fbpx

Patrycja Wyciszkiewicz: “Przed nami jest tylko USA. Resztę świata możemy pokonać”

fot: Paweł Skraba

Patrycja Wyciszkiewicz podczas Mistrzostw Europy w Berlinie. fot: Paweł Skraba

Nowy Rok, nowy trener. Czy pomoże zawodniczce w osiągnięciu jeszcze większych sukcesów? Halowa wicemistrzyni świata i mistrzyni Europy z 2018 roku, Patrycja Wyciszkiewicz, w rozmowie z Jarkiem Więcławskim opowiedziała o sukcesach z minionych 12 miesięcy, planach na nowy rok oraz zajęciach, które prowadzi na studiach.

Koniec roku i początek nowego to zawsze okazja do podsumowań. Panie kończą go nominacją w plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca 2018 roku – to docenienie srebra na Halowych Mistrzostwach Świata i złota na Mistrzostwach Europy. To był najlepszy rok naszej sztafety w tym składzie?

Pod względem medalowym to był najlepszy rok dla sztafety. Natomiast wydaję mi się, że ważniejszy dla nas był rok 2016, kiedy mogłyśmy startować na Igrzyskach Olimpijskich. W tym roku jednak sztafeta osiągnęła i zdobyła wszystko to, co mogła zdobyć.

Gdyby Pani miała wybierać najlepszą trójkę naszych sportowców minionego roku, to kogo by Pani wskazała?

Trudne pytanie, bo jestem trochę „spaczona” i będę wskazywała lekkoatletów. Wszyscy z nominowanych osiągnęli bardzo dużo. Znalezienie się w tym gronie już o czymś świadczy. Bardzo dobrym sportowcem w tym roku był Adam Kszczot. Warci uwagi są nasi skoczkowie narciarscy – myślę o całej drużynie, ale także indywidualnie o Kamilu Stochu. Mam też nadzieję, że my zostaniemy zauważone.

Sukcesy udało się w tym roku osiągnąć w sztafecie. Jak podsumowałaby Pani ten rok patrząc na starty indywidualne?

Nie najlepiej. Podkreślałam już w kilku wywiadach, że brakowało mi tej kropki nad i, jaką byłby sukces indywidualny. Po bardzo dobrym sezonie halowym (zdobyłam indywidualnie medal Mistrzostw Polski), sezon letni nie był do końca taki, jaki sobie wymarzyłam. Było to po raz kolejny spowodowane kontuzją. Mam nadzieję, że to już była ostatnia i rok 2019 będę mogła podsumować jako ten, w którym triumfowałam w sztafecie, jak i indywidualnie przytrafią mi się sukcesy.

Przygotowania do nowego sezonu rozpoczyna Pani z nowym trenerem, Tomaszem Lewandowskim. Kiedy pojawił się w głowie pomysł zmiany szkoleniowca i jak doszło do tego, że dziś współpracuje Pani właśnie z tym trenerem?
Pomysł współpracy narodził się już jakiś czas temu. To nie była decyzja podjęta z dnia na dzień. Nie wstałam rano i nie uznałam, że muszę coś w swoim życiu zmienić, więc zmienię trenera. To siedziało we mnie dłużej. Z moim ówczesnym trenerem, Edwardem Motylem, dużo na ten temat rozmawialiśmy. On wspierał mnie w tej decyzji. Do tej pory mi pomaga, jeśli go potrzebuję. Pojawia się na treningu, gdy ktoś musi zmierzyć mi odcinki lub po prostu musi mnie przypilnować. Czemu Tomasz Lewandowski? Uważam, że to bardzo inteligentny mężczyzna. Ma bardzo dobrego nosa trenerskiego. Jest wyjątkowym fachowcem w trenowaniu. To była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Wyniki, jakie osiągają Marcin Lewandowski i Angelika Cichocka, trenujący z Tomaszem Lewandowskim, miały wpływ na wybór właśnie jego?

W pewnym stopniu tak. Nie kierowałam się jednak wynikami Marcina czy Angeliki, ale wewnętrznym odczuciem i moją opinię na temat tego szkoleniowca. Na pewno oni motywują do dalszej pracy i pokazują, że można osiągać wielkie sukcesy.

Nie było obaw, że to jednak biegacze z innego dystansu i w Pani wypadku podobne metody mogą się nie sprawdzić?

Obawa była, ale nigdzie nie powiedziałam, że trenuję tymi samymi metodami, co oni, wręcz przeciwnie, trenuję inaczej. To jest uwarunkowane tym, że biegam dystans 3-4-krotnie krótszy od nich. Wiedziałam po rozmowie z trenerem, że miał on już przygody z przedłużonym sprintem, jakim jest 400 metrów, łapał kontakt z dystansem. Nie ukrywa on jednak, że przeze mnie musi się doszkalać i pogłębiać wiedzę na ten temat. To jest trener, który chce to robić, chce się rozwijać, jego własny rozwój jest uwarunkowany tym, że podejmuje nowe wyzwania, a takim wyzwaniem jestem ja.

Współpraca z nowym szkoleniowcem, zmiana, na pewno jest dodatkową motywacją. A jak wyglądało pożegnanie z Edwardem Motylem?

Nie jest łatwo rozstać się z trenerem, z którym współpracowało się około 10 lat. Oficjalne rozstanie odbyło się na spokojnie, było przemyślane. Było bardzo miło spędzone, z trenerem, jego żoną i wszystkimi bliskimi mi osobami, które w trakcie tej współpracy były dla mnie ważne, czyli jego córką, która też jest trenerką i jego wnukiem, który jest moim sparingpartnerem. Spędziliśmy wieczór na kolacji. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się i wspominaliśmy wszystkie historie, które przez te 10 lat się nam wydarzyły. Pierwsza rozmowa i podjęcie tego tematu z trenerem wyglądały tak, że bardziej zmęczyło psychicznie to mnie, bo były to takie emocje, których się nie spodziewałem, taki smutek i żal. Trener przyjął to bardzo spokojnie, dojrzale. To osoba, która zawsze mi kibicuje. Jeśli widzi dalszą możliwość rozwoju, a w tym przypadku możliwością taką była zmiana trenera, to po prostu mi w tym pomaga.

Patrycja Wyciszkiewicz. Talent na 400 m. Fot. Jakub Rubaj

Patrycja Wyciszkiewicz. Talent na 400 m. Fot. Jakub Rubaj

Po sezonie była operacja ścięgna Achillesa i rehabilitacja, ale rozpoczęła już Pani przygotowania do startów w 2019 roku. Jak zmienił się Pani trening pod okiem nowego szkoleniowca?

Można to rozpatrywać w dwóch aspektach. Pod względem bieganych odcinków bardzo się nie zmienił. Nadal biegam 80 i 300. Zmienił się natomiast sposób ich biegania, konfiguracja, przerwy, to na co zwracam uwagę w czasie biegu jest zupełnie inne. Zmiana tkwi w detalach i szczegółach. Na razie jednak trenuję z trenerem Lewandowskim dwa miesiące. Trudno coś więcej powiedzieć, tym bardziej, że ten okres przygotowawczy nie różni się za bardzo w każdej dyscyplinie.

Wyjazd do Nowej Zelandii wiązał się bezpośrednio ze zmianą trenera?

To był okres, w którym musieliśmy poznać siebie. Trudno byłoby mi trenować w Polsce, z 12-godzinną różnicą, mając nowego trenera, który mnie nie zna, nie wie, jak reaguję na bodźce, w jakiej kondycji jestem po zabiegu, po roztrenowaniu i trenować na planach. Potrzebowaliśmy czasu, żeby nawiązać ze sobą współpracę. Po to była Nowa Zelandia. Wyszło bardzo dobrze. Ten obóz na pewno napełnił mnie optymizmem i z uśmiechem mogę patrzeć w przyszłość.

Od 2013 regularnie wywalczała Pani w juniorskich i seniorskich imprezach medale, na koncie są też półfinały MŚ i IO. Rekord na 400 metrów jest jednak z 2015 roku. Na ile rozwój Pani kariery zablokowały problemy zdrowotne?
To był główny powód tego, że od 2015 roku nie poprawiłam rekordu na otwartym stadionie, choć w tym czasie udało się go poprawić na hali. Zawsze kontuzja przyczepiła się w mniejszym lub większym stopniu i uniemożliwiała mi trenowania na takim poziomie, na jakim bym chciała. Odpowiedzialność za to, że nie poprawiałam tego rekordu to w 90% właśnie ten powód.

Zmiana trenera wynika oczywiście z chęci poprawy wyników. Są konkretne cele, dotyczące imprez czy czasu, jaki chce Pani osiągać w kolejnym sezonie/sezonach?

Trudno teraz powiedzieć, że chcę pobiec 51:00, bo tak. To nie jest łatwe, bo zarówno ja jak i trener, nie wiemy, jak organizm zareaguje na nowe bodźce treningowe. Musimy bardzo uważać i balansować między zmiennymi, aby to wyszło na dobre. Będę się cieszyła, jeśli będą biegała szybciej niż w 2018 roku i wierzę, że to się uda osiągnąć. A co to przyniesie, czy nowy rekord życiowy, czy indywidualny start na MŚ w Doha, a może finał, to już zobaczymy.

Embed from Getty Images

Iga Baumgart-Witan wspominała, że najmocniejszą stroną naszej sztafety jest fakt, że wszystkie dobrze biegacie. Poziom naszych biegaczek na 400 metrów rzeczywiście jest bardzo wysoki i wyrównany. Sukcesy koleżanek, rywalizacja wewnątrz zespołu, mobilizuje was jeszcze bardziej do osiągania lepszych rezultatów?

Myślę, że tak. Wiemy, że chcemy biegać w sztafecie, bo mamy szansę osiągnąć medal MŚ i ME. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to dla nas łatwiejsze. W jakimś stopniu sztafeta pozwala nam, pomimo braku sukcesów indywidualnych, rozwijać się jako zawodniczka. Wiemy, że w nas wszystkich jest siła. Nie jest też tak, że biegając w sztafecie od 2013 roku, mam tam pewne miejsce. Mamy małą wewnętrzną rywalizację, która jest tylko i wyłącznie na zawodach, a nigdy w życiu prywatnym, o to, kto z nas pobieganie w czwórce. To na pewno jest mobilizujące i napędzające nas. To zdrowa, czysto sportowa rywalizacja.

W Pani życiu w mijającym roku zaszły też pozasportowe roku. Została Pani doktorantką na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Jakim wykładowcą jest Patrycja Wyciszkiewicz?

Trzeba się o to zapytać studentów. Może wykładowcą jeszcze nie, na razie ćwiczeniowcem, prowadzę ćwiczenia, czyli praktyczny wymiar nauki. Mam grupę zaoczną, mieliśmy zajęcia o 8 rano w niedzielę. Zajęcia odbywały się późną jesienią i wczesną zimą, więc poranki były trudne. Paru studentów wchodząc do sali powiedziało mi, że gdyby zajęcia były z inną osobą, z innego przedmiotu, to by się parę razy w łóżku zastanowili czy wstać i przyjść. To chyba dobrze świadczy.

Wiedzę na temat podstaw marketingu, przedmiotu prowadzonego na uczelni, czerpie Pani też z własnych sportowych doświadczeń?

Staram się rozgraniczać życie sportowe z naukowym. Raczej sportowych przykładów jest mało. Są pewne analogie, śmiało można to wykorzystać, ale wolę dawać studentom przykłady, które będą mogli wykorzystać w życiu zawodowym. Nie sądzę, żeby jakaś część z nich była związana ze sportem.

Łączenie zawodowego sportu z nauką na wysokim poziomie jest trudne?

Na pewno wymaga samodyscypliny i wsparcia od osób trzecich. Ja mam takie wsparcie w swoim promotorze, profesorze Zygmuncie Waśkowskim. On sam jest biegaczem i rozumie to jak wygląda moje życie. Zawsze szukamy wspólnego rozwiązania, gdy pojawiają się małe problemy, aby jedno z drugim pogodzić. Czasami trzeba usiąść po mocnym treningu i niekoniecznie przeznaczyć 100% czasu na regenerację i odpoczynek. Zamiast wziąć do ręki książkę kryminalną czy inną rozrywkową, trzeba wziąć artykuł naukowy i go przeczytać.

Do IO w Tokio jeszcze dwa lata. To aż czy tylko tyle czasu? Myśli Pani już o IO i przygotowaniu do tej imprezy?

To już tylko tyle czasu. Ostatnio uświadomiłam sobie, ile czasu minęło od momentu, w którym ukończyłam szkołę podstawową i gimnazjum. Nagle, jak przychodzę na treningi, młodzież, która też przychodzi, nie mówi mi cześć, tylko dzień dobry. Upływ czasu szybko widać. W sporcie mam wrażenie, że on płynie dwa razy szybciej niż w normalnym życiu. Zostały tylko dwa lata. Trzeba się w 100% skupić na tym starcie, a przy okazji na chwilę zatrzymać się w Doha.

Poza piłkarzami i może jeszcze kilkoma dyscyplinami dla wszystkich sportowców IO to najważniejsza impreza. Naszą sztafetę stać na to, aby przyjechać z Tokio z medalem?

To bardzo trudne pytanie. Wierzę w to, że stać, co pokazuje medal z 2017 roku z MŚ, medale z halowych imprez czy ostatnie złoto z ME w 2018. Jeśli będziemy biegać najszybciej w Europie, a jesteśmy w stanie to zrobić, to przed nami jest tylko USA, a resztę świata możemy pokonać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger