Iga Baumgart-Witan: „Gdybym nie stanęła ponownie na bieżni, to byłby największy błąd mojego życia”

Fot: Paweł Skraba

Fot: Paweł Skraba

Po sukcesie na Mistrzostwach Europy nasza biegaczka zakończyła sezon i udała się na zasłużony odpoczynek. W rozmowie z Jarkiem Więcławskim Iga Baumgart-Witan opowiedziała o kulisach występu w Berlinie, treningach z mamą oraz dobrych wynikach polskich lekkoatletów.

Dwa rekordy życiowe na jednej imprezie, piąte miejsce w Europie indywidualnie i złoto w sztafecie. Trudno było chyba sobie wyobrazić powrót z Berlina z lepszym dorobkiem.

Jeszcze można było zdobyć medal indywidualnie, to byłby lepszy dorobek. Jak widać na razie nie byłam na to przygotowana, ale byłam gotowa na czas 51,24 co pozwoliło mi zająć piąte miejsce. Z tego wyniku jestem zadowolona.

Przed ME można było przeczytać, że Justyna Święty może mieć problem, bo będzie biegła dwa finały jednego dnia. Tymczasem w finale pobiegły dwie Polki. Z jakim nastawieniem jechała Pani do Berlina? Finał był marzeniem, celem czy może czuła się Pani pewnie i uważała, że awans do ósemki jest pewny?

Chciałam powalczyć o rekord życiowy, a z dziewczynami w sztafecie o złoto. Nie było też tak, że na pewno wygramy, ale chodziło o to, aby zrobić swoje – indywidualnie i w drużynie. Nie zastanawiałam się, co z tego wyniknie, tylko chciałam pobiec najlepiej jak potrafię. Dopiero na miejscu okazało się co z tego wyjdzie, a wyszło całkiem fajnie.

Jak wyglądała przerwa pomiędzy finałowym biegiem na 400 metrów indywidualnie a sztafetą?

Była to krótka przerwa. Starałam się możliwie jak najszybciej dojść do siebie. Po biegu poczekałam aż Justyna udzieli ostatniego szybkiego wywiadu po zdobyciu medalu. Wcześniej przedostałam się do strefy, gdzie były nasze rzeczy i ubrania. Ubrałam się i czekałyśmy na meleksa, który przewiezie nas na stadion rozgrzewkowy. Pierwsze pół godziny było bardzo trudne. Nie czułyśmy się najlepiej. Bolały nas brzuchy, bo był to duży wysiłek. Byłyśmy bardzo zmęczone. Próbowałyśmy się wzajemnie wspierać. Chyba bardziej wspierałam Justynę, bo ona była naprawdę wyczerpana. Po przebiegnięciu mety od razu miałam zapadkę w głowie, że zaraz sztafeta, muszę pobiec drugi raz i koniec. Tylko o tym myślałam. Być może to pomogło mi w szybszej regeneracji. Po około 40 minutach byłam w stanie normalnie rozmawiać, ruszać się, a nawet trochę potruchtałam i porozciągałam się.

W którym momencie było jasne, że na pewno wystartuje Pani w finale sztafety? Długo trwało podjęcie decyzji?

Po biegu indywidualnym, po zejściu z bieżni weszłam na schodki, gdzie czekają reporterzy. Trener stał na trybunie i krzyknął do mnie, że bardzo ładnie, gratuluje i „Iga, bez ciebie sztafeta nie pobiegnie, dasz radę”. Kiwnęłam tylko głową. Dopiero jak wróciłyśmy na stadion rozgrzewkowy, to trener pytał jak się czujemy, czy wszystko w porządku. Wtedy pewnie podejmował decyzję. Po tym co trener krzyknął do mnie z trybun, wiedziałam, że na pewno pobiegnę w sztafecie i nie powiem przed startem „nie, trenerze nie mam siły, nie biegnę”. Po minięciu mety wiedziałam, że będę gotowa biec dalej.

Przebiegnięcie w tak krótkim czasie dwa razy tego samego dystansu było sporym wyzwaniem. Pobicie rekordu w finale musiało dać w kość organizmowi, ale było chyba również doskonałą motywacją do startu w sztafecie.

To był mój trzeci bieg, bo brałam udział jeszcze w eliminacjach na 400 metrów. Mimo że był to kolejny start, udało mi się zrobić życiówkę. Na pewno euforia pomogła, ale nie była to aż tak wielka euforia, bo jednocześnie byłam dopiero piąta. Przebiegłam metę, zobaczyłem czas, ale w ogóle się nim nie przejęłam. W głowie miałam już, że muszę biec dalej. Nie myślałam o wyniku, bo nastawiłam się na dwa biegi.

Nie wiem czy porównywanie tych sukcesów ma sens, ale zastanawiała się Pani nad tym, co ma większą wartość – wysokie miejsce indywidualnie, rekord życiowy czy triumf w sztafecie?

Zdecydowanie bieg indywidualny. Mimo że to piąte miejsce, to ma większą wartość niż sukces w sztafecie.

Po poprzednich IO, w Rio de Janeiro, zastanawiała się Pani nad zakończeniem kariery. Co wpłynęło na zmianę zdanie?

Wiedziałam, że nie zdobyłam jeszcze tego, co mogłam potencjalnie zdobyć. Byłam całkiem niezła, ale jeszcze nie na tyle, żeby skończyć biegać. Wiele lat pracy było za mną, ale wiedziałam, że jeszcze przede mną są lata, które wykorzystam. Moi rodzice i mąż namówili mnie, abym została i powalczyła o siebie. Podjęłam rękawicę, uznaliśmy, że co roku będziemy zastanawiać się, co dalej. Jesienią z powrotem zaczęłam trenować, przygotowywać się, jeździć na obozy i ze startu do startu zostałam aż do dzisiaj.

Dwa ostatnie lata pokazują, że to bardzo dobra decyzja.

Jak się okazało, gdybym nie stanęła ponownie na bieżni, to byłby największy błąd mojego życia.

Co Pani zdaniem jest najmocniejszą stroną naszej sztafety?

Najmocniejszą stroną jest to, że szybko biegamy. Ktoś mi mówił, że „pitolimy” o tym, jakie to z nas przyjaciółki i jak jesteśmy zgrane, ale tak naprawdę, gdybyśmy nie miały dobrych wyników, to nic by z tego nie było. To prawda, bo gdybyśmy były najlepszymi przyjaciółkami na świecie, a biegały wolno, to nie byłybyśmy najlepsze w Europie. Na pewno wpływ ma też to, że jesteśmy czterema równymi dziewczynami, na podobnym poziomie, a nawet sześcioma. Przy okazji także to, że bardzo się lubimy, cenimy i ufamy sobie. Teraz po biegu indywidualnym dziewczyny widziały, w jakim jesteśmy z Justyną w stanie, a mimo to zaufały nam, że za półtorej godziny wstaniemy i razem z nimi będziemy w stanie wywalczyć medal.

Jak ważną rolę w sztafecie odgrywa trener Aleksander Matusiński?

Przede wszystkim trenuje nas na co dzień, choć nie wszystkie, bo ja współpracuję ze swoją trenerką. Scala grupę, nie faworyzuje żadnej z nas, co na pewno byłoby nie w porządku. Gdyby źle zachowywał się wobec nas, to też miałybyśmy z tym problem, pewnie kłóciłybyśmy się między sobą. Jest dobrym psychologiem, a także selekcjonerem. Z sześciu dziewczyn musi wybrać czwórkę na finał. Musi podjąć trudną decyzje – jest od tej czarnej roboty.

Za rok MŚ, ale wielu sportowców wybiega dalej w przyszłość i już myśli o IO w Tokio. To na pewno cel również naszej sztafety. Możemy na tej imprezie włączyć się do walki o medale?

Na pewno możemy. Przed startem na IO każdy jest równy. Będziemy walczyły, damy z siebie wszystko, na co będzie nas stać w danym momencie, ale nie możemy przewidzieć, co zrobią rywalki. One również mogą dać z siebie wszystko, a to ich wszystko może być dużo lepsze niż nasze. My zrobimy co w naszej mocy, ale przeciwniczki nie śpią. Każdy przez najbliższe dwa lata będzie walczył o najwyższą formę w Tokio.

Na co dzień trenuje Pani z mamą. Jaką trenerką jest Iwona Baumgart?

Wymagającą, niepobłażającą i jedną z najlepszych w Polsce.

Relacje trener-zawodnik udaje się oddzielić od relacji prywatnych? Czy jednak oba światy przenikają się i również przy domowym obiedzie rozmawiacie o biegach?

Wiadomo, że rozmawiamy w domu o sporcie. To jest nieuniknione, bo to nasze życie i praca. Staramy się też oczywiście mówić o innych tematach, choć to bywa trudne. Mama jest trenerką, ja jestem zawodnikiem, tata jest prezesem klubu, a mąż piłkarzem. Sport jest u nas non-stop. W domu mama jest jednak mamą, a na treningu trenerką. Zdarza się, że jak mam ciężki dzień, to na treningu powiem „mamo, popuść trochę treningu”, ale ona nie nadaje się na to nabierać.

Z ME po raz trzeci wracamy z 12 medalami. W Berlinie reprezentacja zaprezentowała się bardzo dobrze, ale nie tylko ze względu na krążki, ale także z powodu wysokich miejsc innych zawodników. Dobre występy Polaków, którzy uplasowali się za podium pokazuje ogromny potencjał, bo przecież już z tych mistrzostw mogliśmy wyjechać z większym dorobkiem, a wielu zawodników świetnie rokuje na przyszłość.

Kilka medali nam umknęło, choćby przez wypadki losowe. Nie każdy wystąpił też na swoim najwyższym poziomie, co zdarza się w sporcie. Naszym dyskobolom nie udało się awansować do finału. Karol Hoffmann nabawił się kontuzji. Nasi tyczkarze mogli mieć nawet złoto i srebro, ale poziom był kosmiczny. Na 400 metrów podobnie – dwa lata temu mój wynik dawał srebrny medal. Było dużo czwartych i piątych miejsc, startów Polaków w finale. Potencjalnie już teraz mogliśmy zdobyć więcej medali, ale to też bardzo dobrze rokuje na przyszłe lata. Jeśli wszyscy będą zdrowi i trenowali tak jak trenują, to możemy być światową potęgą w lekkoatletyce.

Sporo w ostatnich latach zmieniło się też w polskich biegach. Z lekkoatletycznych imprez przywoziliśmy częściej medale wywalczone przez zawodników w rzutach, pchnięciu kulą czy skoku o tyczce. Był jakiś przełomowy moment, który odpowiada za większą liczbę sukcesy naszych biegaczy?

Myślę, że to nie jest tak, że nagle jest jakiś strzał i biegacze przodują. To są lata ciężkiej pracy, które teraz przyniosły skutek. Mniej więcej jesteśmy w podobnym wieku. To co wypracowaliśmy w juniorach, młodzieżowcach, teraz przynosi efekty. W Polsce nie ma czegoś takiego jak w USA czy Rosji, gdzie wielu zawodników złapano na dopingu. Oni już za juniora robili bardzo dobre wyniki, bo wspomagali się niedozwolonymi środkami. My robimy swoje, trenujemy bardzo ciężko, bez niedozwolonego wspomagania. Przygotowujemy się w ciszy, a z roku na rok są coraz lepsze efekty. Dojrzewamy do tych wyników. Wielu będzie zawodników, którzy nie są zbudowani jak maszyny dzięki dopingowi, tylko robi swoje.

Rok temu pobiegła Pani poniżej 52 sekund, teraz już 51,24. Zastanawia się Pani nad pobiciem kolejnej granicy (51 sekund) i tego, kiedy jest to możliwe?

Oczywiście, że tak. W mojej głowie ten wynik był już dawno temu. Przez kontuzje, przez to, że nie byłam od początku prowadzona tak jak trzeba, nie było corocznego progresu, dopiero teraz przyszły najlepsze wyniki. Ten wynik, 51 sekund, powinnam biegać parę lat wstecz. Teraz muszę próbować robić to z roku na rok. To będzie trudne. Przez dwa lata udawało mi się, ale nie wiadomo co będzie dalej. Może zatrzymam się na tym wyniku. Jeżeli będą zdrowa, a z pracą treningową wszystko pójdzie tak jak należy i poukładam sobie wszystko w głowie, to myślę, że będą w stanie to pobiec. Na to musi złożyć się jednak wiele czynników. Trzymajmy kciuki, żeby tak było.

W kontekście naszego występu na 400 metrów dużo mówiło się na tych ME o postaci Ireny Szewińskiej.

Akurat tak się złożyło, że pani Irena odeszła od nas w tym roku, a my zaczęłyśmy odnosić fajne sukcesy. Może to dzięki niej udało nam się, bo gdzieś nad nami czuwała, żeby wszystko poszło po naszej myśli. Może dlatego tak szybko z Justyną dałyśmy radę dojść do siebie. Zastanawiałyśmy się z dziewczynami czy z góry na nas patrzy. Mam nadzieję, że tak jest. Daleko nam do wyników pani Ireny. W tej chwili żadna z Polek nie jest w stanie pobiec takiego rezultatu, ale przynajmniej w sztafecie możemy próbować zdobywać medale na 400 metrów. Jeśli nie wynikowo, to chociaż medalowo będziemy próbować gonić panią Irenę.

Jednym z celów, jakie przed sobą ma sztafeta, jest też z pewnością rekord Polski.

W sztafecie będziemy próbowały, bo indywidualnie będzie bardzo ciężko. Jest to do zrobienia, ale musi się na to złożyć wiele czynników. Bieg musi się dobrze ułożyć, wszystko musi iść po sznurku, nie może być przepychanek, które często odbijają się na wyniku. Ktoś komuś zabiegnie drogę, trzeba przyhamować, a wynik jest wypaczony. Wszystkie dziewczyny muszą dać z siebie wszystko. Każda z nas musi być w swojej najlepszej dyspozycji życiowej. Jak się nie uda, trudno, będziemy musiały to przeżyć, ale dobrze byłoby go pobić, bo parę lat ten rekord już ma.

W Berlinie przeszkodą było przygotowanie zawodów – dwa finały na 400 metrów tego samego dnia uniemożliwiały bardzo dobry wynik w sztafecie.

Zdecydowanie. Nie pobiegłyśmy wybitnych czasów na swoich zmianach, na co wpływ na pewno miało zmęczenie. Nie wiem czy gdybyśmy były świeże, tego samego dnia nic nie biegały, to byłybyśmy w stanie pobiec rekord. Brytyjki były dużo szybsze wynikowo od nas, nie biegały w finałach, a mimo to były wolniejsze od nas. Możemy tylko gdybać. Program zawodów na pewno trochę wypaczył nasz wynik w sztafecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger