Już pobieżna analiza prowadzi do wniosku, że niewiele stoi na przeszkodzie, aby amator sięgnął po doping.

Amator na dopingu?

Można zadać sobie pytanie po co miałby to robić? W końcu jest amatorem. Powinien uprawiać sport zgodnie z zasadą barona Pierre’a de Coubertina, która mówi, że liczy się udział, a nie zwycięstwo. Jednak spora część osób stających na starcie imprez triathlonowych ma w głowie walkę o zwycięstwo, choćby w kategorii wiekowej, w zawodach „dookoła trzepaka”. Nieważne, z jakich powodów. Zresztą nie ma znaczenia, z jakiego powodu, po prostu jedni chcą się ścigać, a inni uczestniczyć i nie ma w tym nic złego. Sporo zależy więc od moralności i motywacji zawodnika. Żyjąc w społeczeństwie, w którym istnieje milczące przyzwolenie na ściąganie na sprawdzianach, kradzież treści w internecie, łamanie przepisów w ruchu drogowym, czy nieprzestrzeganie zakazu draftingu, bardzo łatwo wytłumaczyć sobie, że stosowanie dopingu farmakologicznego, czy mechanicznego ma „niską szkodliwość społeczną”.

Dla osoby odnoszącej sukcesy zawodowe, które przekładają się na odpowiednią zasobność portfela, zakup zabronionych substancji, czy wspomagania technicznego nie będzie stanowić problemu, zarówno finansowego, jak i moralnego. Idealnym wytłumaczeniem tego drugiego może być chęć jak największego i najszybszego stopnia zwrotu z inwestycji czasu przeznaczonego na trening i pieniędzy na uprawianie sportu.

Mikrodawkowanie

Wydaje się, że to jeden z większych problemów, jeśli chodzi o wykrywanie dopingu farmakologicznego u zawodowców. Niezależne źródła pokazują, że metoda ta może być skuteczna, jeśli chodzi zarówno o zapewnianie oszustowi przewagi nad rywalami, jak również wykrywanie stosowania substancji zabronionych. Jest to jednak nic w porównaniu ze zorganizowanym i zabezpieczanym przez krajowe związki sportowe i agencje antydopingowe masowymi programami faszerowania sportowców. Nie chodzi mi tu o czasy Związku Radzieckiego, czy Niemieckiej Republiki Demokratycznej, a o niedawne przypadki Rosji, czy podejrzenia padające między innymi na Chiny i Koreę Północną.

W raporcie opublikowanym w lipcu 2016 Richard McLaren ujawnia cztery przypadki pozytywnych wyników badań antydopingowych rosyjskich triathlonistów (w latach 2011-2015), w których podmieniono próbki na „czyste”. Dla porównania, w rzeczonym okresie „zatuszowano” 139 wpadek dopingowych rosyjskich lekkoatletów, 26 wpadek kolarzy i 18 wpadek pływaków. Dzień przed gdyńskimi zawodami Ironman 70.3 w 2016 roku na odprawie zawodników elity rosyjski zawodnik zapytał organizatora, czy planowane są badania antydopingowe, na co organizator odpowiedział przecząco. Kilka tygodni później amerykańska agencja antydopingowa USADA poinformowała świat, że w organizmie owego zawodnika dwukrotnie wykryto meldonium.

Co prawda meldonium na liście substancji zakazanych znalazło się 1 stycznia 2016 roku, a zawodnik twierdził, jakoby odstawił jego stosowanie w październiku 2015 roku, ale brak badań nad utrzymywaniem się meldonium w organizmie od zaprzestania jego stosowania działał na korzyść zawodnika i został on zdyskwalifikowany jedynie z zawodów, podczas których w jego organizmie znajdowała się ta substancja. Wspomniana sytuacja z Gdyni pokazuje jednak, że być może więcej było na rzeczy, niż zaprzestanie stosowania w październiku 2015 roku.

A co z amatorami?

Kiedyś doping farmakologiczny dla amatorów był co najmniej ciężko dostępny. Nie dość, że trzeba było znaleźć źródło, które dostarczyło zabronione substancje, to jeszcze mieć dostęp do wiedzy, jak je stosować i jak na nich trenować. O kosztach nawet nie wspominam. W dobie internetu nic nie stoi na przeszkodzie, aby substancje zabronione zamówić bez wychodzenia z domu. Wystarczy około 1300 złotych i możemy kupić sześć jednomililitrowych ampułkostrzykawek EPO.

Za trzy tygodnie dotrze do nas niepozorna paczka z Dalekiego Wschodu. Znając język angielski w kilka godzin zdobędziemy wiedzę niezbędną do ułożenia planu „wspomagania”. Najlepszym dowodem na popularność dopingu farmakologicznego u amatorów są wyniki anonimowej ankiety przeprowadzonej na 2997 uczestnikach zawodów serii Ironman w Niemczech w 2013 roku. 13 proc. ankietowanych przyznało się do stosowania dopingu wydolnościowego (erytropoetyna, hormon wzrostu, kortykosteroidy itp.), 15 proc. do stosowania dopingu kognitywnego, czyli stymulowania mózgu w celu poprawy koncentracji (antydepresanty, beta-blokery, modafinil, metylofenidat itp.), 10 proc. do stosowania zarówno dopingu wydolnościowego, jak i kognitywnego, a 20 proc. amatorów uczestniczących w Mistrzostwach Europy Ironman we Frankfurcie przyznało się do stosowania dopingu wydolnościowego.

A przecież ciągle się rozwijamy…

Mamy rok 2017 i te liczby zapewne wzrosły, a kontroli dopingowych amatorów nie przybywa. Owszem, w ciągu ostatnich dwóch lat zdarzyło się kilka przypadków pozytywnych wyników kontroli dopingowych wśród amatorów, ale to jest tylko wierzchołek góry lodowej. Wyrywkowe badanie antydopingowe amatorów na krajowych imprezach triathlonowych praktycznie nie istnieje. Jeśli już ktoś jest badany, to zwycięzcy imprez rangi mistrzowskiej. Koszt przebadania jednej osoby to mniej więcej 2000 złotych, które musi zapłacić organizator imprezy. Nie rozminę się z prawdą, jeśli stwierdzę, że żadnemu z organizatorów nie zależy na takim wydatku. Czasami ich działania ograniczają się do zapowiedzi wyrywkowych badań antydopingowych, które i tak nie są przeprowadzane. Lepiej żyć w przeświadczeniu, że wszyscy są „czyści”.

Komisja do Zwalczania Dopingu w Sporcie, czyli krajowa agencja antydopingowa, prowadzi programy edukacyjne o zjawisku dopingu w sporcie i zagrożeniach wynikających ze stosowania substancji zabronionych i nieodpowiedniego stosowania suplementów diety. Problem jednak w tym, że programy te kierowane są do sportowców wyczynowych, ich trenerów i personelu medycznego, młodych zawodników u progu zawodowej kariery, ich trenerów i rodziców oraz młodzieży gimnazjalnej i licealnej. Zupełnie tak, jakby Komisja nie zauważała albo nie miała świadomości problemu dopingu w sporcie amatorskim. A skutki stosowania dopingu farmakologicznego mogą być zabójcze.

Jakie jest ryzyko?

Stosowanie erytropoetyny zwiększa lepkość krwi, ryzyko nadciśnienia tętniczego oraz ryzyko występowania zakrzepów i zatorów w płucach, mózgu i sercu. Hormon wzrostu oprócz zaburzenia wzrostu wpływa na pogorszenie pracy wątroby, tarczycy i przysadki mózgowej. Co więcej, większość z wymienionych substancji zwiększa podatność na infekcje i ryzyko wystąpienia nowotworów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ryzyko, że substancja, którą mamy zamiar sobie zaaplikować, jest czymś zupełnie innym bądź jest skażona. Potencjalnie sporo do zyskania, ale jednak znacznie więcej do stracenia. Niektórzy jednak są gotowi na taki hazard.

Doping mechaniczny

O ile dla części potencjalnych oszustów doping farmakologiczny może być zbyt ryzykowny, a chwilowe „zyski” nie będą warte stawiania na szali swojego zdrowia, czy wręcz życia, to doping mechaniczny wydaje się całkowicie bezpieczną formą oszustwa. Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę jego dostępność i stosunkowo niewysoką cenę. Okazuje się, że wcale nie trzeba być Adamem Słodowym i mechanikiem z zacięciem konstrukcyjnym, aby wyposażyć swój rower w silnik elektryczny.

Bodaj najbardziej przystępnym rozwiązaniem jest silnik niemieckiej produkcji Vivax Assist. Po pierwsze dlatego, że może go zamówić przez internet każdy. Wystarczy zapłacić 2699 euro lub więcej, a instalacją systemu zajmie się certyfikowany serwis. System ten ma jednak pewne ograniczenia w wersji standardowej. Otóż rura podsiodłowa musi mieć na całej swojej długości przekrój o średnicy 31,6 lub 30,9 mm. Na osi korby (standard Shimano) umieszczono przekładnię zębatą połączoną z silnikiem, który jest zasilany z baterii o pojemności 6 lub 9 Ah umieszczonej w torebce podsiodłowej lub bidonie. System ten generuje 200 watów przez 60 lub 100 minut (w zależności od pojemności baterii) i jest uruchamiany za pomocą bezprzewodowego włącznika. Krótka wymiana wiadomości z producentem pokazała, że możliwe jest wykonanie takiego wspomagania dla rowerów (także czasowych) z niekompatybilnymi rurami podsiodłowymi za dodatkową opłatą. Można także zdecydować się na zakup gotowego roweru, czy ramy wyposażonej w system Vivax Assist w cenie od 4999 euro wzwyż. Do tego dokładamy kilkaset złotych na przemalowanie ramy i mamy rower elektryczny, którego na amatorskich imprezach nikt badać nie będzie.

Vivax nie jest jedyną firmą oferującą silniki do rowerów szosowych i czasowych, ale jest jedną z dwóch firm robiących to tak otwarcie. Ta druga, to oferująca gotowe rowery monakijska Typhoon Bicycles. Kilka godzin szperania w internecie i zlecenie instalacji podobnego systemu można złożyć w kraju.

Silniki w ramach nie są jedyną formą dopingu mechanicznego. Innym rozwiązaniem są elektromagnetyczne koła, jednak ich cena jest poza zasięgiem większości amatorów, nawet tych z grubym portfelem, jako że należy za nie wyłożyć około 200 tysięcy euro. W zamian dostajemy po półrocznym okresie oczekiwania (aż tak popyt przewyższa podaż!) tylne koło generujące od 20 do 60 watów dodatkowej mocy.

Smutne, ale prawdziwe

Nie ma się co oszukiwać, można śmiało stwierdzić, że na mecie nie mamy pewności, czy aby nie zostaliśmy pokonani przez oszusta. Jeszcze do niedawna doping był domeną wyłącznie profesjonalistów, ale jak widać po przytoczonych przykładach, chyba na dobre zadomowił się wśród amatorów. Na spektakularne wpadki dopingowe amatorów na krajowym podwórku bym jednak nie liczył, ponieważ system kontroli antydopingowych dla amatorów nie istnieje, a nawet gdyby istniał, to i tak można by go w bardzo łatwy sposób ominąć. Najbardziej zatrważające jest jednak to, że szans na poprawę sytuacji nie widać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger