fbpx

Justyna Święty-Ersetic: „Ten wynik daje mi przepustkę do biegania z najlepszymi dziewczynami na świecie”

fot: Paweł Skraba

fot: Paweł Skraba

Do Berlina jechała jako jedna z faworytek, a wróciła z dwoma złotymi medalami na 400 metrów i rekordem życiowym. Justyna Święty-Ersetic w rozmowie z Jarkiem Więcławskim opowiedziała m.in. o przerwie pomiędzy finałowymi biegami, współpracy z psychologiem i kolejnych celach sztafety.

Minął już ponad miesiąc od sukcesu na ME. Dotarło już do Pani, co osiągnęła w Berlinie?

Minęło tyle czasu, że zdążyło to do mnie dotrzeć. Zdaję sobie też sprawę z tego, że to już było, trzeba powoli wyznaczać sobie nowe cele i osiągać jeszcze większe laury.

Jak wyglądała przerwa pomiędzy finałowym biegiem na 400 metrów indywidualnie a sztafetą?

Niewiele w tej przerwie zrobiłam. Tylko leżałam i trzymałam ciepło. Miałam tysiące myśli w głowie. Na początku zastanawiałam się czy biegać czy odpuścić. Nie wiedziałam czy mój organizm da sobie radę. Pierwsze myśli były takie, że mam już jeden medal i niech dziewczyny pobiegną, bo ja już nie mam siły. Później uświadomiłam sobie, że fajnie byłoby wrócić z dwoma medalami i ta myśl zwyciężyła. Z perspektywy czasu bardzo się z tego cieszę.

W biegu indywidualnym osiągnęła Pani rekord życiowy. Było to spore osiągnięcie, wyzwanie dla organizmu, a samo złoto musiało się wiązać z ogromną euforią. Jakie uczucia przeważyły przed startem sztafety?

Bezpośrednio po biegu byłam strasznie zmęczona. Trochę to trwało zanim doszłam do siebie. Nawet powiedziałam trenerowi, że nie chcę biegać, nie dam rady, bo bieg indywidualny mnie wiele kosztował. Nie wyobrażałam sobie, że mogę wrócić za 90 minut i przebiec jeszcze raz 400 metrów. Na szczęście byli ze mną psycholog i trener, którzy mnie uspokajali. Powiedzieli, że mam dać sobie jeszcze trochę czasu. Po 30-40 minutach dało się ze mną normalnie rozmawiać. Wróciłam do siebie. Myśli bywały różne, a tak naprawdę do samego końca nie czułam się pewnie. Nie wiedziałam czy dam radę, bo po raz pierwszy w życiu musiałam tak pobiec. Zdarzało mi się biegać dwie 400 w jeden dzień, ale było to rano i wieczór. Przerwa była większa, a nawet wtedy miałam obawy czy wytrzymam. To ogromny wysiłek dla organizmu. Dużo osób powtarzało mi się, że jestem w stanie to zrobić, zresztą razem z Igą. Z fizjologicznego punktu widzenia była taka możliwość. Głównie trzeba było sobie na nowo wszystko poukładać w głowie. Jeszcze raz się skoncentrować i skupić.

Przeglądałem Pani wypowiedzi sprzed ME. Chyba nigdy jeszcze przed startem nie była Pani tak pewna siebie i swojej formy. Pojawiła się wypowiedź o walce o rekord życiowy. Czuła Pani, że jest tak dobrze przygotowana, że te mistrzostwa mogą skończyć się dwoma medalami, a nawet dwoma złotymi medalami?

Brałam pod uwagę taką możliwość, ale na pewno nie przypuszczałam, że aż o tyle uda mi się poprawić rekord życiowy. Stawialiśmy z trenerem na granicę około 50,80. Te mistrzostwa były dla mnie jedną wielką niespodzianką. Od początku sezonu, od maja poprawiałam rekord życiowy. Zanosiło się na to, że ten sezon powinien być dobry. Jak biegałam zmęczona, to też udało mi się ustabilizować formę, aby biegać w graniach 51,50. Wiedziałam, że jak trochę odpocznę, nabiorę luzu, świeżości, głodu startów, to powinno być dobrze. Im bliżej było docelowej imprezy, tym stoper w ręku u trenera pokazywał coraz lepsze rezultaty. Wiedziałam, że jeśli nie zrobię czegoś z mojej winy, to na pewno będzie dobrze.

Złoto, ale też bardzo dobry wynik otwierają też chyba drzwi do ścisłej światowej czołówki. Po takim występie nie będzie mogło Pani zabraknąć na żadnej z najważniejszych imprezach.

Zgadza się. Ten wynik daję mi przepustkę do biegania z najlepszymi dziewczynami na świecie. Trzeba to jednak potwierdzić i ustabilizować formę na tym poziomie, a to nie będzie takie proste. Pojawiły się otwarte drzwi. Mój wynik w ostatnich latach zapewniał finały Mistrzostw Świata i Igrzysk Olimpijskich, co świadczy o tym, jak jest wartościowy. Mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się coś jeszcze z niego urwać i sprawić kibicom miłą niespodziankę.

W czerwcu miała Pani drobny uraz. Rok temu po świetnym starcie sezonu, kontuzja wywróciła przygotowania do MŚ, wpłynęła na wynik indywidualny i prawie uniemożliwiała start w sztafecie. Jaka była Pani pierwsza myśl, gdy teraz przydarzył się uraz. Były obawy, że ubiegłoroczny scenariusz może się powtórzyć?

Na początku na twarzy znów pojawiły się łzy. Pierwszą myślą było, że znowu jest powtórka z rozrywki. Jednak tym razem uraz okazał się nie być tak poważny jak rok temu i udało się w miarę szybko z niego wydostać. Śmieję się, że w przyszłym roku muszę koniecznie w czerwcu pojechać na wakacje, bo nie jest dla mnie ostatnio zbyt szczęśliwy. Najwidoczniej organizm domagał się troszeczkę przerwy. Widocznie tak musiało być, ale ważne jak to się wszystko skończyło.

Jak bardzo kontuzja z poprzedniego roku została w Pani głowie? Udało się wywalczyć brąz na ubiegłorocznych MŚ, ale pewnie po sezonie był jednak pewien niedosyt.

Raczej nie podchodzę do tego już w ten sposób. Niestety, stało się tak, a nie inaczej. Nie mogę cofnąć czasu. Bardzo cieszyłam się z brązowego medalu w sztafecie, to mi wiele zrekompensowało. Nie wracam już do tamtego sezonu i do tej kontuzji. Staram się o tym zapomnieć i koncentrować na tym, co jest teraz.

Ile dała Pani w tym sezonie współpraca z psychologiem?

Bardzo wiele. Raczej wcześniej nie podejmowałam się aż takiej współpracy. Uważałam, że nie potrzebuję psychologa, że to nie jest coś dla mnie. Od początku roku zaczęłam chodzić na spotkanie. Widzę poprawę. Pracujemy nad moim słabszym punktem. To przeniosło się na wynik w Berlinie. Miałam okres, kwiecień-maj, kiedy nie chciało mi się trenować. Psycholog starał się na nowo zaszczepić we mnie radość i chęć do biegania.

Nie jest to Pani pierwszy sukces, ale wydaje mi się, że wyczyn z Berlina, może też dzięki organizatorom, którzy zapewnili odpowiednią oprawę tych biegów, odbił się najszerszym echem. Zauważyła już Pani wzrost popularności?

Zdecydowanie tak. Na każdym kroku powtarzam też, że na pewno rozkład tego dnia miał duże znaczenie. Nie było jeszcze takiej osoby, która w tak krótkim czasie wywalczyła dwa złote medale. Mnie ta popularność cieszy. Generalnie cała lekkoatletyka jest teraz na topie. Mam nadzieję, że to nie jest chwilowy boom i tak pozostanie. Cieszę się, że jestem coraz bardziej rozpoznawalna. Ludzie czasem mnie zaczepiają. Jest to bardzo miłe i w niczym mi nie przeszkadza.

Została Pani mistrzynią Europy indywidualnie, ma zdecydowanie najlepszy czas spośród naszych biegaczek, ale w tym roku złoto na mistrzostwach Polski na 400 metrów wywalczyła Małgorzata Hołub-Kowalik. Poziom naszych biegaczek na tym dystansie jest bardzo wysoki i wyrównany.

Tak, jak najbardziej. Na MP wracałam dopiero po kontuzji. Wbrew temu, co pisali niektórzy dziennikarze czy ludzie mówili dookoła, nie byłam załamana po biegu. Cieszyłam się z tego srebra. Przegrać z taką zawodniczką jak Gosia to dla mnie żadna ujma. Od paru lat damskie 400 metrów w Polsce stoi na bardzo wysokim poziomie. To też przekłada się na sztafetę, widać to po tym, jakie trener robi zamiany. Nie musimy już biegać tym samym składem eliminacji.

Gdyby miała Pani wybrać, jedną-dwie cechy, które są najmocniejszą stroną naszej sztafety, to na co by Pani wskazała?

Jesteśmy zżyte, jedna za drugą skoczyłaby w ogień. Po drugie – wszystkie jesteśmy uparte i razem dążymy do celu, co mam nadzieję, że za dwa lata przełoży się na medal igrzysk olimpijskich.

Jak ważną rolę w sztafecie odgrywa trener Aleksander Matusiński? Współpraca z jednym trenerem na co dzień i w reprezentacji to duży atut?

Wydaje mi się, że tak. Trener ma podgląd na to, co robię cały rok, a nie tak jak u dziewczyn, gdy jest tylko z doskoku jeden czy drugi trener. Pracuje już z nami od 2010 roku. Po raz pierwszy pojechaliśmy wtedy z nim na zgrupowanie. Miał parę lat, on i my, aby nauczyć się współpracy między sobą. Czasami bywało wybuchowo, ale trener po tylu latach wie, jak ma z nami trenować, jak powinien do nas podchodzić. Wie, gdy któraś z nas ma gorszy humor, kiedy się wycofać, odpuścić, bo zdaje sobie sprawę, że następnego dnia, na kolejnym treningu, będzie znów dobrze. To, że stworzyliśmy zgraną ekipę, na pewno przełożyły się na wyniki na bieżni.

Na co jeszcze stać naszą sztafetę? Kolejne cele przed nami to MŚ, IO w Tokio, a może walka o rekord Polski?

Rekord Polski od paru lat krąży nam po głowie, właściwie od 2014 roku, gdy znacznie się do niego zbliżyłyśmy. Wydawało nam się, że poprawimy go za rok. Tak się jednak nie stało, to wcale nie jest taka prosta sprawa. Mam nadzieję, że przy ułożeniu dobrego biegu uda nam się ten rekord poprawić. Indywidualnie biegamy szybciej niż dziewczyny, które biły ten rekord. On jest w naszym zasięgu, ale na to musi złożyć się wiele czynników. Musimy być też wypoczęte, a nie tak jak w Berlinie.

Celem pośrednim będą MŚ, na których chciałybyśmy wywalczyć kolejny medal. Zobaczymy czy się uda. Głównie skupiamy się na IO w Tokio. Mam nadzieję, że każda z nas będzie tam w optymalnej formie, powalczymy o awans do finału, a później nawiążemy walkę o medal.

Pani mąż również jest sportowcem, zapaśnikiem. O ile fakt, że oboje zajmujecie się sportem, ułatwia zrozumienie porażek czy trudniejszych chwil?

Bardzo. Nie wyobrażam sobie, żebym była z osobą, która nie jest kompletnie związana ze sportem i musiałabym tłumaczyć co z czym i jak się je. Mój mąż trenuje na co dzień, ma wiele zgrupowań i wyjazdów. Wszystko rozumie. Zawsze mówię, że teraz mamy siebie bardzo mało, a po zakończeniu kariery sportowej to się jeszcze pozabijamy w domu. Oboje mamy swoje marzenia, które chcemy zrealizować. Mam nadzieję, że za dwa lata spotkamy się razem na IO w Tokio.

Jak często nawzajem wspieracie się w trakcie obozów lub zawodów?

Chyba mój mąż częściej przyjeżdża do mnie na zgrupowania, jak kończy swoje. Czasami zdarza się, że pojedzie na parę dni ze mną. Mąż jeździ na moje zawody, ja tyle ile mogę na jego. Na ile to jest możliwe, wspieramy siebie jak najbardziej.

Teraz przed Panią czas na odpoczynek. Jak spędza Pani czas po sezonie? W jaki sposób najlepiej zrelaksować się przed startem kolejnych przygotowań?

Na razie jeszcze tego odpoczynku nie odczułam. Nie trenuję już, ale staram się udzielać w mediach i jeździć na spotkania z dzieciakami w szkołach. Staram się zaszczepić w nich swoją pasję. Mam nadzieję, że choć część z nich będzie kiedyś podążała tą samą drogą co ja. Teraz wyjeżdżam już na swoje prywatne wakacje. Liczę, że przez dwa tygodnie naładuje akumulatory w ciepełku i wrócę ze zdwojoną siłą i nowymi chęciami na przygotowania do kolejnego sezonu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger