Był twarzą maratonu w Bostonie, ma swój fanklub. I jest biegowym… oszustem

Autor: Marcin Nagórek • 22.05.2017
CC BY 2.0 Flickr.com/Andrew Malone

CC BY 2.0 Flickr.com/Andrew Malone

Maratońscy oszuści to nie tylko polski fenomen. W USA swego rodzaju gwiazdą jest od dwóch lat niejaki Mike Rossi. 50-letni biegacz został przyłapany na skracaniu trasy i dochował się swoistego fun klubu – setki biegaczy śledzą każdy jego start, szukając kolejnych oszustw.

Mike Rossi, didżej z baru karoke na przedmieściach Filadelfii, dwa lata temu miał swoje pięć minut popularności w masowych mediach za oceanem. Wszystko z powodu maratonu w Bostonie, na który pojechał wraz z rodziną. Aby tego dokonać, zabrał ze sobą dwoje dzieci i żonę. Problem w tym, że w jego stanie był to normalny dzień roboczy. Dyrektorka szkoły napisała do Rossiego list, że w przypadku dzieci uważa wyjazd na maraton za nieusprawiedliwioną nieobecność na lekcjach, co w przyszłości może grozić nawet ich wyrzuceniem. Rossi opublikował na Facebooku emocjonalną odpowiedź, w której pisał, że ma prawo zabierać dzieci gdzie chce i uważa, że podczas tego wyjazdu nauczyły się więcej niż podczas zajęć. Wywołało to ogólnokrajową dyskusję na temat tego, do jakiego stopnia o dzieciach ma decydować rodzic, a do jakiego stopnia instytucja państwowa. Rossi stał się chwilową gwiazdą, twarzą maratonu w Bostonie, obrońcą wolności, udzielał dziesiątek wywiadów.

Biegowe śledztwo

Szybko jednak dociekliwi maratońscy rywale wygrzebali ciekawostkę na zupełnie inny temat: Mike Rossi prawdopodobnie sfałszował swój wynik. Aby pobiec w Bostonie, należy uzyskać minimum kwalifikacyjne. Rossi rzekomo pobiegł 3:11 podczas innego maratonu, w samym Bostonie uzyskał czas 4:01, co tłumaczył kontuzją.

I tu wydarzył się fenomen – pojawiła się nagle grupa pasjonatów, która zaczęła prześwietlać biegacza. Jego maraton w 3:11 rozebrano na czynniki pierwsze, przeanalizowano tysiące zdjęć z każdego punktu trasy, nagrania video, przesłuchano świadków, analizowano mapy trasy i dróg dojazdowych. Co więcej, zaczęto grzebać w innych wynikach i okazało się, że część z nich jest także dyskusyjna. Na popularnym amerykańskim forum biegowym jak grzyby po deszczu zaczęły się mnożyć kolejne dyskusje na temat Rossiego. Coś, co pierwotnie było lokalną dyskusją, nagle dla biegaczy amatorów w USA stało się tematem numer jeden. Podstawowy wątek dyskusyjny o Mike’u Rossim ma w tej chwili ponad 1300 stron – i to po usunięciu wielu innych oraz wprowadzenia wymogu rejestracji, aby w ogóle się wypowiedzieć. To najpopularniejsza biegowa dyskusja w historii internetu. Żadne biegowe osiągnięcie, żaden wyczyn czy medal nawet nie zbliżają się do tego zainteresowania.

Historia rozwijała się dynamicznie, także dlatego, że sam Rossi okazał się zatwardziałym oszustem i furiatem. Zaczął grozić osobom, które zadawały niewygodne pytania, uparcie trzymał się swojej wersji, prezentując zupełnie absurdalne argumenty, na forach bronił sam siebie pod pseudonimem, udzielał gniewnych wywiadów w mediach… I oczywiście nigdy nawet nie zbliżył się do sfałszowanego wyniku 3:11. W pewnym momencie doszło nawet do rękoczynów. Kilku oburzonych biegaczy zjawiło się w barze, w którym pracował Mike Rossi i zaczęło zadawać pytania dotyczące biegu. W klubie doszło do masowej bójki, przerwanej dopiero przez policję.

W obliczu fenomenu społecznego, jakim stało się tropienie oszusta, właściciele strony internetowej letsrun.com, którzy publikowali kolejne analizy dotyczące wątpliwości wokół biegacza, przedstawili niezwykłą ofertę. Zaoferowali mu 100 tysięcy dolarów, jeśli będzie w stanie w kontrolowany sposób powtórzyć wynik 3:11 w maratonie. Ba, dali mu na to cały rok. Dodatkowo obiecali wypłacić 10 tysięcy dolarów, jeśli Rossi uzyska chociaż czas 3:25 w maratonie. Pojawiły się też inne możliwości – pobiegnięcia wyniku 20:00 na 5 km, a z czasem nawet tylko 21:30 na piątkę, wszytko nagradzane premiami finansowymi. Właściciele strony byli pewni swego – Rossi jest nieco otyłym niemal 50-latkiem, który w swoich kontrolowanych biegach nawet nie zbliżył się do czasu 3:11 w maratonie. Ba, jego najlepszy wynik na 5 km to zaledwie 21:52, czyli niewiele szybciej niż wymagany międzyczas w maratonie.

„Wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy”

W sprawie Rossiego wypowiadali się nie tylko szarzy biegacze, ale także trenerskie sławy. Kolejny portal opracował specjalnie dla niego plan treningowy, który miał przygotować formę na wynik 3:11. Biegacz nie podjął się jednak zarobienia 100 tysięcy dolarów. Wdawał za to w kolejne awantury w social mediach, a w międzyczasie pousuwał wszystkie swoje profile na portalach treningowych. Które, rzecz jasna, wykorzystywano do analizy wyników, rozbierając na czynniki pierwsze każdy zapisany trening i start. W pewnym momencie dla każdego zorientowanego w temacie biegacza stało się jasne, że Rossi jest oszustem – ale nigdy się do tego nie przyznał. Do dzisiaj jest swego rodzaju celebrytą – biegacze wciąż o nim dyskutują, śledzą kolejne starty i kolejne potencjalne kłamstwa. Pisały o nim liczące się biegowe media – i nie tylko biegowe. Ba, dochował się swojej strony w Wikipedii.

Mike Rossi nie wpadł jeszcze na to, żeby finansowo wykorzystać sławę, ale kto wie, czy do tego nie dojdzie. Żaden profesjonalny biegacz nie generuje w amerykańskim internecie takiego zainteresowania jak on – wyjątkowo bezczelny oszust, znany ze skracania trasy. W pewnym momencie zaproponował właścicielom strony letsrun.com, że udzieli im wywiadu na wyłączność, jeśli usuną wątek dyskusyjny poświęcony tropieniu jego oszustw. Czy i nas w Polsce czeka taki trend? Niedawno wyśledzono biegowego oszusta w Kielcach, ale on pod presją społeczną ugiął się i przyznał do sfałszowania numeru startowego. Na naszych oczach powstaje jednak nowy fenomen – grupy biegaczy organizują się, aby w wynikach zawodów wynajdywać podejrzane osoby, potencjalnych oszustów. W USA jest to już stały trend i hobby dla części biegaczy amatorów.

Analiza wyników Rossiego wraz z ofertą na 100 tysięcy dolarów (po angielsku)

Czy zetknąłeś/zetknęłaś się kiedykolwiek z próbą oszustwa podczas zawodów?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *