fbpx

Johnny Walker. Tenisista, który został biegaczem dekady

Autor: Kuba Wolski • 03.05.2013

1974 Bayi Walker Dixon Jipcho

Mogłoby się wydawać, że drużyna rugby grająca mecz w Republice Południowej Afryki ma taki sam wpływ na wynik finałowego biegu olimpijskiego w Montrealu, jak zmiany faz Księżyca na rozwój dorożkarstwa w Chinach. W skrócie: żaden. Ale czy na pewno?

W 1976 roku cały biegowy świat elektryzował zbliżający się pojedynek Johna Walkera i Filberta Bayi. Pierwszy – Nowozelandczyk, który dopiero co pobił rekord świata w biegu na milę. Drugi – Tanzańczyk, pałający rządzą rewanżu za właśnie utracony rekord. Ich ringiem miała być bieżnia w Montrealu, a stawką olimpijskie złoto. Do pojedynku jednak nie doszło…

Bieg wszech czasów

Żeby lepiej zrozumieć całą historię, warto cofnąć się do roku 1974, kiedy to podczas Igrzysk Wspólnoty Narodów, ci dwaj panowie zmierzyli się po raz pierwszy. Walker był wtedy wschodzącą gwiazdą średnich dystansów, a Bayi – faworytem do zwycięstwa w każdym biegu, w którym brał udział. Finał na dystansie 1500 metrów w nowozelandzkim Christchurch przeszedł do historii jako bieg wszech czasów. Bayi wystartował w swoim charakterystycznym stylu, trzymając się taktyki „wygraj albo zgiń”. Już na samym początku uciekł całej stawce rywali narzucając zabójcze tempo i w pewien sposób wyzywając swoich przeciwników do walki i pościgu. Daleko za jego plecami toczył się bój o pozostałe stopnie podium pomiędzy Walkerem, jego rodakiem Rodem Dixonem i Kenijczykiem Benem Jipcho – ówczesnym rekordzistą świata na 3000 m z przeszkodami. Na ostatnim okrążeniu na drugie miejsce wysunął się Jipcho.

Finał na dystansie 1500 metrów w nowozelandzkim Christchurch przeszedł do historii jako bieg wszech czasów.

Jeszcze na 300 metrów przed metą Bayi miał ponad 10 metrów przewagi nad całą resztą i ciągle trzymał swoje mordercze tempo. Jednak po kolejnych 100 metrach Walker wyprzedził Kenijczyka i w zaledwie kilku krokach odskoczył od peletonu pozostałych zawodników, wyrywając się w szaleńczą pogoń za Tanzańczykiem. Jego strata malała z każdym metrem, jednak mimo sprinterskiego finiszu nie udało mu się dopaść Bayi. Tanzańczyk utrzymał prowadzenie od strzału startera do samego końca, a Walker wpadł na metę ze stratą 0,36 sekundy. Obaj w tym biegu pobili ówczesny rekord świata należący do Jima Ryuna. A na dodatek zawodnicy z kolejnych miejsc uzyskali 4., 5. i 7. czas na tym dystansie na świecie. W trakcie jednego biegu zostało złamanych pięć rekordów krajów. Od tego momentu nazwisko Walker zaczęto wymieniać jednym tchem razem z Filbertem Bayi, a każdy ich kolejny pojedynek budził niesłychane emocje. Nowozelandzki chłopiec w trakcie jednego biegu stał się sportowcem światowego formatu.

Rekordowa mila

W sierpniu kolejnego roku zdarzyło się coś, co sprawiło, że Walker wylądował na pierwszych stronach sportowych gazet, a jego życiu zaczęły nieustannie towarzyszyć flesze aparatów. Nowozelandczyk mając 23 lata nie tylko pobił należący do Bayi rekord świata w biegu na milę, ale złamał również magiczną granicę 3 minut 50 sekund. Dziesięciotysięczny tłum zebrał się na stadionie w Göteborgu, żeby obserwować próbę bicia rekordu świata, ale chyba nikt nie przypuszczał, że przy okazji zostanie zburzony kolejny mur stworzony w ludzkich głowach. Walker zrobił krok w nieznane, kolejna wydawałoby się granica ludzkich możliwości została przekroczona. Pacemaker prowadził go przez dwa okrążenia, po których Walker jeszcze przyspieszył zostawiając w tyle zarówno zająca, jak i pozostałych rywali. Był to niesamowity pokaz siły, szybkości i dynamiki biegu. Walker wbiegł na metę, wiedząc, że bije rekord świata, lecz dopiero gdy zobaczył, że zegar zatrzymał się na 3:49,4, wpadł w szał radości. Ten czas odmienił jego życie. Sześć dziesiątych sekundy sprawiło, że stał się największą gwiazdą bieżni lat 70.

Walker wbiegł na metę, wiedząc, że bije rekord świata, lecz dopiero gdy zobaczył, że zegar zatrzymał się na 3:49,4, wpadł w szał radości.

W Nowej Zelandii został wybrany sportowcem roku, a Peter Snell twierdził, że zejście poniżej 3:50 to niemal tak znaczący przełom, jak złamanie granicy czterech minut przez Rogera Bannistera 21 lat wcześniej. Po tym biegu Walker zaczął odczuwać presję mediów. Jego głowę zaprzątały nowe, wcześniej niemające znaczenia problemy. Czuł, że teraz każdy jego bieg będzie obserwowany, publicznie komentowany i bał się reakcji mediów, jeśli w kolejnym biegu nie spełni oczekiwań tłumu. Zbliżały się igrzyska olimpijskie, jego wyobraźnia podrzucała mu krzyczące nagłówki gazet w stylu „Porażka Walkera” czy „Walker upada”, a presja ciągle rosła. Zaczęło się wielkie oczekiwanie i ostatnie przygotowania do najważniejszego starcia z Filbertem Bayi – walki o olimpijskie złoto.

Bojkot Igrzysk

Finał biegu na 1500 m byłby elektryzującym widowiskiem, gdyby nie nowozelandzka drużyna rugby, która postanowiła odbyć tournée po Republice Południowej Afryki. W tamtym czasie RPA było wykluczone z MKOl za stosowanie segregacji rasowej i nie mogło brać udziału w żadnych międzynarodowych rozgrywkach sportowych (RPA zostało włączone do MKOl dopiero w 1991 roku). Rugby oczywiście nie było dyscypliną olimpijską, jednak wiele państw afrykańskich żądało wykluczenia z Igrzysk reprezentacji Nowej Zelandii, która według nich złamała powszechnie przyjęte zasady. MKOl nie przychylił się do tych roszczeń i pozwolił Nowozelandczykom uczestniczyć w Olimpiadzie, w efekcie czego aż 23 państwa afrykańskie zbojkotowały Igrzyska i zrezygnowały z udziału w zawodach. Jednym z nich była Tanzania, którą miał oczywiście reprezentować Bayi.

Aż 23 państwa afrykańskie zbojkotowały Igrzyska.

Mówi się, że nawet gdyby nie bojkot, Bayi i tak by nie wystartował, ponieważ zachorował w tamtym czasie na malarię – tak czy inaczej główny rywal Walkera został skutecznie wykluczony z udziału w olimpiadzie. Nagle okazało się, że cała przygotowana na finał taktyka pt. „Jak dogonić Filberta Bayi” jest nic niewarta. Było to o tyle istotne, że charakterystyczne ucieczki Bayi różniły się znacznie od stylu pozostałych zawodników. Gdy Tanzania zrezygnowała z udziału w Olimpiadzie, Walker stanął przed dylematem, jak wygrać z całą grupą sprinterów, którzy specjalizowali się w szybkim finiszu. Już w trakcie samego biegu okazało się, że tempo pierwszego okrążenia jest bardzo wolne. Właściwie przez 1000 m nic się podczas tego biegu nie działo. Zdecydowanie brakowało Filberta Bayi, który swoją ucieczką wprowadziłby trochę zamieszania. Przy takim tempie, jeśli sytuacja nie uległaby zmianie, wszystko zależałoby od ostatniej prostej. Ostatniej prostej, na której Walker zostałby zmiażdżony. Mając tego świadomość i sprawnie kalkulując w głowie swoje szanse, postanowił zacząć finiszować już na 300 metrów przed metą. Biegł jak szalony, starając się uciec goniącym go rywalom. Mimo że ewidentnie osłabł na ostatnich dwudziestu metrach, to wydłużony finisz pozwolił mu utrzymać prowadzenie do samego końca. Bieg był najwolniejszym finałem olimpijskim od 20 lat, aż o 7 sekund wolniejszym od pamiętnych zawodów w Christchurch w 1974 roku Mimo to 300-metrowy sprint Walkera trwający zaledwie 38 sekund przeszedł do historii.

Gdy Tanzania zrezygnowała z udziału w Olimpiadzie, Walker stanął przed dylematem, jak wygrać z całą grupą sprinterów, którzy specjalizowali się w szybkim finiszu.

Co ciekawe, gdy Walker przekroczył linię mety, na jego twarzy wcale nie pojawił się wybuch radości. Wyglądał, jakby w jednej chwili wydychając powietrze z każdą cząsteczką dwutlenku węgla wyrzucał z siebie dodatkową cząsteczkę OS2 – ogromnego stresu do kwadratu. Jak sam to tłumaczy w napisanej po latach autobiografii: „Poczułem niesamowitą ulgę, rekord świata można złamać, ale złotego medalu nikt mi już nie odbierze”. Po wielu latach, w których monopol na wygrywanie i rekordy świata przejął Hicham El Guerrouj, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Do pojedynku z Filbertem Bayi w końcu doszło kilka lat później w Budapeszcie, gdzie przed niewielką publicznością Walker udowodnił w bezpośrednim starciu, że jest lepszy. Tamten pojedynek nie miał już jednak takiego rozgłosu, gdyż na dystansie 1500 metrów zaczęli królować Brytyjczycy.

Sportowiec dekady

Nowa Zelandia nie zdobyła medalu olimpijskiego na bieżni od czasu Petera Snella, który zwyciężał w Tokio w 1964 roku. Po sukcesach Walkera wydawać by się mogło, że nadszedł czas wielkich zmian, jednak na kolejny medal wyspiarze musieli czekać… 32 lata! W moskiewskich igrzyskach w 1980 roku Walker nie wziął udziału, ponieważ tym razem Olimpiadę zbojkotowała m.in. Nowa Zelandia. Podobnie z resztą jak ponad 60 innych państw, które sprzeciwiły się radzieckiej interwencji w Afganistanie. Mimo wszystko lata 70. zdecydowanie należały do Nowozelandczyka. Wszędzie, gdzie się pojawiał, stawał się ulubionym celem łowców autografów.

Nowa Zelandia nie zdobyła medalu olimpijskiego na bieżni od czasu Petera Snella.

W swoim kraju został ogłoszony sportowcem dekady, a niedługo później zagościł w Sportowej Hali Sław. W latach 80. i później nie odnosił już tak znaczących sukcesów, jednak jego kariera sportowa nadal utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie. Do tego stopnia, że niewiele brakowało, a zostałby pierwszym czterdziestolatkiem biegającym milę poniżej 4 minut. Przeszkodziła mu w tym jednak kontuzja kolana. W 2008 roku założył fundację „Find Your Field of Dreams” aktywizującą dzieciaki z okolic Manukau, a przed jego nazwiskiem pojawiło się honorowe „Sir”.

Bohater na emeryturze

Będąc małym chłopcem, przegrał swój pierwszy w życiu bieg i postanowił, że woli grać w tenisa. Po latach zmienił jednak zdanie i został człowiekiem, który jako pierwszy na świecie złamał barierę 3 minut 50 sekund w biegu na milę, zdobył złoty medal olimpijski w biegu na 1500 metrów, ustanowił niezłamany przez dekadę rekord świata w biegu na 2000 metrów, a ponadto więcej niż 100 razy przebiegł milę poniżej 4 minut. Czy o kimś takim można powiedzieć, że jest zapomnianym bohaterem? Jego historia nie jest opowieścią o jednym przypadkowo wygranym biegu, który przy odrobinie szczęścia mógłby przydarzyć się każdemu, lecz o niemal dwóch dekadach sukcesów.

Został człowiekiem, który jako pierwszy na świecie złamał barierę 3 minut 50 sekund w biegu na milę.

Sukcesów okupionych ciężką pracą i godną podziwu samodyscypliną. Realizując swoje plany treningowe i startowe założenia, działał niemal jak szwajcarski zegarek. W wielu wywiadach powtarza, że uwielbiał rywalizację i cechowała go ogromna determinacja do wygrywania. Kluczem do zwycięstwa był stan umysłu, który nie przyjmował słowa „porażka”. Bieganie było dla niego całym życiem, nie pracą, nie sposobem na zarabianie pieniędzy, ale po prostu pasją, dla której żył. O kimś takim nie można powiedzieć, że jest zapomnianym bohaterem, co najwyżej bohaterem na emeryturze.

Jakub Wolski, Tenisista, który został biegaczem dekady, Bieganie, listopad 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger