fbpx

Wiadomości

[h6]Fot. Luck[/h6] [h2]Sprzęt używany w zawodowym peletonie to absolutnie najwyższa półka, zazwyczaj jest niedostępny dla przeciętnego człowieka. Nie chodzi tu tylko o nowinki czy sprzęt prototypowy, ale nawet o ten z pozoru taki sam, jaki można dostać w sklepie. Często mimo podobieństwa jest to sprzęt robiony na miarę, którego nie kupimy w sklepie rowerowym, ale marka Luck postanowiła to zmienić.[/h2] [h6]W modelu Invictus oprócz dopasowania do stopy można także wybrać własne malowanie. Fot. Luck[/h6] Chyba każdy z nas chciałby się poczuć jak gwiazda kolarstwa, używając sprzętu najwyższej klasy, zrobionego specjalnie dla nas. Niestety jest to w większości przypadków sprzęt niedostępny w sprzedaży lub ekstremalnie drogi i stać na niego tylko nielicznych. Okazuje się jednak, że można się zbliżyć do zawodników pro tour przynajmniej jeśli chodzi o buty. Hiszpańska marka Luck w Polsce jest w zasadzie nieznana, tymczasem producent chwali się, że w jego butach wygrywano Tour de France, Vuelta a Espagna, mistrzostwo świata czy bito rekord świata w jeździe godzinowej. Luck to prawdopodobnie jedyny producent, który oferuje możliwość wyprodukowania obuwia pod kątem danego użytkownika. Możliwości dopasowania butów są zaskakująco szerokie, choć przeróbki są dostępne tylko w droższych modelach. Na czym polega dopasowanie? Oczywiście podstawa to wybranie rozmiaru obuwia. Wydaje się to oczywiste, ale w tym przypadku obuwie dobieramy oddzielnie dla każdej stopy, co pozwala lepiej dopasować but w przypadku różnej ich długości. Kiedy wybierzemy już odpowiednią długość, można także wybrać pasującą nam karbonową podeszwę (są dostępne tylko dwie i różnią się ceną o 35 euro). Co ciekawe, producent wszystkie swoje buty wyposaża w podeszwy z laminatu węglowego, a najtańszy model kosztuje około 100 euro. [h6]Fot. Luck[/h6] W dalszym etapie należy zmierzyć obwód prawej i lewej stopy, co pozwoli dopasować cholewkę. Następnie trzeba zrobić w glinie (producent przysyła specjalny pojemnik, w którym składa się odciski) odcisk stopy i odesłać go do producenta. Odcisk zostanie zeskanowany za pomocą skanera 3D i but oraz wkładka zostaną wykonane zgodnie z kształtem odcisku. Ostatnim etapem jest dostosowanie buta do ewentualnych wad typu hallux, wykrzywienie stopy itp. Model Invictus, mimo że nie najdroższy, to jako jedyny posiada także możliwość pomalowania cholewki według życzenia klienta, można np. nanieść swoje inicjały, ale także reklamę. [h6]Fot. Luck[/h6] Cena wyjściowa butów, które można dostosować pod siebie, nie jest strasznie wysoka (najdroższy model szosowy kosztuje 290 euro, najtańszy 180 euro), jeśli porównamy do innych wiodących producentów, ale na dopasowanie buta do naszych potrzeb niestety trzeba będzie przeznaczyć dodatkowe fundusze. Podstawowe dopasowanie jest już co prawda w cenie, ale dodatki korygujące niektóre wady mogą podwoić cenę bazową butów i w skrajnym przypadku może ona osiągnąć 640 euro. Producent twierdzi, że taki spersonalizowany but, oprócz poprawy komfortu, zapewnia nawet o 20% efektywniejsze pedałowanie i zmniejsza ryzyko kontuzji, choć to samo możemy przeczytać na wkładkach kosztujących 100 zł. Ciekawe, kto ma rację... Co ciekawe, specjaliści z marki Luck pracują nad kolejną nowinką, a mianowicie nad miernikiem mocy. Niby nic dziwnego, ale oni jako pierwsi stworzyli buty ze zintegrowanym miernikiem w podeszwie. Prace i testy ciągle trwają, ale być może buty trafią w końcu do sprzedaży.
[h2]Organizatorzy poznańskiego triathlonu mogli czuć się nieco zawiedzeni, gdy otrzymali informację o przyznaniu wyłączności na organizację imprez cyklu Ironman 70.3 firmie Sport-Evolution. Nie złożyli jednak broni w walce o wyróżnienie triathlonu w Poznaniu spośród pozostałych imprez.[/h2] Podczas dzisiejszej konferencji oficjalnie ogłoszono, że przyszłoroczna edycja Poznań Triathlonu zostanie zorganizowana jako część cyklu Challenge Family. Dzień przed główną imprezą na dystansie połowy Ironmana odbędzie się także sprint oraz Mistrzostwa Polski Elity na dystansie olimpijskim. Organizatorzy spodziewają się znacznego wzrostu liczby uczestników - na 2015 rok przewidują udział aż 6,5 tysiąca triathlonistów. Opłaty startowe nie zachęcają do rejestracji, lecz i tak można spodziewać się ogromnego zainteresowania imprezą. Do 31 października opłata startowa wynosi 399 złotych, do końca lutego jest to już 549 złotych, a do końca czerwca - 849 złotych. Jak na polskie warunki są to rekordowe wysokości opłat. Na dystansie olimpijskim wpisowe wynosi odpowiednio 150, 250 i 400 złotych. Wygląda więc na to, że rok 2015 pod względem rangi imprez będzie naprawdę przełomowy. Czy kilka lat temu ktokolwiek spodziewałby się tak ogromnego wzrostu zainteresowania triathlonem? Polska staje się liczącym się graczem na triathlonowym rynku. Oby tak dalej!
[h2]Błotniki to element wyposażenia, który nie tylko pozwoli nam na znośną jazdę nawet podczas kiepskiej pogody. To również ulga dla towarzyszy naszych treningów, którzy nie muszą w domu zmywać z twarzy błota spod naszych kół. Sprawdzamy, które modele radzą sobie najlepiej.[/h2] Fot. singletrackworld.com Zéfal Croozer Road (przód) oraz Zéfal Swan Road (tył) Cena: Croozer - 26,9 zł, Swan - 48 zł Info: www.zefal.pl Zéfal to uznana francuska marka, która zasłynęła m.in. opatentowaniem zaworu do dętek Presta. Testowane błotniki mają wszystko, czego potrzeba – ważą niewiele – 60 g (przód) i 150 g (tył), sposób montażu jest intuicyjny, a cały proces trwa niecałą minutę, zdjęcie o połowę krócej. Tylny błotnik mocujemy do sztycy (średnica 25-33 mm). Regulacja kąta nachylenia wymaga użycia imbusa – to jedyne narzędzie, którego potrzebujemy. Plus dla producenta za zastosowanie śrubki kontrującej – nawet podczas długiej jazdy po wyboistej drodze błotnik nie zacznie opadać na oponę. Mocowanie przedniego błotnika również jest banalne –przyczepiamy go do ramy (średnica 32-75 mm) za pomocą dwóch rozciągliwych gumek – ich trwałość na pierwszy rzut oka budzi jednak wątpliwości, przy częstym zdejmowaniu/zakładaniu mogą zacząć się przecierać. Podczas jazdy obydwa błotniki są stabilne i bardzo dobrze spełniają swoją funkcję, tylny błotnik zabezpiecza plecy – nie chroni jednak twarzy osoby jadącej za nami, warto o tym pamiętać. Z kolei przedni wystarcza jako podstawowa ochrona, szukając czegoś więcej, warto pomyśleć o błotniku montowanym nad kołem. Zestaw jest lekki, niedrogi, uniwersalny i łatwy w montażu. [highlight highlightColor="highlight-lightblue" ]Ocena: 4/5[/highlight]   [h6]Fot. pedal-pedal.co.uk[/h6]   SKS Raceblade Long Cena: 199 zł Info: www.velo.pl Błotniki SKS to produkt zdecydowanie godny polecenia. Montaż zajmuje około 10-15 minut i wymaga użycia dwóch kluczy imbusowych (jeden do poluzowania i ponownego przykręcenia hamulca drugi do skręcenia błotnika). Jak uda nam się zamontować błotniki, to demontaż i ponowny montaż zajmuje dosłownie minutę na rowerze zostają bowiem niewielkie mocowania, do których tylko wpinamy błotniki. Raceblade Long zapewnia niemal pełną ochronę przed wodą nawet w bardzo trudnych warunkach. Błotniki zakrywają bardzo dużą część koła, a oprócz tego doposażono je w chlapacze. Jedyne miejsce, gdzie może wydostać się woda, to okolice przedniej przerzutki, tam koło nie jest zakrywane i woda lekko rozchlapuje się na buty. Brak ochrony hamulców nie przeszkadza w czasie jazdy, ale trzeba te części wymyć po jeździe w deszczu. Błotniki są niesamowicie stabilne, nie dzwonią ani nie ocierają nawet na wybojach czy podczas jazdy po bruku więc można o nich w zasadzie zapomnieć. Oprócz świetnych walorów praktycznych, są bardzo estetyczne i nie szpecą roweru. [highlight highlightColor="highlight-lightblue" ]Ocena 5/5 „Nasz Typ”[/highlight] [h6]Fot. sks-germany.com[/h6]   CrudRoadracer Mk2 Cena: 169 zł Info: www.bocar-parts.com Crudy są zaprojektowane niczym sprzęt wyścigowy. Wąskie, bardzo lekkie, idealnie pasujące wizualnie do szosowego roweru chwilowo tylko zmuszonego do jazdy przy kiepskiej pogodzie. To już drugie wcielenie Roadracerów, które mam okazję używać. Zachowana została niska waga, sposób mocowania i „szczoteczki” zdejmujące brud z obręczy tuż przed klockami hamulcowymi. Ten ostatni element pozwala na znaczne wydłużenie życia zarówno kół, jak i okładzin, dodatkowo stabilizując całą konstrukcję. Poprawione zostało wykończenie tylnego błotnika, teraz sięga aż do korby i przedniej przerzutki. Drobiazg, który robi wielką różnicę. Znacznie łatwiej utrzymać dzięki temu niszczycielski piach i brud z dala od napędu. Koła kryte są w stopniu wystarczającym, żeby nasi towarzysze treningu nie mieli ubłoconych twarzy, jadąc za nami. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko montażu na zatrzaski tak, żeby można było szybko je zakładać i zdejmować, bez konieczności ponownego ustawiania. [highlight highlightColor="highlight-lightblue" ]Ocena: 4/5[/highlight] [h6]Fot. menshealth.co.uk[/h6] Tekst pochodzi z Magazynu Triathlon, będącego częścią Miesięcznika Bieganie.
[h6]Andrzej Wołkowycki. Fot. Rafał Nowakowski[/h6] [h2]Jest tym co łączy Joannę Jóźwik i Artura Kuciapskiego - dwoje ludzi, którzy zasłynęli znakomitymi występami na Mistrzostwach Europy w Lekkoatletyce w Zurychu. Joanna zdobyła brąz na 800 metrów, na tym samym dystansie Artur wywalczył srebro. Przeczytajcie rozmowę z ich trenerem.[/h2] [h5]Z Andrzejem Wołkowyckim - trenerem Joanny Jóźwik i Artura Kuciapskiego, rozmawia Jakub Wolski.[/h5] To musi być ogromna satysfakcja dla trenera mieć dwóch podopiecznych, którzy z jednych mistrzostw Europy wracają z medalami? Oczywiście, jest to wielka satysfakcja i wielki sukces. Nie przypominam sobie, żeby w przeszłości coś takiego miało miejsce, wśród kobiet to jest w ogóle pierwszy medal mistrzostw Europy na 800 m na otwartym stadionie dla Polski. Czy specjalizuje się pan w trenowaniu właśnie 800-metrowców, czy zajmuje się pan różnymi dystansami? Już od dawna zajmuję się głównie 800-metrowcami, ale szkolę też zawodników w innych konkurencjach, miałem do tej pory głównie zawodniczki, łącznie z Eweliną Sętowską-Dryk, która biegała równie szybko jak Asia, a nawet szybciej, póki co, bo 1:58,96, była też 6. na Halowych Mistrzostwach Świata, na ME jej się nie wiodło, o 0,01 s przegrała finał w Göteborgu, ale to były troszkę inne czasy. W tej chwili kobiece 800 m jest bardziej wyrównane. Wiem, że zarówno Artur, jak i Asia, sami do pana przyszli, chcąc u pana trenować, byli już wtedy zdecydowani na ten dystans, czy to wyszło w trakcie ich rozwoju? Obydwoje biegali 800 metrów już wcześniej, mieli pewne sukcesy na poziomie juniorskim, więc chcąc się rozwijać na tym dystansie trafili z różnych powodów do mnie. I jak widać, rozwijają się. No właśnie, to może a propos tego rozwoju, od jak dawna trenuje u pana Artur? Od października, czyli 11 miesięcy. Znalazłem taką informację, że w zeszłym roku biegał 1:48,15, na przestrzeni tego roku poprawił się o 4 sekundy! To ogromny progres na tym poziomie, z czego on wynika? Przede wszystkim inny trening, więcej elementów siłowych, to jest zawodnik, który późno dojrzewa, był szczupły, wysoki, wiotki i teraz nabrał trochę krzepy. Rozwinął się biologicznie, a do tego doszedł odpowiedni trening, który dał taki rezultat. Teraz będziemy szukać rozwiązań, co robić w kolejnych latach, żeby jego rezultaty były jeszcze lepsze. Nagle oprócz Kszczota i Lewandowskiego mamy trzeciego 800-metrowca na wysokim poziomie. Przed ME raczej nikt nie stawiał Artura w gronie potencjalnych medalistów. Myślę, że takie wejście smoka nawet jest ciekawsze. Jak ktoś rozwija się przez długie lata, jak to było np. z Marcinem Lewandowskim, wszyscy już go znają, ale dopiero po jakimś czasie dochodzi do tych rezultatów. Tutaj mamy skok zawodnika, w jednym roku, właściwie od razu na medal ME. Ja oczywiście wiedziałem, że oboje są w życiowej formie, bo obserwowałem to na zgrupowaniach, ale pojawiała się obawa, czy dadzą sobie radę z punktu widzenia psychologicznego, bo to są zawodnicy młodzi, jadą pierwszy raz na imprezę tego typu. Ja wiem, jak to wygląda, jest to zupełnie co innego niż mistrzostwa juniorskie czy młodzieżowe, wielki stadion, wielka widownia, pojawia się również wielka presja. To było widać np. u Asi, w pierwszym biegu była spięta, w drugim biegła na luzie, ale w trzecim znowu była spięta. Pojawiła się presja ze strony mediów, stawiano ją w roli faworytki, a to już działa inaczej. W finale została mocno z tyłu, czy to był element taktyki – rozegrać pierwsze kółko spokojnie i zostawić siły na finisz, czy tak po prostu wyszło? Powody były dwa. Pierwszy to taki, żeby nie biegła w tłoku, nie przepychała się, bo już raz zapłaciła upadkiem za taki bieg (przyp. red. Młodzieżowe Mistrzostwa Europy w Tampere), natomiast z drugiej strony, wiedziałem, że biegi nie będą aż tak szybkie, poza finałem, który już był w miarę szybki, że przy rozgrywaniu spokojnie pierwszej połówki, będzie sobie dawała radę na finiszu, co było sprawdzane na mistrzostwach Polski. Miała biegać spokojnie połówkę, w drugiej dopiero od 300 metrów do mety przesuwać się do przodu i tak to robiła. W finale rzeczywiście została za daleko, to był wynik presji. Została za daleko, ale z drugiej strony poprawiła dotychczasową życiówkę o prawie 2 sekundy. No tak, ale to nie był optymalny bieg na wynik, ponieważ pierwsze okrążenie pokonała w 60,2 s, a drugie w 59,4, tak się nie biega 800 metrów na rekord życiowy, to znaczy, że jej rezerwy sięgają dalej, nawet jeszcze w tym roku. Kolejna rzecz – na ME pojechała bez minimum, a na mistrzostwach nie tylko łamie 2:01, czyli minimum, ale jeszcze 2:00, to jest efekt rywalizacji na najwyższym poziomie, idealnego przygotowania pod tą imprezę czy jeszcze czegoś innego? To jest efekt wielu czynników. Po pierwsze – euforia spowodowana tym, że została zakwalifikowana na ME, od razu motywacja wzrosła, dwa – superkompensacja była obliczona na mistrzostwa Polski i mistrzostwa Europy, więc to przyszło tak, jak miało przyjść i trzy, że biegi były właśnie takie, jakie były. Myślę, że gdyby to był pojedynczy bieg, to ten wynik byłby jeszcze lepszy. W najbliższym czasie Asię czekają jeszcze biegi w silnej stawce, więc zobaczymy, czy to był już jej maks w tym roku, czy nie. Natomiast uważam, że ona już w czerwcu czy lipcu była gotowa na złamanie 2:00, tylko po prostu nie miała gdzie tego pobiec, bo wszystkie biegi, w których brała udział, kończyły się na 2:01 albo powyżej, a to jest inne bieganie. Musi być rywalizacja do ostatniego metra. Tak jak w Zurichu, w każdym biegu na finiszu musiała z kimś rywalizować. Natomiast w mityngach czasem prowadziła ostatnie 300 metrów i biegła sama do końca. Więc zawsze brakowało tej rywalizacji, żeby pobiec szybciej. Ale to tak jest – dopóki nie ma się wyniku, nie biega się w silnych biegach. Jest wiele takich przykładów, strzałów na półtorej sekundy szybciej od życiówki, które wynikają właśnie z walki do końca. Piotrek Rostkowski ustanowił kiedyś rekord Polski na 1500 m w biegu, gdzie do mety przybiegł siódmy, czy później Artur Ostrowski (6), to były biegi po prostu tak szybkie, że oni biegnąc gdzieś daleko w stawce, dobiegali z rekordem Polski, a później już nie byli w stanie się do takiego wyniku zbliżyć. Myślę, że takie wejście smoka nawet jest ciekawsze. Jak ktoś rozwija się przez długie lata, jak to było np. z Marcinem Lewandowskim, wszyscy już go znają, ale dopiero po jakimś czasie dochodzi do tych rezultatów. Tutaj mamy skok zawodnika, w jednym roku, właściwie od razu na medal ME. W Polsce brakowało i brakuje rywalizacji na takim poziomie. A czasem wystarczy jeden bieg. Choć z drugiej strony zdarza się, że zawodnicy już więcej nie zbliżają się do raz osiągniętego wyniku, ale myślę, że w ich – Asi i Artura – przypadku to nie będzie miało miejsca, są obydwoje bardzo młodzi i mają jeszcze wiele do poprawienia w treningu. Wracając jeszcze na chwilę do Asi, w swojej dotychczasowej karierze miała do tej pory sporo pecha, skręcona noga na nartach, upadek w finale, o którym pan wspominał – myśli pan, że taki wynik mógł przyjść już wcześniej, gdyby jej historia potoczyła się inaczej? Myślę, że w zeszłym roku miałaby szansę zbliżyć się do 2:00, nie mówię, że złamać, ale 2:02 pobiegła właściwie po 2 miesiącach treningu, więc to świadczy o skali jej talentu. Później już ciężko było to poprawić, bo najpierw trzeba było ten trening zrobić, żeby później go „sprzedawać”. Może gdyby trafiła tutaj wcześniej, gdyby jej losy potoczyły się inaczej, nie byłaby rewelacją tych mistrzostw, tylko jedną z faworytek. Ale ułożyło się tak, jak się ułożyło. Czy po powrocie z mistrzostw obydwoje biją pokłony trenerowi i wierzą już w każde trenerskie słowo? Pytam zakładając, że może wcześniej bywało różnie i nastąpiła jakaś zmiana. Akurat z tą dwójką nie ma problemu, wiedzieli, po co tutaj przychodzą, sami podjęli taką decyzję. Od momentu, jak tu przyszli, wykonują wszystko, czasami nawet chcą więcej i muszę ich hamować, bo co za dużo to niezdrowo. A jak sytuacja życiowa polskich medalistów, będzie im dzięki tym medalom łatwiej? Na pewno będzie finansowo lepiej, bo już mają zagwarantowane od września stypendia z ministerstwa sportu. To pierwsza rzecz, druga to kontrakty z firmami sportowymi, które też zwróciły się już do managera. Czekamy jeszcze na wsparcie z firm, które nie są związane ze sportem, ale tu na razie jeszcze cisza. Swoją drogą jest to dość ciekawe, gdy zawodnicy jednej reprezentacji startują z różnymi logotypami na koszulkach. Widać, że są równi i równiejsi. No tak, mimo że firmy są sponsorem PZLA, to finansują zawodników w oddzielny sposób. Aby się do tej grupy dostać, pewnie trzeba być u innego managera… A to, że nie pojechał pan na ME, wynika z tego, że trener musi wyłożyć na wyjazd pieniądze z własnej kieszeni, czy z czegoś innego? Związek ma taką politykę, że do biegów nigdy nie wysyłał trenera do każdego zawodnika, tylko jednego trenera na 3-4 zawodników. To już przerabiałem, gdy Ewelina Sętowska jeździła na mistrzostwa świata czy Europy, udało mi się raz pojechać na ME, raz na MŚ i raz na Halowe MŚ, a ona była ośmiokrotnie na takich imprezach. Natomiast w tej sytuacji – Asia nie miała minimum, faktem jest, że miałem dwójkę, do skoków pojechał trener na zawodnika, do biegów nie. Myślę, że warto zmienić tę politykę, szczególnie w przypadku młodych zawodników, którzy debiutują. Młodzi zawodnicy, jak jadą na taką imprezę, muszą czuć opiekę swojego trenera, nie przez skype’a czy telefon, to jednak zupełnie coś innego. Doświadczonym zawodnikom trener na miejscu już niewiele pomoże, oczywiście, może zwrócić uwagę na jakieś detale techniczne, ale w takim przygotowaniu psychicznym, już niewiele zmieni. Natomiast dla młodych, to jest ważne, np. w przypadku Karoliny Kołeczek powinien pojechać trener, jeszcze kilka osób można by wymienić. Wiem, że część trenerów pojechała na własny koszt, ale ja już po prostu wyrosłem z tego, żeby jeździć na własny koszt na takie imprezy. A macie możliwość współpracy z psychologiem sportowym? Tak, współpracujemy. Asia była kilkakrotnie na takich sesjach u Kasi Selwant, z którą pracują zawodnicy różnych dyscyplin. Oczywiście trzeba za to zapłacić. Związek ma swoich psychologów, ale to są ludzie spoza Warszawy, więc też trudno do nich jeździć na pojedyncze sesje. A jest to ważne, szczególnie wtedy, gdy coś nie idzie. Minimum cały czas się goni, a go nie ma, zaczyna się wątpić, denerwować, więc myślę, że to też jej pomogło. Nabrała wiary. Już na MP było widać, że nic jej nie powstrzyma od zwycięstwa. Dziękuję za rozmowę. Tekst pochodzi z numeru październikowego Miesięcznika Bieganie 2014. Przeczytacie w nim również rozmowę z Arturem Kuciapskim.  Jakub Wolski, "Wiedzieli po co przychodzą" - wywiad z Andrzejem Wołkowyckim, Bieganie październik 2014
[h2]Nie sposób nie zgodzić się z tezą, że regeneracja jest niezwykle ważną częścią składową treningu. Na myśl ciśnie się jednak pytanie: jak zmierzyć, czy jestem zregenerowany?[/h2] Fot. vital-monitor.com Jeszcze do niedawna mierzenie tętna spoczynkowego czy poranny test ortostatyczny uważane były za najlepsze metody mierzenia zmęczenia w warunkach domowych. Świadomie nie wspominamy o badaniach krwi czy innych skomplikowanych testach. Ma być prosto i dostępnie. Od pewnego czasu do oceny zmęczenia zaczęto używać bardziej zaawansowanych metod pomiaru tętna. Pulsometry dzięki pomiarowi zmienności HRV zyskały nowe możliwości. To, czego nie potrafiły zegarki, z nawiązką nadrabiały aplikacje smartfonowe czy komputerowe, czerpiące dane z opasek mierzących tętno. Tak działa na przykład aplikacja RestWise lub opisywany u nas FirstBeatAthlete. W tego typu rozwiązaniach jest jedno „ale”. Wykorzystują dane ze standardowego sprzętu, naszego biegowego zegarka czy opaski, a w niej właśnie leży problem. Musi być lekka, a bateria ma starczać na długo. Można to osiągnąć poprzez osłabienie mocy wysyłanego sygnału. Odległość, na jaki ma dotrzeć, jest niewielka, a nawet jeżeli jakieś informacje zginą w drodze z naszego mostka na nadgarstek, pulsometr szybko je uśredni i „dorobi”. Nie działa to jednak w przypadku mierzenia zmienności faz serca lub wymagającego niezwykłej dokładności pomiaru EKG, a właśnie takie dane są nam potrzebne. Część firm, jak Omegawave czy Pulse7, poszła drogą zwiększenia precyzji pomiaru, nawet kosztem nieco większej jego komplikacji. Miałem okazję przez pewien czas używać urządzenia tej drugiej firmy. Nie wiem, czy działa ono jako wiarygodny miernik regeneracji (okres testu był zbyt krótki), zdążyłem jednak przyjrzeć się, jak działa. Pomiarów możemy dokonywać zarówno rano, jak i po treningu, wybierając odpowiednią opcję w aplikacji na smartfonie. Korzystamy z zupełnie innej opaski do tętna. Jest ona dość ciężka, z metalowymi elektrodami i ładowaną baterią. To zapewne sposób zarówno na zwiększenie precyzji, jak i mocy sygnału. Nasz wynik wysyłany jest na serwer firmy, gdzie specjalny algorytm analizuje zapis EKG, w którym każde uderzenie serca jest mierzone i rozkładane na 6 faz. Zmienność faz serca oraz tętno spoczynkowe są tu oczywistymi dodatkami. Algorytm musi się nas nauczyć (stąd wzmianka o zbyt krótkim okresie testu), dokładność wskazań rośnie wraz liczbą danych, do jakich się on może odnieść. Program liczy regenerację, poziom stresu, tętna spoczynkowego oraz podaje zalecenia treningowe. Ciekawostką był dla mnie dzień, kiedy przy nieco wyższym tętnie spoczynkowym wszystkie moje parametry pozwalały na ciężki trening. Liczy się bowiem nie tylko liczba uderzeń serca, lecz również ich jakość i struktura. Znacie te treningi, kiedy ledwo schodzicie z łóżka, lecz po pierwszych 10 minutach odzyskujecie całą świeżość? Lub odwrotnie, kiedy po pierwszych kilku kilometrach znika cały entuzjazm i ledwo dobiegacie do domu? Temu właśnie mają służyć innowacje typu Pulse7, RestWise czy podobne. Jeżeli wytrzymają one próbę czasu i okażą się wiarygodnymi wskaźnikami, będziemy mogli łatwo sprawdzić, jak działają rady trenerów, obietnice producentów dotyczące ich rewolucyjnych produktów czy zwykła drzemka.
Podczas mityngu lekkoatletycznego w Łomży Justyna Korytkowska pobiła rekord Polski w biegu godzinnym. Uzyskała dystans 16397 metrów. Poprzedni rekord Polski wynosił 15605 metrów i należał do Ireny Sakowicz.
[h6]Dennis Kimetto zwycięża w 41. Berlin Marathonie z nowym rekordem świata 2:02:57! Fot. PAP[/h6] [h2]Podczas maratonu w Berlinie Dennis Kimetto z Kenii poprawił rekord świata na dystansie 42 km 195 m. Szybciej od poprzedniego rekordu pobiegł także drugi na mecie - Emmanuel Mutai. Przedstawiamy sylwetki rekordzistów oraz kilka ciekawostek związanych z tym biegiem.[/h2] [h3]Dennis Kimetto[/h3] Dennis Kimetto to ciekawa postać, która ogniskuje w sobie wszystkie zalety oraz problemy kenijskich biegaczy. Jeszcze cztery lata temu nikt poza krajem nie słyszał o jego istnieniu. W 2011 zwyciężył w półmaratonie w Nairobi, co dało mu szansę pokazania się w zawodach międzynarodowych. Pierwszy poważny start - półmaraton w Zjednoczonych Emiratach Arabskich - od razu zakończył się jego zwycięstwem w piekielnie mocnej stawce, z czasem 1:00:40. W tym czasie Kimetto startował jednak pod innym nazwiskiem - jako Dennis Koech. Jak się okazało, nie zgadzały się nie tylko dane osobowe. Trzy miesiące później w Berlinie uzyskał jeszcze lepszy wynik w półmaratonie - 59:14. Według danych w paszporcie miał wtedy 18 lat, co oznaczało nowy rekord świata juniorów. Kiedy jednak zaczęto to dokładnie sprawdzać, okazało się, że... jest 10 lat starszy i tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej. Wkrótce już jako Kimetto pobił pierwszy rekord świata - na rzadko bieganym dystansie 25 kilometrów. Jesienią 2012, zaledwie rok po tym, gdy pobiegł pierwsze oficjalne zawody w życiu, zadebiutował na dystansie maratonu. Od razu z hukiem - został najszybszym debiutantem w historii, uzyskując czas 2:04:16. Ponownie nie obyło się bez kontrowersji. Na finiszu zaobserwowano, że Kimetto nie naciskał specjalnie swojego mentora i partnera treningowego - Geoffreya Mutai. Ponieważ Mutai walczył wtedy o zwycięstwo w cyklu World Marathon Majors i zwycięstwo było mu bardzo potrzebne, niektórzy kibice podejrzewali, że Kimetto celowo odpuścił bieg. Obaj Kenijczycy oczywiście zdecydowanie zaprzeczyli. W styczniu 2013 Kimetto zwyciężył w maratonie w Tokio. Ponieważ rywale nie zmusili go do wielkiego wysiłku, uzyskał najsłabszy jak do tej pory czas ze wszystkich ukończonych maratonów - 2:06:50. Jesienią tego samego roku wygrał w Chicago, poprawiając życiówkę na 2:03:45 i bijąc rekord trasy. Kiedy wydawało się, że od tej pory będzie bił rekord za rekordem, na wiosnę tego roku nie ukończył biegu w Bostonie. W Berlinie udowodnił jednak, że był to wypadek przy pracy. [h3]Emmanuel Mutai[/h3] Drugi z Kenijczyków na mecie w Berlinie, Emmanuel Mutai, może być uznany za największego pechowca wśród elity maratończyków. Pobił stary rekord, szarpał mocno tempo, ale nie udało mu się wygrać biegu i nie będzie notowany na liście rekordzistów. Podobnie było już wcześniej. W najsłynniejszym maratonie świata, Londynie, był dwukrotnie drugi i dwukrotnie czwarty. Drugie miejsce zajął też w 2009 roku podczas mistrzostw świata. Pojawił się także dwa razy w Nowym Jorku i raz w Chicago i za każdym razem zajmował... oczywiście drugie miejsce! Jedyne poważne zwycięstwo w karierze odniósł w 2011 w Londynie, z czasem 2:04:40. Mutai jest obecnie jednym z najbardziej regularnych maratończyków na świecie. Jego najlepsze wyniki sezonu, licząc od 2007 roku, wyglądają następująco: 2:06:29, 2:06:15, 2:06:53, 2:06:23, 2:04:40, 2:08:01, 2:03:52, 2:03:13. Mutai przez wiele lat znany był kibicom także z tego, że na mecie niemal każdego maratonu efektownie wymiotował kolorowymi izotonikami... [h3]Berlin[/h3] Rekord świata nie na każdym robi wrażenie, dlatego można rozbić ten bieg na międzyczasy. Bieg na 2:02:57 wymaga utrzymania średniego tempa lekko poniżej 2:55 min/km. Kenijczycy zrobili to w sposób, jaki jest zalecany w książkach - pierwsza połowa odrobinę wolniejsza niż druga. Międzyczasy wyniosły 1:01:45 oraz 1:01:12. Dla porównania rekord Polski w półmaratonie to 1:01:35 nieżyjącego już Piotra Gładkiego, czas, do którego od lat nie zbliżył się żaden z naszych biegaczy. Po pierwszych dziesięciu kilometrach międzyczas w Berlinie wynosił 29:24. Kolejne dychy - 29:12, 29:02, 28:51 i... już tylko 2195 metrów finiszu. Najszybszy w tym roku czas w Polsce na dychę to 29:46 Szymona Kulki. Kiedy po 30 kilometrach z trasy zeszli zawodnicy nadający tempo, Mutai, a za nim Kimetto... przyspieszyli! Kolejne 3 kilometry zostały pokonane w 8 minut i 25 sekund, a 5 kilometrów - w 14:09. To oznacza, że po trzydziestu kilometrach rozgrzewki w trakcie tego szarpnięcia biegacze uzyskali na 5 kilometrów czas, który dałby im trzecie miejsce w tym roku w Polsce na tym dystansie. Dennis Kimetto powiedział na mecie, że nie widzi powodów, dla których nie miałby pobiec szybciej...
W niedzielę 28.09.2014 zakończyły się Mistrzostwa Polski w Biegu 24-godzinnym. Wygrał Paweł Szynal z wynikiem 253,567 km. Nie udało się pobić rekordu Polski należącego od 2012 r. do Piotra Sawickiego (254,093 km). Najlepszą kobietą była Patrycja Bereznowska, która z wynikiem 214,014 km zajęła wysokie 5. miejsce w klasyfikacji Mistrzostw Polski open. Zawody były rozgrywane na pętli o długości 2458 m, która miała atest PZLA.
O regeneracji po maratonie napisano już wiele, ale niektóre rzeczy warto wciąż powtarzać. Jak rozsądnie wrócić do treningów po pokonaniu królewskiego dystansu? Zebraliśmy najbardziej przydatne artykuły. Rys. Krzysztof Dołęgowski [notice noticeType="info" ]Aby przeczytać artykuł – kliknij jego tytuł.[/notice] „REGENERACJA PO MARATONIE – JAK DOJŚĆ DO SIEBIE? CZĘŚĆ I” „Kiedy mijasz linię mety maratonu, twój organizm przypomina pobojowisko. W dodatku takie po przegranej bitwie” – pisze Marek Tronina. Pisze też o tym, co robić bezpośrednio po biegu, czy warto położyć się na stole masażysty, czy okładać się lodem, czy zażywać jakieś środki przeciwbólowe, co z rozciąganiem. Znajdziecie tu uwagi o pierwszym, drugim, trzecim i czwartym tygodniu po maratonie – jak biegać i kiedy zacząć startować. „REGENERACJA PO MARATONIE – JAK DOJŚĆ DO SIEBIE? CZĘŚĆ II: DIETA” Tym razem Marek Tronina skupia się na jedzeniu i piciu. Nie tylko na tym, CO jeść, ale też KIEDY jeść. O uzupełnianiu płynów, odbudowie zapasów glikogenu, o roli witamin i przeciwutleniaczy oraz o tym, jak odzyskujemy równowagę systemu odpornościowego. „PIERWSZY TYDZIEŃ PO MARATONIE – 10 RAD DLA POCZĄTKUJĄCYCH MARATOŃCZYKÓW” Jarek Chrabałowski zebrał dziesięć praktycznych rad dotyczących tego, o czym warto pomyśleć po przebiegnięciu maratonu – zarówno tuż za linią mety, jak i w pierwszych i kolejnych dniach. Pisze m.in. o pomaratońskim piwku, jedzeniu, powrocie do sprawności, analizie startu oraz planowaniu kolejnych tygodni. „PORADY OD TRENERA: ZAKWASY PO BIEGANIU – JAK SIĘ Z NIMI OBCHODZIĆ?” Zakwasy po maratonie, a właściwie poetycko nazywana opóźniona bolesność mięśniowa, pojawi się u zdecydowanej większości finiszerów. Co robić z zakwasami? Okładać lodem? Trzymać nogi w zimnej wodzie? Zakładać odzież kompresyjną? Czy nic nie robić i tylko czekać? Na pytania odpowiada Marcin Nagórek – trener z przeszłością zawodniczą. Maraton? Jedno jest pewne: będzie bolało. Fot. istockphoto.com „ODNOWA BIOLOGICZNA DLA BIEGACZA” Piotr Ślęzak pisze o odnowie biologicznej w cyklu treningowym, ale niektóre informacje można wykorzystać również po przebiegniętym maratonie. Przeczytaj o różnych środkach odnowy biologicznej oraz o właściwym ich dobieraniu. „STARTY NA KRÓTSZYCH DYSTANSACH PO MARATONIE? NIEKONIECZNIE” Są biegacze, którzy już tydzień po maratonie czują się zupełnie świeżo. Może się jednak okazać, że to tylko pozory – maraton jest na tyle wyczerpującym wysiłkiem, że organizm – choć nie zawsze to okazuje – potrzebuje więcej czasu na „pozbieranie się”. O tym, dlaczego od razu po maratonie nie warto planować bliskiego startu, opowiada Marcin Nagórek. „KOMPRESJA – NIEDŹWIEDZIA PRZYSŁUGA W TRENINGU BIEGACZA?” Kompresja jako narzędzie do regeneracji. Ma to sens? Szerzej o odzieży kompresyjnej opowiada Tomek Kowalski – trener triathlonistów i biegaczy oraz aktywny zawodnik. Czym jest, jakie ma zadania, jak wpływa na organizm i czy amatorzy powinni ją stosować. Rys. Tomasz Ślesicki „MASAŻ LODEM – CO DAJE BIEGACZOWI?” „W niektórych krajach po zakończeniu walki sportowej zawodnicy mają dostęp do wanien napełnionych bardzo zimną wodą (około 4-7°C), w których zanurzają się na dwie do siedmiu minut po zakończonym wysiłku”. Parę słów o masażu lodem pisze Ewa Witek-Piotrowska z Kliniki Rehabilitacji Sportowej „Ortoreh”. „KONTUZJE BIEGACZY? WYROLUJ JE!” Roller, czyli wałek do masażu, przyda się nie tylko w przypadku kontuzji, ale też do zregenerowaniu mięśni po masakrze, którą jest dla nich maraton. Jeśli nazajutrz po maratonie mięśnie bolą za bardzo – wstrzymaj się z rolowaniem dzień lub dwa. O szczegółach rolowania pisze Zuza Sobczak – fizjoterapeutka i trenerka personalna. Przeczytaj też artykuł „ROLLER do masażu – do it yourself!”. „DLACZEGO BIEGACZ POWINIEN SIĘ WYSYPIAĆ?” To tekst, który warto było przeczytać na długo przed maratonem. Ale może po ukończeniu królewskiego dystansu, kiedy będziesz miał więcej czasu, bo przez jakiś czas nie wrócisz do normalnego trybu treningowego, zadbasz porządnie o swój sen? Szczegółowy artykuł Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej. [notice noticeType="info" ]Coś się stało? Jeśli podczas maratonu poczułeś jakiś niepokojący ból, który towarzyszył Ci do końca biegu lub jesteś przekonany, że odnowiła się któraś z dawnych kontuzji – zajrzyj do naszego działu „Ciało biegacza” i poszukaj odpowiednich porad.[/notice]
30-letni Kenijczyk Dennis Kimetto bije rekord świata, uzyskując 2:02:57 w swoim 4. maratonie ukończonym w życiu. 2 lata temu Kimetto został najszybszym debiutantem świata na tym dystansie, również w Berlinie uzyskał czas 2:04:16, zajmując drugie miejsce za bijącym wówczas rekord świata Wilsonem Kipsangiem Kiprotichem. Na swoim koncie Kimetto ma wygrane również w Tokio oraz Chicago.
Advertisment ad adsense adlogger