fbpx

Sylwester Kuster wraca do ścigania [WYWIAD]

Sylwester Kuster

Sylwester Kuster. Fot. BikeLIFE

Przez długie półtora roku nie było go między startem a metą. Myli się jednak ten, kto sądzi, że ten czas przeznaczył na odpoczynek. Członek kadry narodowej, wielokrotny mistrz Polski na dystansach sprinterskim, olimpijskim i długim, uczestnik zawodów o randze Pucharów Kontynentalnych i Pucharów Świata wraca do rywalizacji.

Sylwester Kuster swój tegoroczny debiut rozpoczął z wysokiego C, zdobywając tytuł drugiego wicemistrza Polski na dystansie 112,95 km w Sierakowie. Zapytaliśmy go o wrażenia z pierwszego startu po długiej przerwie, o planach na rozpoczęty sezon i o jego “dziecko”, którym jest prowadzony przez niego klub triathlonowy w Dąbrowie Górniczej.

Gratulujemy występu w Sierakowie! Czy start przebiegł po Twojej myśli? Jesteś zadowolony z wyniku?

– Chociaż  samo zdobycie medalu cieszyłoby wielu zawodników, stanowczo nie jestem zadowolony z tego startu. Popełniłem bardzo dużo błędów, zarówno przed zawodami, jak i w ich trakcie. Jestem niezadowolony z poziomu sportowego, który tam zaprezentowałem – zwłaszcza na biegu. Niecałe 21 km w 1 godz. i 20 min to jest prędkość, która nie podchodzi nawet pod mój drugi zakres, nie mówiąc już o prędkościach startowych. Spodziewałem się znacznie lepszego biegu, co najmniej o pięć minut. Z jednej strony trasa była niesamowicie trudna, jednak krótsza niż być powinna. Niestety, w związku z kontuzją musiałem pominąć etap przygotowania siłowego – siłę biegową i crossy – który do dobrego wyniku na takiej trasie jest niezbędny. Zapłaciłem za to dodatkową cenę po starcie – problem sprawiało mi chodzenie, nie wspominając o trenowaniu…

Jestem bardzo krytyczny wobec siebie, a na wynik zawsze patrzę w szerszym kontekście: można wygrać, będąc słabym, albo przegrać, będąc bardzo mocnym. Myślę, że mało kto postrzega tę kwestię w ten sposób, jednak ja zawsze chciałem być coraz lepszy, coraz bardziej podnosić swój poziom i bywało, że zajmowałem drugie miejsce, a cieszyłem się bardziej niż z wygranej, bo wiedziałem, jak szybko coś udało mi się zrobić i na jaki poziom wejść.

Należę do zawodników, którzy nie boją się ciężkiego treningu i dużych prędkości, jednak zawsze miało to odbicie w początkowej fazie sezonu – startowałem wówczas sporo poniżej oczekiwań. Stosując metodę “gdy startuję, nie trenuję” wychodziłem z przemęczenia właśnie poprzez starty. Oczywiście trening wykonywałem nadal, jednak była to połowa tego, co robiłem w okresie przygotowawczym.

Jeszcze ze spostrzeżeń po Sierakowie – powinienem podrasować swój sprzęt kolarski, bo w tej kwestii standardy podniosły się o kilka albo kilkanaście tysięcy złotych.

Miałeś aż półtora roku przerwy w startach. Czy w tym okresie znalazł się czas na “długie roztrenowanie”, czy przez cały ten czas trenowałeś? Jakie były Twoje założenia w tym czasie?

– Najpierw zająłem się leczeniem jelit – miałem z nimi spore problemy i przez kolejne pół roku dokuczały mi różne dolegliwości [Przypomnijmy – Sylwester w maju 2013 roku wrócił z obozu z Portugalii z ciężkim zapaleniem jelit, wymagającym długiej hospitalizacji – przyp. red.] Mogłem jednak pływać, więc kontynuowałem pracę na basenie. W głowie wciąż miałem Kustera jako zawodnika, który na Pucharze Europy wykręca czas biegu taki, jak podiumowa trójka, ale – przez stosunkowo kiepskie pływanie – wszystko z drugiej grupy zawodników. Parę razy udało mi się ogromnym kosztem dojechać do pierwszej grupy i mocno pobiec, co kończyło się choćby czwartym miejscem na Pucharze Świata. Jednak dojazd na rowerze kosztował mnie tyle, że nie wystarczyło mi energii na cały bieg i nie wykrzesałem z siebie tyle, ile w tej części mógłbym pokazać. Założyłem sobie, że nawet jeśli miałoby mi się nie udać drastycznie poprawić swojego pływania, to po tej całej wykonanej pracy popatrzę w lustro z czystym sumieniem i powiem sobie: zrobiłem, co mogłem. Absolutnym priorytetem było więc pływanie; oczywiście nie pomijałem pozostałych dyscyplin, jednak poprawa na rowerze i w biegu przychodzi mi o wiele łatwiej. Chciałbym w tym miejscu napomknąć, że moja przygoda ze sportem zaczęła się w wieku 17 lat praktycznie od zera – nie umiałem pływać, rower był ostatecznym wyjściem, żeby gdzieś się przemieścić, a bieganie…? Po co biegać, skoro są autobusy…?

Jakie są Twoje plany na dalszą część sezonu? Stawiasz na dystanse olimpijskie czy na długie?

– Mój trening jest ukierunkowany bardziej pod dystans olimpijski. Do 1/2 Ironmana nie trzeba pływać tak dużo ani tak mocno, nie są też potrzebne tempa biegowe, które kończysz na 2:50/km. To samo tyczy się roweru – szarpana jazda z kolarzami to nie jest odpowiedni bodziec dla typowego długasa. Staramy się z trenerami lekko kierunkować trening pod zawody, na których startuję, jednak stanowczo nie jest to trening do długich dystansów. Obieramy kierunek, który umożliwi mi dalszy rozwój w perspektywie lat. Moim zdaniem zawodnik, który został wcześniej “zamulony”, nigdy nie wykrzesa 100% swojego potencjału. W każdej dyscyplinie sprawdza się prosta zasada; na przykładzie biegania –  jeśli chcesz biegać półmaraton w granicy 1:07-08, co daje możliwość na bieg w 1/2 Ironmana w okolicach 1:11-1:13, musisz być w stanie pobiec 10 kilometrów w mniej więcej 31 minut. Żeby mieć taką “dyszkę”, wypadałoby łamać 15 minut na 5 kilometrów, a tego też nie zrobisz, jeśli biegasz kilometr w 2:50 .

Do czego zmierzam – zawodnik, który zaniedbał swoją szybkość, chcąc jak najszybciej kształtować wytrzymałość, narzucił sobie blokady wynikowe, które często są już nie do wyciągnięcia na wyniki międzynarodowe.

Zawsze powtarzam, że młodym zawodnikom można wybaczyć brak wytrzymałości, ale nie techniki i szybkości. Wytrzymałości nabiera się z czasem, wraz z “wyklepanymi” kilometrami i stażem treningowym, za to z szybkością jest zupełnie inaczej. Jak wielu trenerów patrzy na swoich podopiecznych w perspektywie 10-letniej kariery?

Nie chcę specjalizować się w długich dystansach zbyt wcześnie. Dopóki mogę poprawiać szybkość, chciałbym to wykorzystać. Będę startował na dystansie 1/2 Ironmana, jednak bardziej po to, aby zdobywać doświadczenia na kolejne lata.

Czy będziesz starał się o kwalifikacje do igrzysk olimpijskich Rio 2016?

– To mocno skomplikowane. Jest taka możliwość, jednak wymaga to bardzo wysokiego poziomu sportowego. Zrobiłem swoje, ale dopiero w drugiej części sezonu okaże się, co z tego wyszło. Do tego dochodzi aspekt finansowy, który na obecną chwilę jest barierą, o której wołałbym nie myśleć – chcę skupić się na treningu i startach.

Co zmieniło się w Twoim okołotreningowym życiu w stosunku do “poprzedniego rozdziału”, tj. przed okresem półtorarocznej przerwy? Czy jesteś wciąż w tym samym klubie, trenujesz z tymi samymi osobami?

– Myślę że wiele rzeczy zmieniło się na lepsze. Po pierwsze: odzyskałem radość z treningu. Trenuję, bo lubię, a nie dlatego, że spoczywa na mnie odpowiedzialność wynikowa. Założyłem też Triathlon-X-Team i zacząłem pracować jako trener. Bardzo lubię taką pracę. Od zawsze interesowałem się treningiem, czytałem dużo książek, rozmawiałem z trenerami. Na studiach miałem dobre wyniki z przedmiotów, które mogły mi się przydać w rzemiośle trenera – resztę zdawałem na trójki (śmiech).

Jeśli chodzi o sport kwalifikowany, reprezentuję wciąż ten sam klub – WLKS Kmicic Częstochowa. Okazali mi wsparcie w momencie, w którym go potrzebowałem, a ja teraz postaram się za to odwdzięczyć jak najlepszymi wynikami. Współpracuję z tym samym trenerem pływania, Mariuszem Waliczkiem, oraz trenerami, którzy pod nieobecność trenera Mariusza prowadzą mi treningi: Arturem Kieljanem i Ewą Hofman. W bieganiu pomaga mi Darek Jurkowski, który ma ogromną wiedzę i niesamowite poczucie humoru. Myślę, że nawet ktoś taki jak ja potrzebuje osoby, z którą może podzielić się wrażeniami i odczuciami z treningu. Bardzo ważne jest, żeby ktoś popatrzył na zawodnika z boku. Nasze – zawodnicze – odczucia są mocno subiektywne, a gdy jesteśmy na granicy przetrenowania, widzimy sprawy jeszcze węziej. Jeśli chodzi o sponsorów – trudno jest utrzymać ich przy sobie, gdy się nie startuje, jednak po części mi się to udało. Zapewne była to z ich strony bardziej dobra wola niż widmo wielkiego biznesu.

Czy tak odpowiedzialne i pochłaniające zajęcie, jakim jest praca trenerska – bieżące monitorowanie planów treningowych innych osób i niejako “życie ich sportem” – nie koliduje z Twoim własnym trybem treningowym?

– Myślę, że nie. Na samym początku założyłem sobie, że nie będę robił “masówki” – nałożyłem limity pod względem liczby zawodników, których jestem w stanie odpowiednio doglądać. Każda osoba jest zupełnie innym zawodnikiem, wymaga indywidualnego podejścia.

Sport od wielu lat jest moją profesją. Szkoliłem się w tym kierunku poprzez państwowe placówki edukacji i za pośrednictwem mniej formalnych, lecz równie cennych źródeł, takich jak możliwość dyskusji, dzielenia się planami z polskimi i zagranicznymi trenerami i zawodnikami. Jeśli chcesz być w czymś naprawdę dobry, musisz pracować nad tym wiele lat – dotyczy to zarówno zawodnika, jak i trenera. Bardzo lubię trenować ludzi, robiłem to już wcześniej – rozpisywałem plany młodszym czy słabszym zawodnikom, uczyłem techniki, korelacji między dyscyplinami i podejścia do treningu. Zbierałem dzięki temu mnóstwo doświadczenia. Przygotowywałem ludzi do niemal wszystkiego – od pływania na 50 m, poprzez biegi na 400 i 1500 metrów do zawodów kolarskich czy maratonu.

W moim mieście ludzie wiedzieli, że Sylwek może przygotować cię na egzaminy czy testy. Im ciekawsze zadanie, tym chętniej się zgadzałem – bardzo lubię stawiać sobie wyzwania, nie tylko zawodnicze, ale i trenerskie. Sam też zawsze starałem się czerpać jak najwięcej z możliwości, jakie dawało mi trenowanie oraz utrzymywanie kontaktów z zawodnikami i trenerami zagranicznymi. Wielu trenerów w Polsce zarzucało mi, że zamiast skupiać się na sobie, rozmawiam z innymi zawodnikami i trenerami na temat ich treningu. Jednak zawsze chętnie słuchałem tego, co mają do powiedzenia inni, bo nawet z najgłupszej teorii można wysnuć odpowiednie wnioski. Moja droga zawodnicza wymagała tego, żebym był samodzielny, żebym sam umiał dać sobie radę w każdej sytuacji. Zawsze w ten sposób podchodziłem do życia i sportu. Nie miałem nigdy niczego podanego na tacy, musiałem wszystko wywalczyć – jednak kiedy przyszła odpowiednia chwila, te umiejętności okazały się bardzo przydatne. Co tu dużo mówić: niezależnie od tego, czy patrzę na to jako zawodnik, czy trener, sport to moje życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger