fbpx

Piotr Kuryło story. Biegiem dookoła świata

Piotr Kuryło

– Jeszcze tylko raz – mówi Piotr do żony. Trudno powiedzieć, czy ją pyta, czy tylko informuje.
– Oho, to tym razem już nie będzie Europa – mruczy pod nosem Izabela.

Te dwa zdania padają wieczorem w domku w Prusce Wielkiej nieopodal Augustowa. Jest  zaraz po Nowym Roku 2010. Tak zaczyna się historia biegu dookoła świata. Teraz Piotr Kuryło – skromny blondyn, o wyglądzie wyrośniętego słowiańskiego skrzata – siedzi przede mną w hotelowym lobby, pije wodę z cytryną i opowiada o rzece wypełniającej wąwóz w Portugalii, o kojotach w Ameryce, o codziennym podklejaniu butów w czasie syberyjskiej zimy. Nawet nie pamięta, kiedy mu się wymsknęło, że zrobi to w rok.

***

7 sierpnia 2010 r. rusza z rynku w Augustowie. Czerwona koszulka z logo sponsora – jachtowej stoczni Ślepsk Józefa Wiszniewskiego. Przepasany uprzężą ma na dyszlu doczepiony niebieski kajak zakryty małym namiocikiem i na kółkach. Jak ślimak zabiera dom ze sobą.

Izabela zostaje w domu z dwoma nastoletnimi córkami na głowie. Raz pracuje w sklepie, raz w pensjonacie, raz jest na bezrobociu. W czasie biegu Piotra sponsor będzie jej wypłacał co miesiąc po 800 zł.

– Leć Piotrek – mówiła mu wiosną, kiedy miał wątpliwości co do tej wyprawy. – I nie mów, że może za kilka lat. Za kilka lat skończysz pięćdziesiątkę, możesz już nie chodzić. Leć teraz.

To nie pierwsza wyprawa Piotra. Biegł z Fatimy w Portugalii do Polski. Biegł od siebie nad węgierski Balaton. Dwa razy startował w Spartathlonie – biegu na 246 km ze Sparty do Aten – był drugi przebiegając trasę w 24 h 29 min. Na ten start w ramach treningu dobiegł z Polski do Grecji, na Akropol – z ideą, że w starożytności konflikty zbrojne były zawieszane na czas igrzysk olimpijskich.

Biegał przez Polskę (z Terespola do Słubic i z Jastrzębiej Góry do Zakopanego), żeby zwrócić uwagę na budowę obwodnic. Żeby pokazać, że sam talent nie wystarczy. Żeby pokazać drogę do zdrowia.

Teraz biegnie dla pokoju. Na kajaku napis „Peace”. Ludzie w Europie będą się chętnie fotografować z Piotrem i wypełnionym pokojowym przesłaniem kajakiem.

Kajak zda egzamin na Śniardwach, potem na Noteci, którą Piotr dopływa do Warty. Dzięki temu pokonuje kilometry, a oszczędza nogi. Aż dobiega do portugalskiego Tagu i spływa nim w stronę Lizbony, skąd ma lecieć samolotem do Ameryki.

Ma dokładną mapę rzeki, zaznaczone są na niej duże tamy. Ale małe młyny wodne już nie.

Piotr Kuryło

Fot. archiwum Piotra Kuryły

Kiedy Piotr jeden z nich zauważa, jest już za późno. Prędki nurt wyrzuca go na tamę, leci z kajakiem 3 metry w dół. Ma kamizelkę ratunkową, ale sekundy pod wodą, kiedy wydostaje się z kajaka, upływają jak w filmie grozy. W zwolnionym tempie.

Piotr czuje, jakby czas się zatrzymał. Widzi szatana. Szatan pokazuje mu kartę z napisem „Nie biegnij”. Nie biegnij, bo i tak nie dasz rady, i tak zginiesz najdalej na Syberii. A na to ukazuje mu się pod wodą anioł ze swoją kartą. Na niej dwie córki. Piotr rozumie, to dla nich ma biec, dla nich chce wybiegać ten pokój na świecie. Będzie biegł.

Kamizelka wyrzuca go na powierzchnię. Przeżył, ale co ze sprzętem? Kajak odpływa. Część ekwipunku udaje mu się wyłowić. Suszy rzeczy na kamieniach nad rzeką, ale zaraz woda znów je moczy. O co chodzi? Poziom rzeki się podnosi, potem się dowie, że z elektrowni wyżej spuszczają wodę. Na razie trzeba ratować życie, bo Tag płynie w tym miejscu w głębokim wąwozie.

Piotr wspina się po ścianie wąwozu. Dobiega do budynków pasterskich, tam dają mu wodę do picia. Wieczorem dociera do miasteczka. Nie wie, jakim cudem – skoro nie zna ani portugalskiego, ani angielskiego – udaje mu się przekonać policjantów na posterunku, żeby dali mu zadzwonić do żony.

Teraz biegnie do Lizbony jak obdartus. Ocalony dobytek ciągnie w zakupowej torbie na kółkach. Po wsiach szczują go psami, dzieciaki go przepędzają. Śpi po szopach albo w lesie. Po dziesięciu dniach dociera do polskiego konsulatu w Lizbonie. Pani wicekonsul funduje mu dwa noclegi w pensjonacie, żeby odzyskał siły.

W pensjonacie staje przed lustrem. Jestem silny, bo nie utonąłem – mówi do siebie. Ale patrzy, że z kamizelki wystaje mu kartka. Co to?

Kiedy żona pracowała w pensjonacie, zatrzymała się tam pielgrzymka do Ostrej Bramy w Wilnie. Jedna z kobiet słysząc, w jaką wyprawę wybiera się Piotr dała Izabeli dla niego kartkę z modlitwą. Piotr wyciąga i czyta obietnice tam wypisane. „Ten, co ją będzie nosił nie utonie”.

Na Piotra spływa z góry olśnienie. Nie jest sam w tej podróży. Jest z Bogiem. Teraz w drodze będzie odmawiał zdrowaśki.

***

Ląduje w Nowym Jorku, mają tam na niego czekać, z Polski poszły maile z informacją. Ale nikt nie czeka. Idzie spać do Central Parku, noc w jak w hip-hopowym teledysku. Następna też. Na koncie ma tylko 19 dolarów.

Natrafia w końcu na polonijną organizację. Załamują ręce nad jego niedolą i chcą mu kupić bilet lotniczy do Polski. Piotr upiera się, że nie zawróci.

Przez 10 dni udaje mu się skompletować ekwipunek na drogę. Ma nowy wózek, przerobiony z rowerowej przyczepki dla dzieci, który będzie ciągnął za sobą. Rusza w pięciomiesięczną podróż przez 19 stanów Ameryki.

Wiele razy przy drodze zatrzymuje go policja. Stają, ręka na kaburę i krzyczą.

– Sorry, no speak English – odpowiada z niepoprawną składnią. A ponieważ nie umie powiedzieć, że biegnie dookoła świata wyjaśnia: – Marthon peace New York-San Francisco.

Piotr Kuryło

Fot. archiwum Piotra Kuryły

Ludzie dają mu po drodze pieniądze. Ale najbardziej zapamięta kubek miłosierdzia. W Pensylwanii biegnie szosą w zimny, listopadowy dzień. Z domku koło drogi woła go Amerykanka, która wcześniej wyprzedziła go samochodem i daje mu kubek gorącej herbaty. Piotr jest zachwycony. Mogłaby mu dać kilka dolarów, ale pieniądze by go wtedy nie rozgrzały. Szkoda, że nie wie, jak powiedzieć po angielsku „Dziękuję Ci za kubek miłosierdzia”.

Widzi inną Amerykę niż bogaty kraj znany z telewizji. Kiedy biegnie przez osiedle przyczep kempingowych w Nowym Meksyku, widzi, że są w Ameryce ludzie, którzy żyją nędzniej niż w najmniejszej augustowskiej wsi.

W Arizonie prawie wpada na bizona, kręci filmik. Wyłącza kamerę i mówi mu: „Idź, wracaj do swoich”, a bizon idzie. Czuje się jeszcze bliżej natury niż na swojej Suwalszczyźnie.

Dobiega wieczorem do miasteczka, to osada indiańska. Boi się tam rozkładać namiot, biegnie dalej, rozbija się pod zagrodą mustangów. Za chwilę podjeżdża furgonetka, wyskakuje z niej sześciu Indian.

– Water? – proponują i dają mu kanister pitnej wody.
– Grizzly? – pyta Piotr, bo Indian już się nie boi, ale nie chciałby w nocy spotkać się z niedźwiedziem.
– No – odpowiadają Indianie.
– Koyots?
– Full.

Rzeczywiście w środku nocy kojoty wyją, podchodzą do namiotu coraz bliżej. Piotr poświęca najgorszą bluzę, jaką ma, podpala i rzuca w środek stada. Kojoty uciekają, ale on już do rana będzie dokładał chrust do ogniska.

Biegnie przez pustynie, tam jest najgorzej. Gdyby w środku pustyni było lotnisko, wsiadłby w samolot do swojej Pruski Wielkiej. Odmawia zdrowaśki, ale tęskni za domem. Jednak kiedy dobiega do miast, są ludzie, coś się dzieje, tęsknota przygasa, znów liczy się cel – obiec świat.

Dobrze, że biegnie z Bogiem. W Phoenix po mszach robią w kościołach spotkania z Piotrem. To co zbiorą na tacę, idzie dla niego.

W Missouri zatrzymuje się przy nim terenowy samochód. Sześćdziesięcioletni weteran wojny wietnamskiej w moro wyciąga z samochodu Biblię. Tłumaczy, że dostał ją od swojej matki. I że daje ją Piotrowi z powodu napisu „peace” na jego wózku.

Piotr w najbliższym miasteczku nadaje ją pocztą do domu.

***

Raz w tygodniu dzwoni do żony.

– Co u Ciebie?
– Wszystko w porządku.

Oboje nie chcą się nawzajem martwić. Izabela nie powie Piotrowi, że zima taka sroga, że kończy się opał, że sama musi rąbać drwa. Że jak stuknęła samochodem w słupek, musiała jechać do warsztatu, bo sama sobie nie umiała wyklepać, a przecież pieniądze na mechanika z nieba nie spadają. Że czasem tak śniegu napada, że trzy razy dziennie z córkami odśnieżają podwórko. Ostatni raz o dwudziestej drugiej, bo inaczej by się nie dało wyjść rano z domu.

Piotr nie powie Izabeli, a potem chyba też nie będzie umiał powiedzieć o dniach wypełnionych tylko znużeniem. O strachu przed ludźmi, przed zwierzętami. I przed Rosją – Rosji boi się najbardziej.

***

Zanim doleci do Rosji, ma swój festiwal w Stanach. Z San Francisco Polonia porywa go z powrotem samolotem do Nowego Jorku, bierze udział w balu sportu Polish American Sport Association. Wraca samolotem do San Francisco, stamtąd leci do Pekinu, a z Chin do Władywostoku.

Rosja wita go wielkim sercem. Dzięki Polakowi, którego poznał w Arizonie, który ma kontakty w Rosji, organizują mu konferencję prasową, którą telewizja transmituje na całą Rosję. Po wielu miesiącach będą go potem kojarzyć w syberyjskich wioskach. Na wózku ma duży napis cyrylicą: „Mir” – to znaczy zarówno pokój, jak i świat.

Przez pierwsze dwa tygodnie do Chabarowska eskortuje go policja. Na kilka godzin po drodze dołączają się biegacze. Nawet jeden emerytowany pułkownik Armii Czerwonej, który służył kiedyś w Legnicy. Piotr czuje do niego taką sympatię, jakby sąsiada spotkał, daje mu buty Nike, które dostał od Amerykanów.

Butów ma kilka par. Wieczorem bierze klej i podkleja buty łatkami z kawałków opon, jakie łatwo znaleźć przy drodze. Przez cały dzień łatka się ściera, następnego wieczora podkleja nowe.

Kurtek też ma kilka. Jedną oddaje wędrowcowi, który idzie do miasta szukać pracy. Mnóstwo ludzi tak po Rosji wędruje, dniami, tygodniami.

Piotr Kuryło

Fot. archiwum Piotra Kuryły

Za Chabarowskiem zaczyna się tajga. Już tylko drogi, po których jeżdżą TIR-y. Mniej więcej asfaltowe, jak to określa Piotr. Najgorsze są wieczory, rozgląda się po krzakach, czy jakieś oczy się tam nie świecą. Żeby nie kusić zwierza, jeszcze przed świtem rusza w drogę. A potem około 11 przez dwie godziny drzemie w biegu. Czasem wydaje mu się, że przychodzi wtedy trzęsienie ziemi, a to nogi się pod nim uginają ze zmęczenia.

Trzy tygodnie bez kąpieli, bez prania. Zbliża się do miasta Czita.

I nagle z bocznej drogi wyskakuje biegacz w dresie na treningu. Przyłącza się do Piotra, zaczynają rozmawiać. Piotr pyta o nocleg, a młody człowiek odpowiada:

– Chodź ze mną, mieszkam tu w daczy tylko z matką.

Króla polskiego by tak w Rosji nie podejmowali. Piotr wygłodzony i niedomyty, odżywa.

– Wiesz, że Bóg mi cię dziś zesłał? – mówi do Rosjanina.
– Wiem. Ja tej drogi unikam, za duży tam ruch. Ale coś mi dzisiaj kazało tam pobiec.

Piotr jest Rosją zachwycony. Przebiega przez wieś, a po kilku kilometrach doganiają go samochodem dwie kobiety: – Wróć z nami do wsi, bo Jędruszka banię naszykował.

***

Skręca na południe do Kazachstanu, bo wizę może dostać tylko na 90 dni, całej Rosji w trzy miesiące nie przebiegnie. Muzułmanie też okazują się pomocni, tylko nie chcą, żeby spał z nimi pod jednym dachem, bo dla nich jest nieczysty.

Sponsor załatwia momentalnie nową wizę do Rosji i Piotr zaczyna ostatni etap, już prosto do domu. Na Uralu psuje mu się amerykański wózek, w sklepie kupuje dziecięcą spacerówkę, z nią dotrze do Augustowa.

W europejskiej części Rosji drogi lepsze, ale TIR-ów więcej i kierowcy bardziej pędzą. Musi biec prawą stroną drogi, bo jak biegnie lewą i kierowcy wiedzą, że ich widzi, to go nie omijają i co chwila musi uciekać do rowu.

Opuszcza Rosję z żalem, tak mu się ten kraj spodobał. I nawet wie, dlaczego Rosjanie stali się tacy dobrzy. Bo Rosja powróciła do Boga. Na przydrożnych parkingach widzi małe cerkiewki. Raz przejeżdżający samochód zatrzymuje się, wysiada z niego pop i błogosławi go na drogę. Innym razem kobiety na znak błogosławieństwa żegnają się trzykrotnym znakiem krzyża.

***

Zawsze chciał czegoś dokonać. Najpierw przebiec maraton. A potem zaczął podnosić poprzeczkę. Tak mi to teraz opowiada.

O maratonach usłyszał w 2003 roku. Pomyślał, że pobiegnie, ale wstydził się trenować po wsi, na początku biegał po podwórku. Zawsze był sprawny. Poszedł do szkoły górniczej, bo w kopalni łatwo o pracę, ale zanim ją skończył, kopalnie popadały. Wrócił do domu, a tu dom się spalił. Odbudowali go z bratem bliźniakiem, Pawłem, bo odszkodowanie starczyło tylko na materiały. Dolne ściany wyszły najgorzej, ale czym wyżej, tym lepiej. Zaczęli zajmować się budowlanką.

A potem każdy z nich wciągnął się w bieganie. Dwaj starsi bracia też przebiegli maraton.

Piotr Kuryło

Fot. archiwum Piotra Kuryły

W pierwszym starcie Piotr chciał stanąć na podium, na początku gonił czołówkę, a w drugiej części już maszerował. Ale kręcił się przy najlepszych w szatni, w łaźni, podsłuchiwał, jak trenować.

Nigdy nie robił szybkich treningów, za to dwa razy w tygodniu biegał maraton w 3:30-3:40, o godzinę wolniej niż jego najlepsze osiągnięcia. Albo leciał do sklepu do Rajgrodu po bułkę i po mleko – w obie strony 30 km.

Teraz obiecał żonie, że to koniec z bieganiem. Kiedy pytam go, czy da radę usiedzieć tak na miejscu, Piotr odpowiada:

– A co można jeszcze większego pobiec?

***

Z Rosji wbiega na Litwę i musi zwalniać, żeby dotrzeć do Polski równo po 365 dniach. Patrzy w stronę zachodzącego słońca i pozwala sobie już na to, żeby myśleć, że tam właśnie są żona i córki, i dom, co go z bratem odbudowali, i brat, i jeszcze dwóch starszych braci.

Izabela szykuje przyjęcie powitalne, bo na powitanie Piotra przyjedzie rodzina, trochę znajomych i nieznajomych – których Piotr poznał po drodze w Ameryce, w Rosji. Będą zrazy, będzie kurczak. A dla Piotra leczo z papryki i pieczarek, bo dzwonił z drogi, że teraz już nie je mięsa.

Na Suwalszczyznę dociera o dwa dni za wcześnie. Zatrzymuje się na dwa dni na festiwalu rockowym nad Jeziorem Serwy. A dokładnie 6 sierpnia 2011 r. wbiega na rynek w Augustowie, jest powitanie, władze lokalne, festyn. Jest Izabela, Piotr wiele razy planował tę scenę: że się pochwycą i pocałują jak na filmie.

– Jest inny – opowiada mi teraz Izabela o Piotrze. – My w domu we trzy żyłyśmy, każda od drugiej zależna. A on przez rok żył sam dla siebie. Nie musiał czekać w kolejce do łazienki, a teraz nie rozumie, że czasem trzeba poczekać. Bardziej się stał samotnikiem. Przyzwyczaja się znów do odpowiedzialności za rodzinę. Zawsze był taki rozmowny, a teraz coś opowiada, a nagle się zatrzyma, gdzieś myślami błądzi.

Piotr Kuryło

Fot. archiwum Piotra Kuryły

– Od następnego dnia po powrocie zaczęło się zarastanie kurzem normalności – mówi mi z kolei Piotr. – Pracowałem potem w składzie opału przy węglu. A potem na bezrobociu skończyłem szkolenie ochroniarza. Muszę się teraz zająć wychowaniem córek. One też próbowały biegać, ale talentu do tego nie mają. Za to uczą się dobrze, w odróżnieniu ode mnie.

Piotrowi została jeszcze jedna obietnica do wypełnienia.

– Powiedziałem, że jak wrócę z tej wyprawy, to wybuduję kościół. W Stanach nawet kupiłem narzędzia i je przysłałem do domu. Myślałem, że trzeba jeszcze zdobyć sponsora, trochę cegieł i można budować – opowiada. – Ale w biegu zrozumiałem, że Kościół jest w nas, w ludziach. Że musimy go w sobie budować. Że kiedyś Bóg mnie zapyta nie o liczbę zmówionych pacierzy, ale o moje miłosierdzie wobec bliskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger