fbpx

Ludzie > Elita biegaczy > Ludzie

Jan Huruk – rozmowa z legendą polskiego maratonu

Jan Huruk. Fot. Łukasz Capar

Jan Huruk. Fot. Łukasz Capar

Zdecydowanie najwybitniejszy człowiek w historii polskiego maratonu. Człowiek, który zajmował czołowe miejsca w maratonach w Londynie, Berlinie, Tokio czy Wiedniu. Jedyny w historii Polak, który na igrzyskach olimpijskich zaliczał się do faworytów do złota na dystansie maratońskim. Po prostu – człowiek legenda.

Z Janem Hurukiem rozmawiał Maciej Janicki.

Jak zaczęła się Pana przygoda z bieganiem? To zawsze ciekawi…

– Zaczęło się w szkole średniej w 1977 r. Namówili mnie moi nauczyciele wychowania fizycznego, Pan Regliński, a drugiego nazwiska niestety nie pamiętam. W każdym razie to oni namówili mnie, bym zgłosił się do Gryfa Słupsk. Tam spotkałem Czesława Bedkę i to on był moim pierwszym trenerem.

Kiedy po raz pierwszy wystartował Pan w zawodach?

– Mój pierwszy oficjalny start na bieżni miał miejsce w 1979 r. w Białogardzie. Dokładnie trzydziestego kwietnia przebiegłem 1000 m z czasem 2:39,5.

Na czym opierał się Pana trening?

– Zacząłem biegać stosunkowo późno. Dziś chyba żaden trener już by mnie nie chciał w wieku dziewiętnastu lat. Wtedy tak na poważnie zacząłem biegać, więc nie byłem wyeksploatowany, będąc jednocześnie dorosłym facetem. Miałem jakiś tam potencjał i na początku mój trening to była zabawa w sport. Tego nie można było nazwać treningiem. Teraz juniorzy biegają po 14 min dystans 5 km. Jeśli chodzi jednak o moją maratońską karierę, to trening opierał się na drugich i trzecich zakresach. Mój cykl przygotowawczy zaczynał się dziesięć tygodni przed maratonem. Wtedy biegałem od 140 do 220 km. Większość zawodników popełnia błąd, że trzymają ten kilometraż do tygodnia przed startem. Moim zdaniem powinno być tak, co zresztą przetestowałem na sobie, że po dwóch tygodniach intensywnego treningu schodzimy z 220 kilometrów do 140–150 kilometrów i wtedy wprowadzamy elementy szybkościowe. Potrafiłem też w międzyczasie startować biegi pośrednie od 5 km do półmaratonu.

Kiedy uświadomił Pan sobie, że bieganie może być sposobem na życie?

– Było to w 1980 r. po maturze. Miałem wtedy dylemat, czy rozpocząć studia, czy rozliczyć się z armią. W tamtym czasie służba wojskowa trwała dwa lata. Wiedziałem, że niektórzy koledzy zostali odesłani do klubów wojskowych lub milicyjnych. Pojawiła się wtedy szansa oddelegowania do Wojsk Ochrony Pogranicza w Koszalinie i skorzystałem z niej. Posiadałem wtedy tylko II klasę sportową, więc ciężko było to załatwić, ale jakoś się udało. Zostałem wcielony do służby na dobrych warunkach i aby ich nie stracić, musiałem zrobić I klasę sportową w przeciągu roku… Niestety, co miałem zrobić w rok, zrobiłem w ciągu dwóch. W roku 1983 zacząłem poważnie myśleć o tym, że warto zacząć biegać na poważnie. Wtedy zostałem stypendystą Gryfa Słupsk i trafiłem pod skrzydła Janusza Rolbieckiego. W 1986 r. ożeniłem się i żona delikatnie naciskała na zakończenie kariery sportowej, biegałem jednak dalej. Pamiętam, że w 1988 r. pojechałem na małe tourné do Niemiec. Tam wygrałem bieg godzinny, startowałem też w kilku innych na półtora i trzy kilometry. Przywiozłem wtedy sporo niemieckich marek i razem z żoną ustaliliśmy, że warto podporządkować nasze życie karierze sportowej.

Pamięta Pan pierwszą znaczącą kwotę zarobioną dzięki nogom?

– Jasne. Było to tysiąc marek. Doszedł do tego również mały bonus. Jeden z kibiców po biegu podarował mi od siebie pięćdziesiąt marek. Jak twierdził, był pod wielkim wrażeniem mojego biegu, ponieważ zdublowałem zwycięzcę z poprzedniego roku o dwa okrążenia. Był to bieg godzinny na bieżni w Remsheid.

Jan Huruk. Fot. Archiwum Jana Huruka

Fot. Archiwum Jana Huruka

Traktował Pan bieganie jak pracę, czy jak pasję z korzyściami?

– Na wysokim poziomie nie ma już pasji. Trzeba treningowi podporządkować całe swoje życie. Dla mnie była to praca, mój zawód, który bardzo lubiłem, a przynosił korzyści nie tylko mnie, ale klubowi, miastu i Polsce.

Jak wyglądał Pana debiut na dystansie maratońskim?

– Rok 1988, wrzesień, Duisburg, Niemcy. Wygrałem z czasem 2:17:21. Po tym maratonie definitywnie wiedziałem, że bieganie to jest to, a uświadomiłem to sobie wieczorem ,,po odejściu od kasy”, mimo że zmęczony i z ,zakwaszonymi mocno mięśniami ud i łydek. W tym czasie konsultowałem się już z Ryszardem Marczakiem.

Wielka kariera to i wielkie biegi. Niech Pan coś o nich opowie.

Londyn

Wspaniały maraton. W moim debiucie w Londynie w 1991 r. zająłem trzecie miejsce. W roku 1992 byłem drugi, a mogłem to wygrać dzięki wspaniałemu finiszowi. Zabrakło może sto metrów, a to ja byłbym zwycięzcą. Pamiętam jak komentator Eurosportu krzyczał: „Great finish by Huruk!”. Wtedy ostatnie dwa kilometry pobiegłem poniżej 6:20. Wynik 2:10:07 to mój rekord życiowy.

Mistrzostwa świata

W Tokio popełniłem poważny błąd. Ustawiłem się „na medal”, zamiast myśleć o zwycięstwie. Na 38. kilometrze mocno zaatakował Japończyk – Hiromi Taniguchi, a za nim ruszył Hussein Ahmed Salah z Djibouti. W tym momencie miałem chwilę zwątpienia i zostałem razem z innym Japończykiem Futoshi Shinoharą. Nie wiedziałem wtedy, że goni nas Amerykanin Steve Spence. Na 40. kilometrze doszedł nas i zaatakował… przybiegłem czwarty, pięć sekund za Stevem.

Berlin

Był to mój drugi maraton w życiu. Przybiegłem szósty, chociaż mogło być lepiej. Biegłem razem z moim kolegą Karolem Dołęgą. Był jednym z debiutantów, jak ja. Nastawiałem się na wynik w okolicach 2:12. Były takie momenty, że czułem się mocniejszy. Czekałem wtedy na Karola, aby biec razem. To był błąd. Trzeba było biec i na nikogo się nie oglądać. Do czwartego miejsca zabrakło naprawdę niewiele. Wyszło z tego 2:13:12.

Jak to było z igrzyskami olimpijskimi w Barcelonie?

– Teraz już wiem, że wtedy nie dorosłem do roli faworyta. Moja skuteczność była dobra, a jednak nie uwierzyłem do końca w to, że mogę wrócić z medalem. Każdy zawodnik musi być przekonany, że wygra. Jeśli nie ma takiej pewności, nigdy nie zwycięży. Doszła do tego duża presja ze strony misji olimpijskiej z prezesem na czele. Polska zdobyła wtedy dziewiętnaście medali, a maraton to ostatnia konkurencja z szansą na medal. Naciskali, żebym to ja zdobył ten dwudziesty. Mimo że byłem silny psychicznie, nie wytrzymałem. W Barcelonie pasował mi klimat. Było wilgotno i gorąco. To było coś dla mnie. Niestety po 23. kilometrze rozerwała się grupa biegaczy. Ja byłem w tej drugiej. Do tego w okolicach 25. kilometra na punkcie żywieniowym miałem przygotowane sklejone dwie butelki. W jednej były minerały, w drugiej woda. Niestety wypadły mi one z ręki i musiałem kawałek wrócić. W tym samym momencie rywale bardzo mocno przyśpieszyli i skończyłem na siódmym miejscu. Liczyłem na więcej…

Fot. Archiwum Jana Huruka

Fot. Archiwum Jana Huruka

A igrzyska w Atlancie? Dlaczego Pan nie pojechał?

– W 1995 r. pobiegłem 2:11:25 w Tokio. Minimum PZLA wynosiło 2:11, więc kazano mi się eliminować. W 1996 r. znowu w Tokio pobiegłem 2:13:14. Po tym biegu Henryk Piotrowski – ówczesny szef szkolenia biegów długich, poinformował mnie, że zarząd PZLA zdecydował o tym, że muszę pobiec 2:11. Potem była kolejna próba w Bostonie i wynik 2:13:12. Bardzo chciałem pojechać, ponieważ wiedziałem, że będą tam warunki dla mnie. Ponieważ Boston był załatwiany na ostatnią chwilę, to za startowe dostałem bardzo małe pieniądze. Nie starczyło nawet na przygotowania, więc była to dla mnie strata. Zadzwoniłem po tym biegu do PZLA i dowiedziałem się, że oni też jeszcze nic nie wiedzieli. Powiedzieli, że porozmawiają ze mną po moim powrocie. Od szefa szkolenia związku, Pana Łukaszewskiego dowiedziałem się wtedy, że muszę napisać podanie o wyjazd z klauzulą, że przygotuję się do igrzysk. Miała tam być również opisana przyczyna nieuzyskania minimum. Wszystko opisałem. Zostałem nawet przez PKOL zgłoszony w szerokiej kadrze. W rozmowie z kierownikiem PKOL-u dowiedziałem się, że nie ma nic przeciwko mojemu wyjazdowi, ponieważ na imprezach mistrzowskich byłem skuteczny. Powiedział, że jeśli PZLA nie będzie miało nic przeciwko, to wszystko będzie dobrze. Normalnie przygotowywałem się do igrzysk, a w tym samym czasie PZLA kazało mi napisać kolejne podanie. Powiedziałem wtedy „stop”. Jedno podanie napisałem, drugiego już nie mam zamiaru. Menedżer załatwił mi maraton w Sydney tydzień po igrzyskach. Łudziłem się, że jeszcze ktoś z PZLA się odezwie – stąd ten termin maratonu. Wynikiem w Sydney udowodniłem, że PZLA zrobiło błąd. Od startu do mety biegłem sam. Gdybym osiągnął taki sam czas w Atlancie, byłbym trzeci. Potem w prasie pojawiły się artykuły: „dlaczego nie pojechał na igrzyska, a pojechał na komercyjny maraton”? Wieszano na mnie psy, a to nie ja byłem winny.

Co uważa Pan za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

– Największy sukces to zdecydowanie Londyn w 1992 r.. Największa porażka bez wątpienia Barcelona, mimo że to szczególny sukces w mojej karierze. Stać mnie było na medal.

Czego zabrakło, aby złamać 2:10?

– Wielokrotnie brałem udział w biegach, w których można było pobiec szybciej. Między innymi w Tokio i Fukuoce, gdzie na połówce miałem ok. 1:03:25. Niestety byłem zawodnikiem przygotowanym na bardzo równe tempo. Myślę, że moim maksimum możliwości był wynik w przedziale 2:08 – 2:09.

Był Pan gwiazdą w Japonii, zaś w Polsce nie. Dlaczego tak było?

– Po pierwsze, w Polsce nigdy nie biegałem maratonu. Po drugie, w Polsce na krótszych dystansach przegrywałem ze słabszymi zawodnikami. Na zakończenie kariery chciałem pobiec w Maratonie Solidarności. Niestety w trakcie przygotowań nie wytrzymała moja łydka. Jeśli chodzi o Japonię, to stało się tak za sprawą menedżera – Felippe Louis Posso. Podpisałem z nim kontrakt w 1991 r. po mistrzostwach świata w Tokio. Moim sponsorem została firma Mizuno, organizowała ona wiele imprez w Japonii, na które byłem zapraszany. Tak się składało, że zajmowałem tam czołowe miejsca w bardzo dobrych stawkach biegaczy i wyszło jak wyszło.

Jak zakończył Pan karierę?

– Było to w 2000 r. W 1999 były jeszcze próby przygotowań do Maratonu Solidarności, lecz w trakcie startu kontrolnego tydzień przed maratonem złapałem kontuzję łydki i nie wystartowałem. Jesień i zimę spędziłem na leczeniu kontuzji. Następnie wiosną 2000 r. przygotowałem się do maratonu w Bordeaux. Niestety po około 30 km odezwała się łydka i zszedłem. Potem startowałem jeszcze w mniejszych biegach, ale 2000 r. to czas zakończenia kariery międzynarodowej. W Polsce biegałem do 2004 r.

Jak ocenia Pan teraz polskich maratończyków? Ich wyniki, biorąc pod uwagę nawet Europę, nie mówiąc o świecie, są delikatnie mówiąc słabe. Dlaczego tak się dzieje?

– Powiem szczerze, że nie orientuję się, jak teraz wygląda system szkolenia maratończyków. Jeśli mogą skupić się tylko na sporcie, są typowymi zawodowcami, to błąd musi leżeć w podejściu do tego, co robią. Maraton to nie tylko trening. To odżywanie, odpoczynek. Maraton to sposób życia i nie ma w nim miejsca na półśrodki. Poza tym uważam, że nasi zawodnicy za dużo trenują, za mocno. Trzeba umieć nad tym zapanować. W naszym kraju często zawodnicy, gdy dobrze czują się na treningu, biegają szybciej niż było to zaplanowane. Powiedzmy np., że mam zaplanowany trening ciągły, 10 km po 3:15. Po kilku kilometrach okazuje się, że super się czuję i przyśpieszam do 3:05. Nie na tym polega trening.

Czy widzi Pan sens inwestowania teraz w biegi długie w Polsce skoro Afryka zgarnia wszystko, co się da?

– Zawsze mówiłem: „W Afryce jest olbrzymi potencjał, dajcie tam tylko białego z wiedzą o treningu”. Jeśli chodzi o inwestowanie w Polsce myślę, że ma to sens. Przykład Włocha Baldiniego pokazuje, że warto. Niestety uważam również, że w naszym kraju nie ma świeżego narybku, poza małymi wyjątkami. Wystarczy zobaczyć, ile osób trenuje w klubach biegi średnie i długie. Bardzo mało. Jest to zaniedbanie jeszcze z lat 90. Oprócz tego świat bardzo się skomercjalizował. Młody zawodnik w wieku szesnastu lat myśli o tym, jak będzie mógł żyć z biegania. Gdzie tu zarobić. Trzeba w tym wieku stwarzać takie warunki młodym adeptom biegania, aby mieli szansę zarobienia pieniędzy. Kiedyś było tak, że człowiek chciał się wyrwać z domu, pieniądz nigdy nie stał na pierwszym miejscu. Teraz niestety góruje nad wszystkim.

Jak żyje teraz Jan Huruk? Czym się zajmuje?

– Jeszcze w trakcie kariery zainwestowałem w Ośrodek Wczasowy „Słowiniec” w Poddąbiu, z biegiem lat przemianowałem go na rehabilitacyjno-wczasowy. Po zakończeniu kariery na poważnie zająłem się prowadzeniem tego obiektu i trwa to do dziś.

Jakie marzenia ma teraz Jan Huruk?

– Zafundować sobie urlop i wyjechać jak przeciętny Kowalski… A szczerze to wyjechać na dwa tygodnie na jakiś obóz sportowy do Szklarskiej Poręby i pobiegać z kolegami. To moje marzenie na dziś.

Rekordy życiowe:

1000 m – 2,25,10
1500 m – 3,44,86
3000 m – 7,55,05
3000 m przeszkody – 8,38,63
5000 m – 13,34,63
10 000 m – 28,18,42
półmaraton – 1:02,17
maraton – 2:10:07, Londyn 1992

Progresja:

1988 – 2:17:21 Duisburg
1989 – 2:13:12 Berlin
1990 – 2:10:16 Wiedeń
1991 – 2:10:21 Londyn
1992 – 2:10:07 Londyn
1993 – 2:11:57 Otsu
1994 – 2:14:27 Helsinki
1995 – 2:11:25 Tokio
1996 – 2:11:58 Pekin
1997 – 2:14:24 ?
1998 – 2:16:33 Tokio

Maciej Janicki, “1000 niemieckich marek”, Bieganie listopad 2009

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

Japoński producent sprzętu sportowego, ASICS przedstawia nową linię butów do biegania, wykorzystującą materiały pochodzące z recyklingu plastikowych butelek. Kolekcja Edo Era Tribute Pack to wyraz uznania dla miasta Edo (współczesnego Tokio) i jego prężnych działań […]

Ekologia idzie w parze z modą. ASICS sięga do korzeni Tokio i prezentuje nową kolekcję z materiałów wielokrotnego użytku

Zakończyła się tegoroczna, wyjątkowa edycja 1MILI. Przez całe wakacje trwała Wirtualna 1MILA, inicjatywa łącząca bieganie z pomaganiem. A następnie, w kolejne trzy niedziele września, odbyły się symboliczne finały tych wirtualnych zmagań, czyli kameralne imprezy na […]

Wirtualna, realna i dobroczynna. 1MILA 2020 za nami!

W ostatni weekend września Warszawa zamieni się w stolicę biegania. 1000 zawodników zmierzy się na legendarnym dystansie 42km 195m. PZU ORLEN Maraton Warszawski startuje nieprzerwanie od 1979 roku i jest symbolem niezłomności, odbywał się bowiem […]

Weekend pod znakiem 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego

Gdy nadchodzi czas jesieni, wiele osób zastanawia się, jak zadbać o odporność organizmu. Tak naprawdę budujemy ją na co dzień – poprzez to, co jemy i jaki styl życia prowadzimy. Natomiast każdy moment jest dobry […]

6 produktów żywnościowych wspomagających odporność

Fizjologii nie da się oszukać – jesteśmy w dużym procencie zbudowani z wody i potrzebujemy jej do przeprowadzania procesów życiowych. Czy jednak na przestrzeni zmieniających się pór roku, a tym samym warunków pogodowych, powinniśmy zmieniać […]

Czym i jak nawadniać się biegając przez cały rok?

Chcesz rozpocząć swoją przygodę z bieganiem? To fantastyczny pomysł. Jednak wiele rzeczy może pójść nie po Twojej myśli. Jeśli będziesz je stosować, zamiast stać się biegaczem, będziesz ciągle stawać. A to różnica. Wielu osobom wydaje […]

Jak nie stawać się biegaczem? [FELIETON]

Starty w zawodach tracą na popularności, a i samo bieganie nie wydaje się tak atrakcyjne i świeże jak kilka lat temu. Czy wszyscy mamy przerzucać się na skoki ze spadochronem albo jogging w Apallachach? Czy nadeszła biegowa jesień średniowiecza?

Biegowa jesień średniowiecza

Koronawirus SARS-CoV-2 nie zatrzymał biegaczy. Alternatywa dla poznańskiego Półmaratonu i Maratonu rusza już dziś. Poznańskie Ośrodki Sportu i Rekreacji zapraszają na PKO POZNAŃ VIRTUAL RUN. Bieg, który odbędzie się w dniu 18 października 2020r. w […]

PKO POZNAŃ VIRTUAL RUN czyli czas na bieganie w Poznaniu!