fbpx

Babsko. Wspomnienia Paszczaka z pierwszego maratonu

Autor: admin • 18.07.2013

Artur Paszczak podczas swojego maratońskiego debiutu. Fot. Fotomaraton

Artur Paszczak podczas swojego maratońskiego debiutu. Fot. Fotomaraton

Z tym bieganiem to ja od początku miałem pod górkę i od samego początku kładł się na nim złowrogi cień mojego babska… Wszystko byłoby pięknie i fajnie gdyby nie to, że w 2008 roku babsko pobiegło maraton i zrobiło 3:37…

Artur Paszczak – prezes Klubu Wysokogórskiego w latach 1998-2007. Autor ponad 30 nowych dróg wspinaczkowych w Tatrach. Jeden z pionierów rajdów przygodowych w Polsce, w 1998 roku startował w Eco Challenge w Maroku.

No, powiedzmy, że może być, jak na pierwszy raz i jak na babę, rzecz jasna. Ja też miałem biec, ale się rozchorowałem, co stało się przyczynkiem do mało wybrednych i niezbyt inteligentnych dowcipów, jakie rozpowszechniał na mój temat niejaki Starosta na forum Klubu Wysokogórskiego. Narastała na mnie nieprzyjemna presja. W istocie bowiem, o ile na koronnym dystansie 10 km babsko…no, zresztą wiecie co – o tyle na dłuższych dystansach sytuacja się komplikowała. Babsko dysponowało bowiem jakąś niezrozumiałą dla mnie odpornością na długotrwały wysiłek, która w moim przypadku nie była mocną stroną. W rezultacie, gdy pobiegłem kiedyś raz jeden 20 km, nie skończyło się to dla mnie najlepiej – osiągnąłem zaledwie 1.30 min. szybciej od Ali (znaczy babska). Czułem więc, że z tym maratonem wpuszczany jestem w ordynarny kanał, że znając moją piętę achillesową babsko szykuje sobie zemstę i moje poniżenie.

Nie było jednak wyboru – presja środowiska i, co gorsza, rodziny – rosła. Pętla pułapki zaciskała się coraz ciaśniej, aż wreszcie nie miałem już wyboru – ogłosiłem, że biegnę.

Cały sierpień spędziłem w górach. Jak w sam raz pogoda była piękna, wspinaliśmy się sporo. Siłą rzeczy na bieganie czasu nie było, parę razy przeleciałem tylko swoją pętelkę „dzianiszową” i 2 razy, w ramach robienia siły, wbiegłem na Kasprowy. Urwałem nawet 5 sekund ze swojego rekordu (55.40). Kilka dni po powrocie do domu trzasnąłem jednak życiówkę na crossowej dyszce – 40.21. Było dobrze! Pozostało jeszcze przebiec coś na wybieganie i hajda.

I tu nastąpił moment poważnej wątpliwości. Mianowicie po przebiegnięciu 20 km chwyciły mnie straszne boleści stawów i ścięgien. Po 24 km ledwo się do domu dowlokłem.

Jeśli będę z nimi biegł to na pewno babsko na finiszu mi dołoży, a przed samą metą nie będę mógł zasymulować kontuzji i przegram sromotnie na oczach wszystkich, a tam podobno nawet filmy kręcą! Jedynym wyjściem było urwać się babsku i liczyć na to, że mnie nie dogoni.

 

Rany Boskie – myślałem sobie – jak w takim stanie przebiec jeszcze 18? Niewykonalne! Babsko miało oczywiście swoją teorię, że niby za szybko biegłem. A niby jak miałem biec? Wkurzyła mnie tylko. W każdym razie wizja maratonu zaczęła się prezentować w dużo mniej różowych barwach.

2 dni potem babsko przymusiło mnie do pójścia do Kabat na 2 dyszki. Zaczęliśmy wolno, potem trzymaliśmy cały czas 5/km. Biegło mi się zrazu ciężko, ale potem zacząłem czuć moc. Dość powiedzieć, że dwa ostatnie kilometry przebiegłem jak huragan w tempie 3.40. Oto dobitny dowód na to, że nie ma się co zniechęcać i panikować, tylko trzeba stosować się do zasad i realizować plan. Każdy wie, że fizjologia sportu jest jedną z najlepiej naukowo rozpracowanych dziedzin medycyny, wystarczy więc sięgnąć do sprawdzonych wzorców i nie wymyślać niepotrzebnie koła. I tak właśnie, jako człowiek światły i rozsądny, postąpiłem, a teraz po prostu zbierałem tego owoce.

I tu nastąpił moment poważnej wątpliwości. Mianowicie po przebiegnięciu 20 km chwyciły mnie straszne boleści stawów i ścięgien. Po 24 km ledwo się do domu dowlokłem.

 

Krótko mówiąc – czułem się przygotowany.

W ostatnią niedzielę przed maratonem, masz babo placek, dopadła mnie franca. Padłem jak kłoda. Gardło paliło żywym ogniem, kości i mięśnie bolały jak diabli. Babsko oczywiście zamiast się ulitować, tylko się naśmiewało. W nadzwyczaj ponurym nastroju oddałem się chorobie. Po trzeciej porcji baniek zacząłem się czuć lepiej, ale jeszcze w sobotę nie byłem pewien swego. Na całe moje szczęście po południu przyjechał kolega Tadek z Neumarktu i to wlało we mnie czarę optymizmu, szczególnie że Basia, żona Tadzia, jako kobieta pochodząca z tych kręgów naszego społeczeństwa, gdzie jeszcze ceni się tradycyjne cnoty kobiece jak np dbałość o męża, przywiozła trochę różnych garmażerek i nawet zrobiła mi herbatę. Podniosłem się jak feniks z popiołów, choć niektórzy postawili już na mnie kreskę. Babsko oczywiście cały wieczór gotowało się jak szybkowar i wprowadzało nerwowy nastrój. Ja natomiast koncentrowałem się psychicznie, bo wiedziałem jedno – nie mogę z nią przegrać. W razie czego – kombinowałem – zejdę z trasy…

W maratoński poranek wstałem sprężony i w poczuciu zdrowia. Zaczynało się. Nadchodziła godzina prawdy.

Na starcie byliśmy godzinę wcześniej, bo oczywiście babsko panikowało, że nie zdążymy itd. Wyszło więc, że czekaliśmy z godzinę, no ale spotkaliśmy przynajmniej masę znajomych. Był Krzysiek, byli koledzy z klubu, z Fundacji Kukuczki, był nawet ojciec dziecka ze szkoły, do której chodzi moja córka.

Moje babsko zrobiło mi jeszcze awanturę, że niby źle ją zapisałem („miałam startować z Gimnazjonu, a nie z Klubu Wysokogórskiego!!!”), ale dali jej w końcu tę gimnazjonową koszulkę i się uspokoiła. Energia wyraźnie ją roznosiła, co napawało mnie ponurymi przewidywaniami. Co rusz ktoś pytał mnie ile dziesiątek kilometrów biegałem tygodniowo w ramach przygotowań, co tylko powiększało moje przygnębienie. Wreszcie poszliśmy na start i ruszyliśmy.

Po przebiegnięciu pierwszego kilometra razem z grupą gimnazjonową doznałem olśnienia. Jeśli będę z nimi biegł to na pewno babsko na finiszu mi dołoży, a przed samą metą nie będę mógł zasymulować kontuzji i przegram sromotnie na oczach wszystkich, a tam podobno nawet filmy kręcą! Jedynym wyjściem było urwać się babsku i liczyć na to, że mnie nie dogoni.

Ha!

Oczywiście babsko przestrzegało mnie przed tym, że niby tempa nie umiem utrzymać i się zarżnę. Niech się martwi o swoje tempo, ja sobie dam radę.

I tak, nie oglądając się za siebie, oddaliłem się żwawo. Tętno było ok, ale 3-ci km już był za szybko. Zwolniłem – wtedy 4-ty wyszedł za wolno. Trochę się bujałem z tym tempem, ale nieoczekiwanie, gdzieś na 6 km, nadarzyła się ciekawa okazja. W pewnym momencie zauważyłem biegnącego przede mną gościa, z napisem „senacka grupa biegaczy” czy jakoś tak. Ciekawe, co to za jeden, pomyślałem, ale po chwili spostrzegłem, że to nie „senacka” a „sanocka”… No i miał na koszulce napisane: „Jurek”.

Biegł równo i żwawo, ale był już w wieku, mówiąc wprost, kiedy sukcesy ma się już za sobą. No – jednym słowem, był to dziadek, tak pod sześć dych.

Pot lał się z niego strumieniem, toteż pomyślałem sobie „oj, Jurek, ty to już długo nie pociągniesz”. I tak biegnąc za nim zdałem sobie sprawę, że ma bardzo równy, żwawy krok i chyba generalnie dobrze trzyma tempo. Przyczepiłem się więc do niego, bo sprytnie skalkulowałem, że choć niewątpliwie wkrótce padnie to przynajmniej przez pierwszą fazę będę miał zająca. Nie upłynęła chwila, a przyczepił się do nas „Trykocik” – wielki facet z walkmanem na uszach, ubrany w śmieszny, archaicznie wyglądający kombinezonik, coś a’la zapaśnicy z lat 30-tych. Trykocik, pomimo metra-dziewięćdziesiąt wzrostu, biegł sprężystym krokiem, od czasu do czasu obijając pięty o pośladki, ani chyba dla kurażu. I tak, we trójkę sunęliśmy sobie w milczeniu. Na jednym z wirażów, a Jurek miał zwyczaj ścinać zakręty wystawiając przy tym rękę i wołając „wolna!”, o mało go nie zgubiłem, bo wyobraźcie sobie, że przed hotelem na Placu Piłsudskiego stała sobie przedstawicielka najstarszego zawodu świata, która dopingowała zawodników eksponując swoje profesjonalne atuty, wzbudzając podziw i aplauz męskiej części tłumu, a kto wie, może i pewnej części żeńskiej również. W każdym razie musiałem Jurka nieźle gonić, ale potem trzymałem się go krótko i od razu tempo się wyrównało. Po kilku kilometrach Jurek zszedł poniżej pięciu i ciągnął około 4.50.

„Nie szalej Jurek, nie szalej” – strofowałem go w myślach – „za długo już tak mnie pohasasz”.

Martwiłem się, że mi się zaraz Jurek wykończy i znowu będę musiał biec sam, co najwyżej z Trykocikiem klepiącym piętami o tyłek. Moje obawy powiększał fakt, że na każdym punkcie odżywczym Jurek wlewał w siebie spore ilości płynów, bo najwyraźniej go suszyło. Ja natomiast zachowywałem spokój zawodowca – do 10 km w ogóle nie piłem, bo mi się nie chciało („wsłuchaj się we własny organizm”), potem brałem delikatnie po łyczku. Bałem się, że mnie kolka złapie, zresztą nigdy w życiu nie piłem podczas biegu,. Raz pamiętam, na takim Biegu Świstaka po górach w Zakopcu, gdy kolega dał mi w połowie trasy łyczka herbaty, to od razu pawia puściłem na parę metrów. Nie chcąc się w ten sposób zdyskredytować w oczach kolegów biegaczy ograniczyłem picie do minimum. Ściskałem natomiast w łapie „power żel” na czarną godzinę, i w końcu zacząłem go wolniutko spożywać delikatnie spłukując wodą. Czułem się świetnie, nogi niosły same. Jakoś tak koło pierwszej godziny dołączył do nas „Niebieski” – gość mniej więcej w moim wieku, i zgraną czwórką gnaliśmy sobie dalej. Około 15 km Jurek przyspieszył do 4.45. Musiał już ciągnąć ostatkiem sił i zaczynałem się o niego poważnie martwić. Tymczasem na Wybrzeżu Gdyńskim była agrafka i wkrótce po zawinięciu, niebezpiecznie blisko, dostrzegłem moje babsko w tym jej rytmie tup-tup-tup, który nie zapowiadał nic dobrego…

– Jak?! – krzyknęła.

Podniosłem kciuk do góry, bo czułem się dobrze, jednak to, że jest tak blisko, nieco mnie zdenerwowało. Sytuację pogarszać zaczął fakt, że po 20-tym km Jurek kompletnie już stracił poczucie rzeczywistości (ja nie wiem, czy ci ludzie nie potrafią realnie ocenić własnych możliwości!?) i zaczął napierać 4.40. Obawiałem się, że to trochę za szybko nawet jak dla mnie, choć biegło mi się świetnie. W końcu uznałem, że skoro już prawie 2 godziny działamy razem, to można chyba zagadać:
– Coś szybko biegniemy – zagaiłem do Trykocika.

A ten ani be – ani me. Może przez tego walkmana nie słyszy? Pytam jeszcze raz, a ten patrzy i nic. Potem okazało się, że to był Niemiec… Tak sobie po Warszawie z nami biegał, turystycznie. Pewnie mu dziadek opowiadał… W takiej sytuacji, zagajam to samo do Niebieskiego.
– Może trochę za szybko – odsapnął niepewnie.
– Bo wiesz – kontynuowałem zachęcony – ja to jeszcze tyle nie biegłem, w ogóle maraton pierwszy raz, teraz to już dla mnie terra icognita…
– Będzie dobrze – pocieszył Niebieski
– No i moje babsko za mną biegnie, rozumiesz…
– Aaa – chwycił w lot – to masz motywację.
Ano mam, niewątpliwie, tylko co z tego?

W tym momencie, imaginujcie sobie, Jurek chwycił mijaną zawodniczkę za tyłek.
– Jestem szybszy! – krzyknął rechocząc radośnie.

Alicja Paszczak. Fot. Fotomaraton

Alicja Paszczak. Fot. Fotomaraton

„O, co za wesoły gość” – pomyślałem, odkrywając w ten sposób ciekawy maratoński obyczaj. Wyobraziłem sobie jak fajnie może mieć taki Haile Gebreselasje – startuje na przykład, tak dla treningu, gdzieś z samego końca, a potem łapie za tyłek wszystkie dziewczyny w maratonie, w takim berlińskim to by było dobrze ponad tysiąc… A to ci dopiero facecja! Ciekawe, czy by wszystkie łapał, czy sobie wybierał te lepsze?

Podniosłem kciuk do góry, bo czułem się dobrze, jednak to, że jest tak blisko, nieco mnie zdenerwowało. Sytuację pogarszać zaczął fakt, że po 20-tym km Jurek kompletnie już stracił poczucie rzeczywistości (ja nie wiem, czy ci ludzie nie potrafią realnie ocenić własnych możliwości!?) i zaczął napierać 4.40.

 

Tymczasem tempo znowu wzrosło, Jurek wyraźnie postanowił się zarżnąć, byle tylko jeszcze jakąś dziewczynę dogonić.
– Jurek – zaczepiłem go – ostatni kilometr 4.36, nie za szybko?

Spojrzał na mnie z ukosa:
– Jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy – uciął.

Na następnym punkcie Jurek złapał butelkę picia. Pociągnął trochę i podał Niebieskiemu, ten z kolei podał mi. Wypiłem trochę i chciałem zgrabnie wyrzucić na pobocze, niestety zrobiłem to tak niefortunnie, że rzucona silnie butla wpadła w nogi Jurka, który omalże nie wyrżnął orła.
– O, przepraszam – wydusiłem tylko ze wstydem i schowałem się za jego plecami.

Dobiegaliśmy wówczas do mostu Świętokrzyskiego i wtedy nasz zespół zaczął się sypać, aczkolwiek nie według scenariusza, którego oczekiwałem.

Najpierw odpadł Trykocik. Zwalniał, odpływał powoli, aż w końcu zniknął mi z pola widzenia. Potem, jeszcze przed 30-tką, odpuścił Niebieski.
– Za szybko – rzucił i zwolnił.

A Jurek ciągnął, pewnikiem już na ostatnich dopalaczach, więc trzymałem się go twardo. Niestety, w okolicach 30 km zaczęło się dziać coś niedobrego. Nogi zaczęły mi ciążyć, oddech rwać, a w gardle pojawiło się nieznośne pragnienie. Rzuciłem się na punkt, wypiłem ze 3 szklanki, ale pomogło tylko na chwilę. Jurek niestety nie zwalniał, staruch zajadły, i szybko zaczął znikać mi z oczu. Ja zaś, krok za krokiem zacząłem tracić tempo. Najpierw spadłem na 5.05, potem na 5.10, aż wreszcie wybiegliśmy na Wisłostradę, gdzie zaczął się prawdziwy dramat. Słońce prażyło niemiłosiernie, pragnienie było nie do wytrzymania, a stawy i mięśnie opanował potworny ból. Strasznie dokuczały mi też połamane w górach kostki. Jednym słowem pojawiło się to, o czym wszyscy mówią – kryzys.

Kilometry 34, 35 36 biegłem już 5.35 i ledwo się wlokłem. Na 36-tym spotkałem kolegę alpinistę – Darka. Szedł. Zatrzymałem się przy nim i też zacząłem iść.

– Strasznie mnie biodra bolą – poskarżył się Darek – wziąłem już trzeci Ibuprom i nic. Nie dam już chyba rady.
– Ja też wymiękam – westchnąłem – mam już dość.
– Kurdę, ja już wolę na te wyprawy jeździć…
– Ja też – przytaknąłem, choć na wyprawie chyba z dziesięć lat już nie byłem.

Nagle Darek klepnął mnie w plecy:
– Nie stawaj, biegnij, zmobilizuj się!

Jakoś mnie tym zmotywował i zebrałem się. Pomyślałem, ze jak dociągnę do 38-go, to potem przyspieszę. Popatrzyłem na czas – ciągle miałem szansę na poniżej 3.30, ale musiałem się zebrać, inaczej babsko mnie dopadnie i cały wysiłek na nic. Ona ma dobry finisz, pewnie teraz przyspieszała i była jest gdzieś niedaleko. Rany, tylko się nie dać…

Wreszcie zaczął się 38-my. Odliczałem, byle do 40-tego, potem te ostatnie dwa to już jakoś wyrzężę. Zesram się, a nie dam się. Mięśnie i stawy bolały coraz bardziej, ale powtarzałem sobie: „to tylko ból, to tylko ból” – i biegłem, a raczej człapałem dalej. Zmusiłem się do lekkiego przyspieszenia, ale właśnie wtedy minął mnie Niebieski i to mnie załamało. 38-my kilometr biegłem już 5.39, a krótki zryw na 39-tym zakończył się klęską na morderczym podbiegu. Słowo daję, myślałem, że się wykończę. Czas – 5.48. Traciłem właśnie szanse na czas poniżej 3.30 i zaczynałem się nerwowo oglądać za siebie. Okrutnie mnie suszyło i nagle zdałem sobie sprawę, że po prostu jestem odwodniony. Cholera – jak mogło do tego dojść, przecież ja się nigdy nie odwadniam?! Picie po kilka szklanek nic nie dawało, co gorsza, raz wlewając w siebie zbyt łapczywie wyplułem całą zawartość Powerade na biedną wolontariuszkę, co pokazuje, że jest to jednak praca wymagająca poświęcenia. Wreszcie wbiegliśmy na Stare Miasto i poczułem zapach mety. Ludzie siedzieli przy stolikach i żłopali piwsko – rany, miałem ochotę zatrzymać się i wyrwać im kufel, pewnie by nawet nie protestowali, bo w większości byli to z natury grzeczni Japończycy. Czułem też siódmym zmysłem, że babsko jest blisko, coraz bliżej. Skądś dobyłem jeszcze resztek energii i na 41-szym wycisnąłem z siebie 5.09. Jakieś 800 m przed metą, gdy już słaniałem się na nogach, minęła mnie pędząca grupa z balonikiem 3.30.

„A więc jeszcze jest szansa!”

Rzuciłem się za nimi w szaleńczym finiszu. Ach, gdybyście mnie widzieli! Zacisnąłem zęby i pędziłem jak wicher. Dałem z siebie wszystko! Jednak, jakieś sto metrów przed metą, zegarek zapikał – spojrzałem, mijało właśnie 3.30! Rozpacz podcięła mi nogi, zwolniłem, poczułem śmiertelne znużenie, krańcowe wprost wyczerpanie… Do mety prawie doszedłem, minąłem ją, wcisnęli mi medal, narzucili jakiś plastik na grzbiet, poczym z jękiem ulgi padłem pod siatką z napisem „tu nie siadać”.

– Artur, Artur! – usłyszałem głos Baśki i zobaczyłem, że robi mi zdjęcia. Wyglądałem chyba nieciekawie, ale nawet nie miałem siły się podnieść. Na domiar złego dobiegł mnie głos spikera:

– Mała dziewczynka, czerwona koszulka Gimnazjonu, co za finisz!

Co? Już? Tak szybko? No nie! – spojrzałem na zegarek – półtorej minuty po mnie… „Close shave” – jak mówią w Albionie. Miałem nadzieję, że będzie więcej, ze trzy, albo pięć, a to tylko półtorej minuty! Raptem 300 metrów… Wpadła rozradowana, z błyszczącymi oczami, podbiegła do mnie, nawet nie wyglądała na zmęczoną:

– No jak, podobało ci się?!

O nie, nie wytrzymam tego, co, cholera, miało mi się podobać, ta jatka? Wstałem z godnością, wolontariuszka zapytała:

– Wody?

Spojrzałem na nią z politowaniem:

– Oglądała pani „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?”?

Pewnie nie, za młoda. Więc wyjaśniłem:

– Kochana, idę na piwo. Bo piwo to nasze paliwo – dodałem.

I dziarskim krokiem, przez Starówkę – pomaszerowałem do pubu. W pubie za barem stał murzyn, a widząc mój strój i medal zapytał:

– Jaki ciaś?
– 3.30.26 – odparłem – i piwo poproszę.
– Nieźlie – kiwnął głową i polał mi pół litra najlepszego napoju izotonicznego pod słońcem. Sączyłem go wolno, z rozkoszą i zaczynałem czuć, że jednak dałem radę. Wypiłem drugie i stwierdziłem, że nie było tak źle.

Potem sprawdziłem mych towarzyszy biegu. Trykocik dobiegł razem z Alicją, na 3.32. Niebieski musiał zejść poniżej 3.30, ale nie zapamiętałem jego numeru. Natomiast Jurek wykręcił, czego się należało spodziewać, 3.21…

I gdy tak wpatrywałem się w jego wynik przypomniała mi się historia z pewnego rajdu przygodowego w Chorwacji, którą opowiedziała mi Alicja. Otóż gdzieś tak trzeciego dnia, zespół w którym był nasz klubowy kolega Bakteria, mijał właśnie inny polski team, a w nim jednego z rajdowych weteranów. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Kolega Bakterii spojrzał na niego i konfidencjonalnym szeptem skomentował:

– Uuuu, ten gość to już długo nie pociągnie. Widzieliście, jak wyglądał?

Ale jakoś nikt go w tym przypuszczeniu nie poparł. Zamiast tego, Bakteria spojrzał na niego z politowaniem:

– Ty się lepiej martw o siebie – skwitował – ten gość jeszcze przez trzy następne dni będzie wyglądał dokładnie tak samo!

Nie muszę dodawać, że tak faktycznie było. I że oczywiście – na mecie był sporo przed nimi!

Ps. Żarty – lepsze lub gorsze – teraz na bok. Dziękuję mojej wspaniałej żonie za całą motywację i pomoc. Dziękuję za wbicie mi do opornej głowy paru prostych zasad biegowych, dzięki którym mogłem pokonać maraton i nie zrobić sobie wstydu. Za rok, postaram się o lepiej. Kto wie, może nawet utrzymam się za Jurkiem!

Artur Paszczak, “Babsko”, Bieganie, grudzień 2009

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger