fbpx

Wydarzenia > Biegi zagraniczne > Wydarzenia > Relacje z biegów > Wydarzenia

Maraton w Nowej Zelandii – na końcu świata i do góry nogami

Szakale Bałut w Nowej Zelandii. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Szakale Bałut w Nowej Zelandii. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Popatrzyliśmy na globus i podrapaliśmy się po głowach. W ramach projektu Accenture Marathon Expedition chcieliśmy wyruszyć najdalej, jak się da. Padło na Nową Zelandię. Wychodziło na to, że czeka nas bieganie do góry nogami. W grawitację oczywiście każdy wierzy, ale rozważaliśmy, czy ona aby na pewno działa, gdy się nieco wyżej podskoczy?

A poważnie – zastanawialiśmy się, jak przetrwamy 25 godzin lotu i jak wygląda nowozelandzka zima (bowiem tam sierpień jest odpowiednikiem naszego lutego). Naszym celem był Five Bridges Marathon, odbywający się na obrzeżach Wellington 23 sierpnia. Z uwagi na koszty Szakale Bałut na tę wyprawę wyruszyły w bardzo okrojonym składzie. Dla mnie miał to być 42. bieg na dystansie 42 kilometrów (na dodatek w 42. roku życia), pierwszy po kwietniowej operacji nogi, podczas której moja pięta pozbyła się kawałka kości. Forma sprzed lat dawno zniknęła, noga wciąż bolała, więc celem było ukończenie zawodów. Szymon Drab wyruszał po to, by powalczyć. To przedstawiciel młodej generacji Szakali, może niezbyt pilnie trenuje, ale wciąż robi postępy. I wreszcie Klaudia Kobus – w zasadzie absolutna debiutantka. Zaczęła biegać wiosną zeszłego roku, sama przyznaje, że chyba nie ma talentu, a dopadło ją już tyle kontuzji, że wystarczyłoby, by obdzielić nimi wszystkie kończyny stonogi. Jesienią ujawniła się u niej poważna anemia, a dwa tygodnie przed wyjazdem trafiła do szpitala… z podejrzeniem udaru. Na szczęście alarm okazał się fałszywy, a Klaudia dzielnie deklarowała, że skoro się zgłosiła na półmaraton, to go i tak przebiegnie. W dniu wyjazdu pobiła swój rekord długości biegu – zaliczyła 15 kilometrów nieprzerwanego truchtu.

nowa zelandia 2015 157

Szymon, Klaudia i Maciek. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Do Nowej Zelandii wyruszaliśmy na 2 tygodnie – najpierw wędrówka po kraju, a na deser maraton. Wylot mieliśmy z Pragi, a w drodze na lotnisko poprawiliśmy sobie humor składając wizytę w Kaplicy Czaszek w Kudowie. Podróż przez Dubaj i Melbourne przebiegła spokojnie, po prostu była bardzo długa i męcząca. Gdy w samolocie Klaudia obwieściła, że ona też wystartuje w pełnym maratonie, uznałem, że zaszkodził jej wielogodzinny pobyt na znacznej wysokości. Odpowiadając żartem na jej żart rzuciłem, że jeśli na początku wyjazdu przebiegnie 25 km, to pozwolę jej biec maraton (mówiąc to dyskretnie rysowałem palcem kółko na czole).

Ruszając w trasę

W podróż po Wyspie Północnej (czyli tej cieplejszej) wyruszyliśmy wynajętym samochodem. Wybraliśmy najtańszą opcję, a opłata za starego Nissana (620 zł za 14 dni) odpowiadała jego jakości. Trzeciego dnia zapaliła się lampka oznajmiająca awarię silnika, która przestała nas straszyć dopiero ostatniego dnia eskapady. W trakcie większych opadów w bagażniku zbierała się woda, na zakrętach coś stukało, ale mimo wszystko jechał i nas nie zawiódł.

Na miejscu było nieco cieplej niż myśleliśmy – zazwyczaj około 8-12 stopni, za to sporo padało. Odpuściliśmy planowane noclegi w namiocie i korzystaliśmy z tanich hotelików, zwłaszcza że poza sezonem nie było trudno o miejsca. Pod tym względem Nowa Zelandia jest dla turystów bardzo przyjazna. Ceny noclegów kształtowały się wokół 60 zł od osoby, wszędzie mieliśmy dostęp do czyściutkiej, w pełni wyposażonej kuchni, mogliśmy więc gotować obiady. Miejscowi mają szczególne podejście do temperatury – w kuchni oraz łazience po prostu nie grzeją i czasami bywało tam naprawdę zimno.

nowa zelandia 2015 461

Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Po przylocie do Auckland najpierw wyruszyliśmy na północ, na półwysep zwany Northland. Tam w nadmorskim miasteczku Paihia zaliczyliśmy trening w bajkowej scenerii. Pogoda była świetna, truchtaliśmy brzegiem morza i drogą wśród pól golfowych z kapitalnymi widokami na usianą wyspami zatokę. Zrobiliśmy 21 km, więc Klaudia po raz kolejny mogła się cieszyć z pobicia rekordu długości biegu.

Szakale w krainie bulgocącego błota

Następnym punktem programu była Rotorua – miasto sławne ze zjawisk geotermalnych. Podziwialiśmy tu gejzery, większe i mniejsze, bardziej i mniej błotne. Niestety – wstęp w najciekawsze miejsca wymaga poniesienia dość znacznych kosztów. Ale warto. W strugach deszczu oglądaliśmy największy gejzer południowej półkuliPohutu. Lokalna ludność maoryska podaje, że jego nazwa powstała, gdy przed laty dotarł tu podróżujący po świecie prosty kmieć spod Ostrołęki. Nieczuły na cuda przyrody, zdenerwowany wykrzyknął: „Po-hu-tu przyjechałem”.

Widzieliśmy też inny gejzer – Lady Knox, który „działa” raz na dobę, gdy obsługujący go mężczyzna w dziurę w ziemi wpakuje porcję mydła. Trafiliśmy na dzień, w którym Lady była wyjątkowo leniwa i obudziła się dopiero po łyknięciu trzeciej mydlanej piguły. Kilkunastometrowy słup wody i kłęby pary robią wrażenie, ale tłum widzów na trybunie i facet z woreczkiem mydła czynią widowisko nieco sztucznym. Znacznie lepiej prezentowały się inne atrakcje – gorące jeziorko z pomarańczowymi brzegami, inne jeziorko o barwie mleczno-seledynowej, kłęby siarkowych oparów wydobywające się z różnych dziur w ziemi. Bardzo nam się spodobał błotny stawek. Zamiast wody gęsta zawiesina, bulgocąca, parująca, z której od czasu do czasu wylatywały w górę bryzgi błota. Gdyby nie temperatura tej papki (około 70 stopni) pomyślałoby się o rozegraniu tu którejś z edycji „Katorżnika”.
W Rotorua zaliczyliśmy kolejne długie wybieganie. Było wspaniale, gdy rano mknęliśmy przez miejski park, w kłębach gęstej pary unoszącej się nad jeziorkami i dziurami z gotującym się błotkiem. Nad całkiem pokaźnym jeziorem Rotorua biegaliśmy wśród siarkowych wyziewów, na dodatek znów sprzyjała nam pogoda. Przydarzył się kolejny cud – Klaudia przebiegła 25 km. Po treningu obwieściła, że jeszcze kilka też by dała radę.

nowa zelandia 2015 1310

Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

W drodze do Wellington

Wreszcie dotarliśmy do serca Wyspy Północnej, czyli w góry. W Parku Narodowym Tongariro, który należy do najstarszych na świecie, podziwialiśmy trzy okazałe, ośnieżone wulkany. Nie było nam dane zobaczyć ich szczytów, które wciąż tonęły w chmurach, ale jedna z naszych górskich wycieczek okazała się cudowna. Tam też przekonaliśmy się, że naprawdę trafiliśmy na zimę, gdyż w wyższych partiach gór szusowali narciarze. Dwa dni później – i w innej części wyspy – wreszcie zobaczyliśmy nowozelandzki wulkan w pełnej krasie. Gdy dotarliśmy do podnóża góry Taranaki widzieliśmy tylko chmury, ale następnego dnia spotkała nas nagroda. Na kilka godzin wyłonił się majestatyczny, biały stożek. Ciekawa była też podróż pomiędzy wulkanami. Ponad 100 km tzw. Forgotten World Highway, drogą przez niemal bezludne, niezbyt wysokie góry. Krętą i wąską, z szutrową nawierzchnią. Po drodze osada o nazwie Whangamomona, licząca 30 mieszkańców, która jakiś czas temu ogłosiła niepodległość. Tablica przy drodze informowała, że wjeżdżamy do niezależnej republiki, niestety – nielicznym obywatelom państewka nie udało się wystawić posterunków granicznych. To wówczas poczuliśmy, że dotarliśmy na koniec świata.

Klucząc po Wyspie Północnej dojechaliśmy wreszcie do Wellington, czyli nadszedł punkt kulminacyjny naszej eskapady. Biuro zawodów odszukaliśmy bez trudu. Znajdowało się w osadzie Petone, kilkanaście kilometrów od właściwego miasta, w okazałym budynku, będącym siedzibą robotniczego zrzeszenia społeczno-kulturalnego. Spodziewaliśmy się niszowej imprezy, ale i tak na miejscu byliśy nieco zaskoczeni. W maratonie miało startować około 70 osób, nieco więcej w półmaratonie i w biegu na 10 km. Zawody w Petone odbywają się od kilku lat, ale po raz pierwszy organizatorzy zdecydowali się na przeprowadzenie biegu na królewskim dystansie. Do tego maraton i półmaraton miały wersję dla piechurów, z której – jak się nazajutrz okazało – skorzystali najbardziej wiekowi sportowcy. Niska frekwencja dziwiła nas przede wszystkim dlatego, że wędrując po Nowej Zelandii niemal na każdym kroku spotykaliśmy biegaczy. Niszowość biegu podkreślał pakiet, zlożony z numeru i dwóch (a nie czterech!) agrafek.

nowa zelandia 2015 1503

Ekipa gotowa na wyzwanie. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Szakale na trasie maratonu

Wystartowaliśmy o 8 rano. Baliśmy się niepogody – deszczu i słynnego wiatru z Wellington. Mieliśmy szczęście, nie wiało nadmiernie, nie padało, za to pięknie świeciło słońce. Trasa była dostosowana do kameralnego biegu. Wytyczono ją na zasadzie „tam i z powrotem”. Najpierw uliczkami miasteczka, potem przez pole golfowe, przez most, asfaltem wzdłuż rzeki i dalej – najdłuższy odcinek – gruntową ścieżką, wciąż obok rzeki. Na ścieżce czekały na nas utrudnienia, czyli znajdujące się w kilku miejscach bariery uniemożliwiające wjazd na ciąg pieszy, gdzie trzeba było wykonywać szybki slalom niemal w miejscu. Pierwsza połówka była nieco trudniejsza, gdyż wiodła lekko pod górę i do tego pod wiatr. Na trasie serwowano jedynie wodę, na szczęście z kraju zabraliśmy żele ALE, którymi posilaliśmy się podczas maratonu.

Przez znaczną część biegu współpracowałem z Szymonem. On naprawdę bał się tego startu, gdyż w Rotorua dopadło go zapalenie ściągna Achillesa. Zaleczył je Olfenem, ale przecież maraton to maraton i kontuzja mogła się odezwać. Pierwsze 3 km biegliśmy razem, potem Szymon był nieco z przodu, ale koło 8. km znów się zrównaliśmy. Odtąd dawaliśmy sobie zmiany pod wiatr, każdy prowadził przez 500 m, co świetnie zdawało egzamin. Po nawrocie puściłem kolegę do przodu, wciąż kontrolując to, co robi. Moja noga dawała znać o sobie, ale nie była nadmiernie uciążliwa. Wyprzedziliśmy kilku rywali, a po 30 km zauważyłem, że zbliżam się do Szymona. Wkrótce go doszedłem i znów biegliśmy razem. Planowaliśmy nawet wspólne wbiegnięcie na metę z polską flagą. Niestety – „wykrakałem” nieszczęście. Gdy Szymon zaproponował, byśmy dogonili chłopaka przed nami, odrzekłem, że się lepiej się nie „podpalać”, by nas jakiś skurcz nie złapał. Magiczne słowo zadziałało jak katalizator. Minęły dwie sekundy, po czym mój partner stanął i krzyknął: „skurcz!”. Zobaczyliśmy się więc dopiero na mecie. Ja ukończyłem zawody na 11. miejscu z czasem 3.40, Szymon był 18. (3.45). Operowana noga wytrzymała, nie mam więc prawa narzekać.

nowa zelandia 2015 878_resize

Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego

Znacznie ciekawsze były przygody Klaudii. Tak jak straszyła, wpisała się na listę startową maratonu. Biegła spokojnie, nawet dostojnie. Wszystko szło dobrze do 17. km, kiedy odezwała się dawno zaleczona kontuzja ścięgien stopy. Gdy była na 18. km, a ja mijałem ją po wykonaniu nawrotu, miała na twarzy grymas bólu i szła zamiast biec. Poinformowała mnie, że zaraz odpadnie jej noga. Po dotarciu do mety wróciłem na trasę, by ratować Klaudię. Wyobrażałem sobie, że doczołga się jakoś z czasem koło 7 godzin. Moje zdziwienie było ogromne, gdy krocząc po polu golfowym ujrzałem po drugiej stronie rzeki znajomą sylwetkę. O dziwo – wciąż biegła i wszystko wskazywało na to, że zejdzie poniżej 5 godzin. Zaczekałem, podtrzymałem na duchu, dałem wody i razem potruchtaliśmy do mety. Czas Klaudii był jedną z największych niespodzianek polskiego sportu. Dziewczyna, która dwa tygodnie wcześniej po raz pierwszy w życiu przebiegła 15 km, teraz ukończyła niełatwy maraton w 4.52. Po biegu tłumaczyła nam, że ostatnie 25 km biegła lewą stopę stawiając jedynie na palcach. I nie złapał jej skurcz…

Bieg w Petone był szczególny także dlatego, że nie dekorowano zwycięzców, nie było pucharów, dyplomów, ani nawet przedstawienia najszybszych biegaczy. Dobrze, że na mecie otrzymaliśmy medale. Było też losowanie nagród, nie było ich zbyt wiele, ale każde z nas otrzymało jakiś upominek. Gdy jako trzeci wyczytany został Szymon, zebrani podsumowali naszą dobrą passę burzą oklasków.

Nazajutrz ruszyliśmy w drogę powrotną. Przekonaliśmy się jak wielkie mieliśmy szczeście. Gdy wyjeżdżaliśmy, w Wellington wiało tak, że trudno było iść. Dotarliśmy do lotniska w Auckland – 700 km, potem ponad 30 godzin w samolotach i w terminalach, wreszcie samochodem z Pragi do Łodzi. W podróży prezentowaliśmy się dość osobliwie: wszyscy w zielonych koszulkach Accenture Expedition, niby sportowcy, ale wyraźnie kulejący (przynajmniej Klaudia i Szymon). Wracaliśmy jednak z uśmiechem na twarzach, powtarzając sobie: „warto było!”.

Obszerniejsze relacje, więcej zdjęć i filmy na www.szakalebalut.pl

Chcesz być zawsze na bieżąco? Polub nas na Facebooku. Codzienną dawkę motywacji znajdziesz także na naszym Instagramie!
Zachęcamy także do słuchania naszego podcastowego cyklu „Czy tu się biega?”.
mm
Maciej Rakowski

Podoba ci się ten artykuł?

1 / 5. 1

Przeczytaj też

Marcina Świerca nikomu, kto choć trochę kojarzy światek polskich biegów górskich, przedstawiać nie trzeba. Zawodnik, który jako jedyny z Polaków stawał na podium podczas festiwalu UTMB, czyli biegowej Ligi Mistrzów. Teraz, w 2024 roku, wraca […]

Dobrze jest wrócić. Znowu mogę biegać! Jeszcze powalczę na trasie. Marcin Świerc prosto z Pieniny Ultra Trail

W najbliższą sobotę i niedzielę odbędzie się DOZ Maraton Łódź, jedno z najważniejszych biegowych wydarzeń w Polsce. Organizatorzy przygotowali wiele atrakcji dla uczestników, a my mamy dla Was garść przydatnych informacji, które pozwolą Wam przygotować […]

Już w ten weekend: DOZ Maraton Łódź! Przygotuj się na wyjątkowe wydarzenie!

Mamy za sobą 9. już edycję lubianego i cenionego cyklu biegów przełajowych w mieście, czyli CITY TRAIL. Jakie zmiany czekają imprezę w związku z zakończeniem współpracy z Nationale-Nederlanden? Jakie było ostatnie pół roku? Ilu zawodników […]

Od Grand Prix Poznania do Grand Prix CITY TRAIL, czyli prawie dekada pięknej trailowej przygody w 10 miastach w Polsce

Pęcherze na stopach nie są niczym niezwykłym. Zapewne każdy borykał się z taką przypadłością przynajmniej raz. Medycyna ludowa zna wiele sposobów na pozbycie się pęcherzy. Nie wszystkie są polecane przez współczesną medycynę. Skąd się biorą […]

Jak szybko usunąć odciski i pęcherze ze stóp? Domowe sposoby na bolesne rany

Jak zakochać się w sporcie od najmłodszych lat? Czy bieganie to sport indywidualny? Kto najlepiej motywuje do bycia aktywnym? Czy grywalizacja ma sens? Czym jest ruch #długodystansZDROWI? Jak wygląda w praktyce employer branding i dlaczego […]

Sport mam we krwi od dzieciństwa, a o zdrowiu myślę długodystansowo. Ada Stykała. Ruch #długodystansZDROWI

Konkurs rzutu młotem z udziałem największych gwiazd tej konkurencji będzie głównym punktem tegorocznej odsłony Memoriału Czesława Cybulskiego. Na Stadionie POSiR Golęcin nie zabraknie również rywalizacji na bieżni i skoczniach. Od środy 24 kwietnia można kupować […]

Memoriał Czesława Cybulskiego już 23 czerwca! Rusza sprzedaż biletów

Jak wygląda proces projektowania nowych butów biegowych? Jakie czynniki trzeba w nim uwzględnić? Co wyróżnia najbardziej zaawansowane modele i w którym kierunku może pójść rynek butów biegowych w kolejnych latach? O tym i wielu innych […]

Rohan van der Zwet z ASICS: Nie podążamy za żadnymi trendami, ale sezon po sezonie wprowadzamy innowacje i udoskonalamy produkt po produkcie

W miniony weekend odbył się w festiwal Pieniny Ultra-Trail®, w ramach którego rozegrano PZLA Mistrzostwa Polski w Biegach Górskich na trzech dystansach: Vertical, Mountain Classic oraz Short Trail. Był to dzień wielkiego triumfu Martyny Młynarczyk, […]

Pieniny Ultra-Trail®z rekordową frekwencją i rewelacyjnymi wynikami. Poznaliśmy mistrzów Polski w biegach górskich na 3 dystansach