fbpx

Wiadomości

[h6]Fot. materiały organizatora[/h6] [h2]W tym roku na arenie wydarzeń triathlonowych w Polsce pojawi się zupełnie nowa formuła rozgrywania zawodów. 26 czerwca w Suszu odbędą się Klubowe Mistrzostwa Polski Sztafet Mieszanych.[/h2] Konkurencja będzie rozegrana w formule wzorowanej na zawodach ITU. Rywalizacja sztafet mieszanych to niezwykłe i dotąd niespotykane w Polsce widowisko. W skład sztafety wchodzi czworo zawodników - dwóch mężczyzn i dwie kobiety, którzy kolejno startują na stosunkowo krótkich dystansach triathlonu. Dzięki temu, że każdy członek sztafety pokonuje trasę złożoną z wszystkich trzech dyscyplin, rywalizacja sztafet jest konkurencją stricte triathlonową, a nie pływacko-kolarsko-biegową. https://www.youtube.com/watch?v=y71Mk0fkhC0 Mistrzostwa Polski Sztafet Mieszanych odbędą się 26 czerwca 2016 roku w ramach euco Susz Triathlon. W rywalizacji mogą wziąć udział zawodnicy klubów zrzeszonych w Polskim Związku Triathlonu. Czworo triathlonistów będzie startować kolejno na dystansach 250m pływania, 7.4 km jazdy rowerem i 1.5 km biegu. Start będzie wspólny dla zawodniczek pierwszej zmiany i odbywać się będzie w formie skoku z pomostu. Po pokonaniu trasy zawodniczka pierwszej zmiany wbiega do strefy zmian sztafet i poprzez dotknięcie dowolnej części ciała zawodnika drugiej zmiany danej drużyny daje mu sygnał do startu. Procedura ta obowiązuje przy następnych zmianach. Kobiety startują na pierwszej i trzeciej zmianie, mężczyźni na drugiej i czwartej zmianie. Więcej informacji na stronie organizatora.
Ewa Swoboda pobiła w Luksemburgu halowy rekord Polski seniorów oraz juniorów w sprincie na 60 metrów, osiągając czas 7,13. Poprzedni rekord należał do Ewy Pisiewicz i wynosił 7,18. Czas Ewy jest także halowym rekordem Europy juniorek.
[h6]Fot. Getty Images[/h6] [h2]Amerykanin Galen Rupp ogłosił, że wystartuje w kwalifikacjach olimpijskich w maratonie. Będzie to jego debiut, a na Igrzyskach chce pobiec zarówno maraton, jak i 5000 oraz 10 000 metrów.[/h2] Debiut Ruppa w maratonie jest fascynujący nie tylko dla kibiców z USA. Mówimy tu o najszybszym w historii zawodniku biegającym 10 000 metrów i urodzonym poza Afryką. Wynik 26:44,36, będący rekordem Ameryki Północnej, daje Galenowi 15. miejsce w tabelach w historii tego dystansu. W tej chwili Rupp jest najlepszym dowodem na to, że da się rywalizować z Kenijczykami i Etiopczykami na ich najmocniejszych dystansach. Podczas poprzednich Igrzysk Olimpijskich zdobył srebrny medal na 10 000 metrów, a w zeszłorocznych mistrzostwach świata był piąty. Potencjalne połączenie na Igrzyskach takich dystansów jak 10 000 metrów na bieżni oraz maraton to rzecz niespotykana od lat, a przecież kiedyś absolutnie normalna. Amerykanie mają tu swoją legendę - Frank Shorter w 1972 roku w Monachium najpierw zajął 5. miejsce w biegu na 10 000 metrów, a pięć dni później wygrał maraton. Obecnie panuje duża specjalizacja i najlepsi maratończycy świata nie ścigają się na krótszych dystansach, ale sam maraton olimpijski, rozgrywany bez pacemakerów, zwykle nie jest specjalnie szybki. Potencjalne połączenie wydaje się możliwe. Sęk w tym, że Rupp wspomina jeszcze o możliwym bieganiu również 5000 metrów - dystansu, na którym nie jest już tak mocny, dużo bardziej wymagającym, rozgrywanym w systemie eliminacje-finał. Dziwne, niespotykane połączenia i łamanie biegowych stereotypów to specjalność Alberto Salazara, trenera Ruppa, jak i Mo Faraha. Farah, będąc długodystansowcem, zszokował świat rekordem Europy na dystansie 1500 metrów w 2013 i niezłym maratonem rok później. W 2015 ponownie był blisko rekordu Europy na 1500 metrów, pokazując, że w wieku 32 lat stracił niewiele na szybkości. Rupp jest młodszy od Brytyjczyka i w tym roku skończy dopiero 30 lat. Jest bardzo skuteczny w biegach mistrzowskich, nie ma sobie równych na amerykańskiej scenie. Biega szybko zarówno na dystansach krótkich - 3:34,15 na 1500 metrów i relatywnie znacznie szybsze 3:50,92 na milę, jak i na tak długim dystansie jak półmaraton, gdzie jego życiówka to 1:00:30. Problemem jest brak doświadczenie - będzie to maratoński debiut Ruppa, nawet na dystansie półmaratonu nie biegał zbyt często. Z drugiej strony talent i zapas prędkości u Amerykanina jest tak duży, że trudno przypuszczać, aby któryś z amerykańskich rywali był w stanie go złamać. W ramach kwalifikacji do Olympic Trials Galen pobiegł samotny półmaraton w 1:01:20, na niezbyt sprzyjającej trasie i nie wyglądając, aby takie tempo robiło na nim większe wrażenie. Amerykański maraton odbędzie się w Los Angeles 13 lutego i zapowiada się na najciekawszy bieg na tym dystansie aż do kwietniowego wyścigu w Londynie. Wciąż zachodzą zmiany, kompletnie zmieniające potencjalną dynamikę tego wydarzenia. Ze startu zrezygnował Chris Derrick, młody biegacz z życiówką 27:31,38 na 10 000 metrów. Na liście pozostaje nadal mieszanina bardzo różnych zawodników - od ponad 40-letniego, doświadczonego i zabójczo skutecznego Meba Keflezighi, poprzez będącego jednym z faworytów, już maratońsko doświadczonego, a przy tym szybkiego Luke'a Puskedry, aż do debiutanta Diego Estrady, szybkiego przede wszystkim na 5000/10 000 metrów.
[h6]Szakale Bałut w Nowej Zelandii. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego[/h6] [h2]Popatrzyliśmy na globus i podrapaliśmy się po głowach. W ramach projektu Accenture Marathon Expedition chcieliśmy wyruszyć najdalej, jak się da. Padło na Nową Zelandię. Wychodziło na to, że czeka nas bieganie do góry nogami. W grawitację oczywiście każdy wierzy, ale rozważaliśmy, czy ona aby na pewno działa, gdy się nieco wyżej podskoczy?[/h2] A poważnie – zastanawialiśmy się, jak przetrwamy 25 godzin lotu i jak wygląda nowozelandzka zima (bowiem tam sierpień jest odpowiednikiem naszego lutego). Naszym celem był Five Bridges Marathon, odbywający się na obrzeżach Wellington 23 sierpnia. Z uwagi na koszty Szakale Bałut na tę wyprawę wyruszyły w bardzo okrojonym składzie. Dla mnie miał to być 42. bieg na dystansie 42 kilometrów (na dodatek w 42. roku życia), pierwszy po kwietniowej operacji nogi, podczas której moja pięta pozbyła się kawałka kości. Forma sprzed lat dawno zniknęła, noga wciąż bolała, więc celem było ukończenie zawodów. Szymon Drab wyruszał po to, by powalczyć. To przedstawiciel młodej generacji Szakali, może niezbyt pilnie trenuje, ale wciąż robi postępy. I wreszcie Klaudia Kobus – w zasadzie absolutna debiutantka. Zaczęła biegać wiosną zeszłego roku, sama przyznaje, że chyba nie ma talentu, a dopadło ją już tyle kontuzji, że wystarczyłoby, by obdzielić nimi wszystkie kończyny stonogi. Jesienią ujawniła się u niej poważna anemia, a dwa tygodnie przed wyjazdem trafiła do szpitala... z podejrzeniem udaru. Na szczęście alarm okazał się fałszywy, a Klaudia dzielnie deklarowała, że skoro się zgłosiła na półmaraton, to go i tak przebiegnie. W dniu wyjazdu pobiła swój rekord długości biegu – zaliczyła 15 kilometrów nieprzerwanego truchtu. [h6]Szymon, Klaudia i Maciek. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego[/h6] Do Nowej Zelandii wyruszaliśmy na 2 tygodnie – najpierw wędrówka po kraju, a na deser maraton. Wylot mieliśmy z Pragi, a w drodze na lotnisko poprawiliśmy sobie humor składając wizytę w Kaplicy Czaszek w Kudowie. Podróż przez Dubaj i Melbourne przebiegła spokojnie, po prostu była bardzo długa i męcząca. Gdy w samolocie Klaudia obwieściła, że ona też wystartuje w pełnym maratonie, uznałem, że zaszkodził jej wielogodzinny pobyt na znacznej wysokości. Odpowiadając żartem na jej żart rzuciłem, że jeśli na początku wyjazdu przebiegnie 25 km, to pozwolę jej biec maraton (mówiąc to dyskretnie rysowałem palcem kółko na czole). [h3]Ruszając w trasę[/h3] W podróż po Wyspie Północnej (czyli tej cieplejszej) wyruszyliśmy wynajętym samochodem. Wybraliśmy najtańszą opcję, a opłata za starego Nissana (620 zł za 14 dni) odpowiadała jego jakości. Trzeciego dnia zapaliła się lampka oznajmiająca awarię silnika, która przestała nas straszyć dopiero ostatniego dnia eskapady. W trakcie większych opadów w bagażniku zbierała się woda, na zakrętach coś stukało, ale mimo wszystko jechał i nas nie zawiódł. Na miejscu było nieco cieplej niż myśleliśmy – zazwyczaj około 8-12 stopni, za to sporo padało. Odpuściliśmy planowane noclegi w namiocie i korzystaliśmy z tanich hotelików, zwłaszcza że poza sezonem nie było trudno o miejsca. Pod tym względem Nowa Zelandia jest dla turystów bardzo przyjazna. Ceny noclegów kształtowały się wokół 60 zł od osoby, wszędzie mieliśmy dostęp do czyściutkiej, w pełni wyposażonej kuchni, mogliśmy więc gotować obiady. Miejscowi mają szczególne podejście do temperatury – w kuchni oraz łazience po prostu nie grzeją i czasami bywało tam naprawdę zimno. [h6]Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego[/h6] Po przylocie do Auckland najpierw wyruszyliśmy na północ, na półwysep zwany Northland. Tam w nadmorskim miasteczku Paihia zaliczyliśmy trening w bajkowej scenerii. Pogoda była świetna, truchtaliśmy brzegiem morza i drogą wśród pól golfowych z kapitalnymi widokami na usianą wyspami zatokę. Zrobiliśmy 21 km, więc Klaudia po raz kolejny mogła się cieszyć z pobicia rekordu długości biegu. [h3]Szakale w krainie bulgocącego błota[/h3] Następnym punktem programu była Rotorua – miasto sławne ze zjawisk geotermalnych. Podziwialiśmy tu gejzery, większe i mniejsze, bardziej i mniej błotne. Niestety – wstęp w najciekawsze miejsca wymaga poniesienia dość znacznych kosztów. Ale warto. W strugach deszczu oglądaliśmy największy gejzer południowej półkuli – Pohutu. Lokalna ludność maoryska podaje, że jego nazwa powstała, gdy przed laty dotarł tu podróżujący po świecie prosty kmieć spod Ostrołęki. Nieczuły na cuda przyrody, zdenerwowany wykrzyknął: „Po-hu-tu przyjechałem”. Widzieliśmy też inny gejzer – Lady Knox, który „działa” raz na dobę, gdy obsługujący go mężczyzna w dziurę w ziemi wpakuje porcję mydła. Trafiliśmy na dzień, w którym Lady była wyjątkowo leniwa i obudziła się dopiero po łyknięciu trzeciej mydlanej piguły. Kilkunastometrowy słup wody i kłęby pary robią wrażenie, ale tłum widzów na trybunie i facet z woreczkiem mydła czynią widowisko nieco sztucznym. Znacznie lepiej prezentowały się inne atrakcje – gorące jeziorko z pomarańczowymi brzegami, inne jeziorko o barwie mleczno-seledynowej, kłęby siarkowych oparów wydobywające się z różnych dziur w ziemi. Bardzo nam się spodobał błotny stawek. Zamiast wody gęsta zawiesina, bulgocąca, parująca, z której od czasu do czasu wylatywały w górę bryzgi błota. Gdyby nie temperatura tej papki (około 70 stopni) pomyślałoby się o rozegraniu tu którejś z edycji „Katorżnika”. W Rotorua zaliczyliśmy kolejne długie wybieganie. Było wspaniale, gdy rano mknęliśmy przez miejski park, w kłębach gęstej pary unoszącej się nad jeziorkami i dziurami z gotującym się błotkiem. Nad całkiem pokaźnym jeziorem Rotorua biegaliśmy wśród siarkowych wyziewów, na dodatek znów sprzyjała nam pogoda. Przydarzył się kolejny cud – Klaudia przebiegła 25 km. Po treningu obwieściła, że jeszcze kilka też by dała radę. [h6]Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego[/h6] [h3]W drodze do Wellington[/h3] Wreszcie dotarliśmy do serca Wyspy Północnej, czyli w góry. W Parku Narodowym Tongariro, który należy do najstarszych na świecie, podziwialiśmy trzy okazałe, ośnieżone wulkany. Nie było nam dane zobaczyć ich szczytów, które wciąż tonęły w chmurach, ale jedna z naszych górskich wycieczek okazała się cudowna. Tam też przekonaliśmy się, że naprawdę trafiliśmy na zimę, gdyż w wyższych partiach gór szusowali narciarze. Dwa dni później – i w innej części wyspy – wreszcie zobaczyliśmy nowozelandzki wulkan w pełnej krasie. Gdy dotarliśmy do podnóża góry Taranaki widzieliśmy tylko chmury, ale następnego dnia spotkała nas nagroda. Na kilka godzin wyłonił się majestatyczny, biały stożek. Ciekawa była też podróż pomiędzy wulkanami. Ponad 100 km tzw. Forgotten World Highway, drogą przez niemal bezludne, niezbyt wysokie góry. Krętą i wąską, z szutrową nawierzchnią. Po drodze osada o nazwie Whangamomona, licząca 30 mieszkańców, która jakiś czas temu ogłosiła niepodległość. Tablica przy drodze informowała, że wjeżdżamy do niezależnej republiki, niestety – nielicznym obywatelom państewka nie udało się wystawić posterunków granicznych. To wówczas poczuliśmy, że dotarliśmy na koniec świata. Klucząc po Wyspie Północnej dojechaliśmy wreszcie do Wellington, czyli nadszedł punkt kulminacyjny naszej eskapady. Biuro zawodów odszukaliśmy bez trudu. Znajdowało się w osadzie Petone, kilkanaście kilometrów od właściwego miasta, w okazałym budynku, będącym siedzibą robotniczego zrzeszenia społeczno-kulturalnego. Spodziewaliśmy się niszowej imprezy, ale i tak na miejscu byliśy nieco zaskoczeni. W maratonie miało startować około 70 osób, nieco więcej w półmaratonie i w biegu na 10 km. Zawody w Petone odbywają się od kilku lat, ale po raz pierwszy organizatorzy zdecydowali się na przeprowadzenie biegu na królewskim dystansie. Do tego maraton i półmaraton miały wersję dla piechurów, z której – jak się nazajutrz okazało – skorzystali najbardziej wiekowi sportowcy. Niska frekwencja dziwiła nas przede wszystkim dlatego, że wędrując po Nowej Zelandii niemal na każdym kroku spotykaliśmy biegaczy. Niszowość biegu podkreślał pakiet, zlożony z numeru i dwóch (a nie czterech!) agrafek. [h6]Ekipa gotowa na wyzwanie. Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego[/h6] [h3]Szakale na trasie maratonu[/h3] Wystartowaliśmy o 8 rano. Baliśmy się niepogody – deszczu i słynnego wiatru z Wellington. Mieliśmy szczęście, nie wiało nadmiernie, nie padało, za to pięknie świeciło słońce. Trasa była dostosowana do kameralnego biegu. Wytyczono ją na zasadzie „tam i z powrotem”. Najpierw uliczkami miasteczka, potem przez pole golfowe, przez most, asfaltem wzdłuż rzeki i dalej – najdłuższy odcinek – gruntową ścieżką, wciąż obok rzeki. Na ścieżce czekały na nas utrudnienia, czyli znajdujące się w kilku miejscach bariery uniemożliwiające wjazd na ciąg pieszy, gdzie trzeba było wykonywać szybki slalom niemal w miejscu. Pierwsza połówka była nieco trudniejsza, gdyż wiodła lekko pod górę i do tego pod wiatr. Na trasie serwowano jedynie wodę, na szczęście z kraju zabraliśmy żele ALE, którymi posilaliśmy się podczas maratonu. Przez znaczną część biegu współpracowałem z Szymonem. On naprawdę bał się tego startu, gdyż w Rotorua dopadło go zapalenie ściągna Achillesa. Zaleczył je Olfenem, ale przecież maraton to maraton i kontuzja mogła się odezwać. Pierwsze 3 km biegliśmy razem, potem Szymon był nieco z przodu, ale koło 8. km znów się zrównaliśmy. Odtąd dawaliśmy sobie zmiany pod wiatr, każdy prowadził przez 500 m, co świetnie zdawało egzamin. Po nawrocie puściłem kolegę do przodu, wciąż kontrolując to, co robi. Moja noga dawała znać o sobie, ale nie była nadmiernie uciążliwa. Wyprzedziliśmy kilku rywali, a po 30 km zauważyłem, że zbliżam się do Szymona. Wkrótce go doszedłem i znów biegliśmy razem. Planowaliśmy nawet wspólne wbiegnięcie na metę z polską flagą. Niestety – „wykrakałem” nieszczęście. Gdy Szymon zaproponował, byśmy dogonili chłopaka przed nami, odrzekłem, że się lepiej się nie „podpalać”, by nas jakiś skurcz nie złapał. Magiczne słowo zadziałało jak katalizator. Minęły dwie sekundy, po czym mój partner stanął i krzyknął: „skurcz!”. Zobaczyliśmy się więc dopiero na mecie. Ja ukończyłem zawody na 11. miejscu z czasem 3.40, Szymon był 18. (3.45). Operowana noga wytrzymała, nie mam więc prawa narzekać. [h6]Fot. Archiwum Macieja Rakowskiego[/h6] Znacznie ciekawsze były przygody Klaudii. Tak jak straszyła, wpisała się na listę startową maratonu. Biegła spokojnie, nawet dostojnie. Wszystko szło dobrze do 17. km, kiedy odezwała się dawno zaleczona kontuzja ścięgien stopy. Gdy była na 18. km, a ja mijałem ją po wykonaniu nawrotu, miała na twarzy grymas bólu i szła zamiast biec. Poinformowała mnie, że zaraz odpadnie jej noga. Po dotarciu do mety wróciłem na trasę, by ratować Klaudię. Wyobrażałem sobie, że doczołga się jakoś z czasem koło 7 godzin. Moje zdziwienie było ogromne, gdy krocząc po polu golfowym ujrzałem po drugiej stronie rzeki znajomą sylwetkę. O dziwo – wciąż biegła i wszystko wskazywało na to, że zejdzie poniżej 5 godzin. Zaczekałem, podtrzymałem na duchu, dałem wody i razem potruchtaliśmy do mety. Czas Klaudii był jedną z największych niespodzianek polskiego sportu. Dziewczyna, która dwa tygodnie wcześniej po raz pierwszy w życiu przebiegła 15 km, teraz ukończyła niełatwy maraton w 4.52. Po biegu tłumaczyła nam, że ostatnie 25 km biegła lewą stopę stawiając jedynie na palcach. I nie złapał jej skurcz... Bieg w Petone był szczególny także dlatego, że nie dekorowano zwycięzców, nie było pucharów, dyplomów, ani nawet przedstawienia najszybszych biegaczy. Dobrze, że na mecie otrzymaliśmy medale. Było też losowanie nagród, nie było ich zbyt wiele, ale każde z nas otrzymało jakiś upominek. Gdy jako trzeci wyczytany został Szymon, zebrani podsumowali naszą dobrą passę burzą oklasków. Nazajutrz ruszyliśmy w drogę powrotną. Przekonaliśmy się jak wielkie mieliśmy szczeście. Gdy wyjeżdżaliśmy, w Wellington wiało tak, że trudno było iść. Dotarliśmy do lotniska w Auckland – 700 km, potem ponad 30 godzin w samolotach i w terminalach, wreszcie samochodem z Pragi do Łodzi. W podróży prezentowaliśmy się dość osobliwie: wszyscy w zielonych koszulkach Accenture Expedition, niby sportowcy, ale wyraźnie kulejący (przynajmniej Klaudia i Szymon). Wracaliśmy jednak z uśmiechem na twarzach, powtarzając sobie: „warto było!”. Obszerniejsze relacje, więcej zdjęć i filmy na www.szakalebalut.pl
Wicemistrz olimpijski na 10 000 metrów Galen Rupp ogłosił oficjalnie, że wystartuje w US Olympic Trials, które odbędą się 13 lutego 2016 r. w Los Angeles. Będzie to debiut Amerykanina na królewskim dystansie.
[h6]Eliud Kipchoge - najlepszy maratończyk 2015 roku. Fot. Getty Images[/h6] [h2]Przedstawiamy podsumowanie roku 2015 w światowym maratonie. Kto okazał się najlepszym biegaczem świata i jak na jego tle prezentują się najszybsi Polacy?[/h2] Maraton to skomplikowana konkurencja, w której hierarchii nie da się łatwo ułożyć posiłkując samymi tabelami. Składa się na to kilka powodów. Po pierwsze liczba startów pojedynczego zawodnika w ciągu roku jest niewielka. Najczęściej są to tylko dwa biegi. Duży wpływ na wynik mają więc czynniki przypadkowe, np. temperatura. Tym bardziej, że czas trwania wysiłku nasila ich znaczenie, bo o ile w upale można dobrze pobiec 800 metrów, tak maraton - nie bardzo. Po drugie, część zawodów rozgrywana jest bez zająców i na trudnych trasach. Przykładami mogą być biegi w Nowym Jorku i Bostonie, należące do serii World Marathon Majors, sześciu najbardziej prestiżowych maratonów świata. Najlepszego maratończyka trzeba więc szukać w kombinacji najlepszych wyników i najwyższych miejsc w najbardziej prestiżowych startach. Pod koniec lutego odbędzie się już pierwszy tegoroczny maraton serii Majors - w Tokio. W zeszłorocznych edycjach mamy następujących zwycięzców: [su_note note_color="#f9f6df" text_color="#896136"]Tokio - Endeshaw Negesse (Etiopia) - 2:06:00 Boston - Lelisa Desia (Etiopia) - 2:09:17 Londyn - Eliud Kipchoge (Kenia) - 2:04:42 Berlin - Eliud Kipchoge (Kenia) - 2:04:00 Chicago - Dickson Chumba (Kenia) - 2:09:25 Nowy Jork - Stanley Biwott (Kenia) - 2:10:34[/su_note] W łącznej punktacji serii WMM, która obejmuje dwa lata, zdecydowanie prowadzi Eliud Kipchoge. Na drugim miejscu mamy Lelisę Desisę ex aequo z Dicksonem Chumbą. Do punktacji Majors zaliczają się także mistrzostwa świata, które odbyły się w zeszłym roku w Pekinie. W tym taktycznym biegu doszło do wielu niespodzianek, m.in. bardzo słabego występu Kenijczyków, w tym byłego rekordzisty świata, Wilsona Kipsanga. Zwycięzcą został solidny maratończyk z życiówką 2:07:47 (czyli na poziomie naszego Henryka Szosta), którego nikt nie typował do tak wysokiego miejsca. Oto jak prezentowała się czołówka mistrzostw świata: [su_note note_color="#f9f6df" text_color="#896136"]1. Ghirmay Ghebreslassie (Erytrea) - 2:12:28 2. Yemane Tsegay (Etiopia) - 2:13:08 3. Munyo Mutai (Uganda) - 2:13:30 4. Ruggero Pertile (Włochy) - 2:14:23 5. Shumi Dechasa (Bahrajn) - 2:14:36[/su_note] I wreszcie pozostają tabele wynikowe. Tutaj królem był przodujący w rankingu WMM Kenijczyk Eliud Kipchoge, do którego należą dwa najlepsze wyniki zeszłego roku. A ponieważ równocześnie były to zwycięstwa w dwóch maratonach serii Majors, to właśnie Kipchoge musi zostać uznany za najlepszego maratończyka 2015. Na drugim miejscu tabel mamy byłego rekordzistę świata, Wilsona Kipsanga, drugiego w Londynie, który byłby zdecydowanym kandydatem do drugiego miejsca na świecie, gdyby nie fatalny występ w mistrzostwach świata. Poza nim bardzo ciekawym i mocnym biegaczem jest Etiopczyk Lelisa Desisa, startujący bardzo często. W 2015 zwyciężył w Bostonie, był drugi w Dubaju, trzeci w Nowym Jorku i siódmy w mistrzostwach świata. Chociaż w roku 2014 w bezpośrednim pojedynku w Nowym Jorku przegrał na finiszu z Kipsangiem, w 2015 to raczej on powinien być uważany za drugiego maratończyka świata. Dalsza kolejność musi być przynajmniej częściowo uznaniowa i na pewno będą to zawodnicy z tabel poniżej. [su_note note_color="#f9f6df" text_color="#896136"]Najlepsze wyniki maratońskie na świecie w roku 2015: 1. Eliud Kipchoge (Kenia) - 2:04:00 (Berlin) 1. miejsce 2. Eliud Kipchoge (Kenia) - 2:04:42 (Londyn) 1. miejsce 3. Wilson Kipsnag (Kenia) - 2:04:47 (Londyn) 2. miejsce 4. Eliud Kiptanui (Kenia) - 2:05:21 (Berlin) 2. miejsce 5. Lemi Berhanu (Etiopia) - 2:05:28 (Dubaj) 1. miejsce 6. Mark Korir (Kenia) - 2:05:49 (Paryż) 1. miejsce 7. Dennis Kimetto (Kenia) - 2:05:50 (Londyn) 3. miejsce 8. Lelisa Desisa (Etiopia) - 2:05:52 (Dubaj) 2. miejsce 8. Stephen Chebogut (Kenia) - 2:05:52 (Eindhoven) 1. miejsce 10. Deribe Robi (Etiopia) - 2:05:58 (Eindhoven) 2. miejsce[/su_note] Jak na tym tle prezentują się reprezentanci innych kontynentów niż Afryka oraz Polacy? Liderem tabel europejskich w zeszłym roku został Niemiec Arne Gabius, który we Frankfurcie pobił rekord Niemiec z czasem 2:08:33. W tabelach światowych znalazło się przed nim 72 innych zawodników. Wśród nich najszybszy nie-Afrykanin świata, Japończyk Masato Imai, który w Tokio zajął 7. miejsce z czasem 2:07:39. Henryk Szost miał słabszy sezon i z wynikiem 2:10:11 był najlepszy w Polsce, czwarty w Europie i dopiero 148. na świecie. Drugim Polakiem sezonu 2015 był Yared Shaegumo - 2:10:47. Trzecim, już z dużą stratą wynikową - Mariusz Giżyński - 2:12:40.
[h6]Adidas poinformował IAAF, że zamierza rozwiązać umowę sponsorską przed upływem jej terminu. Na zdjęciu szef IAAF Sebastian Coe. Fot. Getty Images[/h6] [h2]Niemiecki producent sprzętu sportowego Adidas poinformował Międzynarodową Federację Lekkoatletyczną, że zamierza rozwiązać umowę sponsorską. Kontrakt został podpisany w 2008 r. i miał obowiązywać przez 11 lat. Tym samym IAAF może stracić swojego największego sponsora.[/h2] Kilka dni temu w brytyjskich mediach pojawiła się informacja, że Adidas postanowił zerwać umowę z IAAF, podpisaną do 2019 r. Jako pierwsza o sprawie poinformowała BBC. Żadna ze stron nie potwierdziła jeszcze oficjalnie tych informacji, jednak brytyjskie i światowe media donoszą, że sprawa jest przesądzona. Decyzja firmy ma być podyktowana skandalami dopingowymi w lekkoatletyce i korupcją we władzach Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej. Według niektórych komentatorów niemiecki koncern obawia się strat wizerunkowych, które może ponieść w związku z kolejnymi aferami wstrząsającymi tą dyscypliną sportu. Innego zdania jest główny dziennikarz sportowy The Guardian Owen Gibson. Twierdzi on, że w tym przypadku skandale wstrząsające światową lekkoatletyką są jedynie pretekstem, a w grę wchodzą przede wszystkim względy biznesowe, nie moralne. Jak przekonuje, strategia biznesowa Adidasa w coraz większym stopniu koncentruje się na piłce nożnej. W 2014 r. niemiecki koncern podpisał rekordową umowę sponsorską z Manchesterem United na 10 lat opiewającą na 750 milionów funtów. Współpraca z klubem piłkarskim daje firmie znacznie większe możliwości marketingowe niż sponsoring IAAF. Eksperci od marketingu sportowego również zwrócili już uwagę na fakt, że w ostatnim czasie Adidas zmienił swoje podejście do promocji marki. Firma wycofała się ze sponsorowania Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro (w ramach ostatnich 3 edycji letnich Igrzysk, Adidas był oficjalnym partnerem sprzętowym), twierdząc, że na brazylijskim rynku w wystarczającym stopniu wypromowała markę podczas Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 2014 r. Adidas zrezygnował również z odnowienia kontraktu sponsorskiego z NBA, podpisując jednocześnie 13-letni kontrakt z zawodnikiem Houston Rockets Jamesem Hardenem. Owen Gibson twierdzi również, że dowodem potwierdzającym jego tezę, że Adidas skupia się na innych dyscyplinach niż lekkoatletyka jest fakt, że koncern przedłużył umowę sponsorską z FIFA do 2030 r., pomimo ostatnich skandali korupcyjnych na najwyższych światowych szczeblach władz piłkarskich. "Dla każdego, kto choć trochę zna historię Adidasa sugestia, że nagle odnalazł swój wewnętrzny kompas moralny i postanowił przyjąć twardą postawę wobec cuchnącej korupcji i zinstytucjonalizowanego dopingu w sporcie, jest po prostu śmieszna" - napisał dziennikarz w artykule dla The Guardian. Należy jednak zwrócić uwagę, na fakt, że w tym przypadku sprawa nie dotyczy jedynie korupcji działaczy, czy niejasnych zasad wyboru gospodarza światowej imprezy. Chodzi jednak o zarzuty dotyczące czystości rywalizacji sportowej, czyli tak naprawdę wypaczające ideę sportu. W tym kontekście decyzja Adidasa wydaje się być zrozumiała, chociaż niektórzy komentatorzy już zwracają uwagę na fakt, że działanie koncernu może mieć efekt odwrotny od zamierzonego. Jeśli lekkoatletyce uda się przezwyciężyć kryzys, firma może być kojarzona jako sponsor IAAF w czasach, kiedy skandale wychodziły na światło dzienne jak grzyby po deszczu, natomiast niemająca żadnego udziału w ewentualnym oczyszczeniu atmosfery wokół tej dyscypliny. Co decyzja niemieckiego koncernu oznacza dla IAAF w praktyce? Z jednej strony na pewno znaczne straty finansowe, liczone w milionach dolarów, bowiem Adidas od 2008 r. był największym sponsorem Federacji. Jest to również cios wizerunkowy, ponieważ to kolejny kontekst, w którym lekkoatletyka przedstawiana jest w niekorzystnym świetle. Przede wszystkim jednak wyzwanie związane z oczyszczeniem atmosfery wokół tej dyscypliny będzie dla IAAF jeszcze poważniejsze. Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna nie jest organizacją dysponującą dużym budżetem. Każda utrata środków finansowych będzie przyczyniała się do coraz większych trudności w walce z dopingiem. Nie wiadomo jeszcze, jak na decyzję Adidasa zareaguje IAAF. Niewykluczone, że sprawa trafi do sądu, a wtedy wynik sporu wcale nie jest przesądzony. Prawnicy niemieckiego koncernu na pewno będą wskazywać na fakt, że skandale dopingowe oraz korupcja we władzach Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej stanowiły naruszenie umowy sponsorskiej. Chociaż ani IAAF ani Adidas oficjalnie nie potwierdziły (ani nie zaprzeczyły) informacjom o zerwaniu umowy, rzecznik Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej powiedział, że IAAF jest w "bliskim kontakcie ze wszystkimi sponsorami i partnerami w procesie wdrażania niezbędnych reform". Jeden ze sponsorów federacji, firma Canon wydała oświadczenie, że nie ma zamiaru zrywać swojej umowy sponsorskiej z IAAF, która obowiązuje do końca 2016 r. Pozostali sponsorzy i partnerzy, czyli Toyota, Seiko, TDK, TBS i Mondo nie komentują sprawy, ale nic nie wskazuje na to, by mieli zamiar wycofywać się ze swoich zobowiązań. W światowych mediach już pojawiły się doniesienia, że miejsce Adidasa jako sponsora IAAF może zająć firma Nike. Amerykański gigant w przeszłości podejmował już podobne decyzje - jest sponsorem Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro oraz ligi NBA. W obu przypadkach Nike zajmował miejsce niemieckiego rywala. Trzeba pamiętać również, że obecny prezydent IAAF Sebastian Coe przez 38 lat był związany z amerykańskim producentem sprzętu sportowego, jednak zrezygnował z roli ambasadora marki w momencie objęcia stanowiska ze względu na konflikt interesów. Z drugiej strony, w obliczu nieprzychylnych komentarzy wobec Nike pojawiających się w mediach i w sieci w związku z podpisaniem umowy sponsorskiej z Justinem Gatlinem czy kontrowersji związanych z wyborem, kojarzonego z tą firmą, Oregon jako gospodarza Mistrzostw Świata w lekkoatletyce w 2021 r. (decyzja została podjęta bez oficjalnego postępowania mającego wyłonić gospodarza, a w mediach pojawiły się zarzuty, że za takim rozwiązaniem lobbował m.in. Sebastian Coe, ówcześnie wiceprezydent IAAF i ambasador Nike), amerykański koncern może dwa razy zastanowić się zanim podejmie decyzję o współpracy z IAAF. Niewykluczone, że na całym zamieszaniu skorzystają mniejsi gracze, jak np. Asics lub New Balance. Podobnie jak życie, świat marketingu nie znosi próżni.
Rekordzistka Białorusi w maratonie, startująca często w Polsce Aleksandra Duliba, została złapana na dopingu i skazana na dwa lata zawieszenia. W swojej karierze wygrała m.in. maraton w Los Angeles.
[h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] [h2]Paracelsus wieki temu stwierdził: “Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną”.  Słowa ojca toksykologii dziś nadal są aktualne. Badawcze wciąż szukają złotego środka, próbując wyznaczyć wartości bezpiecznego czy zalecanego spożycia wielu substancji i produktów spożywczych. Należy do nich również cholesterol, wokół którego było ostatnio trochę zamieszania.[/h2] Cholesterol to organiczny związek chemiczny zaliczany do grupy steroli, który naturalnie występuje we wszystkich organizmach żywych. Przede wszystkim jest składnikiem budulcowym błon lipidowych. Wchodzi również w skład otoczki mielinowej komórek nerwowych, przez co uczestniczy w przekaźnictwie nerwowym. Żółć zgromadzona w pęcherzyku żółciowym również zawiera cholesterol. Pełni więc ważną rolę w trawieniu tłuszczów oraz absorbowaniu witaminy A, D, E, K. Jest też prekursorem w procesie syntezy witaminy D czy hormonów steroidowych (np. estrogen, testosteron, progesteron). [h3]Pochodzenie cholesterolu[/h3] Cholesterol endogenny jest produkowany w naszych organizmach, głównie w wątrobie, jelicie oraz skórze. Najwięcej cholesterolu znajduje się w tkankach, w których jest on produkowany, ale również w mózgu czy rdzeniu kręgowym. Drugi typ to cholesterol egzogenny - dostarczany z pożywieniem, transportowany i wchłaniany w postaci lipoprotein. To właśnie wokół cholesterolu pochodzenia egzogennego toczy się największy spór, ponieważ nowe doniesienia przeczą dotychczasowym ustaleniom. [h3]Produkty zawierające cholesterol[/h3] Znajdziemy go w produktach pochodzenia zwierzęcego, jednak nie dajcie się nabijać w butelkę - zachęcanie do kupna oleju roślinnego poprzez umieszczenie informacji o braku zawartości cholesterolu jest niczym innym jak wykorzystywaniem niewiedzy konsumenta. [su_note note_color="#f9f6df" text_color="#896136"]Produkty o wysokiej zawartości cholesterolu (w mg/100 g) (wg Kunachowicz i wsp.,2003): żółtko jaja kurzego - 1062 wątróbka kurczaka - 380 jaja kurze całe - 360 wątroba cielęca - 360 śmietanka 30% tłuszczu - 106[/su_note] To właśnie jajka ze względu na wysoką jego zawartość  w żółtku stały się największą ofiarą nagonki na cholesterol. [h3]Dotychczasowe spojrzenie[/h3] Przez lata powielane były informacje na temat negatywnego wpływu cholesterolu z diety na układ sercowo-naczyniowy. Najbardziej znane zalecenia dietetyczne nakazujące ograniczenie podaży jajek pochodzi z 1968 roku. American Heart Association nakazywało spożywanie nie więcej niż 3 jaj tygodniowo oraz ograniczenie cholesterolu do poziomu poniżej 300 mg/dzień. Podstawy naukowe, sformułowane później przez inną organizację, zostały oparte na trzech liniach. Jak się jednak okazuje, miały one swoje niedoskonałości. Pierwsza linia to badania na modelu zwierzęcym. Wykazały one, że spożycie cholesterolu wraz z dietą miało wpływ na podwyższenie jego poziomu w osoczu i wpływało na rozwój miażdżycy. Wątpliwości związane są z wykorzystnym modelem - były to zwierzęta roślinożerne, które są wrażliwsze na zmiany cholesterolu. Druga linia to badania epidemiologiczne. Wysokie spożycie cholesterolu korelowało z zapadalnością na choroby układu sercowo-naczyniowego. Nie wzięto jednak pod uwagę poziomów spożycia kwasów nasyconych (chociaż wokół nich również coraz więcej kontrowersji),  a przede wszystkim, kwasów trans. Trzecia linia to badanie kliniczne. Pokazywało ono, że wysokie spożycie cholesterolu powoduje zwiększenie jego poziomu w surowicy. Zastosowano farmakologiczne poziomy cholesterolu (na przykład 6 jajek dziennie przez 6 tygodni) oraz polegano na początkowym stężeniu cholesterolu jako markerze zagrożenia. W 1995 roku w USA podjęto próbę ujednolicenia zaleceń żywieniowych pochodzących z różnych organizacji. Co ciekawe - nikt właściwie nie wie dlaczego za właściwy poziom uznano przyjęte już wcześniej przez AHA <300 mg/dzień. Jedna z odpowiedzi sugeruje, że jest to po prostu połowa cholesterolu, który był spożywany wśród ludności USA w tym czasie. Jedno spore jajo zawiera około 213 mg cholesterolu. Wystarczająco dużo by  produkt “pogrążyć”. [h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] [h3]Punkt zwrotny[/h3] Można się domyślić, że demonizowanie jaj ze względu na zawartość cholesterolu nie wpływało najlepiej na przemysł jajczarski (lub jak niektórzy wolą - jajcarski). Próbował on ratować sytuację wykonując różnego typu badania, co nie spotykało się z aprobatą ze względu na konflikt interesów. Egg Nutrition Center zainicjowało jednak projekty badawcze dotyczące różnych aspektów zdrowia człowieka, by udowodnić potrzebę obecności jaj w diecie. Wyniki okazały się zaskakujące zarówno dla przemysłu jaj jak i agencji zdrowia. Jajka generują wyższy poziom sytości niż w przypadku innych źródeł białka. Wykazano też niższe spożycie kalorii po śniadaniu, które je zawierało, w porównaniu do bajgla będącego częścią niskokaloryczną diety - szkoda jedynie, że nie podano jego składu i typu. Ograniczenie jaj będących dobrym źródłem minerałów i witamin mijało się z celem w wielu grupach wiekowych. Jako produkt łatwo przyswajalny, prosty do zjedzenia nawet dla osób mających problemy z żuciem, świetne sprawdza się w żywieniu osób starszych, w celu zapobiegania spadkom beztłuszczowej masy ciała (zarówno przez niedożywienie ilościowe jak i jakościowe). Luteina i zeaksantyna – te składniki jaj obniżają ryzyko wystąpienia zaćmy i zwyrodnienia plamki żółtej. Żeby było ciekawie – kury karmione pożywieniem z dodatkiem nagietka dawały jaja o zwiększonym nawet dziesięciokrotnie (!) poziomie luteiny i zeaksantyny. 9/10 dorosłych w USA ma zbyt niski poziom choliny w diecie. Niskie spożycie choliny w ciąży zwiększa ryzyko wad cewy nerwowej, takich jak rozszczep kręgosłupa. Podaż choliny zmniejszała poziom homocysteiny, a tym samym ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego. Wysokie spożycie choliny wiąże się również ze spadkiem częstotliwości występowania i śmiertelności raka piersi. Analizy i badania wskazały również na brak zależności pomiędzy spożyciem jaj a większą zapadalnością na choroby układu krążenia. [h3]Obecne stanowisko wobec cholesterolu i jaj[/h3] Najnowsze badania wskazują, że cholesterol pochodzący z pożywienia ma niewielki wpływ na jego poziom we krwi i uzależniony jest głównie od produkcji endogennej - to tłumaczy dlaczego weganie, którzy nie spożywają produktów zawierających cholesterol, mają jego prawidłowy poziom. AHA pomimo ograniczeń spożycia cholesterolu w diecie nie sugeruje już ograniczenia konsumpcji jaj, podobnie British Heart Foundation. Food Standards Agency wręcz rekomenduje jaja jako dobry produkt w zrównoważonej diecie. W Australii nie poleca się ograniczać spożycia jaj osobom zdrowym, które mają stwierdzony prawidłowy poziom cholesterolu. FAO na bazie wytycznych żywieniowych różnych krajów wykazało, że wiele państw, w tym Tajlandia, Meksyk, Nowa Zelandia i Japonia, zalecają regularne spożywanie jaj jako część zdrowej diety. W normach żywienia dla populacji polskiej znowelizowanych w 2012 r. zalecana jest dla dorosłych jedna porcja (150 g) dziennie z grupy: mięso, ryby, drób, wędlina, jaja, nasiona roślin strączkowych. Jeśli więc nie spożyjemy innych produktów z tej grupy, to możemy pozwolić sobie nawet na 3 jaja. Wytyczne wydane w 2015 roku przez USDA (na podstawie których często formułowane są zalecenia w innych państwach), mówią o braku potrzeby ograniczania cholesterolu w diecie osób zdrowych. [h3]Ile jaj możemy zjeść dziennie/tygodniowo?[/h3] Na to pytanie, niestety, żadne z zaleceń wprost nie odpowiada. Organizacje utrzymujące limity na spożycie jajek zwykle zamykają się w zakresie 7-10 jaj tygodniowo. IŻŻ w nowej piramidzie żywienia umieszcza jajka na tym samym poziomie co mięso, jednak nie podaje informacji dotyczącej ich konkretnego spożycia. Zniesienie limitów przez wiele szanowanych towarzystw i organizacji z pewnością cieszy miłośników jajek. Powinniśmy podejść do tego jednak z rozsądkiem. Nasza dieta przede wszystkim musi być różnorodna i zbilansowana. Omlet z dwóch jaj jedzony nawet codziennie zdrowej osobie krzywdy nie zrobi, jednak nie zalecałabym ich wysokiego spożycia. Niby dlaczego? Wpływ żywienia na zdrowie człowieka wciąż jest niezgłębioną dziedziną. Skoro przez tyle lat przestrzegano nas przed jajkami, nie jest powiedziane, że mimo obecnego odwrotu, trend ten znów nie wróci. [h3]Kto powinien uważać?[/h3] W doniesieniach podkreśla się, że osoby z nieprawidłowym profilem lipidowym, cukrzycą, chorobami układu sercowo-naczyniowego czy obciążeniem genetycznym, powinny jednak zwracać uwagę na cholesterol. Tu również występuje brak zgodności. Niektóre organizacje mówią o <200 mg/dziennie, część stawia na 3-4 jajka tygodniowo.
[h6]I Krakowski Bieg Antysmogowy zgromadził ponad 1000 uczestników. Fot. Facebook.com/KrakowskiBiegAntysmogowy[/h6] [h2]W ostatnim czasie coraz głośniej mówi się o problemie smogu w Małopolsce. Zanieczyszczone powietrze to zmora m.in. biegaczy, dlatego w lutym 2015 r. pasjonaci biegania zorganizowali Krakowski Bieg Antysmogowy. W sobotę 6 lutego 2016 r. odbędzie się II edycja biegowej manifestacji na rzecz czystego powietrza.[/h2] Problem smogu przybiera w ostatnim czasie na sile. W niedzielę 24 stycznia w Krakowie z powodu rekordowego stężenia pyłów w powietrzu, kierowcy mogli za darmo korzystać z komunikacji miejskiej na podstawie dowodu rejestracyjnego. Ponieważ smog w coraz większym stopniu dokucza również krakowskim biegaczom, postanowili oni wziąć sprawy w swoje ręce. W sobotę 6 lutego odbędzie się już II Krakowski Bieg Antysmogowy. W ramach tej imprezy uczestnicy nie będą rywalizować ani walczyć o ustanowienie rekordowych czasów. Zamiast tego wspólnie pobiegną w proteście przeciwko zanieczyszczonemu powietrzu miasta. Organizatorem manifestacji jest Fundacja Krakowski Bieg Antysmogowy. Jak mówi jeden z organizatorów przedsięwzięcia, Adam Kałucki w tym roku biegacze chcą pokonać smog... śmiechem! Kilka dni temu zanieczyszczenie powietrza w Krakowie aż 10-krotnie przekroczyło dopuszczalne normy! W takich warunkach trudno jest normalnie żyć, nie mówiąc o bezpiecznym uprawiany sportu poza domem. Coraz częściej ja i moi znajomi uzależniamy wyjście na trening od stanu pyłów zawieszonych PM10. Jak tak dalej pójdzie, to aplikacja wskazująca poziom zanieczyszczenia powietrza stanie się wśród krakowskich biegaczy tak popularna jak Endomondo. Naszym biegiem chcemy jednak pokazać, że nawet w tak trudnych warunkach nie opuszcza nas optymizm. Dlatego postanowiliśmy zamanifestować w tak śmiertelnie poważnej sprawie jak smog korzystając z karnawałowych tradycji. Kiedyś w ostatki po krakowskich ulicach biegano ze słomianą kukłą Mięsopusta, który symbolizował mroźną i okrutną zimę. Zabawę kończono ścięciem jego głowy na Rynku Głównym. Chciano w ten sposób przyspieszyć nadejście wiosny. My idąc tym tropem chcemy w podobny sposób ukarać smog, w obecności sędziego, prokuratora i księdza. Lista win, którą w swoim akcie oskarżenia przedstawi wspomniany prokurator, będzie długa, ponieważ rocznie z powodu zanieczyszczenia powietrza umiera pod Wawelem kilkaset osób. To pomieszanie poważnych treści z beztroską zabawą jest od wieków charakterystyczne dla okresu karnawałowego. I to, naszym zdaniem, tylko wzmacnia antysmogowy przekaz całego przedsięwzięcia. Tak, jak w 2015 roku, pobiegniemy w maseczkach antysmogowych, a uczestnicy manifestacji będą się mogli podpisać pod petycją skierowaną do władz miasta i województwa, a zawierającą żądanie skuteczniejszej walki ze smogiem. Biegacze spotkają się o godz. 10 na Placu na Groblach, skąd ulicami Starego Miasta wyruszą w kierunku Rynku Głównego. Tegoroczny bieg będzie miał również charakter karnawałowy. O godz. 10:30 pod Ratuszem rozpocznie się inscenizacja z udziałem aktorów Teatru Figur, podczas której odbędzie się sąd nad kukłą Smoga. Uczestnicy II Krakowskiego Biegu Antysmogowego zachęcani są do przynoszenia antysmogowych transparentów, a także przybycia na wydarzenie w karnawałowych przebraniach. Organizatorzy przygotowali dla biegaczy maseczki przeciwpyłowe, w których uczestnicy pokonają całą ok. 5,5-kilometrową trasę. [h6]Organizatorzy zachęcają uczestników II Krakowskiego Biegu Antysmogowego do przybycia na manifestację w karnawałowych strojach. Fot. Facebook.com/KrakowskiBiegAntysmogowy[/h6] Oprócz elementu karnawałowego w ramach Smogowych Ostatków - II Krakowskiego Biegu Antysmogowego odbędzie się również zbiórka odzieży biegowej na rzecz Ośrodka Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień w Krakowie Stowarzyszenia MONAR. Każdy, kto chce przekazać zbędne biegowe ubrania, powinien przynieść je przed biegiem na stadion na Groblach. Ponadto, Adam Kałucki zapowiada, że biegacze złożą również petycję na ręce władz miasta z postulatami działań na rzecz poprawy jakości powietrza w Krakowie. Na szczęście ubył nam jeden niezwykle ważny postulat dotyczący wprowadzenia całkowitego zakazu palenia węglem i drewnem w Krakowie. Zgodnie z przyjętą 2 tygodnie temu uchwałą sejmiku zakaz ten zacznie obowiązywać od 2019 r. W tegorocznej petycji żądamy jednak przyspieszenia wymiany palenisk węglowych, między innymi poprzez poprawę systemu dofinansowań. Oczekujemy także: - Uchwalenia miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego dla Krakowa, uwzględniających: specjalną ochronę istniejącej w Krakowie zieleni, zakaz zabudowy korytarzy przewietrzania miasta, zobowiązanie inwestorów do tworzenia terenów zielonych w otoczeniu budowanych inwestycji, integrację istniejących parków i skwerów ścieżkami spacerowymi i rowerowymi. - Przeciwdziałania inwestycjom, które mogą pogarszać, już i tak dramatycznie zły, stan jakości powietrza w Krakowie. - Zwiększenia liczby punktów szczegółowego monitoringu jakości krakowskiego powietrza i informowanie mieszkańców o stanie powietrza już od poziomu 100 ug/m3. - Poprawienia systemu bezpłatnej komunikacji miejskiej w dni z wysokim poziomem smogu. - Odciążenia Krakowa z ruchu tranzytowego poprzez budowę północnej obwodnicy. [su_youtube url="https://www.youtube.com/watch?v=BmYdPgHmS18" width="800" height="600"] W pierwszym Krakowskim Biegu Antysmogowym udział wzięło około 1000 osób, a akcja odbiła się dużym echem w całej Polsce. Organizatorzy przedsięwzięcia postanowili kontynuować antysmogowe działania, dlatego zarejestrowali Fundację Krakowski Bieg Antysmogowy. W tym roku odbędzie się druga edycja biegowej manifestacji. [h4]Więcej informacji o inicjatywie można znaleźć na stronie wydarzenia na Facebook'u.[/h4]
Advertisment ad adsense adlogger