fbpx

“Temperatura ok. -20 do -30 stopni. Człowiek musiał się skulić, żeby ogrzać się od środka.” Piotr Suchenia o Antarctic Ice Marathon

Fot: Mark Colon

Fot: Mark Colon

W 2017 roku zwyciężył w Antarctic Ice Marathon biegu rozgrywanym na biegunie północnym. Do tego osiągnięcia dodał triumf w maratonie rozgrywanym na Antarktydzie. Piotr Suchenia opowiedział o swoich doświadczeniach związanych tymi ekstremalnymi zawodami.

Pełna wersja wywiadu dostępna jest w nr 2. e-tygodnika “Magazyn Bieganie”, który można pobrać za darmo w aplikacji na urządzenia mobilne. Materiał pochodzi ze stycznia 2019.

pobierz aplikację

Na początek gratuluję wygranej w Antarctic Ice Marathon. W trudnych warunkach udało się pokonać trasę w czasie 3 godzin 49 minut i 18 sekund. To czas niewiele gorszy od rekordu trasy. Minęło już trochę czasu od tego biegu. Z tej perspektywy uznaje Pan to za największe dotychczas wyzwanie i sukces w sportowej karierze?

Dziękuję. Myślę, że większym i trudniejszym biegiem było zwycięstwo na biegunie północnym w North Pole Marathon. Było o wiele zimniej i było tam cięższe podłoże. Na Antarktydzie udało mi się po dwóch okrążeniach zrobić wystarczająco dużą przewagę, aby później móc trochę odpuścić. Zdobycie północy i południa w mojej skromnej karierze to największy sukces.

Wiedział Pan przed startem jak będzie wyglądać pogoda?

Mieliśmy komunikaty meteo. Wylecieliśmy tam dobę wcześniej. Wiedziałem, że coś wisi w powietrzu, że ma być jakieś załamanie pogodowe. Już wcześniej zaczął padać bardzo mocny śnieg i padał przez kilka dni. Wiedziałem, że warunki będą bardzo, bardzo paskudne. Na trasie doszedł do tego mocny porywisty wiatr, momentami w twarz. Mieliśmy cały kalejdoskop pogodowy.

Co pogodowo sprawiało największa trudność?

Przede wszystkim padający, grząski, sypki śnieg. Cały czas biegaliśmy w nim po kostki, momentami trochę głębiej. To było najtrudniejsze. Do tego wiatr. Jeśli wiał w plecy, było ciepło, choć pewnie i tak była to temperatura odczuwalna minus kilkanaście stopni. Jak wiał w twarz, to temperatura wynosiła około minus 20-30 stopni. Człowiek musiał się skulić i mocno biec, żeby trochę ogrzać się od środka.

Uważa Pan, że przy lepszych warunkach tę trasę można pokonać w lepszym czasie?

Tak. Pierwszą połówkę biegłem w tempie prawie 5 minut na kilometr. Jeżeli nawierzchnia byłaby zmrożona, mróz trzymałby tam po minus kilkanaście stopni przez kilka dni i nie padałby śnieg, można byłoby tu spokojnie biec 4,40-4,50 na km. W takim śniegu nie ma krzepnięcia, nie ma płynnego ruchu, człowiek się cały czas zapada, a im więcej osób biegnie po tych okrążeniach, tym trasa robi się trudniejsza.

Był moment, w którym brał Pan od uwagę poddanie się i rezygnację ze startu?

To w ogóle nie wchodziło w grę. Cały czas była mocna koncentracja, skupienie – do samej mety.

Wiele osób startujących w takich zawodach już sam udział traktuje jako wyzwanie i wystarczy im dotarcie do mety, bez skupiania się na miejscu czy czasie. Dla Pana wygrana to istotna kwestia?

Po wygranym biegunie północnym wymarzyłem sobie przede wszystkim start na Antarktydzie. Chciałem ukończyć maraton i walczyć o jak najwyższą lokatę. Udało się zwyciężyć, z czego jestem bardzo zadowolony. Najważniejszym tematem było przebiec, potem zawalczyć o podium, a jak się uda wygrać, to super.

Na takiej trasie w ogóle ściga się z innymi zawodnikami? Miał Pan świadomość, że biegnie na pierwszym miejscu? Ktoś informował Pana o obecnej sytuacji na trasie?

Tutaj sytuacja była dość prosta. Trasa przypominała trapez. Jeśli biegłem prosto pierwsze 2 kilometry, a później był o skręt o ponad 100 stopni w prawo, to widziałem, co się dzieje po mojej prawej stronie. Przez mniej więcej dwa okrążenia widziałem drugiego zawodnika. Po dwóch kilometrach miałem przewagę na oko 300 metrów, a po 10 to był ponad kilometr. Gdy były miejsce, gdzie mogłem widzieć co dzieję się po mojej prawej stronie, mogłem kombinować, gdzie jest drugi zawodnik, jak bardzo musiałby przyspieszyć albo jak ja musiałbym zwolnić. Kontrola cały czas była.

Fot: Mark Colon

Fot: Mark Colon

Na starcie było około 50 biegaczy. Wszyscy dotarli do mety?

Część z tych osób zrezygnowała po dystansie półmaratonu. Jedna osoba przebiegła 10 kilometrów i jedna bodajże 5.

Jak przygotowuje się do takiego maratonu? Musiał Pan zmienić trening pod kątem kontynentu, na którym wystartuje, warunków, jakie tam panują czy to nie miało wielkiego wpływu? W Polsce jest to możliwe czy trzeba wyjechać do innego kraju?

Wygodnie byłoby wyjechać do innego kraju, gdzie jest niższa temperatura i śnieg. Niestety ze względu na pracę zawodową (pracuję na etacie, do tego w jednej fundacji, a także prowadzę własną firmę) muszę być cały czas na miejscu i pilnować swoich obowiązków. Zorganizowałem sobie zwykły trening maratoński w lesie. Postawiłem na dużą ilość naturalnej siły biegowej. Dużo biegałem po nieprzyjaznym podłożu, po miękkich ścieżkach, starałem się łapać dużo przewyższeń. To mi wystarczyło. Temperatury nie były u nas minusowe. To musiałem odpuścić na dalszy plan. Nie było opcji biegania w chłodni przemysłowej czy mroźni. Musiałem się ratować takimi warunkami, jakie mam. Bazowałem na dużym doświadczeniu. W zeszłym roku podczas maratonu na biegunie północnym odczuwalna temperatura wynosiła -50 stopni. Było naprawdę zimno. Kilka razy pobiegałem na Spitsbergenie. Doświadczenie w startach w arktycznych, mroźnych temperaturach bardzo mocno zaprocentowało.

Jak ważne w takim biegu jest właśnie to doświadczenie? Czy osoba, która chciałaby zacząć biegać maratony, mogłaby ten potraktować jako pierwszy czy odradzałby Pan taki start?

Odradzałbym ze względu na to, że czas przebiegnięcia tego maratonu jest co najmniej o godzinę dłuższy, a czasem półtorej do dwóch godzin. Przygotowanie do wysiłku musi być o wiele mocniejsze. Poza tym tu jest to siłowe bieganie. Nie wystarczy biegać na ulicy na wysokich prędkościach, bo to nie będzie miało tu odzwierciedlenia. Dużo kilometrów można biegać po górkach czy plaży. Przede wszystkim trzeba jednak wzmocnić nogi i przygotować organizm na o wiele dłuższy wysiłek niż na maratonie ulicznym.

Kiedy w Pana głowie zrodził się projekt maratonu na Antarktydzie. Skąd w ogóle bierze się pomysł, aby wystartować w tak odległym, pod wieloma względami, miejscu?

Skończyłem szybko biegać w 2012 roku. Doszedłem do poziomu, który sobie wymarzyłem. Pobiegłem 2:29:34 maraton na ulicy. Później zrodził się pomysł biegania maratonów na wszystkich kontynentach. Pobiegłem w Azji, na Karaibach, w Ameryce Północnej i Południowej. Stwierdziłem, że muszę też przebiec Antarktydę, ale to zostawiłem na później. Moim marzeniem stał się biegun północny. Uwielbiam daleką północ – czym dalej na północ, tym się lepiej czuję. Jak przebiegłem maraton na biegunie północnym, stwierdziłem, że skoro powiedziało się B jak biegun, to trzeba powiedzieć A jak Antarktyda i w końcu na nią pojechać.

Ile czasu czekał Pan na możliwość startu na Antarktydzie? Podobno nie jest tak łatwo w ogóle zapisać się na te zawody.

Nie jest łatwo. Zgłoszenie trzeba wysłać około rok wcześniej i wtedy trzeba zapłacić transzę. Gdy już postanowiłem, że jadę i zbiorę środki finansowe, to przelałem wpisowe, zapisałem się i udało się rok po biegunie północnym wystartować na drugim końcu świata.

Nie jest łatwo dostać się na maraton na Antarktydzie, ale z samego kontynentu trudno się też wydostać. Pogoda przedłużyła Pana pobyt.

To jest urok tych dziwnych, dzikich i odludnych miejsc jak północ czy południe. Antarktyda jest takim kontynentem, że praktycznie nic tam nie ma. Tam matka natura rozdaje karty. Jesteśmy od niej nie tylko w 100, ale w 200 procentach zależni. Tu problemem jest to, że ten lodowiec Union Glacier Camp leży o 4,5 godziny lotu samolotem od Punta Arena, od miejsca, skąd odlatują samoloty. Dwa okna pogodowe muszą się ze sobą zgrać. Na Antarktydzie pogoda zmienia się w ciągu kilku godzin radykalnie – od pięknego słońca do wielkiej burzy śnieżnej. Możemy planować, bukować samoloty i hotele, ale pogoda potrafi nam wszystko zmienić. Mieliśmy tam lecieć w środę i wrócić w piątek. Wróciliśmy we wtorek. Z kilku dni zrobił się tydzień na Antarktydzie pod namiotem.

78340988_448508645859241_5604801118619041792_n-1

Na co dzień zajmuje się pan organizacją imprez sportowych, jest także trenerem lekkiej atletyki. Sama praca pozwala na zapewnienie funduszy na startowanie w podobnych maratonach czy w inny sposób Pan finansowanie?

Wychodzę z założenia, że człowiek musi na wszystko zapracować. Dlatego pracuję na tylu etatach, żeby te środki odłożyć. W naszych realiach inaczej się nie da. Oczywiście na te duże maratony, jak North Pole czy Antarctic Ice, realizowałem zbiórkę środków przez crowdfunding na portalu PolakPotrafi, ale gro środków było z oszczędności.

Na swoim koncie ma Pan ponad 30 maratonów. Są takie, które szczególnie zapisały się w Pana pamięci?

Na pewno Frankfurt Marathon, gdzie w końcu udało mi się złamać te magiczne 2,5 godziny. Spełnieniem wszystkich marzeń był maraton na biegunie północnym. Teraz tą trzecią impreza jest Antarctic Ice.

Próbował Pan też startów w triathlonach.

Zrobiłem chyba trzy albo cztery połówki. W triathlonie jednak czas poświęcony na treningi musi być bardzo duży, a ja go nie mam. Nie mam tyle czasu, żeby trenować na rowerze, do tego pływać i jeszcze biegać. A to wszystko chciałoby się jeszcze połączyć z wynikiem sportowym. Mimo sentymentu do tej dyscypliny, to rozwiązanie odpada, bo nie ma szans, żebym mógł dać z siebie tyle w treningu, aby osiągnąć dobre wyniki. Start dla samego startu jeszcze mnie nie satysfakcjonuje. Chciałbym się jeszcze trochę pościgać i poczuć sportową rywalizację.

Poza biegowymi walorami startów takich jak na Antarktydzie, dużą rolę odgrywa też chyba aspekt turystyczny. Jest czas podczas wyjazdów, żeby coś w ogóle zobaczyć czy raczej widzi Pan te miejsca tylko z perspektywy trasy?

Staramy się z żoną czy przyjaciółmi, aby najpierw wystartować w ciekawym miejscu, a potem wykorzystać kilka czy kilkanaście dni na urlop. Miejsce oryginalnego startu chcemy połączyć z turystyką maratońską. Tak było na Jamajce czy w przypadku Curacao, gdy objechaliśmy Karaiby. Pamiętam czasy, gdy zaczynałem biegać – to była końcówka lat 80. To jeszcze czasy żelaznej kurtyny, gdy człowiek mógł pojechać jedynie do Czechosłowacji czy DDR-u. Później się wszystko otworzyło i staram się z tego jak najbardziej korzystać, zwiedzać. Poprzez to, że mogę biegać w różnych ciekawych miejscach, mogę też zobaczyć różne ciekawe miejsca, miasta.

Łączenie pracy zawodowej na kilku etatach z bieganiem to duży wysiłek? Trudno to ze sobą pogodzić?

Logistycznie jest trudno. Na etacie pracuję 7:30-15:30. Bardzo często przed pracą mam trening personalny – spotykam się z klientem o 6 czy 6:30. Trzeba wstawać o 5 albo trochę wcześniej. Po pracy wracam do domu i ogarniam swoją firmę. Na treningi wychodzę bardzo późno – 19, 20 czy 21. Szczególnie w zimę jest to trudne, ale jest fajnie. Ja nie narzekam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger