fbpx

Krwawa Pętla – moje wspomnienie

Autor: Marek Tronina • 12.05.2019

Za chwilę zacznie się druga edycja Krwawej Pętli Bike & Run. Błoto, komary, pragnienie, ból, skrajne wyczerpanie – wszystko to czeka uczestników rywalizacji na dystansie ponad 250 km. Przyszło mi do głowy żeby wygrzebać relację, którą napisałem w ubiegłym roku. Relacja dotyczy mojej samotnej wyprawy (oczywiście rowerem), ale i tak opis oddaje to, co czeka uczestników sobotnio-niedzielnych zmagań. Na chwilę zapraszam wszystkich w podróż w czasie – do 31 maja 2012.

A więc stało się – zdobyłem Krwawą Pętlę. Siedziała mi w głowie od roku i w zasadzie niemal z nią spałem – mapy szlaku leżały przy moim łóżku przez cały czas. Pierwszą próbę podjąłem w sierpniu 2011, ale zrezygnowałem po 25 kilometrach – po ulewnym lipcu szlak był kompletnie nieprzejezdny.

Tym razem aura była bardziej sprzyjająca – suchy maj sprawił, że wszystko obeschło. Z dwojga złego lepsze pchanie się przez piach niż brodzenie w bagnie. Z dwójki kompanów do jazdy wykruszyli się obaj, więc miałem swobodę decyzyjną odnośnie tempa, przerw i tak dalej. Z drugiej – w razie awarii człowiek jest zdany na własne siły. Ale jakoś wierzyłem, że przy mojej wrodzonej ostrożności nie wydarzy się jakaś poważna awaria.

krwawa pętla mogiłą

4:02. Mogiła z 1944 roku w Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Start.

Nie korzystam z GPSa, więc postanowiłem oprzeć się na dokonaniach poprzedników i pracy własnej w domu przed wyjazdem. Metodą kopiuj-wklej przeniosłem print screeny tracka niejakiego Wilka, które znajdowały się na jego stronie. Wyszło 60 arkuszy mapek, które następnie porównałem z satelitarnymi fotkami z Googla (są już piekielnie dokładne!) i  na wydruki print screenów wprowadziłem swoje wskazówki topograficzne typu „dom”, „zagajnik”, itd. Do tego zestaw map (w praktyce w trasie skorzystałem tylko z mapy Kampinosu Compassa) oraz… wiara w to, że szlak jest dobrze oznaczony.

Moje wyposażenie to: mapnik domowej roboty (zrobiony z podkładki konferencyjnej – tzw. deski, przytwierdzonej szybkozłączkami do kierownicy – koszt całkowity 5 zł), do mapnika wziąłem też trzy spinacze do papieru (bezcenne) oraz arkusz folii na wypadek deszczu (na szczęście nie był potrzebny); dwa bidony, torebka podsiodłowa z niezbędnikiem i łyżkami do opon, dętką, zestawem do łatania dziur, parę złotych, komórka) oraz niewielki plecak (trzy małe kanapki, dwa banany, 7 batonów – z których po powrocie zostało… 6), pompka. Ubranie – kolarki ¾, koszulka z długim rękawem i kurtka na zamek przeciwdeszczowa, kask, okulary, rękawice. No i buty, ale nie żadne SPD bo nie używam (mam noski), tylko zwykłe buty typu adidas. Licznik i zegarek. Chyba tyle.

krwawa pętla oznaczenie szlaku

Czerwone znaczki. Trzeba ich wypatrywać godzinami, aż do oczopląsu.

Założyłem, że wystartuję punkt 4:00, żeby na maksa wykorzystać dzień oraz że zdążę przed zmrokiem. W zasadzie to liczyłem, że o 20:00 będzie pozamiatane, więc poza standardowym oświetleniem roweru nie miałem niczego więcej.

Pobudka o trzeciej, jajecznica i parówka, kawa i w drogę. Wjazd na szlak przy mogile w Starej Miłośnie o 4:02. Z emocji zapomniałem o wyzerowaniu licznika, zrobiłem to dopiero po 500 metrach. Początek trasy do Zielonki znam na pamięć, więc w stosunku do planu (konserwatywnie zakładałem  średnią prędkość przejazdu z uwzględnieniem przerw na 15 km/h) nadrobiłem z 10 minut. Między Zielonką a Horowym Bagnem pierwszy test „wilgotności gruntu” – jest OK, to co zwykle zmusza do zejścia z roweru tym razem jest przejezdne. Pierwsze kłopoty zaczynają się kiedy na drodze szlaku wyrasta wielgachna kałuża. Trzeba tarabanić się przez krzaczory – od razu polecam mijanie z prawej, lewa jest gorsza. Docieram do suchej drogi, ale daję się zmylić i zamiast skręcić w nią w lewo i do krzyżówki ze szlakiem, walę w prawo. Brak oznaczeń jest na tyle znaczący, że po kilkuset metrach wracam i odnajduję szlak. Ale kwadrans w plecy.

krwawa pętla horowe bagno

Horowe Bagno między Markami a Zielonką.

Horowe to legenda – to oczywistość. Szlak jest oznaczony dobrze – do momentu gdy… każe mu się wejść do bajora. Dlatego w pewnym momencie trzeba odłożyć ortodoksję na bok i skorzystać z zielonego rowerowego. Po kilkuset metrach i tak oba się łączą. Swoją drogą – chyba na tym odcinku powinno się przeprojektować kilkaset metrów „Krwawej” zamiast utrzymywać fikcję.

Za Horowym zaczyna się romantyczna jazda przed siebie. Mam jakiś kwadrans straty, ale ponad 200 kilometrów na jego odrobienie. Jest na tyle wcześnie, że ani nie napotykam tirówek w Radzyminie, ani żadnych innych tego typu atrakcji. Żeby nie zamęczać opisem kolejnych skrętów od razu napiszę, że moim skromnym zdaniem szlak oznaczony jest bardzo dobrze (z drobnymi wyjątkami, o czym później). Wymaga oczywiście czujności, ale mając przed oczami mapkę ze śladem tracka widzę, że teraz nie ma na co uważać, bo jest prosto, a teraz będzie w lewo więc szukam odpowiedniego znaku. Na pewno praca domowa z kilkudziesięcioma stronami bardzo się opłaciła.

Słaby odcinek to Lasy Chotomowskie – niedawna ścinka drzew wymusza zejście z roweru i przebicie się pieszo. Ale szlak jest widoczny (mam na myśli znaki, a nie ścieżkę), poza tym idzie się wzdłuż jakiegoś ogrodzenia z metalowej siatki, więc nie się gdzie zgubić.

krwawa pętla wał boża wola

Wał w Bożej Woli (jakieś 5 km od Modlina).

Do Wisły docieram w Bożej Woli. Tu szlak jest trochę zmieniony (prowadzi ścieżką rowerową wzdłuż drogi do Modlina – poprzednio skręcał wcześniej). Wał (tu, jak i potem za Górą Kalwarią) to jeden ze słabszych odcinków. Trawa po pas, tempo jazdy – minimalne. No, ale w końcu się skończy. Modlin, fotka z kropką (to początek/koniec czerwonej części szlaku), kanapka i do przodu. Zaczyna się zielony łącznik. Moim zdaniem jest najsłabiej oznaczony ze wszystkich czterech kolorów na trasie – w dowód czego powiem, że na dojeździe do Grochali straciłem go z oczu i wyrzucił mnie za wcześnie na asfalt.

Potem Kampinos. Bez sensacji, zielony zamienia się w żółty i do przodu. Tu przyznam, że na chwilę zawiodła mnie czujność (w zasadzie to rozluźniłem się zbytnio) i na jakimś rozstaju pojechałem w lewo. Po kilometrze wiedziałem już, że brak żółtych znaczków nie jest przypadkiem, ale stwierdziłem, że walę przed siebie bo z mapy wynikało, że moja droga dochodzi za jakiś kilometr do szlaku. Tak się stało – Kościelna Droga (tą pojechałem) doprowadziła mnie do Bieli i kamienia pamiątkowego pierwszej wycieczki po Kampinosie.

krwawa pętla kanał łasica

Kanał Łasica wśród kampinoskich łąk.

Dalej – łąki. Zaraz za kanałem Ł-9 szlak biegnie niby w prawo, ale jakoś nie wypatrzyłem niczego w trawie, więc pojechałem prosto i skręciłem dopiero po dojechaniu do szutru. Szlak czekał na kolejnej krzyżówce. Kanał Łasica i walimy do Leszna. Tu słaby kawałek – piachy aż do bólu. Ale jest cel – zamienić żółty na niebieski. Potem jeszcze 9 km i Zaborów (choć miejscami roślinność między Lesznem a Zaborowem jest naprawdę imponująca i trochę utrudnia nawigację).

W Zaborowie wypada mi dokładnie półmetek. Mam cały czas 20 minut straty, ale nie jest źle. Wymiana płynów w sklepie, popas i naprzód. Zaczyna się jazda po szutrach. Trochę wieje, ale nie jest najgorzej. Ten odcinek mija praktycznie bez przygód, widoczki niespecjalne, ale tu chodzi o pokonanie Pętli, a nie o widoczki.

krwawa pętla autostrada

Nad autostradą w Brwinowie. Tu jeszcze trwa budowa, do Euro 2012 zostało 7 dni…

Moment autentycznego wzruszenia to przejazd nad autostradą. Co prawda okupiony niemal całkowitym ubłoceniem siebie i roweru (jednak ci budowlańcy to straszny chlew robią), ale widok prawdziwej autostrady wiodącej do mojego miasta wart był każdego błocka. Brwinów, Podkowa i dalej.

Problemy zaczynają się gdzieś koło Głoskowa. Na wyjeździe z lasu przednie koło wpada mi w jakąś dziurę i po chwili czuję, że ubywa z niego powietrza. Nie za szybko, ale zawsze. Nie chcę tracić czasu na wymianę dętki, więc dopompowuję i patrzę co się będzie działo. Przez niemal godzinę jakoś trzyma, ale do Zalesia dojeżdżam niemal na flaku. Podejmuję decyzję – zmieniam dętkę. Tyle, że ta zapasowa już miała kiedyś awarię, ale jak ją po wymianie napompowałem to trzymała. Więc stała się zapasową. Wiem, brzmi niewiarygodnie, ale tak było. No i jak wróciła na obręcz i zacząłem ją pompować to po dokręceniu wentyla usłyszałem głośny syk… Dziurka była ulokowana przy wentylu i przy dokręceniu mocującej go nakrętki zaczęła oddawać zawartość. Przejechałem kilometr i… zmieniłem dętkę na poprzednią. Tę zdefektowaną. Pozostało mi wierzyć, że jak raz na pół godziny ją dopompuję to jakoś się dotoczę. Tyle, że komfort jazdy – ten psychiczny – znacznie mi się zmniejszył. Musiałem uważać nie tylko na znaczki na drzewach, ale i na to co pod kołami. Do tego doszło kilka miejsc, które okazały się wątpliwe nawigacyjnie. W efekcie na odcinku między Brwinowem a rzeczką Zielona straciłem blisko godzinę. A to oznaczało, że jak dobrze pójdzie, to będę na mecie o 21:00 – na granicy zmroku. O ile oczywiście nie będę miał dalszych problemów z dętką.

Przedmioty mają duszę. Poprosiłem ślicznie dziurawą dętkę o współpracę i wyrozumiałość. Musiała trzymać powietrze bo bez tego byłbym w ciemnej d. Ona to zrozumiała i przez cały pozostały do końca odcinek (jakieś 60 kilometrów) nie dała o sobie znać ani razu… Wierzcie lub nie – wasza sprawa. A ja Jej niniejszym dziękuję.

krwawa pętla wisła góra kalwaria

Wisła w Górze Kalwarii.

Drugi brzeg Wisły w Górze Kalwarii mijam o 18:15. Znowu niekończący się wał z beznadziejną trawą i wyścig z czasem. Na jakimś 180. kilometrze (w Zalesiu – to pamiętam) padł mi licznik i nie wiedziałem jaką mam prędkość, ale uznałem, że to i tak nie ma już znaczenia – muszę grzać przed siebie i nie patrzeć na tempo i dystans.

Kiedy wjechałem na „ceglankę” za Janowem poczułem ukłucie w sercu. Ten odcinek już znałem i byłem niemal w domu, tyle że ten dzień tak szybko zaczynał się kurczyć. Pogorzel, wypluwanie płuc na podejściu na Meran, ale finisz czułem całym sobą. Ostatni punkt kontrolny – Bartek nad Mienią. Fotka i dalej. Ścieżka, która normalnie jest moją ulubioną, tym razem irytuje i nie chce się skończyć. Wiązowna i wreszcie ostatni odcinek. Kiedy mam kilometr do mety zaczyna kropić deszcz. Nie widzę już prawie nic, ale wiem, że dam radę. Mogiła, ale tym razem to określenie oznacza coś bardzo radosnego. 21:08. Siedemnaście godzin i 6 minut. Mam siłę na radość, ale jestem sam, więc przecież nie będę się w lesie darł. Jadę do domu (to tylko 3 kilometry). Koniec.

krwawa pętla bartek mazowiecki

Bartek Mazowiecki. Mimo pędzącego czasu warto poświęcić mu choćby minutę.

Podsumowanie

Na pewno pokonanie Krwawej wymaga – oprócz umiejętności pedałowania przez kilkanaście godzin – dużo zimnej krwi. Kilka razy traciłem szlak i wtedy rozwiązanie jest jedno: nie panikować i szukać. Stracić można nawet i kwadrans, ale gdzieś ten cholerny znaczek musi być. Jak są trzy ścieżki do wyboru i żadna nie jest oznaczona to trzeba spokojnie zbadać każdą z nich. To musi dać efekt. Nie jestem wybitnym nawigatorem, ale dałem spokojnie radę (nawet jadąc bez GPS). Dziś trochę mam odparzone cztery litery (spodenki kolarskie z Lidla pewnie nie plasują się jakoś wysoko w rankingach), obie dłonie mi mrowią, sztywne barki. Ale fizycznie nie jest źle. Pierwszy raz od roku biorę mapę szlaku nie z zazdrością, ale z radością. I chyba jestem pierwszym, który przejechał Krwawą solo, bez GPSa i w zwykłych adidasach zamiast SPD. Można? Można.

Krwawa Pętla 2019[

Zapraszamy Was do udziału w Krwawej Pętli!

Start: Warszawa Międzylesie parking przy ul. Przedwiośnie, 28 czerwca godzina 20:00. W tym roku start w kierunku Otwocka. 
Dystans: 240-250 km
Limit czasu: 24 h

Szczegóły na stronie krwawapetla.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger