fbpx

Korona Ziemi Maratonów – realizacja projektu krok po kroku cz. 1

9w9a1155

Korona Ziemi Maratonów: żeby ją zdobyć wystarczy ukończyć 7 maratonów, na każdym z 7 kontynentów, w tym na Antarktydzie. Za każdym razem wystarczy zmieścić się w limicie czasu określonym przez organizatora. Nie ma ograniczenia czasowego, w którym maratony powinny zostać ukończone, można więc kompletować swoją Koronę latami. Wydawałoby się więc, że w zasadzie nie ma nic prostszego. I to prawda – jeżeli tylko poświęca się na zdobywanie Korony kilka lat, wybiera łatwe trasy, a na miejsce przyjeżdża z odpowiednim wyprzedzeniem, dla zdobycia odpowiedniej aklimatyzacji.

Pewna trudność powstaje, kiedy chce się proces zdobywania Korony nieco przyspieszyć. Podjęcie próby bicia rekordu w tym zakresie byłoby zadaniem wyjątkowo ambitnym: od 2015 roku jedna z firm biegowych organizuje próby zdobycia Korony w 7 dni, a rekord świata wynosi obecnie 4 dni i 22 godziny.

Przygotowując plany biegowe na 2018 rok uznałem, że warto z takim wyzwaniem też się samemu zmierzyć, tym bardziej, że – na koniec 2017 roku – wszystkich zweryfikowanych zdobywców Korony było tylko 220, w tym jedynie 9 Polaków. Przyjąłem wariant średnio ambitny, polegający na przebiegnięciu 5 maratonów w roku kalendarzowym. Pierwotnie odpuściłem sobie Europę (uznając, że 30 ukończonych maratonów na tym kontynencie wystarczy) oraz Amerykę Północną, w której także przebiegłem kilka maratonów. Dodałem za to maraton w Azji, gdyż ten ukończony przeze mnie w Korei Północnej (opisany w miesięczniku BIEGANIE nr 6/2014) nie mógłby zostać zaliczony, ze względu na brak możliwości internetowej weryfikacji jego wyniku. W trakcie roku maraton w Europie ostatecznie zdecydowałem się także przebiec, o czym kilka słów więcej poniżej.

Luty – Tokio

Maraton w Tokio to chyba najtrudniejszy do zapisania się bieg na świecie. Chętnych jest co roku ok. 350.000 osób, a miejsc – teoretycznie – 10 razy mniej. W praktyce, dostępnych dla zwykłych biegaczy miejsc jest zaledwie niecałe 20.000, gdyż kilkanaście tysięcy numerów przeznaczonych jest dla członków różnych japońskich stowarzyszeń i szkół biegowych. Jeżeli nie jest się zawodowcem, o kwalifikacji decyduje losowanie. Ja sam przez 4 lata z rzędu nie miałem wystarczająco dużo szczęścia, więc w 2018 roku wybrałem charytatywną ścieżkę zapisu.

Tokijskim maratonem żyje całe miasto, biegaczy wspierają setki tysięcy kibiców, ustawionych praktycznie na całej trasie. Doping jest bardzo spontaniczny i głośny, a wszyscy ci, którzy ukończyli traktowani są jak prawdziwi bohaterowie, niezależnie od osiągniętego wyniku. Bieg ten dostarcza niezapomniane przeżycia – chociaż do szczególnie łatwych nie należy. Organizatorzy przedstawiają trasę jako szybką i płaską, ale szczególnie płaska to ona nie jest. Trzeba natomiast przyznać, ze organizacja tak biegu, jak i biura zawodów jest perfekcyjna i wszystko działa prawie bez zarzutu. Prawie – bo w strefie startowej, w której nie ma toalet, trzeba być na godzinę przed startem. Na trasie toalet jest za to całe mnóstwo, ale skorzystanie z nich w trakcie pierwszych 20 – 25 km wymaga odstania w parominutowej kolejce.

Dla mnie maraton w Tokio był festiwalem wpadek: do tych większych zaliczam niewłaściwe dostosowanie się do japońskiej strefy czasowej po przyjeździe (w związku z czym przed samym startem nie spałem przez prawie 24 godziny), niewystarczająco ciepłe ubranie się do obowiązkowego oczekiwania przez 2 godziny na start w temperaturze 4-5 stopni oraz zepsuty GPS w zegarku (w związku z czym niektóre kilometry biegłem – rzekomo – w tempie 2.20 min / km, a inne w tempie 7.45 min / km). Mimo wszystko, przeżycia uważam za niezapomniane, a Tokio szczerze polecam wszystkim biegowym turystom. W 2018 roku na mecie zameldowało się 34.542 osoby, w tym 52 Polaków.

Kwiecień – Santiago de Chile

Jadąc do Chile po cichu liczyłem na życiówkę, do czego zachęcały mnie zapewnienia organizatorów, co do tego, jaka to trasa jest szybka i sprzyjająca osiąganiu dobrych wyników. Na miejscu przekonałem się, że to czysty chwyt marketingowy – niestety chyba stosowany przez organizatorów większości maratonów, tak w Polsce, jak i na świecie. Santiago jest mocno pagórkowate, a do tego położone na 1.000 metrów nad poziomem morza oraz mające mocno zanieczyszczone powietrze. Do życiówki nawet się więc nie zbliżyłem, ale zważywszy na całokształt okoliczności (w tym upał, który zaczął się po 2 godzinach biegu), z czasu 3.28 byłem całkiem zadowolony.

Dużym problemem maratonu w Santiago jest zdecydowanie zbyt mało stacji z napojami. Obiecywane były co 5 km, ale okazały się być rozstawione rzadziej, a do tego w mocno nieregularnych odstępach. Pomagali za to kibicie, z iście południowoamerykańskim temperamentem wspierający wszystkich biegnących – choć, zapewne nie chcąc zbyt wcześnie wstawać w niedzielę, pojawili się oni na trasie dopiero w samej końcówce biegu.

Przy okazji maratonu organizowany jest festiwal biegowy z zawodami na wielu różnych dystansach, w związku z czym w dniu biegu biegacze zalewają całe miasto. Co ciekawe, Chilijczycy nie podchodzą do biegów szczególnie ambitnie: większość biegaczy kończy bieg na 10 km w czasie grubo powyżej godziny, a półmaraton w czasie grubo powyżej dwóch godzin.

W 2018 roku maraton w Santiago ukończyło 4.866 osób. Na listach wyników udało mi się odnaleźć 5 Polaków.

Maj – Kigali

Maratonów w Afryce organizuje się dosyć mało, stąd wybór odpowiednich zawodów jest trudny. Ja sam uznałem, że najlepiej będzie połączyć maraton ze zwiedzaniem Rwandy, która wydawała mi się fascynującą destynacją. Rzeczywistość przerosła wszelkie oczekiwania: Rwandę mogę śmiało uznać za jeden z najciekawszych i najpiękniejszych krajów na świecie, a trekking w górach Ruwenzori na granicy z Demokratyczną Republiką Konga, połączony z „wizytą” u rodziny goryli, dostarcza absolutnie niezapomnianych przeżyć.

9w9a8521

Sam maraton w Kigali jest nie lada wyzwaniem: zarówno organizacyjnym, jak i biegowym. Pierwsze schody zaczynają się już od trudności w znalezieniu miejsca, w którym można odebrać numer startowy. Potem okazało się, że to dopiero początek kłopotów: każde źródło (strona internetowa biegu, rozpiska organizatorów oraz informacja od szwajcarskich woluntariuszy zapewniających pomiar czasu) wskazywało bowiem na inną godzinę rozpoczęcia biegu. Kłopot był tym większy, że mniej więcej w tym samym czasie miał też ruszyć półmaraton i bieg na 10 km – a oczywiście nie było jak dowiedzieć się, czy planowany jest start wspólny dla wszystkich biegów, czy też starty będą po kolei. Ostatecznie okazało się, że start maratonu odbył się o godzinie niewskazywanej pierwotnie przez nikogo, a informację o tym, na który dystans odbywa się właśnie start można było uzyskać jedynie dopytując lokalnych zawodników.

Co do skali trudności, to maraton w Kigali można uznać za odpowiednik styczniowego Zimowego Ultramaratonu Bieszczadzkiego (choć przewyższenia są jednak chyba większe w biegu afrykańskim), z tą różnicą, że odbywa się on w +35 stopniach Celsjusza. Co więcej, poczynając od ok. 20 km biegu zabrakło na nim wody, co zmusiło mnie do dwukrotnych przerw w biegu na jej zakupy. W takich warunkach, moim jedynym marzeniem pozostawało doczłapanie się do mety, co z dużym wysiłkiem zrobiłem po 4 godz. 18 minutach, osiągając tym samym swój drugi najgorszy maratoński czas w życiu.

Maraton ukończyły 103 osoby, z czego tylko 14 nie-Afrykańczyków. Byłem na mecie jedynym Polakiem, a jednocześnie 5tym w historii (kilka lat wcześniej maraton ukończyło czworo biegaczy Szakali Bałut).

Wrzesień – Sydney

Z mojego planu przygotowania w lecie formy na jesienne biegi nic nie wyszło: cały lipiec i sierpień musiałem leczyć kontuzje. Na maraton w Sydney jechałem więc, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy da się przebiec maraton, po….15 dniach treningu. Żeby przekonać się o tym, konieczne było spędzenie 65 godzin w podróży tam i z powrotem – słysząc to, większość osób, nie bez racji, pukała się w czoło. Bieg – ku swojemu zaskoczeniu – szczęśliwie ukończyłem, choć oczywiście w słabym czasie 3.56.

Niestety sam maraton był dla mnie jednym z największych rozczarowań biegowych. Spodziewałem się przepięknych widoków, ciekawej trasy i mnóstwa kibiców, a było dokładnie odwrotnie. 95% trasy biegnie obwodnicami miasta, ścieżkami parkowymi i innymi opłotkami, a osób dopingujących praktycznie nie było w ogóle. Większość stacji odżywczych miało wyłącznie chlorowaną wodę laną ze szlaucha, niektóre też izotoniki, a tylko kilka ostatnich żele energetyczne. Trzeba natomiast przyznać, że rozczarowanie pierwszych 41.5 km w pewnym stopniu rekompensuje ostatnie kilkaset metrów biegu, w ogłuszającym dopingu kibiców (tylko gdzie oni wszyscy byli wcześniej?), przy przepięknej operze.

Sama trasa jest w Sydney dość trudna – ma bardzo dużo podbiegów i zbiegów, do tego na otwartych przestrzeniach od oceanu zwykle wieje silny wiatr. Początek maratonu odbywał się o 7 rano, w dość ciężkich warunkach (temperatura odczuwalna 3 stopnie i lodowate powiewy), ale już po godzinie zrobiło się dość ciepło.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie niska frekwencja: w prawie 4-milionowym mieście znalazło się tylko 4.370 chętnych do biegu, spośród których ukończyły 3.762 osoby. To prawie 4 razy mniej niż osób kończących co roku maratony warszawskie, a Australijczycy słyną przecież ze swojego zamiłowania do wszelkich sportów. Spotkania z kilkoma rodakami na trasie były bezcenne, choć filtrowanie wyników nie umożliwia odpowiedzi na pytanie, ilu Polaków znalazło się na mecie.

Na marginesie – wszystkich „gadżeciarzy biegowych”, narzekających na słabą zawartość pakietów startowych mogę pocieszyć: pakiet startowy maratonu w Sydney, posiadającego Gold Label IAAF, składa się wyłącznie z … numeru startowego, nie ma w nim nawet worka na depozyt, a agrafki do numeru też trzeba mieć własne. Na koszulkę biegową trzeba sobie za to zasłużyć: dostają ją jedyni ci, którzy dobiegną na metę.

Listopad – Florencja

Maraton we Florencji jest z pewnością znany bardzo wielu polskim biegaczom, nie trzeba więc go specjalnie przedstawiać. Stara część miasta jest przepiękna, choć trasa maratonu przebiega przede wszystkim po niezbyt ładnych przedmieściach. Trasa została przy tym w ostatnim czasie znacząco zmieniona – dzięki czemu zarówno start, jak i meta jest przed Katedrą.

W 2018 roku w biegu wystartowało aż 56 Polaków, dzięki czemu byliśmy jedną z liczniej reprezentowanych w biegu nacji. Niestety pogoda specjalnie nie dopisała: ulewny deszcz przez pierwsze 2 godziny biegu oraz momentami bardzo silny wiatr mocno spowalniał tempo. Ja sam – wbrew pierwotnym planom – postanowiłem dołożyć Florencję do planu biegowego na 2018 rok, żeby spróbować zmierzyć się ze swoją życiówką. Brak wystarczającego czasu na przygotowanie i panujące warunki uniemożliwiły mi jednak osiągnięcie tego celu, a wynik 3.23 pozostawił we mnie spory niedosyt.

Grudzień – Antarktyda

Tak naprawdę to właśnie po to biegałem przez cały rok na wszystkich pozostałych kontynentach: głównym celem pozostawała Antarktyda i zakończenie na niej zdobywania Korony Ziemi. Maraton na Antarktydzie trudno porównać z jakimkolwiek biegiem ulicznym – zdecydowanie bliżej mu do biegów górskich, bądź biegów ultra, przy czym temperatury mogą na nim sięgać do ok. -40 stopni Celsjusza. Poza niską temperaturą, w biegu mocno przeszkadza porywisty wiatr i kopny śnieg. Ponieważ startujących zwykle jest 55 – 60 osób, to całą trasę biegnie się samodzielnie, a „kibiców” (łącznie 8 – 10 osób z obsługi biegu oraz pracowników stacji antarktycznej) spotkać można tylko co ok. 5 km, tj, na początku i w połowie każdej z czterech 10,5-km pętli.

Wszystkie utrudnienia i niedogodności z nawiązką wynagradzają jednak nieprawdopodobne widoki (o ile oczywiście chmury i zadymki śnieżne ich nie przesłaniają), a przede wszystkim niczym nieskrępowane poczucie wolności i szczęścia wynikające z możliwości biegu w tak niesamowitym miejscu.

Można śmiało powiedzieć, że w 2018 roku maraton na Antarktydzie przebiegał pod dyktando Polaków. Startowało nas 4, co uczyniło Polaków 5-tą najliczniejszą nacją, za 15-oma Chińczykami, 9-oma Amerykanami, 7-oma Australijczykami i 5-oma Belgami. Przede wszystkim trzeba jednak podkreślić, że w całym biegu zwyciężył, będący od początku murowanym faworytem, doskonały gdyński biegacz Piotr Suchenia, z rewelacyjnym czasem 3.49.18 (dokładając tym samym zwycięstwo na Antarktydzie do odniesionego przez siebie rok wcześniej zwycięstwa w jeszcze trudniejszym maratonie na biegunie północnym). Mnie udało się przybiec na miejscu 8-ym (w czasie 4.49.59), a 11-ty był Alan Kowalczyk z Poznania (z czasem 5.17.07). Na 31-ym miejscu dobiegł, borykający się przez dużą część biegu z kontuzją, wrocławianin Tomasz Maślanka (w czasie 7.02.20). Ostatni zawodnik dotarł na metę w czasie 13.06.25. Na królewskim dystansie łącznie sklasyfikowano 51 osób, a bardzo ładnym gestem organizatora było sklasyfikowanie 7 osób, które nie dały rady przebiec całego dystansu, na dystansach odpowiednio krótszych (w wyniku czego ostateczna lista wyników zawiera także zawodników na dystansie 5 km, 10 km oraz w półmaratonie).

mc1_7758-1

Na pobyt na Antarktydzie organizator maratonu standardowo przewiduje 3 dni, ale pobyt ten może się znacznie wydłużyć. Żeby w ogóle wyruszyć na Antarktydę, trzeba wpierw dostać się do chilijskiego Punta Arenas, a pokonanie dzielącego to miasto od Warszawy dystansu 14.500 km, przy dobrych połączeniach lotniczych, zajmuje ok. 30 godzin. Głównym problemem pozostaje jednak kolejne 3.000 km pomiędzy Punta Arenas a Union Glacier na Antarktydzie – lot uzależniony jest bowiem od odpowiedniej pogody zarówno w Punta Arenas (gdzie zwykle wieją bardzo silne wiatry) i na Antarktydzie (gdzie dobra pogoda stanowi rzadkość). Trudności w znalezieniu okna pogodowego spowodowały, że wylot na Antarktydę został ad hoc przyspieszony o 24 godziny, a następnie – po maratonie – cała grupa musiała czekać dodatkowy tydzień na powrót. I tak mieliśmy jednak szczęście: gdyby nie udało nam się wykorzystać powstałego krótkiego okna pogodowego, na następne trzeba by było czekać kolejne 10 dni, a może i dłużej.

Wnioski

Koronę Ziemi Maratonów zdobyłem jako 12-ty Polak, a w międzyczasie lista wszystkich zdobywców zwiększyła się do 292 osób. Wszystkim lubiącym podróże i przygody szczerze mogę polecić pomysł zrobienia takiego „projektu” – dostarcza on wielu niezapomnianych wrażeń, a przy okazji pozwala na zwiedzenie miejsc, do których normalnie pewnie byśmy nie trafili. Trzeba mieć jednak świadomość, że ze zdobywaniem Korony Ziemi, zwłaszcza w stosunkowo krótkim czasie, nie da się raczej połączyć poprawiania wyników i osiągania życiówek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger