fbpx

Ja, RZEŹNICZKA!

Długi weekend czerwcowy… Każdy zaplanował jakiś bieg, niektórzy nawet biegi. Mój plan był prosty – przebiec Rzeźniczka. Jednocześnie trudny, bo nigdy jeszcze nie biegałam w górach na zawodach. Pół roku temu jednak zapisałam się, przez ostatni miesiąc trenowałam „pod góry”, więc nawet nie myślałam by zrezygnować. I chwała Bogu, bo było cudownie!

W naszym światku wszyscy wiedzą, czym jest Bieg Rzeźnika. Kultowy bieg w Bieszczadach, prawie 80 km po górach, parami. Korzenie ma w zakładzie… jak zwykle o flaszkę. A nawet chyba o skrzynkę flaszek. Piwa. Zwariowani młodzieńcy założyli się kiedyś, że przebiegną Bieszczady w jeden dzień, od wschodu do zachodu słońca. Jak powiedzieli, tak zrobili. To dało początek Biegowi Rzeźnika.

W tym roku był już jedenasty. Gdy na przełomie roku organizatorzy podali wysokość wpisowego na 2014 rok posypały się gromy: „złodzieje”, „zdziercy”, „chyba ich pogięło” itp. Proponowano nawet bojkot biegu. Dziś podejrzewam, że było to zagranie taktyczne: żeby im było łatwiej się zapisać) J. Bo kiedy „nadejszła wiekopomna chwila” i przyszedł czas zapisów serwery zagotowały się. Po niespełna 15 minutach pula miejsc w Biegu Rzeźnika się wyczerpała!!! Szczęśliwcy szaleli z radości, ci którzy nie zdążyli rwali włosy z głowy, przytomniejsi z nich szybko zapisali się na Rzeźniczka.

Od stycznia gdzie się nie ruszyłam słyszałam o przygotowaniach. Falenica – pod Rzeźnika, Kopa Cwila – pod Rzeźnika. Sama też zresztą pojechałam na I Kielecki Bieg Górski, żeby poczuć czym jest bieganie po górach. Do tej pory startowałam przecież głównie na ulicy, sporadycznie tylko w lesie (Grand Prix Warszawy, ParkRun w Konstancinie). W Kielcach bardzo mi się spodobało, cała trasa biegła przez las. Nie umarłam. Super. W międzyczasie kompletowałam i testowałam na rozbieganiach sprzęt na wyjazd w Bieszczady – plecak, kijki, buty. Wreszcie nadszedł długi weekend czerwcowy i ruszyliśmy w trasę. Postój w Muzeum Porcelany w Ćmielowie, mega korki w Rzeszowie, przed wieczorem dotarliśmy do Cisnej.

Porcelana Ćmielów Porcelana Ćmielów

Mój mąż Piotr kręcił film z Biegu Rzeźnika, miał przed sobą trzydniowe latanie z kamerą po trasach. Ja w „dzień przed”  wybrałam się z przyjaciółmi i naszą psicą Zózią na kilkugodzinną wycieczkę na Połoninę Wetlińską. Pogoda była wspaniała, humory dopisywały, z godzin kilku zrobiło sie prawie kilkanaście. Do hotelu wróciłam dopiero przed 21.

Jagódka na Wetlińskiej

Piątek. Piotr ruszył do pracy przed 2 w nocy. Ja – pobudka o 4:30. Dziesięć po piątej byłam już na orliku w Cisnej w roli wolontariuszki. Deszcz… najpierw mży, potem leje. Dostajemy bardzo ważne zadanie – posegregować worki depozytowe oddane przez biegaczy na pierwszy przepak w Cisnej. Praca wre, deszcz nie przestaje padać, ale worki posegregowane. Na przepak wpadają pierwsze pary. Chłopaki zmęczone, wzięły łyk wody i pobiegły dalej. Między godz. 7 a 8 zagęszczenie biegaczy. Wpadają, odbierają worki, uzupełniają płyny, jedzą w pośpiechu i biegną dalej. O 9:45 limit w Cisnej wyczerpany – pierwsi nieszczęśliwcy muszą skończyć zabawę.

Przepak w Cisnej Przepak w Cisnej

Przemieszczam się na Smerek – to kolejny przepak. I tu niespodzianka: kontrabasista w  smokingu. A w Ustrzykach Górnych META. Pierwsi pojawili się na niej po 7 godzinach 54 minutach i 3 sekundach. A więc przed 11:30. Kolejni dobiegali aż do prawie dwudziestej, limit na pokonanie Rzeźnika to 16 godzin.

Rzeźnik meta Rzeźnik meta

Wreszcie sobota – mój najważniejszy dzień. Dzień Rzeźniczka. Start z Solinki, dokąd zawiozła nas bieszczadzka wąskotorówka. Dwa pociągi ludzi najaranych na bieganie po górach. Jadę pierwszym. Ciekawa obserwacja – sporo dziewczyn. W pewnym momencie nasz pociąg zatrzymało pędzące szaleńczo auto. Okazało się, że maszynista minął miejsce startu i pojechał dalej… Wyobrażam sobię minę organizatorów, kiedy lokomotywa i sznur wagonów nie zatrzymały się w Solince…

SONY DSC SONY DSC

Szybko wracamy. Wysiadamy, krótkie „słowo boże” rzeźnikowego guru Mirka, wystrzał z dubeltówki (powtarzany, bo za pierwszym razem nie odpaliła 🙂 i… biegniemy!

Pierwsze kilometry uciekały mi nieprawdopodobnie szybko. Pomyślałam nawet, że popsuł mi się zegarek, bo ciągle pikał i pikał. Jednak nie, to mijały kolejne kilometry. Biegło mi się wspaniale przez lasy i łąki, miałam czas podziwiać przepiękne widoki i przypominać sobie te miejsca z czasów studenckich, kiedy przemierzałam bieszczadzkie szlaki. Po długim, ostrym zbiegu na punkcie żywieniowo-pomiarowym w Roztokach, około 17 kilometra, nawet się nie zatrzymałam. Byłam za to niezwykle podbudowana, bo wielu moich znajomych przyjechało kibicować (wszystkim bardzo dziękuję).

I najtrudniejszy odcinek: podbieg, a raczej masakryczne podejście (bo poza zdecydowanym liderem i późniejszym zwycięzcą Marcinem Świercem na bieg nie zdecydował się chyba nikt) na Okrąglik i dalej na Jasło. To już dało mi solidnie w kość.

IMAG2134a IMAG2135a

Dołączyłam do grupy młodych ludzi, którzy świetnie radzili sobie na podbiegach, za to na zbiegach mnie przepuszczali. Ostatnie 5 km to jeden wielki zbieg. Po drodze wyprzedziła mnie dziewczyna, krzyknęła „dawaj do mety”. Trzymałam się więc jej i pędziłyśmy na złamanie karku wyprzedzając tych, którzy słabo radzili sobie ze zbiegami.

Radość cudowna, meta zdawała się być tuż, tuż, bo mój zegarek pokazał 26 km. Wiedziałam, że to może być podpucha, w górach GPS przekłamuje. Goniłam jednak, bo słyszałam już odgłosy zabawy na orliku. Wpadłam do potoku z okrzykiem „w którą stronę?”. W duchu liczyłam, że nie w lewo, bo tam ujrzałam podbieg po korzeniach i wąskiej ścieżce. Niestety, szlak biegł właśnie tamtędy. Wzdłuż trasy było jednak mnóstwo kibiców, takiego dopingu nigdy jeszcze nie miałam. „Jak masz jeszcze siły to biegnij, złamiesz czwórkę!” – usłyszałam. Popędziłam więc co mi zostało sił, a przede mną zjawiły się tory kolejowe przy których stali kolejni kibice. „Pracuj rękami, dawaj, pod górę, nie zatrzymuj się, świetnie ci idzie, metę masz już za sto metrów”. Na przejeździe wąskotorówki widzę już znajomych, krzyczą wniebogłosy, robią zdjęcia, a ja biegnę do mety. Jest cudownie. Cuuudooownieee! Nigdy jeszcze nie czułam takiej euforii, nie miałam tyle pozytywnej energii! Wiem, że jestem zmęczona, ale jeszcze tego nie czuję.

 10393811_743079009098550_5033510170957333571_n 10442911_743078865765231_259759495690056298_n

Mąż objał mnie na mecie, wycałował. Wyszeptałam mu do kamery (bo zażyczył sobie do reportażu wrażeń na gorąco, okrutnik :), że było strasznie ciężko i obłędnie cudownie, i że bardzo trudno będzie mi teraz wrócić na ulicę (szybko się poprawiłam: do biegania na ulicy :). Syn przyniósł izotonik, a znajomi wyściskali. Było bosko. Dopiero we wtorek poczułam jak bardzo bolą mnie krzyż i czworogłowe (ze schodów schodziłam tyłem).

W czasie gdy ja przemierzałam czerwony szlak biegnąc Rzeźniczka na orliku odbywało się Rzeźniczątko. Biegi dla dzieciaków. Organizatorów zaskoczyła liczba zgłoszeń. 160 potencjalnych rzeźników zmagało się w zawodach dla najmłodszych, każdy na mecie otrzymał medal i plecak. Kolejny świetny pomysł Ofiar Trenera Klausa (tak się rozszyfrowuje skrót nazwy stowarzyszenia OTK Rzeźnik robiącego tę imprezę)!

PS.1 Pozdrowienia dla Mateusza, leśnika z Cisnej, który był tak podekscytowany pozytywną energią zakręconych biegaczy, że nie zdziwę się jak sam zacznie biegać, a także dla pań Zosi i Ewy oraz ich kolegi (nie pamiętam imienia, przepraszam!) z Mleczarni w Rykach, byli przez 3 dni imprezy non stop uśmiechnięci, tak że tylko klonować ich i sprzedawać jako talizmany przynoszące szczęście.

SONY DSC SONY DSC

PS.2 Słowo o bieszczadzkich klimatach, a właściwie ciśniańskich, bo to, mam nadzieję, właściwość jedynie tej gminy… W czwartek, choć organizatorzy i wolontariusze pracowali nad przygotowaniem biegów, toalety na orliku były zamknięte. Powód? Boże Ciało, przecież święto!. A o godz. 22 w Cisnej gasną wszystkie latarnie. Jest przecież noc. Przejście główną drogą miejscowości grozi natychmiastowym zabiciem się o cokolwiek, bo w nocy jest tam zwykle jak u Murzyna pod koszulą…

PS.3 Weszłam na stronę Maratonu Bieszczadzkiego. Limit czasu – 8 godzin. Nie wiem czy się zmieszczę… Ale pobiegnę na pewno! Pobiegniemy, bo Piotr też, choć od kiedy biega mówił, że biegi górskie go nie interesują. Już tak nie mówi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger