fbpx

Miasto moje, a w nim… – 35. PZU Maraton Warszawski

Anna Pawłowska-Pojawa w różowej koszulce. 35. Maraton Warszawski. Fot. Andrzej Chomczyk www.sztukakadru.pl

Anna Pawłowska-Pojawa w różowej koszulce. 35. Maraton Warszawski. Fot. Andrzej Chomczyk www.sztukakadru.pl

“Z tymi kibicami, z tym maratonem i z tym Stadionem (nawet bez bieżni) – jesteśmy w Europie. Z aspiracjami do europejskiej czołówki” – tak pisałam na blogu, kiedy rok temu przekroczyłam metę 34. Maratonu Warszawskiego.

Dzisiaj, dzień po tym jak pogasły światła i złożono metę na Stadionie Narodowym po 35. PZU Maratonie Warszawskim, mogę napisać, że wyrósł nam w stolicy maraton należący do europejskiej czołówki.

Rekordowy

I nie chodzi tu tylko o frekwencję. Chociaż te ponad 11 000 chętnych i 8 500 osób na mecie dystansu maratońskiego sprawia, że Maraton Warszawski wyrósł na bezsprzecznie największy polski maraton. Ale to tylko statystyka. I choć statystyki są ważne, to z punktu widzenia uczestnika o klasie maratonu decyduje kilka innych rzeczy. I tu pewnie moja ocena nieco się będzie różnić od niektórych, dla których najważniejszy jest worek i czapeczka w pakiecie startowym czy grochówka za metą. Ja patrzę na ten maraton z perspektywy osoby, która pierwszy raz wystartowała kilka lat temu w kameralnym biegu na jakieś nieco ponad 1500 osób i pamięta jak jego depozyty mieściły się w kilku ciężarówkach, a za całą bazę służyło kilka namiotów na Podzamczu.

Z innej epoki

Tamten – mój pierwszy – maraton z 2007 r. od tego z 2013 dzieli cała epoka w rozwoju biegów masowych w Polsce. Ta epoka to nie tylko lawinowy wzrost liczby uczestników, ale także lawinowy przyrost imprez dla biegaczy. Imprez różnych i o różnym charakterze. Mam jednak niejasne wrażenie, że na pierwszy, a najdalej na drugi rzut oka bez trudu można odróżnić imprezy robione przez biegaczy i ludzi, dla których bieganie jest prawdziwą pasją, od tych, których organizator postanowił „załapać się” na modę na bieganie, ale nie do końca wie, o co w tym wszystkim chodzi.

Koszulka i strefa startowa

Dla mnie maraton tak naprawdę zaczyna się w dniu, kiedy odbieram pakiet – jeżeli odbieram go sprawnie, szybko, bez tłoku, jeżeli jest w nim wszystko, co powinno być, z jasna informacją, gdzie czip, gdzie numer, co z depozytem – to mniej mnie obchodzi koszulka czy inna czapeczka. Chociaż akurat w Warszawie koszulka okazała się wyjątkowo gustowna i… kreatywna. Uznanie dla projektantów, nie myślałam, że kiedykolwiek będę się ekscytowała koszulką maratońską.

Główna odsłona to jednak dzień zawodów. Rzeczy ważne: jasne, klarowne, czytelne oznaczenia, sprawna informacja.  Jeżeli od wejścia na stadion do szatni, depozytu i koniec końców na start idę jak po sznurku – to czego chcieć więcej? Sztywnych zamkniętych stref jak to się gdzieniegdzie zdarza? Ściślejszego wygrodzenia jezdni od chodników? Zamknięcia strefy startu tylko dla zawodników? Można. Z czasem, jeżeli liczba uczestników będzie rosnąć, pewnie trzeba będzie. Ale na razie lekki rozgardiasz w strefie startu pozwala na chwilę rozluźnienia przed strzałem startera. Zwłaszcza, jeżeli rozgardiasz jest kontrolowalny, a informacje na temat organizacji startu przekazywane jasno i słyszalne w całej strefie. W niedzielę właśnie tak było.

Sen o Warszawie

Tuż przed dziewiątą wybrzmiał „Sen o Warszawie”. Poczułam znajomą gulę w gardle. A potem ruszyłam. Most Poniatowskiego. Pierwszy kilometr w szpalerze kibiców. Poczułam się światowo i jednocześnie tak bardzo u siebie. Potem zrobiło się nieco trochę luźniej, ale jednak co jakiś czas grupki kibiców znajdowały się przy trasie.  Czasami grupki były większe. Albo całkiem duże. Ogromne. Jak pod Mostem Poniatowskiego, gdzie kibice aż wyszli na jezdnię, a most drżał w posadach. I całkiem małe – w Łazienkach, gdzie kibicowali nieco zaskoczeni spacerowicze. Mniejsze grupki pojawiały się aż do Wilanowa, gdzie zaczęła się regularna strefa kibica, która ciągnęła się potem przez cały Ursynów i wzdłuż Puławskiej, a potem przez Plac Unii Lubelskiej, Plac Na Rozdrożu, Aleje Ujazdowskie, Rondo de Gaulle’a, i potem jeszcze na zbiegu z mostu, i przy samym stadionie. I w tym całym tłumie – ani jednego wkurzonego kierowcy, ani jednego przeklinającego przechodnia, ani jednego irytującego klaksonu… Tylko ja miałam takie szczęście?

Rosnąca strefa kibica

Kibice. Kiedy biegłam w Warszawie w swoim maratońskim debiucie, kibiców na trasie prawie nie było.  Można było liczyć ewentualnie na biegaczy akurat chwilowo niebiegnących, członków rodziny oraz znajomych uprzednio poinformowanych. Człowiek wyjeżdżał z Polski gdzieś do cywilizacji, żeby zobaczyć kibiców, żeby posłuchać, że można dopingować maratończyków, żeby poczuć atmosferę biegowego święta. Cywilizacja w końcu dotarła jednak nad Wisłę i od kilku lat nie musimy już zazdrościć innym maratończykom. Chociaż do Berlina jeszcze nam ciut brakuje. Ale kurs obraliśmy dobry.

Mistrzowskie punkty

Za to mistrzostwo świata należy się warszawskim punktom odżywczo-nawadniającym. Począwszy od tego, że są  co 2,5 kilometra, co coraz częściej jest standardem, poprzez zaangażowanie wolontariuszy, po… długość i rozmieszczenie w konwencji woda-izotonik-woda. Maraton Warszawski to jeden z tych nielicznych biegów, gdzie przy punktach nawet nie trzeba specjalnie zwalniać, żeby złapać kubek z piciem, można się napić – jeśli ktoś potrafi – w pełnym biegu. Przy okazji, ważna rzecz, toi-toje co 2,5 km, w liczbie większej niż 2 na punkt. Czasami dla biegaczy taki drobiazg znaczy, a ja miałam niefart być w grupie, która miała okazję docenić ten właśnie – drugorzędny, jakby się wydawało – element organizacji.

Szybka, malownicza…

Nie jestem pewna, czy w relacji należy pisać o oznaczeniach trasy. Ich prawidłowość – to standard dobrego biegu. I pod tym względem na całe szczęście 35. PZU Maraton Warszawski jak najbardziej w standardach się mieścił.

Trasa? Dla mnie bajeczna. Dla niektórych – całkiem szybka. Pokazująca, odbijająca wszystkie twarze Warszawy – tradycja i nowoczesność, historia i teraźniejszość, świątynie i stadiony, najpiękniejsze panoramy, piękne perspektywy miejskich arterii, zaułki Starego Miasta, Park Fontann, Łazienki Królewskie, Świątynia Opatrzności, kampus SGGW, ursynowskie blokowiska, kamienice przy Puławskiej i Szucha, kościół św. Aleksandra na Pl. Trzech Krzyży, palma na rondzie, wieże Mostu… Dwa niewielkie podbiegi, długie proste, jednak agrafka.  I ten widok na prawy brzeg Wisły, na nabierające jesiennych kolorów drzewa… Ach, gdybym była malarzem!

Polowanie na zające i drobne grzeczności

A tymczasem ja biegam. A o czym biegacz jeszcze może? Może pisać o pacemakerach? Ale nie mnie ich oceniać. Podobno większość, i tych oficjalnych, i tych eksperymentalnie biegnących na negative split, dotarła na metę zgodnie z planem, ku radości tych, którzy dotrzymali im tempa na całej trasie. Ze mnie tradycyjnie wylazł duch indywidualizmu, który w połączeniu z wrodzoną uprzejmością sprawił, że od półmetka przepuszczałam przed siebie kolejne grupy z balonikami i dopiero na zbiegu z Mostu Poniatowskiego przypomniałam sobie, że w bieganiu to jednak chodzi o ściganie się, i trzeba by wbiec na ten stadion jakimś przyzwoitym krokiem z fazą lotu.

Szybsze bicie serc

Wbiegłam. Tunel, szybsze bicie serc, rozbłysk słońca, płyta zalana światłem, 100 metrów, 50, 20 i… meta. Podwójna, szeroka, światowa. Za metą strefa na złapanie oddechu i ewentualne wsparcie medyczne. Dopiero dalej – medale. Trochę szkoda, że tak daleko, ale z drugiej strony – przy mecie nic się nie korkuje. Medal, dalej w przejściu – picie, toi-toje, żółta folia i strzałka do szatni. Jak po sznurku. Jeszcze prysznic, na miejscu, na stadionie – i już. Koniec. Po maratonie. Można wyjść na trybuny. Bo przecież na trasie jeszcze 6000, 5000, 2000…

8506 osób na mecie. Jest rekord. Jest wyzwanie.

Jest duma. Bo po zeszłorocznej próbie generalnej mamy wreszcie w Warszawie maraton z europejskiej pierwszej ligi.

Ja tu jeszcze wrócę!

Żeby sparafrazować Mistrza: mam tak samo jak wy, miasto moje, a w nim – bardzo fajny maraton. Ale chyba się powtarzam. Bo ciągle biegam w tej Warszawie. I nie mogę przestać. A poza tym, po nie do końca satysfakcjonującym wyniku, mam porachunki z PZU Maratonem Warszawskim. No i – mam motywację!

Zwycięzcy 35. PZU Maratonu Warszawskiego:

1. Yared Shegumo (Polska) 02:10:34
2. Weldu Negash Gebretsadik (Norwegia) 02:10:37
3. Solomon Molla Tiumauy (Etiopia) (02:10:39)

Kobiety:

1. Goitetom Haftu Teshema (Etiopia) 02:29:32
2. Abeba Teklu Gebremeskel (Etiopia) 02:30:18
3. Lydia Rutto (Kenia) 02:30:57

Wszystkie wyniki  – [KLIK]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger