fbpx

Adam Głogowski – to ja będę dyktował warunki [WYWIAD]

glogowski
Fot. Labosport

Adam Głogowski, rocznik 1993, to zawodnik, którego rywale biorą na poważnie. Mimo młodego wieku ma na koncie zwycięstwa w silnej krajowej stawce i sporo doświadczenia zawodniczego. Potrafi wygrywać w spektakularnym stylu, robiąc prawdziwe show. Po niezwykle udanym sezonie w 2013 roku zniknął na prawie dwa lata. Zapytałam go o obecną formę, plany na najbliższą przyszłość i długoterminowe cele.

W 2013 roku zaliczyłeś serię bardzo udanych startów – Radków, Ełk, Ślesin. A potem zniknąłeś na długi czas. Gdzie byłeś?

– Dosłownie dziesięć dni po niezwykle udanym starcie w Ślesinie dobra passa została niespodziewanie przerwana – miałem wypadek na rowerze. Po wyleczeniu urazu przyplątała się nowa kontuzja, a potem jeszcze jedna… Dużo czasu zajęło mi wychodzenie z tej czarnej serii. Ale jestem z powrotem!

I wróciłeś właśnie do Ślesina. Jak ułożyły Ci się tegoroczne zawody?

– Podczas pływania straciłem do czołówki około 50 sekund, które odrobiłem na dobiegu do boksu. A potem znowu to straciłem. Cóż, nigdy nie byłem specjalistą w zapinaniu paska na numer startowy… Znowu byłem w punkcie wyjścia. Potem 10 kilometrów umierania na rowerze. Nie robiłem zakładek pływacko-rowerowych, więc to przejście było dla mnie koszmarne. Dojechali mnie Dowbor, Mrowiec i Reszke. Wiedziałem, że nie ma innej opcji – muszę dojechać z nimi do strefy zmian. Udało mi się to – oczywiście z zachowaniem zasady no drafting – i wbiegłem do boksu jako drugi z tej “grupy”. Na bieg wyleciałem z myślą, że co będzie, to będzie – w końcu to jeszcze nie ten moment, żebym miał coś komuś udowadniać. Zobaczyłem przed sobą Najmowicza i pomyślałem: no dobra, próbuję, najwyżej umrę. Odrabiałem stratę, ale na szóstym kilometrze po prostu odcięło mi prąd. Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Trzecia pętla jeszcze jakoś poszła, ale czwarta była walką o przeżycie. Jestem jednak zadowolony z szóstego miejsca w klasyfikacji generalnej. To był dobry bodziec, a ludzie zobaczyli, że jestem z powrotem i jeszcze coś potrafię sobą zaprezentować. Oczywiście jest to wynik poniżej oczekiwań, ale uznaję ten start za bardzo dobry, zwłaszcza że w tym okresie nie spodziewałem się tak dobrego wyniku.

Potem był Radków i powrót na podium.

– To był start na wielkim zmęczeniu – dzień przed imprezą przejechałem samotnie 650 kilometrów samochodem. W Radkowie chciałem przede wszystkim mocno popłynąć i  to mi się udało. Prowadziłem przez pierwsze 400m, a potem schowałem się w nogi chłopaków. Wiedziałem, że to jeszcze nie czas na bardzo szybkie pływanie. Na rowerze dobrze radziłem sobie na podjazdach, ale bałem się ryzykować zjeżdżając. Na tej trasie trzeba mieć dużo odwagi i szczyptę szczęścia, a ja nie chciałem się znów połamać. Mam już dosyć wymuszonego L4. Wolałem przejechać tę część spokojnie, wręcz turystycznie, i wrócić szczęśliwie do domu. Trasę biegową chciałem pokonać dobrze technicznie, z ósmego miejsca awansowałem na trzecie.

Czy start w Ślesinie w 2013 roku określiłbyś jako dzień życia? Najpierw zwycięstwo w fenomenalnym stylu, potem jeszcze wygrana samochodu na loterii…

– Cóż, szczęściu trzeba umieć dopomóc. Jeśli jest forma i ten dzień, to jest dobrze. Tam rzeczywiście wszystko pięknie zagrało. Pierwszy raz pojechałem część rowerową po 40 km/h, dołożyłem do tego mocny bieg. Ale to już za mną. Niestety, kiedy coś się psuje, to też zazwyczaj wszystko naraz! Nie patrzę już wstecz – teraz ważna jest dla mnie przyszłość.

Które ze swoich dotychczasowych osiągnięć sportowych uważasz za najcenniejsze?

– Nie było jeszcze takiego startu – dopiero nadejdzie!
adam głogowski

Fot. Oficjalny fanpage Adama

Jak sądzisz, będzie to olimpijka czy raczej dłuższy dystans? Będziesz walczył o kwalifikację na igrzyska?

– Zdecydowanie bardziej podoba mi się formuła zawodów bez draftingu – połówki, pełen Ironman, ale także ćwiartki. Lubię wyścigi, w których walczy się samemu. Wszyscy oczywiście będą mi mówili: jesteś młody, to dobry wiek, żeby ścigać się na dystansie olimpijskim. Ale to tak nie działa. Walka o igrzyska to przede wszystkim wyjazdy i związane z nimi ogromne koszty. Jeśli znajdą się osoby, które będą w stanie pomóc mi w finansowaniu tego przedsięwzięcia, to jestem otwarty i gotowy do rozmów. Potrzebuję mieć zapewnioną pensję, nie martwić się o suplementy czy wyjazdy na obozy. Może to dość dziwne, ale już wyleczyłem się z fascynacji igrzyskami olimpijskimi. Co innego sprawia mi radość, a ja ścigam się – oprócz wyników – dla radości, a nie po to, żeby spełnić czyjeś oczekiwania i zyskać wielką sławę. W ogóle w tym roku nie narzucam sobie specjalnie dużej presji.

Zawody na długim dystansie zyskują jednak coraz większy prestiż.

– Tak, dlatego na razie będę startował właśnie w tej formule. Jeśli uda mi się wrócić poziomem do ścisłej krajowej czołówki, w przyszłym roku chciałbym ścigać się w Europie, lub choćby w Poznaniu na podwójnym dystansie olimpijskim, i tam walczyć o najwyższe lokaty.

Taki jest Twój plan na obecny i przyszły sezon?

– Na ten rok cel jest jeden: wrócić do formy i ze startu na start coraz mocniej się rozkręcać. W przyszłym roku chciałbym wystartować w 4-5 cyklach Ironman 70.3 i w każdym z nich kończyć rywalizację w pierwszej dziesiątce. Na początku będę wybierał zawody nieco słabiej obsadzone, żeby budować swoją pozycję. To ważne także w kontekście sponsorów. Potem stopniowo będę stawał na starcie coraz mocniejszych imprez.

Teraz powtarzam sobie: Adam, pora powoli wracać na szczyt. Pewnie wiele osób w zeszłym roku wieszało na mnie psy, że nie startuję, że się skończyłem, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. A ja wszystkim pokażę, jaki jestem mocny – to ja będę dyktował warunki. Wiem, jaki mam w sobie potencjał.

A ten rok? Będziesz chciał rozliczyć się z nieodżałowanym Herbalife Triathlonem w Gdyni?

– Dużo zależy od tego, jak pójdzie mi w Suszu [relację z zawodów w Suszu przeczytacie na fanpage’u Adama]. Jeśli mam wystartować w Gdyni i nic nie ugrać, to nie ma sensu nawet tam jechać. Chcę ścigać się na najwyższym poziomie. W tym roku może być to trudne, więc nie nakładam na siebie aż tak wielkiej presji. Być może dwa lata temu popełniłem ten błąd – skupiłem się na tym, że muszę, muszę i za wszelką cenę muszę… Ale i tak jestem pewien, że bym to wygrał. Dałbym sobie za to uciąć rękę. I jeszcze nogę i wszystko po kolei. Połamałbym tam cztery godziny.

Oprócz tego, że trenujesz i pracujesz w niepełnym wymiarze godzin, opiekujesz się trenersko zawodnikami z grup wiekowych. Jak odnajdujesz się w takiej profesji?

– Bardzo się cieszę, że mam okazję pracować z ludźmi i patrzeć na trening sportowy z boku, z innej perspektywy niż dotychczas. Ktoś powiedział mi kiedyś, że mam jedno z najlepszych “czuć treningu” w Polsce. Mam swój specyficzny styl trenowania. Ludzi trenuję nie na tętno, ale na tempo, i nie na liczbę przepracowanych godzin, ale na określony kilometraż. Skoro ścigamy się na danym dystansie, a nie w określonej jednostce czasowej, to takie podejście wydaje mi się bardziej logiczne. Pracuję jednak z ludźmi korespondencyjnie, rzadko spotykamy się w cztery oczy. Głównie układam swoim zawodnikom plany treningowe, zwłaszcza pod kątem pływania. Nie lubię pracy w grupie.

Dlatego Ty też trenujesz sam?

– Tak, od trzech lat jestem sam sobie trenerem. Jeździłem trochę na obozy z klubem AZS-AWF Katowice, ale na co dzień trenuję sam i jest to dla mnie bardzo wygodne. Znam swój organizm, interesuję się treningiem, zwracam ogromną uwagę na swoje samopoczucie i potrafię szybko wprowadzić korekty, jeśli coś idzie nie tak. Już w 2013 roku udowodniłem, że całkiem nieźle wychodzi mi taka autoopieka. Oczywiście nie jest tak, że wszystko już wiem. Cały czas się uczę i niekiedy korzystam z porad innych osób. Zadzwonię, spytam o radę, o to co powinienem dalej robić.

Treningi pływackie też realizujesz samotnie?

– Trzy lata temu trenowałem z pływakami, ale teraz pływam sam. Nie mam z tym żadnego problemu. Uczyłem się pływać nieprzerwanie od 2004 roku, za to w zeszłym roku miałem wymuszone wakacje, więc nabrałem ogromnego głodu sportowego. Ten rok przerwy dał mi bardzo dużo – odpocząłem psychicznie, a ciało się zregenerowało i jestem ponownie gotowy do akcji.

W triathlonie startujesz od 2009 roku. Czy dobrze myślę, że wcześniej trenowałeś bieganie?

– Nie, byłem pływakiem! Biegałem sam dla siebie i rekreacyjnie startowałem w zawodach.

Rekreacyjnie? Twój pierwszy start na 10 km zakończył się wynikiem dość kosmicznym, jak na młodego amatora biegania!

– Pobiegłem tę dychę w 36:52. I byłem najmłodszy na starcie, bo miałem zaledwie 15 lat. Trochę mi brakło do oficjalnego limitu wieku na te zawody…

Wcześnie zacząłeś startować.

– Mimo młodego wieku jestem jednym z najbardziej doświadczonych zawodników w Polsce. Rozpoczynam szósty rok startów w triathlonie, trenowałem i startowałem w różnych miejscach świata – w Chorwacji, Hiszpanii, na Cyprze. Dwa razy brałem udział w Mistrzostwach Europy, niestety były to nieudane starty. Raz zaliczyłem wywrotkę na rowerze, drugi raz zmogły mnie silne problemy żołądkowe.

Co najbardziej doskwiera Ci w sportowym życiu?

– Wciąż szukam sponsorów, którzy zapewnią mi lepsze warunki do trenowania. Choćby po to, aby zasponsorowali mi karnet na basen, dzięki któremu będę mógł pływać tyle, ile potrzebuję, a nie tyle, na ile pozwala mi zasobność portfela. Podobnie z suplementami. Wiadomo, jak jest – każdy ma rachunki do płacenia, musi kupować jedzenie… Triathlon to drogi sport i to właśnie finanse są obecnie moją największą bolączką. Wszystko tak naprawdę finansuję sobie sam, choć są osoby, które wciąż mnie wspierają. Chciałbym w tym miejscu bardzo serdecznie podziękować firmie Kołomański Rowery, która jest ze mną od lat; firmie Armexim, restauracji Świnka i Rybka, firmie 3 Waters, dzięki której mogę startować w piankach Camaro oraz firmie Labosport za możliwość startowania w ich zawodach. Mam nadzieję, że ta ekipa wkrótce się powiększy, bo dobre wyniki sportowe na pewno zaprocentują.

Teraz powtarzam sobie: Adam, pora powoli wracać na szczyt. Pewnie wiele osób w zeszłym roku wieszało na mnie psy, że nie startuję, że się skończyłem, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. A ja wszystkim pokażę, jaki jestem mocny – to ja będę dyktował warunki. Wiem, jaki mam w sobie potencjał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger