fbpx

Jasiek Mela: Czasem lubię się po prostu sponiewierać

Jasiek-Mela-triathlon-2

Fot. Materiały prasowe

Nowym ambasadorem Herblife Ironman 70.3 Gdynia został Jasiek Mela – najmłodszy zdobywca dwóch biegunów na świecie. Zapytaliśmy go, dlaczego zdecydował się na start, z jakimi dodatkowymi trudnościami się boryka, jak będzie wyglądał jego rower i czy wie, na co się pisze.

 

Czy zanim odezwał się do ciebie organizator triathlonu wiedziałeś, “z czym to się je”?

– Wiedziałem. Co prawda nigdy nie uprawiałem tego sportu, ale parę lat temu przygotowując się do maratonu, poznałem wielu ludzi zajaranych triathlonem. Właśnie ze względu na to po pierwszej rozmowie z Michałem Drelichem bardzo się wahałem. Około dwóch miesięcy zajęło mi podjęcie decyzji, że wystartuję w Gdyni i zostanę ambasadorem tych zawodów. Wiedziałem, że to nie są przelewki. Szanuję siebie i nie chcę robić rzeczy pod publikę. To jest duży dystans, ale jest też tak, że aby ukończyć te zawody w limicie, można to zrobić, mówiąc brzydko, “na krzywy ryj”. Troszkę sobie potrenować i wystartować. Dotrzeć ledwie żywym do mety. Tylko że nie o to chodzi.

A o co chodzi, według ciebie?

– Sport powinien być czymś przemyślanym. Czymś, co uprawia się z głową, zdrowo się prowadząc. Dlatego wiedziałem, że moment, w którym zgodziłem się zostać ambasadorem, to była również chwila, w której zdecydowałem się na zmianę w moim życiu. Wiedziałem, że będę regularnie trenował, przygotowywał się i jeśli nie pojawi się kontuzja, to przekroczę linię mety, bo wiem, że będę dobrze przygotowany.

Do biegania potrzebuję specjalnej protezy. Maraton przebiegłem w normalnej i to był duży błąd, bo obtarłem sobie nogę do krwi.

To nie przygotowywałeś się zanim oficjalnie ogłoszono, że zostaniesz ambasadorem?

– Nie.

No to nie masz za wiele czasu. Nie obawiasz się, że ci go zabraknie?

– Powiem tak – strach jest rzeczą naturalną i potrzebną. Pomaga unikać niebezpieczeństw. W tym wypadku jednak nie mam się czego bać. To dla mnie ciekawe wyzwanie. Z wiedzą, że do startu się przygotowuję, jestem spokojny. Nie robię tego żeby osiągnąć konkretny wynik, ale zależy mi na tym żeby być dobrze przygotowanym. I żeby kończąc te zawody być pewnym, że jest to tylko część mojego treningu i nie zaprzestanę go. Z maratonem mam takie doświadczenie. Przygotowywałem się do niego przez pół roku, ale po zawodach miałem dość biegania. A potem minęło naprawdę dużo czasu, zanim znowu wyszedłem pobiegać. Chcę, żeby w tym wypadku było inaczej. Absolutnie nie chcę nazywać tego początkiem kariery triathlonowej, ale chciałbym, żeby start w Gdyni był jednym z wielu. Żeby to był element mojego życia na stałe. Chcę trenować ze względu na swoje zdrowie.

Nie przerasta cię trochę ogrom treningu, jaki robi się w triathlonie? Godzenie trzech dyscyplin, treningi zakładkowe?

– Nie ma co ukrywać, to jest bardzo czaso- i pracochłonna rzecz. Dla mnie, żeby zrobić sobie dzień złożony z treningu trzech dyscyplin na zakładkę – jest nierealne. Mając pracę znaleźć w tygodniu chociaż jeden taki dzień to czasem zbyt wiele, pochłonęłoby to około ośmiu godzin. Pracę trzeba dostosować pod treningi. Mało kto w Polsce ma taki komfort, że ma sponsora i może zajmować się wyłącznie triathlonem. To nie jest piłka nożna, gdzie są ogromne pieniądze. Dlatego większość osób triathlon traktuje jak dodatek.

Do lemondki trzeba będzie zamontować oba hamulce i dźwignie zmiany przerzutek. Podchodzimy do tego profesjonalnie. Nie chcemy, żebym po zawodach trafił na przykład na rehabilitację kręgosłupa.

Byłeś na zgrupowaniu na Majorce, teraz już trenujesz regularnie? Jak wygląda twój reżim treningowy?

– On się tak naprawdę dopiero rozkręca, dlatego że w moim wypadku jest sporo przeszkód technicznych. Najmniej jest ich przy pływaniu, bo chociaż mam przygotowywaną specjalną piankę, to trenuję bez niej. Ale już do biegania potrzebuję specjalnej protezy. Maraton przebiegłem w normalnej i to był duży błąd, bo obtarłem sobie nogę do krwi. Na dniach spotykam się z moim protetykiem w Łodzi i zaczynamy przygotowywanie nowej protezy. Tydzień temu z kolei odebrałem rower triathlonowy, który dostosowujemy. Trzeba zrobić do niego małą protezę, zdecydować z jaką kierownicą będę jechał, wybrać pozycję na rowerze, żeby była dla mnie swobodna i naturalna.

Skomplikowane…

– Na co dzień jak biegam czy jeżdżę na rowerze MTB, to robię to bez specjalnego sprzętu. Na rowerze trzymam sztywną kierownicę jedną ręką, mam tylko manetki zamonotwane z lewej strony. Przy takiej jeździe, kiedy robię sobie przerwy, jest wszystko w porządku. Na Majorce zauważyłem, że na rowerze triathlonowym, gdy trzymam prostą kierownicę, po godzinie jazdy czy dwóch czuję, że bardzo cierpnie mi ręka. Do tego stopnia, że kiedy przerzucałem przerzutki albo zaciskałem hamulec, musiałem patrzeć na palce, bo kompletnie ich nie czułem i nie wiedziałem czy rzeczywiście wykonuję daną czynność. Przy dłuższym jeżdżeniu może to się też odbijać na moim kręgosłupie. Dlatego pewnie docelowo będę jeździł z lemondką. Tylko to znowu rodzi komplikacje, bo do tej lemondki trzeba będzie zamontować oba hamulce i dźwignie zmiany przerzutek. Podchodzimy do tego profesjonalnie. Nie chcemy, żebym po zawodach trafił na przykład na rehabilitację kręgosłupa.

Powiedz coś więcej o specjalnej piance. Czym się będzie różnić od zwykłej?

– Przede wszystkim będzie tak skrojona, że w miejscu po prawej stronie będzie kończyła się na wysokości połowy prawego ramienia i prawego podudzia. Jak ona będzie wykonana, nie wiem, bo dopiero mam się spotkać ze specjalistą. Słyszałem, że jest możliwość, żeby pianka miała w różnych miejscach różną grubość. To znaczy, jeśli po prawej stronie rękaw jest krótszy, to może być na tyle grubszy, żeby masa pianki była równa po obu stronach. Dzięki temu wyporność będzie taka sama.

Brzmi jak gadżety przygotowane specjalnie dla agenta 007.

– Może, choć przy każdej z dyscyplin do sprzętu mam podejście jak najbardziej minimalistyczne. Dlatego jak proponowano mi na przykład, żebym płynął ze specjalną płetwą, bo moja niepełnosprawność może mnie do tego klasyfikować, odmówiłem. Skoro radzę sobie na basenie bez pianki, bez płetwy. Zamiast urwać kilka sekund, wolę mieć poczucie pełnej satysfakcji.

Jak zaplanuję sobie z kolegami sobotę i będziemy pili whisky, to zrobimy tyle i nic więcej. A jak zaplanuję weekend z kolegami i pójdziemy w góry, pojeździmy na rowerze, to zrobimy coś znacznie więcej. A i tak spędzimy miło razem czas.

A jak wygląda twój trening?

– Docelowo chciałbym dwa, trzy razy w tygodniu zrobić trening na zakładkę – przede wszystkim rower i basen. 4,5 godziny jazdy na rowerze w terenie i 1,5 godziny pływania. Tylko to znowu wszystko nie jest tak proste. To nie jest 6 godzin. Rower trzeba wrzucić do  samochodu, wyjechać poza miasto, potem złożyć, na basenie się przebrać. Jakbym do tego dorzucił bieganie to zajmie mi to cały dzień. Czyli jadłbym śniadanie, wychodził na trening i wracał dopiero na kolację. Dlatego dwa dni wystarczą, plus 5 razy w tygodniu siłownia. Tak do lipca. A potem trener pewnie weźmie mnie w obroty. Zrobimy miesięczny cykl treningowy.

A dieta?

– Staram się myśleć bardziej o tym, co jem. Nie lubię jednak przesadzania. Naczytałem się o różnego rodzaju odżywkach, suplementach. Opiekuje się mną dietetyczka, podchodzi do tego zdroworozsądkowo. Powiedziała mi, że wszystkie te środki żeby zadziałać, potrzebują czasu. Trzeba to robić małymi krokami.

Jakie to środki?

– Pierwszym krokiem była dla mnie zmiana liczby posiłków. Dużym wyzwaniem jest jedzenie pięciu posiłków dziennie. Zdarzają się dni, kiedy mogę się pochwalić, bo zjadłem pięć zbliansowanych posiłków, węglowodany się zgadzają. Są też jednak takie dni, kiedy o 7 rano mam pociąg do Warszawy, więc wstaję, jem na dworcu w Krakowie precla, potem w locie kupię orzechy i sok pomidorowy, jeśli znajdę czas, to zjem w barze mlecznym. A pełnowartościowy posiłek jem dopiero późnym wieczorem. To jest kaszana. Dietetyk uczy mnie właśnie, jak planować posiłki i być przygotowanym na takie opcje wyjazdowe. Chcę, żeby podobnie jak z treningami, zmiana była długoterminowa, a nie chwilowa. Na szczęście bardzo lubię owoce i warzywa.

Chciałbym troszeczkę zawstydzić niektórych ludzi i pokazać im – zobacz, ja nie mam ręki i nogi, a zrobię Ironmana, a ty?

Powiedz mi, po co to robisz?

– Z kilku powodów. Chcę promować aktywny tryb życia. Nie chodzi mi tylko o sport, a raczej o odwagę do sięgania po rzeczy, które wydają się nierealne. Na co dzień, jak rozmawiam z ludźmi i mówię im, że trenuję do Ironmana, to mówią “to jest kosmos, stary”. Zauważyłem też jeszcze jedną dobrą rzecz. Jak zaplanuję sobie z kolegami sobotę i będziemy pili whisky, to zrobimy tyle i nic więcej. A jak zaplanuję weekend z kolegami i pójdziemy w góry, pojeździmy na rowerze, to zrobimy coś znacznie więcej. A i tak spędzimy miło razem czas. To tylko kwestia decyzji. Chcę pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Uświadomić ludziom, że moja niepełnosprawność nie jest wielkim ograniczeniem i dla innych też nie musi być. Nie ma co sobie szukać wymówek.

Wielu w pełni sprawnych ludzi się nimi zasłania…

– Tak, chciałbym troszeczkę zawstydzić niektórych ludzi i pokazać im – zobacz, ja nie mam ręki i nogi, a zrobię Ironmana, a ty? Weź się w garść, jesteś zdolny do wszystkiego. To jest coś, co robię od jakiegoś czasu i przyświeca mi w większości moich aktywności. To przynosi efekty. Na Majorce podczas obozu przygotowawczego jeden z uczestników opowiadał mi, że przeżył ciężki wypadek, po którym nie wierzył w siebie. Zaczął trenować triathlon, a ludzie pukali się w głowę. On też czasem miewa chwile zwątpienia i zastanawia się czy jest w stanie zrobić 1/2 Ironmana. Ale kiedy dowiedział się, że ja też wystartuję, stał się dużo bardziej pewny siebie. Skoro mi się uda, to czemu nie jemu? Te sytuacje mnie też mobilizują. Kolejny powód jest czysto egoistyczny, mój. Ja bardzo chętnie sprawdzę siebie, zadam sobie po raz kolejny pytanie – “Czy dam radę zrobić coś takiego?”. Przekraczanie granic wewnętrznych jest niesamowite i uzależniające. Czasem lubię się po prostu sponiewierać psychicznie czy fizycznie. Lubię osiągnąć granice swojej wytrzymałości i wtedy poczuć, że po prostu żyję.

Ok, a co ma sobie pomyśleć niepełnosprawny Kowalski mieszkający na 10. piętrze w bloku? Jaki przekaz do niego trafi?

– Triathlon to jest bardzo fajny sport, ale jest drogi. Jest za to dużo innych aktywności, do których nie potrzeba wiele. Chcę pokazać, że wypadek czy niepełnosprawność od urodzenia to nie jest koniec świata. Często spotykam się z ludźmi po wypadkach i oni żyją w przeświadczeniu, że teraz ich życie będzie życiem drugiej kategorii. Po amputacji nie można być aktywnym ich zdaniem. Od teraz będą spotykać się w klubikach, narzekać na niewysoką rentę i grać w warcaby. To błąd! Wcale tak być nie musi. Jest mnóstwo osób, które są niepełnosprawne, a robią świetne rzeczy, zapierniczają, przekraczają siebie. I wiele z tych osób, mówi, że potrzebę aktywnego życia odkryło w sobie dopiero po wypadku. Poczuły, że skoro przeżyły wypadek, to mają żyć. A żyć, to nie znaczy wegetować, tylko cały czas sobie coś udowadniać.

Jak Darek Strychalski. Słyszałeś o nim?

– Nie.

W dzieciństwie miał wypadek. Ma niedowład prawej części ciała, lewą nogę krótszą, niedowidzi na jedno oko. Biega ultra. W zeszłym roku przebiegł Badwater Ultramarathon – 217 kilometrów w okolicach Doliny Śmierci. Może zrobicie coś wspólnie?

– Jestem za. Daj mi do niego kontakt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger