fbpx

Od bulimii do biegów ultra. Inspirująca historia Agnieszki

Agnieszka

14 lipca 1981 przyszła na świat dziewczynka. Niestety urodziła się z ciężką astmą. Poddano ją intensywnej kuracji sterydami i powiedziano jej rodzicom, że prawdopodobnie jej mały organizm tego nie wytrzyma i muszą się przygotować na najgorsze, ale jest to jedyne, co mogą zrobić. Organizm wytrzymał. Przez kolejne lata miał jeszcze wiele wytrzymać.

Patrząc z perspektywy czasu widzę jak długą drogę musiałam przejść, by odnaleźć swoją ścieżkę w życiu. Od małego wielu rzeczy mi zabraniano, no bo przecież nie mam takiej wydolności jak inne dzieci. Zawsze mnie to denerwowało, nie chciałam być inna, gorsza. Na przekór wszystkim udowadniałam na co mnie tak naprawdę stać. Dawałam z siebie ponad 100 procent we wszystkim, co robiłam. Biegałam z chłopakami po parku, wspinałam się na drzewa, urządzałam zawody w skakaniu ze schodów. Czasem gdy astma mnie przyduszała brałam inhalator, aż w końcu się zbuntowałam i przestałam go brać. Wtedy już pociągało mnie życie sportowe i im więcej się angażowałam w ruch, tym mniej epizodów astmy się zdarzało, aż w końcu całkiem odpuściła.

67589969_2603236226404657_1254236737987674112_n

Jako 9-letnia dziewczynka ubłagałam mamę, żeby mnie zapisała na lekcje gimnastyki artystycznej. Ponieważ zawsze byłam uparta jak koza, to w końcu się zgodziła. Zakochałam się w tym sporcie. Byłam już “za stara”,  żeby trenować na zawody, ale i tak miałam z tego frajdę. Potem przyszła kolejna fascynacja – karate. Trenowałam dopóki nie musiałam zrezygnować na okres studiów i pracy. Nigdy nie lubiłam biegów w szkole, tych krótkich i intensywnych sprintów. Ale jak było mi źle to szłam sobie truchtać do pobliskiego parku. Wtedy jeszcze śmiano się z biegaczy i wytykano palcami, więc z walkmanem w ręku i słuchawkami na uszach odcinałam się od drwiących śmieszków. To jeszcze nie było bieganie, ale taka moja odskocznia. Nie liczyło się tempo, ani ilość kilometrów, tylko ja, park i muzyka w uszach. Poza tym zawsze ciągnęło mnie w góry. Wszystkie letnie obozy spędzałam w górach. Zawsze byłam pierwsza do wyjścia na szlaki. Góry dawały mi poczucie wolności, zachwycały swoim pięknem, a zdobywanie kolejnych szczytów przynosiło ogromną satysfakcję.

No dobrze, więc jak zaczęło się bieganie ultra?

Tu muszę się znowu cofnąć do czasów gimnastyki artystycznej. I wspomnieć o jedzeniu, a raczej o zaburzeniach jedzenia. Leki, które mi wcześniej podawano, bardzo wzmagały apetyt. W rezultacie nigdy nie nauczyłam się odróżniać, kiedy jestem naprawdę głodna, a kiedy tylko mam na coś ochotę. W domu nie pilnowało się za bardzo stałych pór posiłków, oboje rodzice pracowali i jakby nie było nad tym pełnej kontroli. Jadłam dużo, ruszałam się też dużo, ale w porównaniu z koleżankami gimnastyczkami, czułam się od nich grubsza, czyli w tym światku, gorsza. Ten sport kładzie ogromny nacisk na to, by ważyć jak najmniej. Ja miałam wagę w normie, nie miałam nadwagi, ale promowano dziewczyny z widoczną wręcz niedowagą. No i ja – perfekcjonistka z buntowniczą naturą – nie potrafiłam sobie z tym poradzić. I w tym środowisku odnalazłam odpowiedź na pytanie jak schudnąć i nie rezygnować z jedzenia tego co lubię. Ano zwracać to co się zjadło, proste? Wydawało się najprostszą rzeczą na świecie. I tak krok po kroku rozwinęła się bulimia. Jeszcze nie wiedziałam, że to droga donikąd ani jak wiele zniszczy w moim życiu. Pierwszy epizod miałam w wieku 12 lat, ostatni w wieku 37 lat. Dopiero od roku jestem wolna.

67456784_872437203143524_3538730529924841472_n

Biegać regularnie zaczęłam w 2008 roku. Oboje z mężem sporo przybraliśmy na wadze po 3 latach przepracowanych w Holandii, gdzie dzień w dzień była praca do późna, a potem objadanie się na wieczór tym co najtańsze, niekoniecznie najzdrowsze. Zaczynałam nieśmiało od bieżni mechanicznej, aż w końcu przekonałam się do biegania na zewnątrz. Czasy się zmieniły i już nikt nie wytykał mnie palcami. Mogłam biegać, ile tylko chciałam. Pierwszy start na 10 km w 2009 roku przeżywałam ogromnie. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że tyle przebiegłam. I od razu chciałam więcej. Stopniowo przeszłam więc do półmaratonów i maratonów. Biegałam ich dużo, dla samej zabawy i satysfakcji.

Nie jestem typem ścigacza. Mnie zawsze fascynowały długie dystanse, biegowe podróże, stawianie sobie kolejnych wyzwań. W maju 2013 porwałam się na pierwsze zawody ultra. Transvulcania 80 km na wyspie La Palma. I to był strzał w dziesiątkę. Te zawody mnie zaskoczyły stopniem trudności, zachwyciły swoim pięknem i pokazały, że jeszcze wiele mogę zrobić. Potem już się nie bałam sięgać po coraz dłuższe dystanse. Mam sporo biegów plus 100 km na swoim koncie, kilka razy też udało się powalczyć o podium. Największy sentyment mam do DFBG 240 km, który ukończyłam jako trzecia kobieta w 2016 i jedyna w swojej kategorii wiekowej, Connemara Ultra 100 mil w Irlandii – druga kobieta w 2016 oraz Cyprus Ultra 217 km – jedyna kobieta która ukończyła bieg w 2017, a do tej pory udało się to w ogóle trzem kobietom na świecie.

67667706_399760897560202_528920824455888896_n

Mimo tych wszystkich sukcesów, nie byłam szczęśliwa. Bulimia nadal trzymała mnie w garści. Te biegi, które mi lepiej poszły to biegi, przed ktorymi naprawdę starałam się uważać na to, co i ile jem i nie mieć żadnych epizodów. Czasem udawało się wytrzymać nawet 2 miesiące. Ale co z tego jak po każdym takim kolosie wracałam do tych okropnych nawyków. Poza tymi dobrymi startami były i takie, gdy organizm się wyłączał, bo zwyczajnie brakowało sił. Wtedy człapałam na limity czasowe albo się wycofywałam z biegu. To bardzo mnie dołowało. Czułam jak coraz bardziej tracę motywację do tego co robię. Jak coraz bardziej się pogrążam w tym nałogu. Bo dla mnie bulimia to nałóg, nic innego. I tak do tego podeszłam.

67623534_2314102432177512_728173454058061824_n

Przyszedł taki moment, gdzie zobaczyłam jasno, że jeśli czegoś nie zmienię to całe swoje życie zmarnuję. Zaburzenia odżywiania nie tylko wpływały na moje bieganie, ale przede wszystkim mocno mieszały w moim prywatnym życiu. Zdałam sobie sprawę z tego, że wybór jest prosty: albo ja albo ona. Krok po kroku zaczęłam wszystko zmieniać. Przestałam się ważyć, poukładałam posiłki według dziennego zapotrzebowania kalorycznego, rozpisałam je na godziny i oczywiście nie było mowy o zwracaniu. Jak zdarzyło się zjeść za dużo, to trudno. Musiałam przecierpieć i wyciągnąć wnioski. Nie było łatwo, ale wiedziałam, że alternatywą jest zmarnowane życie. I że nigdy nie będę żyć tak jak chcę dopóki bulimia będzie mieć mnie w garści. W lipcu 2018 miałam ostani epizod.

14 lipca 2019 zaczęłam bieg przez Camino de Santiago. W swoje 38 urodziny. Wybrałam tą datę, by symbolicznie raz na zawsze oddzielić przeszłość od przyszłości. O Camino usłyszalam parę lat temu i od razu sobie pomyślałam, że super byłoby to przebiec.

Camino de Santiago, francuska wersja, to szlak pielgrzymkowy o długości 812 km, zaczynający się we francuskiej miejscowości St. Jean Pied de Port w Pirenejach i prowadzący wzdłuż prawie całej Hiszpanii aż do katedry w Santiago de Compostela.

Od początku miałam dwa założenia: skończyć szlak poniżej 10 dni oraz zacząć bieg symbolicznie w swoje urodziny. Wiedziałam o FKT Amerykanki Jennifer Anderson i owszem przyszło mi na myśl, że super by było pokonać tą trasę szybciej. Lecz również zdawałam sobie sprawę z tego, że nie będę biec w marcu jak moja poprzedniczka lecz w gorącym lipcu. Gdybym była nastawiona tylko na rekord, to również wybrałabym inną porę roku. Lecz ze względów osobistych wybrałam taką właśnie datę i nie żałuję. Ostatecznie przybiegłam 10 godzin później, robiąc dziennie dystans od 70 do 96 km. Faktem jest, że jestem pierwszą Europejką, która pokonała ten szlak poniżej 10 dni. Przynajmniej według danych, które można znaleźć w Internecie. I to mi wystarcza.

67871834_2358339584451507_2759586250833788928_n

I po co ja wam – kochani biegacze – to wszystko opowiadam? Otóż chcę powiedzieć wam, że hasła: “sięgaj po marzenia”, “nigdy się nie poddawaj”, “nigdy nie jest za późno, by coś w życiu zmienić” to nie puste slogany. I ja jestem tego najlepszym dowodem. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że dziewczyna, której nie dawano szans na przeżycie, i która sama wyrządzała mnóstwo złego swojemu organizmowi przez lata, teraz odżywia się zdrowo i biega mega długie dystanse? Aby zmienić swoje życie wcale nie potrzeba jakiejś nadludzkiej siły. Trzeba odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: dlaczego chcę to zrobić? Trzeba ułożyć jak najbardziej szczegółowy plan działania i trzymać się go na tyle, na ile tylko jest to możliwe. Trzeba zaakceptować, że nie będzie idealnie, że będą momenty, gdy się potkniesz, ale też trzeba wiedzieć że jedyna opcja to od razu wstać i iść naprzód. Nigdy się nie poddawać i nigdy nie patrzeć wstecz.

Camino było dla mnie transformacją. Otworzeniem nowego rozdziału w życiu, gdzie jedzenie nie gra już pierwszoplanowej roli. Teraz naprawdę jestem szczęśliwa i wolna. I tego samego chciałabym dla wszystkich, bo życie naprawdę może być piękne, gdy odrzuci się to, co nas zniewala.

Na koniec przytoczę słowa mojej siostry, która mi tak oto napisała w życzeniach urodzinowych:

„O tym, kim naprawdę jesteśmy, nie świadczą nasze zdolności, lecz wybory. To wybór, a nie przypadek, decyduje o twoim przeznaczeniu. Sam musisz zdecydować, ile jesteś wart, jaką odgrywasz rolę w świecie i w jaki sposób nadajesz mu sens.”

Z pozdrowieniami dla wszystkich biegaczy – sięgajcie po swoje marzenia, bo warto.

Jedno przemyślenie nt. „Od bulimii do biegów ultra. Inspirująca historia Agnieszki

  1. Aguś ogromne gratulacje wyników, uporu i wytrwałości. Szczerze podziwiam Cię. Jesteś olbrzymią motywacją dla wielu osób. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger