Archiwa tagu: maratony zagraniczne

Baltic Sea map

A może za morze? Maratony w krajach nadbałtyckich w 2014 roku

„Bałtyk jest zimnym morzem i dlatego miłość nad morzem udać się nie może…” głosił swego czasu w swoim wakacyjnym hicie zespół Kulturka. Wiedzeni ciekawością sprawdziliśmy zatem gdzie wokół Bałtyku można się udać… na bieganie. Znamy już terminy maratonów, odbywających się w stolicach wszystkich dziesięciu nadbałtyckich krajów w 2014 roku.

morze

Do najbliżej położonych krajów (Niemcy, Litwa, Łotwa) najwygodniej i najtaniej dojechać własnym autem, kursowym busem lub pociągiem. Kraje skandynawskie kuszą przeprawami promowymi i tanimi liniami lotniczymi. Warte rozpatrzenia są też kursy łączone, np. samochodem do Tallina i ze stolicy Estonii już promem do Finlandii czy Szwecji. W dobie limitów wyczerpujących się w ciągu tygodni, dni i godzin – warto zaplanować wyjazd i start z odpowiednim wyprzedzeniem.

Na majowe ściganie można się wybrać na Łotwę, do Danii lub do Szwecji. W Rydze należy zachować czujność i zdrowy rozsądek – miasto słynie z przebogatej oferty nocnych klubów, mimo, że nad moralnością centrum łotewskiej stolicy czuwają wieże aż czterech kościołów – każda zwieńczona kogutem na wiatrowskazie.

Spokojna, płaska trasa malowniczymi ulicami dzielnicy secesyjnej i starówki, choć mija się i współczesne osiedla. Wspólny start maratonu i półmaratonu w centrum miasta. Półmaraton wcześniej zbiega do mety – niektóre miejsca przebiega się dwukrotnie, ale nie ma podwójnej pętli. W 2013 roku maraton ukończyło 1018 zawodników. Najszybszemu zajęło to 02:15:34.

18 maja 2014 – Nordea Rigas Maratons  (więcej informacji na: www.nordearigasmaratons.lv)

Kopenhaga to miasto jak z bajek Andersena, nic więc dziwnego, że jednym z symboli miasta jest pomnik małej Syrenki. 175 kg rzeźba (niewskazana waga startowa) została ufundowana przez rodzinę właścicieli browaru Carlsbergo i w ten sposób „płynnie” przechodzimy do kolejnej atrakcji Kopenhagi – siedziby jednego z największych na świecie browarów.

2:17:23 – tyle czasu zajęło najszybszemu biegaczowi ukończenie maratonu w Kopenhadze w 2013 r. Wraz z nim do mety dobiegło 9503 zawodników.

18 maja 2014 – Nykredit Copenhagen Marathon (więcej informacji na: www.copenhagenmarathon.dk)

Sztokholm zaprasza do zwiedzania muzeum największego światowego zjawiska kultury popularnej – zespołu ABBA. Dziesiątki i setki przebojów tej grupy (w orginale i coverach) okupują rozmaite listy przebojów. Mało kto jednak wie, że jeden z członków zespołu – Bjorn Ulvaeus przebiegł sztokholmski maraton i to z niezłym, jak na amatora wynikiem, 3 godziny, 23 minuty, 54 sekundy.

Sam maraton rozgrywany jest nietypowo – bo w sobotę. Trasa to dwie pętle raczej pofałdowanej asfaltowej drogi z metą na oldskulowym ponadstuletnim stadionie. Sympatycznym gestem w stronę biegaczy jest nadruk na numerze startowym imienia, nazwiska, narodowości i flagi państwowej. 14 676 biegaczy przebiegło 42 kilometry w Sztokholmie w ubiegłym roku. Najszybszy uczynił to w czasie 2:16:13.

31 maja 2014 – ASICS Stockholm Marathon (więcej informacji na:  www.stockholmmarathon.se)

Później mamy dwa miesiące przerwy na regenerację. W sierpniu Finlandia zaprasza do Helsinek. Samo miasto ma niewiele zabytków do zwiedzania (np. górującą nad miastem Katedrę Luterańską), ale warto wybrać się z sentymentalną wycieczką na stadion olimpijski. To tutaj w 1952 r. olimpijski ogień odpalał legendarny Paavo Nurmi, a 3 złote medale (5 km, 10 km i maraton) zgarnął – nie mniej legendarny – Emil Zatopek.

2:22:25 to czas netto najszybszego maratończyka w Helsinkach w 2013 r. Na mecie sklasyfikowano 4370 uczestników maratonu.

16 sierpnia 2014 – Gatorade Helsinki City Marathon (więcej informacji na: www.helsinkicitymarathon.fi)

I wreszcie nadchodzi jesień i wrześniowy urodzaj maratońskich zmagań.

W Wilnie można wystartować na kilku dystansach: maraton, półmaraton, 10 km i symboliczne 4,2 km. Warto tam zajrzeć na kilka dni, by zwiedzić zabytki bliskie polskiemu sercu jak Ostra Brama, czy też Samozwańczą Republikę Zarzecze – dzielnicę artystów. Trasa maratonu na pewno nie należy do nudnych: podbiegi, zbiegi, mnóstwo soczystej zieleni, zabytkowe kręte uliczki. Sympatyczna, „kameralna” jak na europejski maraton impreza.

Najlepszy rezultat, jaki zanotowano w 2013 roku to 2:27:19. Bieg ukończyło 424 zawodników.

14 września 2014 – XIth Danske Bank Vilnius Marathon (więcej informacji na: www.vilniausmaratonas.lt)

Stolica Estonii jest pełna polskich akcentów, takich jak port, zaprojektowany przez Jerzego Wendę (kierownika rozbudowy portu w Gdyni). Port, w którym na początku II w. św. został uwięziony okręt podwodny ORP Orzeł – w pobliżu Bramy Morskiej umieszczono tablicę, upamiętniającą brawurową ucieczkę polskich marynarzy. Dzielnica portowa Tallina to również obiekty olimpijskie z 1980 roku, skąd polscy wioślarze przywieźli srebrny i złoty medal.

W 2013 roku maraton w Tallinie ukończyło 1730 biegaczy. Najszybszemu z nich zajęło to 2:15:01.

14 września 2014 – SEB Tallin Marathon (więcej informacji na: www.tallinnmarathon.ee)

Różnie bywało z Moskiewskim Maratonem Pokoju. Zdarzały się zmiany trasy w ostatniej chwili, brak oznakowań kilometrów, nieregularnie rozstawione punkty nawadniania, a kibice – o ile już byli – stali za regularnym kordonem żołnierzy. Od Mistrzostw Świata w Lekkiej Atletyce w 2013 ustalono stałą trasę – start i meta na stadionie sportowego kompleksu Łużniki, bieg ulicami wzdłuż rzeki Moskwy i poprawiono standardy.

2:19:36 to wynik zwycięzcy ubiegłorocznego moskiewskiego maratonu, który okazał się bardzo kameralny (150 finiszerów).

14 września 2014 – Moscow Marathon (więcej informacji będzie można znaleźć na stronie organizatora: www.moscowmarathon.org)

W Oslo warto odwiedzić bliską sercu każdego Polaka skocznię narciarską, gdzie spikerzy obwołali Adama Małysza „królem Holmekollen”, choć właściwy monarcha, JKM Harald zasiadał właśnie na trybunach. W chwili obecnej możemy zwiedzać nowoczesny obiekt – zbudowany w 2011 roku na mistrzostwa świata. Stara 100-letnia skocznia została wcześniej rozebrana.

Maraton w stolicy Norwegii ukończyło w 2013 roku 1822 zawodników, z których najlepszy dobiegł w 2:24:50.

20 września 2014 – Danske Bank Oslo Marathon (więcej informacji na: www.oslomaraton.no)

Maratonu Berlińskiego nie trzeba specjalnie reklamować – 9 rekordów świata mówi same za siebie. Przyjazna trasa, perfekcyjna organizacja i żywiołowa masa kibiców, to coś, czego każdy maratończyk powinien skosztować. Bliskość i dogodne opcje dojazdu sprawiają, że Polacy są jedną z najliczniejszych goszczonych tam reprezentacji. Na ten rok limit miejsc już dawno wyczerpany, więc warto pilnować, kiedy ruszą kolejne.

W 2013 roku na maratonie berlińskim padł kolejny rekord świata – 2:03:23. Udziałem w rekordowym biegu może się pochwalić 34 350 biegaczy.

28 września 2014 – BMW Berlin Marathon (więcej informacji na: www.bmw-berlin-marathon.com)

Maraton Warszawski ściąga coraz liczniejsze rzesze amatorów biegania na długich dystansach, w tym – coraz lepszych sportowców. Docenił to „Przegląd Sportowy” przyznając jedne z najbardziej prestiżowych nagród sportowych w Polsce. Podczas Gali Mistrzów Sportu 79. Plebiscytu „Przeglądu Sportowego”, obok wyróżnionej dziesiątki sportowców, ogłoszony został werdykt o przyznaniu tytułu Masowej Imprezy 2013 roku dla 35. PZU Maratonu Warszawskiego. To pierwsza impreza biegowa w Polsce, która zdobyła tak prestiżowe wyróżnienie.

Warto też podkreślić, że przybywa w stolicy nowych obiektów, które ściągają do nas głodnych atrakcji obieżyświatów z całego świata: m.in. Ogrody Biblioteki Uniwersyteckiej, Centrum Nauki Kopernik, Multimedialne Muzeum Chopina, skarpa Zamku Królewskiego z Parkiem Fontann oraz (a może przede wszystkim) Stadion Narodowy. To na płycie Stadionu Narodowego mieści się meta maratonu, dzięki czemu każdy może stać się Bohaterem Narodowego. W 2013 roku maraton ukończyło 8506 osób, a najszybszy pokazał się na mecie z czasem 02:20:34.

28 września 2014 – 36. Maraton Warszawski (więcej informacji na: www.maratonwarszawski.com)

Baltic Sea map

Ciekawym i wartym śledzenia wydarzeniem będzie najprawdopodobniej Bałtycki Supermaraton Dialogu. 30-osobowa sztafeta wystartuje 20 września z Kaliningradu i po pokonaniu ok. 1400 kilometrów oraz odwiedzeniu kolejno Wilna, Rygi i Tallina 4 października zakończy swój bieg w Petersburgu.

baltycki supermaraton

Wszystkim Czytelnikom życzymy przyjemnego planowania startów. To chyba najprzyjemniejsze zajęcie w sezonie „gdy stygnie ciało stygnie uczucie na boso nie da biegać się w bucie”.

VCM - Strauss

Everybody Waltz! – nad pięknym modrym Dunajem

VCM - Strauss

Ten maraton odbędzie się w połowie kwietnia, ale powoli kończą się miejsca na liście startowej. Dla tych, którzy zastanawiają się, czy 13 kwietnia pobiec w jednym z krajowych maratonów, czy może jednak wybrać się za bliską granicę – kilka słów o tym, co ich czeka w Wiedniu.

Limit miejsc na maratońskiej liście startowej wynosi 9000, a ponad 6500 już rozeszło się jak ciepłe bułeczki. Ale biegaczy w Wiedniu będzie dużo więcej, bo biegi są trzy, nie licząc dziecięcych. Wspólnie z maratonem startuje jeszcze półmaraton (genialna trasa z najszybszym finiszem, jaki widziałam, półtora kilometra szerokiej prostej w dół…) oraz sztafeta na dystansie maratońskim (sztafety są czteroosobowe). W sumie w tej chwili na liście jest grubo ponad 17 000 biegaczy, a organizatorzy oceniają, że ich liczba sięgnie 40 000. Jeżeli tak będzie, Wiedeń dołączy do największych maratonów w Europie. Ale czy do najlepszych…?

Od razu zaznaczę, że mój opis nie jest specjalnie obiektywny, ponieważ kiedy ja biegłam w Wiedniu, pogoda akurat była paskudna (czyli w sam raz dla biegaczy, zimno i deszczowo). A na dodatek zrobiłam tam życiówkę po kilku latach posuchy jeżeli chodzi o osobiste rekordy w maratonie. Dlatego na mecie płakałam rzewnymi łzami szczęścia i kilka rzeczy mogłam przegapić. Tak jak przegapiłam, że namiot do którego się wpakowałam w sam raz na toast szampanem, to właściwie impreza zamknięta któregoś ze sponsorów. Nikt mi nawet nie zwrócił uwagi.

Wczuć się w klimat

VCM - ratusz

Do Wiednia warto pojechać już w czwartek czy piątek. Można samochodem, można pociągiem, można – i najwygodniej jest – samolotem. Dlaczego w czwartek? Choćby dlatego, żeby spokojnie wniknąć w atmosferę miasta. A pod miejscowym ratuszem akurat o tej porze roku odbywa się kiermasz produktów regionalnych, przede wszystkim win, więc… akurat jest jeden dodatkowy wieczór na popróbowanie produkcji austriackich winnic w cenach, które nie powalają. Poza tym można też popatrzeć, jak już w czwartek stoi gotowa niemal strefa mety, ustawiają się wozy transmisyjne, stoi całe zaplecze.

Chaos na EXPO

Ale zanim dotrzemy w strefę mety – czeka nas wizyta na EXPO. Bałagan w biurze zawodów przypomina co poniektóre bardziej zaściankowe imprezy z naszej cudownej prowincji. Kolejek co prawda nie ma, ale pakiet zbiera się, ganiając po całej hali targowej – osobno numer, osobno koszulka, osobno kupon na pasta party, osobno….chip. Do dziś pamiętam, że wolontariuszka wydająca numery nie była w stanie nas poinstruować, gdzie się odbiera koszulki, gdzie – bilety na Pasta Party. Właściwie wiedziała tylko, gdzie się odbiera resztę – poza numerem – pakietu. Nie wspomniała też o chipach. Koszulki znaleźliśmy po trzecim obejściu Expo, dobrze, ze było niewielkie. A chip nie był integralną częścią numeru ani pakietu i trzeba go osobno pobrać, uiszczając opłatę jedynych 10 euro (7 do zwrotu za metą). W gotówce…

Samo EXPO nie powalało obfitością oferty, za to zdarzały się bardzo atrakcyjne ceny na buty. Ale w tych mniej popularnych rozmiarach.

Koncert klasyki, party w Ratuszu

W piątek jeszcze można wybrać się na specjalny koncert dla maratończyków. Strauss i Mozart, walczyki, polki, marsze – i to tam, gdzie sam Strauss dyrygował swoją orkiestrą. Jeżeli jeszcze raz pojadę do Wiednia – to na ten koncert. A nowe hasło maratonu nad pięknym modrym Dunajem to „Everybody Waltz!”

W sobotę mamy kolejny puzzel maratońskiej układanki. Pasta Party w Ratuszu. A właściwie – Friendship Party, bo nie o to chodzi, żeby się najeść, ale – żeby w dobrej atmosferze o bieganiu pogadać i do biegu się przygotować. Friendship Party odbywa się w RATUSZU (tak, zabytkowym) w pięknej Sali Balowej, z kryształami, złoceniami i wszystkimi szykanami. Makaron (albo lokalny deser Kaiserschramm, czyli omlet biszkoptowy z musem owocowym i cukrem pudrem) podawany jest na porcelanie Villeroy&Bosch, na scenie na żywo przygrywa pianista. A do makaronu (czy omleta) można sobie zażyczyć BEZALKOHOLOWE piwo (które ma być też na mecie). Oczywiście, za tę przyjemność trzeba zapłacić, bilety można zamówić przy zapisach – albo kupić na miejscu.

Na trasie

VCM z gwiazdami

Ale najważniejszy zawsze jest dzień maratonu. Na start dojeżdża się bez problemu, bo po Wiedniu w ogóle jeździ się bez problemu, zwłaszcza metrem. Od stacji metra nie da się nie zauważyć dziesiątek ciężarówek, które potem przewożą depozyt w strefę mety. Na każde auto wchodzi 700 worków. Przy 9000 maratończyków długo się idzie szpalerem ciężarówek. I długo się stoi w kolejce do toitoja.

Start odbywa się falami, ale bałagan startowy jest prawie jak wszędzie, chociaż szeroka ulica ułatwia wymijanie. Na trzecim łączą się  dwie nitki startujących – zmiana pasa wcześniej po starcie groziła dyskwalifikacją. Bieg tak naprawdę zaczyna się na Praterze. Od  kilometra – punkty z wodą. Strasznie krótkie, to nie warszawska rozpusta… Trzeba się spieszyć i dobrze zorganizować, żeby nie minąć punktu. Przy niektórych – samoobsługa… Z Prateru trasa wypada nad kanał gdzie odczuwalne są  podbiegi przy mostkach. Potem maratończycy biegną koło ścisłego centrum, stamtąd trasa prowadzi w okolice Schonbrun. Tu zaczyna się solidny podbieg. A skoro mamy podbieg – jest i zbieg. Jakieś półtora kilometra – praktycznie do półmetka wielką piękną Mariahilferstrasse. Trzeba bardzo uważać, żeby nie zakwasić mięśni, zwłaszcza że półmaratończycy już finiszują, a maratończycy dokładnie widzą ten czerwony dywan – prosto do mety.

Maratończycy biegną dalej – znowu na Prater. W przyszłym roku kilometry między 26. a 30. Zostały nieco zmienione, nowa trasa ma być bardziej płaska i przyjazna maratończykom. Na samym Praterze znów trasa nieco kluczy, ale za to na punktach pojawia się… odgazowana Coca-Cola, całe miednice odgazowanej coli. Na tym etapie biegu to działa jak cudowny eliksir. Ostatnie kilometry – to znowu podbiegi nad kanałkiem i jeszcze jeden podbieg już w centrum. Ostatnie 200 m do mety jest zupełnie magiczne. Metę widać z daleka. I czerwony dywan. I zegar. Z bardzo wyraźnym wyświetlaczem.

A za metą – medal. Z kryształkami, bo jakże by inaczej!

Pomaratońskie spacery

Kilkadziesiąt metrów dalej dopiero, już na dziedzińcu Hofburga – woda, piwo. I torba z jakimś owocem. Dopiero daleko dalej, już w strefie z kibicami, znajdują się kontenerki na chipy – tam można odzyskać kaucję (7 euro). A wozy z depozytem stoją aż pod Kunstmuzeum – to prawie kilometr spaceru. Za to prysznice są w miarę niedaleko. W namiotach. Ale z gorącą wodą.

A potem już można wylec do parku na piknik. Oczywiście, z wyżywieniem pełnopłatnym. Żadna tam pomidorowa czy inna grochówka. Ale i tak w barach na trawniku – tłum. Pomaratońska impreza rozkręca się w pewnej korelacjo do pogody.

Inna kultura?

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę wyjeżdżając do Wiednia? Na prasę. Lokalne gazety, nawet darmowe bulwarówki, sporo miejsca poświęcają maratonowi. Ale w tekstach nie ma ani słowa o tym, że „biegacze zablokują miasto”, „maratończycy zakorkują Centrum”, „miasto stanie przez biegaczy”. Nic z tych rzeczy. Wiecie, o czym pisze wiedeńska prasa? Otóż: „36 tysięcy ludzi wystartuje w maratonie i towarzyszących mu biegach. Miasto zarobi na tym…” (i tu wyliczenie, ilu biegaczy i skąd przyjedzie, ile dni spędzą w Wiedniu, ile średnio wydadzą…) Można?

31. Vienna City Marathon – 13 kwietnia 2014

Start: godz. 9.00.

Limit czasu: 6 h

Limit uczestników maratonu: 9000

Opłaty startowe:

1-2000 € 60,-
2001-7500 € 80,-
7501-9000 € 92,-

Więcej informacji: vienna-marathon.com

Frankfurt Maraton impresja

Maratony we Frankfurcie, Wenecji i Lublanie – w niesprzyjającej aurze

W trzech dużych maratonach, które odbyły się w ostatni weekend, zwyciężali niemal wyłącznie Kenijczycy. Najlepszy wynik padł we Frankfurcie – 2:06:15. Tym razem w całej Europie nie dopisała pogoda.

Frankfurt Maraton impresja

Frankfurt

Zapowiadał się na niezwykle szybki bieg, jednak rozgrywał się w silnym wietrze i padającym deszczu. Zawodnicy elity narzekali również na kiepskich „zająców”, którzy prowadzili bieg w szarpanym tempie i szybko zeszli z trasy. Mimo obecności dwóch mocnych Etiopczyków, zdecydowane zwycięstwo odnieśli Kenijczycy. Zawodnicy z tego kraju zajęli pierwsze pięć miejsc w kategorii open. Zawodnicy z Etiopii mimo życiówek poniżej 2:05 wypadli bardzo słabo. Feyisa Lilesa zeszdł z trasy, a Dino Sefir uzyskał czas tylko 2:09:22. Również wśród pań dwie Kenijki przybiegły przed dwiema Etiopkami. Wyniki biegu:

Mężczyźni:

1.Vincent Kipruto (Kenia) 2:06:15
2. Mark Kiptoo (Kenia) 2:06:16
3. Elijah Kemboi (Kenia) 2:07:34
4. Jacob Chesari (Kenia) 2:07:46
5. Albert Matebor (Kenia) 2:08:17
6. Feyisa Bekele (Etiopia) 2:09:17
7. Dino Sefir (Etiopia) 2:09:22
8. Lani Rutto (Etiopia) 2:10:01

Kobiety:

1. Caroline Kilel (Kenia) 2:22:34
2. Flomena Chepchirchir (Kenia) 2:23:00
3. Birhane Dibaba (Etiopia) 2:23:01
4. Mamitu Daska (Etiopia) 2:23:23
5. Eunice Jepkirui Kirwa (Kenia) 2:23:45
6. Yeshi Esayias (Etiopia) 2:24:06
7. Tirfi Tsegaye Beyene (Etiopia) 2:26:57
8. Anna Hahner (Niemcy) 2:27:55

Wenecja

Zawodnicy z Afryki zdominowali również maraton w Wenecji. Wśród mężczyzn dwa pierwsze miejsca, a wśród kobiet zwycięstwo przypadło Kenijczykom i Kenijce. W biegu męskim na trzecim miejscu finiszował mistrz Europy w biegu przełajowym, Włoch Andrea Lalli.

Mężczyźni:

1. Nixon Machichim (Kenia) 2:13:10
2. Raymond Kandie (Kenia) 2:13:11
3. Andrea Lalli (Włochy) 2:14:16

Kobiety:

1. Mercy Kibarus (Kenia) 2:31:14
2. Halima Hassen (Etiopia) 2:38:49
3. Sosena Gezaw (Etiopia) 2:42:29

Lublana

Jedynie w maratonie w Lublanie zwyciężył w weekend zawodnik spoza Kenii. Był nim… Etiopczyk Mulugeta Wami. Podobnie jak we Frankfurcie, pogoda była kiepska, przede wszystkim mocno wiało.

Mężczyźni:

1. Mulugeta Wami (Etiopia) 2:10:26
2. Deribe Robi (Etiopia) 2:10:30
3. Julius Chepkwony (Kenia) 2:10:31
4. Ishimael Bushendich (Kenia) 2:10:32
5. Girma Tefera Goshu (Etiopia) 2:10:50

Kobiety:

1. Caroline Chepkwony (Kenia) 2:27:27
2. Edina Kwambai (Kenia) 2:29:35
3. Emily Chepkemoi Samoei (Kenia) 2:30:01
4. Etalemahu Kidane (Etiopia) 2:31:33
5. Bruktayit Eshetu Degefa (Etiopia) 2:34:19

Amsterdam Marathon

Maratony w Amsterdamie, Dreznie i Magdeburgu, Pekinie i Toronto. Co będzie się działo w weekend?

Amsterdam Marathon

TCS Amsterdam Marathon. Fot. tcsamsterdammarathon.nl

Przedostatni weekend października obfituje w biegi maratońskie w całej Europie. Największym i najbardziej prestiżowym jest bieg w Amsterdamie, gdzie wystartuje kilku mocnych zawodników z Afryki. Oprócz niego ma miejsce kilkanaście innych, bardziej lokalnych biegów, m.in. w Dreźnie, Reims, Magdeburgu czy na Majorce.

Maraton w Amsterdamie

Maraton w Amsterdamie co roku przyciąga silną elitę. W zeszłym roku Kenijczyk Wilson Chebet osiągnął wynik 2:05:41, wśród kobiet zwyciężyła Etiopka Meseret Hailu w czasie 2:21:09. Wyniki te stawiają bieg w Amsterdamie w czołówce europejskiej. Trasa jest płaska, sprzyjająca osiąganiu rekordów. Problemem bywa jedynie wiatr, bo część trasy przebiega nad rzeką. W tym roku ponownie pojawi się Chebet, który ma szansę na trzecie zwycięstwo z rzędu. Zadanie nie będzie jednak łatwe, bo wśród rywali będzie aż dziewięciu biegaczy z życiówkami poniżej  2:07. Wśród nich Etiopczyk Getu Feleke – najlepszy czas 2:04:50 i Kenijczyk Bernard Koech – 2:04:53. Wśród kobiet najlepszą życiówkę ma Valentina Kipketer – 2:24:33, osiągniętą w trudnych warunkach w Kenii. Jest więc szansa na dużo szybszy bieg w jej wykonaniu.

Inne maratony w Europie

Z innych, mniej prestiżowych biegów w Europie mamy m.in. niemieckie Drezno i Magdeburg. W obu biegach, ze względu na bliskość granicy, co roku startuje wielu Polaków. Maraton w Dreźnie przygotował nawet polską wersję informacji przedstartowych, dostępną w internecie. Miłą dla nas historię ma również francuski bieg w Reims. Dwukrotnie zwyciężał tam Leszek Bebło, a wielu innych naszych biegaczy plasowało się w ścisłej czołówce.

Ciekawym biegiem, rozgrywanym na płaskiej trasie wokół jeziora, pięknie położnego w górach Piemontu jest włoskie Lago Maggiore. To mało znany u nas bieg, a trasę ma podobno jedną z najszybszych w Europie. I wreszcie bardzo interesujący maraton na Majorce, gdzie pobiegnie jeden z najbardziej znanych polskich amatorów, Piotr Suchenia.

Maratony poza Europą: Pekin i Toronto

Dwa mocne biegi zostaną rozegrane również poza Europą. Pierwszy z nich to kanadyjskie Toronto, gdzie wystartuje mocny Etiopczyk Derissa Chima, posiadający życiówkę 2:05:42 oraz Kenijczyk Henry Sugut – 2:06:58.

Jeszcze mocniejsi biegacze zaatakują rekord trasy w stolicy Chin, Pekinie. Najszybszy Etiopczyk, Berhanu Shiferaw, posiada rekord życiowy 2:04:48. Jego rodak Tadesse Tola legitymuje się wynikiem tylko o sekundę gorszym – 2:04:49 – oraz tegorocznym brązowym medalem mistrzostw świata. Rywalizować będzie z nimi dwóch mocnych Kenijczyków: Nicholas Kamakya – 2:06:34 oraz Bernard Kipyego – 2:06:29.

Dennis Kimetto - zwycięzca Chicago Marathon. Fot. PAP

2:03:45 Dennis Kimetto blisko rekordu świata w maratonie w Chicago

Dennis Kimetto - zwycięzca Chicago Marathon. Fot. PAP

Dennis Kimetto – zwycięzca Chicago Marathon. Fot. PAP

Znakomita pogoda, mocna obsada i prowadzenie w równym, szybkim tempie sprawiły, że w maratonie w Chicago padły wyniki bliskie rekordowi świata. Kenijczykowi Dennisowi Kimetto do pobicia zabrakło jedynie 23 sekund. Wśród kobiet padł najlepszy tegoroczny wynik na świecie. Zawiedli Amerykanie.

Na starcie tegorocznego maratonu w Chicago stanęli niezwykle mocni zawodnicy, którzy od początku zapowiadali, że interesuje ich tylko szybkie bieganie. Wśród nich Kenijczycy Moses Mosop, Dennis Kimetto i Emmanuel Mutai, z życiówkami 2:03:06, 2:04:16 i 2:04:40 oraz Etiopczyk Ayale Abshero, szczycący się wynikiem 2:04:23. Ich rywalami mieli być najlepsi półmaratończycy świata, w tym rekordzista na tym dystansie, Zersenay Tadese.

Tempo biegu było szybkie od początku. Pierwsza połowa biegu została pokonana w czasie 1:01:52 i wszyscy faworyci trzymali się w grupie. Nieco z tyłu, ale również w bardzo dobrym tempie biegł Amerykanin Dathan Ritzenhein, na którego mocno liczyli kibice. Jego czas na półmetku – 1:03:02, co zapowiadało atak na wynik poniżej 2:06.

Jako pierwszy odpadł rekordzista świata w półmaratonie, Erytrejczyk Tedese. Jak na razie jest on przykładem biegacza, który mimo fenomenalnych wyników z biegów krótszych (58:23 w półmaratonie, 26:37 na 10 000 metrów) nie daje sobie rady na dystansie pełnego maratonu. Po 20 km zaczął zwalniać, a po 25 zszedł z trasy. Na czele zostali sami Kenijczycy oraz Etiopczyk Abshero.

Po 30 kilometrach stawka zaczęła się mocno rwać. Wielu mocnych zawodników nie wytrzymało tempa i albo zatrzymywali się, albo dramatycznie zwalniali. Moses Mosop ukończył wyścig z najgorszym czasem w życiu, 2:11:19. Podobnie Abshero, który na ostatnich 10 km ledwo przesuwał się w kierunku mety, osiągając ostatecznie wynik 2:10:10.

Z przodu zostało tylko dwóch biegaczy: Mutai i Kimetto. Ten pierwszy jest od wielu lat uznanym specjalistą od 42 km 195 metrów, ma za sobą zwycięstwo w Londynie oraz wiele miejsc w czołówce najlepszych maratonów świata. Kimetto to zupełnie inna historia. Do 26 roku życia w ogóle nie uprawiał wyczynowo sportu, ale gdy już zaczął, osiągnął nieprawdopodobne sukcesy. Do niego należy najlepszy w historii debiut w maratonie. Pierwszy start i od razu czas 2:04:16! Drugi start – zwycięstwo w Tokio. Trzeci… i prawie rekord świata.

Kenijczycy długo biegli razem i wydawało się, że nieco lepiej wygląda Mutai. Kimetto był trochę usztywniony. Jego sylwetka wygląda dość dziwnie: typowa kenijska chudość połączona z bardzo szeroką klatką piersiową. Na ostatnich kilometrach oderwał się jednak od rodaka i biegł tak szybko, że wydawało się, że jest w stanie poprawić rekord. Nie udało się, m.in. dlatego, że rekordzista Kipsang w Berlinie również finiszował bardzo mocno, nie było łatwo nadrobić te kilkanaście sekund.

Ostatecznie Dennis Kimetto zwyciężył w czasie 2:03:45. Emmanuel Mutai drugi z wynikiem 2:03:52. Jak widać, można obecnie pobiec poniżej 2:04 i przegrać bieg… Na trzecim miejscu już ze sporą stratą Sammy Kitwara, 2:05:16. Amerykanin Ritzenhein zaczął mocno zwalniać po 30 km, narzekał na skurcze, ale wobec pogromu faworytów przeciętny czas 2:09:45 dał mu piąte miejsce. Słabiej niż oczekiwano wypadł debiut drugiego Amerykanina, Matthew Tegenkampa, w poprzednich latach bardzo mocnego na dystansie 5000 metrów. Ukończył bieg na dziesiątym miejscu z czasem 2:12:28.

KOBIETY

W biegu kobiecym obyło się bez niespodzianek. Zwyciężyła faworyzowana Kenijka Rita Jeptoo, która drugą połowę dystansu przebiegła wyraźnie szybciej niż pierwszą, 1:11:15 i 1:08:42. Tempo biegu rosło cały czas, ostatnie 5 km zwyciężczyni pokonała w znakomitym czasie – 15:56!  Na mecie osiągnęła czas 2:19:57, który jest najlepszym w tym roku na świecie.

Rywalki odpadały kolejno. Na drugim miejscu dobiegła kolejna zawodniczka z Kenii, Jemima Jelagat, z wynikiem 2:20:48, to jej nowy rekord życiowy. Na trzecim miejscu Rosjanka Maria Konowałowa. 39-letnia biegaczka również osiągnęła najlepszy wynik w życiu, dobiegając z czasem 2:22:46, najlepszym w tym roku w Europie.

Maraton w Sewilli. Fot. Marek Tronina

23 lutego 2014: Maraton Ciudad de Sevilla – maraton Aleją Kolumba

Sewilla - tu odbywa się co roku w lutym maraton. Fot. Istockphoto.com

Fot. Istockphoto.com

Pobiec w Sewilli to pobiec w jednej z historycznych stolic świata. Były nią Ateny, potem Rzym, w XVIII wieku prymat światowy dzierżył Paryż, do połowy XX wieku najważniejszym miastem świata był Londyn, teraz jest nim pewnie Nowy Jork. W połowie XVI wieku prymat pierwszeństwa na ziemskim globie należał właśnie do Sewilli, która była głównym portem przeładunkowym towarów sprowadzanych z Nowego Świata.

Maraton w Sewilli odbywa się co roku w lutym. Więcej informacji na stronie organizatora: maratondesevilla.es

W 2014 roku odbędzie się 23 lutego. Już można zgłaszać swój udział, zapisy będą otwarte do 19 lutego.

Nie bez powodu główna nadrzeczna aleja miasta nosi nazwę Avenida Cristobal Colon (czyli Aleja Krzysztofa Kolumba). To przecież tutaj żeglarz spoczął w trzy lata po śmierci (początkowo ciało było złożone w Valladolid). Sewilla jest zresztą jednym z miast, które szczycą się faktem bycia miejscem pochówku sławnego genueńczyka (który, nota bene, nie wiadomo gdzie spoczywa, choć niedawne badania domniemanych szczątków żeglarza znajdujących się w Sewilli potwierdzają jego bliskie pokrewieństwo ze spoczywającym tam bratem Kolumba). A sewilska katedra, Złota Wieża, Alkazar czy ratusz to absolutne dzieła sztuki, które zobaczyć trzeba i kropka.

Maraton w Sewilli. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli. Fot. Marek Tronina

Maraton w mieście założonym rzekomo przez Herkulesa rozgrywany jest w połowie lutego. Na południu Hiszpanii to pora odpowiadająca mniej więcej przełomowi kwietnia i maja w naszym kraju. Czyli – idealnie pod względem pogodowym. Trzynastego lutego 2011 roku pogoda była szczególnie łaskawa – słonko schowało się za chmurami, nie wiało, a temperatura oscylowała w okolicach 12 stopni.

Maraton w Sewilli zaczyna się i kończy na stadionie noszącym tu nazwę „olimpijskiego”. Sewilla gospodarzem igrzysk nigdy nie była, a stadion igrzysk nigdy nie gościł. Skąd nazwa? Otóż Sewilla dwukrotnie zabiegała o prawo organizacji igrzysk olimpijskich (2004 i 2008 – oba razy bez powodzenia) i stadion miał być oczywiście miejscem rozgrywania zawodów. To na nim odbywały się lekkoatletyczne mistrzostwa świata w roku 1999 oraz finał Pucharu UEFA w roku 2004. Rekordową frekwencję odnotowano na stadionie w dniu 30 września 2010. Tego dnia 80 tysięcy widzów obejrzało… koncert U2. Niestety, stadion robi trochę smutnawe wrażenie – jest usytuowany na obrzeżach miasta, tartan najlepsze lata ma już dawno za sobą, a i otoczenie obiektu nie jest szczególnie malownicze.

Maraton w Sewilli - stadion olimpijski. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli – stadion olimpijski. Fot. Marek Tronina

Trzeba jednak przyznać, że zarówno start, jak i finisz na tym obiekcie to spora przyjemność. Obawiałem się co prawda kończenia biegu przy pustych trybunach, ale sporo osób towarzyszących biegaczom zapełniło trybunę główną, co w połączeniu z hałasem wytwarzanym przez zabawiający wszystkich zespół i spikera dawało dużą frajdę na ostatnich metrach.

Trasa w Sewilli wiedzie szerokimi alejami. Omija co prawda sporym łukiem najbardziej malowniczą część – czyli „centro historico” – ale i tak można dzięki niej zobaczyć sporo przyjemnych i malowniczych miejsc. Ważne – jest płaska. W praktyce zauważalny jest tylko jeden podbieg – na 36. kilometrze – ale i tak jest to tylko tzw. pryszcz. Planując start w tym mieście nie należy zrażać się widocznymi na trasie biegu czterema mostami – są zupełnie niegroźne.

Maraton w Sewilli - zespół zagrzewający do boju na finiszu. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli – zespół zagrzewający do boju na finiszu. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli został absolutnym rekordzistą w kategorii „najdłuższy czas oczekiwania na odbiór pakietu startowego”. Po wejściu do pomieszczenia biura zawodów ujrzałem gigantyczną kolejkę. Po stanięciu na jednym z jej końców czujnie włączyłem stoper, by wyłączyć go dopiero po otrzymaniu numeru startowego. Do równej godziny zabrakło mi zaledwie kilkunastu sekund! Ale to nie koniec. Oto bowiem okazało się, że mam już numer, ale w zasadzie powinienem jeszcze odebrać pakiet startowy (a w nim spodenki, koszulkę i nauszniki sponsorującej bieg firmy Joma, w których co prawda i tak wiedziałem, że nie będę biegał, ale przecież jak dają to nie po to, żebym miał nie wziąć). Decyzja „idę na całość” kosztowała mnie dodatkowe 35 minut czekania.

Co zwraca uwagę biegacza z Polski to fakt bardzo wysokiego poziomu uczestników biegu. Nie chodzi o czołówkę (choć zwycięzca pokonał trasę w czasie poniżej 2:10), ale o hiszpańskich amatorów. Tu się po prostu biega szybko! To, co w Polsce spokojnie wystarcza do zajęcia dobrego miejsca w swojej kategorii wiekowej, w maratonie w Sewilli nie robi już większego wrażenia. Ci goście nie znają się na żartach! Być może częściowym wyjaśnieniem tego zjawiska jest fakt, że tegoroczny maraton w Sewilli był równocześnie czempionatem Hiszpanii na tym dystansie, ale w niczym nie zmienia to faktu, że to był szybki bieg.

Maraton w Sewilli - jeden z licznych mostów. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli – jeden z licznych mostów. Fot. Marek Tronina

Zapewne każdy czytelnik relacji z biegu (nie tylko tej, ale ogólnie) jest ciekaw jak poszło w biegu autorowi. Moja odpowiedź na to niezadane pytanie jest złożona. W kategoriach bezwzględnych: 4:17. Czyli regres, bo jesienią udało mi się po ośmiu latach zejść ponownie poniżej 4 godzin. W kategoriach relatywnych – dużo lepiej, bo moje przygotowania do startu trwały równo pięć tygodni i to licząc od daty pierwszego treningu po półtoramiesięcznej przerwie. Największą dumą napawa mnie zaś fakt na tyle umiejętnego rozłożenia sił, by drugą połowę pokonać szybciej niż pierwszą (w dodatku najszybszym kilometrem okazał się ostatni!). I to już jest satysfakcja. Teraz tylko trzeba to powtórzyć w czasie o godzinę krótszym…

Garść informacji

Adres internetowy biegu: maratondesevilla.es
Wpisowe – 20 euro (stawka podstawowa, płatna do końca lutego).
Do Sewilli nie latają z Polski bezpośrednie samoloty, ale warto poszukać połączeń kombinowanych – na przykład do Barcelony, a potem tanią linią Ryanair, której bilet powrotny na trasie Barcelona-Sewilla można kupić od 30 euro.
Pobyt w mieście (hotel w centrum historycznym miasta) – ok. 60 euro za przyzwoity pokój 3-osobowy za dobę, ze śniadaniem (a w dni powszednie nawet ok. 40 euro za trójkę).

Marek Tronina, „Sewilla – maraton Aleją Kolumba”, Bieganie, kwiecień 2011

Wyspy Alandzkie - tutaj też można pobiec maraton. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Maraton na Wyspach Alandzkich – po asfalcie czerwonym jak cegła

Wyspy Alandzkie - tutaj też można pobiec maraton. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Wyspy Alandzkie – tutaj też można pobiec maraton. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Åland Marathon to październikowa impreza biegowa organizowana w Mariehamn, na Wyspach Alandzkich. Tylko tam biegnie się po czerwonym jak cegła asfalcie, przez mistyczne lasy, jeziora i bagna. Oddycha się najczystszym powietrzem na świecie. Na trasie panuje niezmącona cisza – słyszy się tylko swój własny oddech, łomot serca i burczenie w brzuchu.

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Więcław

No i przychodzi zmierzyć się z prawdziwą samotnością długodystansowca. Ani doping kibiców, ani grupki biegaczy nie motywują, bo ich po prostu nie ma. Tylko konsekwentne kroki na przód z każdą sekundą przybliżają do mety. Oj tak! Wyspy Alandzkie to wyjątkowe miejsce na maraton i niezrównana naturalna alternatywa dla biegów przez miejskie dżungle…

Gdzie te Wyspy?

Wyspy Alandzkie to archipelag na Morzu Bałtyckim, położony dosłownie i w przenośni pomiędzy Szwecją a Finlandią – politycznie to część Finlandii, choć kulturowo bliżej im raczej do Szwedów. Sami mieszkańcy niechętnie zaliczają się ani do jednych, ani do drugich. Są bardzo dumni ze swojej odrębności i uważają siebie za niezależny naród. Nic dziwnego! Wyspiarze cieszą się sporą autonomią – mają swój parlament, flagę, tablice rejestracyjne, znaczki pocztowe, a nawet domenę internetową. Dlatego pomimo, że językiem urzędowym jest szwedzki, a waluta to euro, trudno się oprzeć wrażeniu, że Alandy są niezależnym i prężnie działającym państewkiem.

Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Kameralna impreza z długą tradycją

W 2011 roku Åland Marathon obchodził okrągły jubileusz. Maratończycy przemierzali wyspę po raz trzydziesty. Mimo tak długiej tradycji, co roku trasę maratonu przebiega niewielu biegaczy. Trzydziestą edycję ukończyło jedynie 169 osób, jednak reprezentowali aż piętnaście narodowości! Wśród nich byłem jedynym Polakiem. Co więcej, okazało się, że byłem też pierwszym reprezentantem naszego kraju w historii całej imprezy!

Szybka, czerwona trasa z atestem

Trasa maratonu na Wyspach Alandzkich jest szybka – bez ostrych podbiegów i krętych ścieżek. Płaska, prosta i… czerwona. To nie żart! Asfalt na Wyspach Alandzkich ma barwę cegły i nie ma w tym ani krztyny przesady. Organizatorzy zapewniają, że jest to perfekcyjne miejsce do bicia osobistych rekordów. Uczestnicy potwierdzają. Na stronie internetowej imprezy znajduję taki komentarz: „Musi być coś magicznego w tym czerwonym asfalcie na Alandach. Niesie mnie dużo szybciej niż ten w moim kraju”.

I choć rekordy trasy nie imponują (mężczyźni: 2:17:07; kobiety: 2:52:35), to średnie wyniki wszystkich biegaczy są niezłe. W tym roku na 169 maratończyków aż 103 złamało granicę czterech godzin.

Alandzki las alternatywą dla miejskich dżungli

W porównaniu do imprez maratońskich organizowanych w wielkich miastach, w których bierze udział po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, przebiegnięcie maratonu na Wyspach Alandzkich daje inną perspektywę na własne bieganie. Klimat trasy jest zupełnie niepowtarzalny. Oddycha się inaczej. Powietrze jest tutaj chyba najczystsze na świecie. Do tego mistyczne lasy, jeziora i bagna. Wiatr szumiący w koronach drzew, po których buszują wiewiórki. Zachmurzone niebo pokazujące swoje kapryśne, wyspiarskie oblicze. Wśród takiej właśnie magicznej scenerii przekłada się nogi, z uporem zmierzając do mety.

Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Po drugie, mimo obiektywnie łatwej trasy, wyzwanie tutaj stanowi przede wszystkim samotność. Dopiero, kiedy w trakcie biegu maratońskiego zostajemy naprawdę sami, okazuje się jak daleko jesteśmy w stanie dotrzeć. Podczas Åland Marathon nie ma wielu kibiców wzdłuż trasy. Stawka biegaczy bardzo szybko rozciąga się. Trudno więc biec w jakiejkolwiek grupie, a o lokomotywie „biegackiego” peletonu w ogóle nie ma mowy. Na trasie słyszy się tylko „swoje odgłosy” – własny oddech, łomot serca i burczenie w brzuchu. Poza tym dookoła panuje niezmącona cisza. Równie piękna, co przeklęta. Kiedy staje się nie do wytrzymania do tego stopnia, że zaczyna się krzyczeć, wtedy czuje sięprawdziwą wartość długodystansowego biegania.

Mój Åland Marathon 2011

30. Åland Marathon odbył się w niedzielę, 30 października 2011. Start zaplanowany na godzinę 8.30. Ze względu na zmianę czasu z letniego na zimowy można pospać o godzinę dłużej. Plus dla organizatorów! Na linii startu staje niecałe dwieście osób. Wcale nietłoczno, więc bez problemu można znaleźć sobie miejsce. Gotowi? Do biegu! Paf! – wystrzał startera i oto zaczyna się moja czterdziestodwukilometrowa przygoda z czerwonymi nawierzchniami Wysp Alandzkich.

Na początek prawdziwie karminowy tartan bieżni stadionu wyprowadza całą stawkę na przedmieścia stolicy regionu – miasteczka Mariehamn. Biegnę w dość zwartej grupie, głównie chodnikami i ścieżkami rowerowymi (czerwonymi, ma się rozumieć). Zabudowania Mariehamn kończą się jeszcze przed drugim kilometrem, a razem z nimi chodniki i ścieżki rowerowe. Dalej biegniemy czerwoną jezdnią z dość szerokim poboczem. Ruch samochodowy na Wyspach Alandzkich jest minimalny, a kierowcy są bardzo ostrożni. Dodatkowo w newralgicznych punktach trasy organizatorzy zadbali o bezpieczeństwo zawodników całkowicie blokując ruch.

Na pierwszych kilometrach czuję się bardzo dobrze. Z podniesioną głową biegnę po złamanie życiówki sprzed roku w Vancouver (3:52:08). Stawka biegaczy „rozłazi” się powoli. Ja staram się trzymać czteroosobowej grupy Estończyków. Po pięciu kilometrach na stoperze mam niecałe 25 minut. „Za szybko”, mówię do siebie. Wiem, że brakuje mi dyscypliny taktycznej, ale daję się ponieść chwili. Z Estończykami biegnie się się świetnie, więc na razie nie zwalniam.

Pogoda przyjemna do biegania – chłodno, ale bez opadów. Nawet od czasu do czasu przyświeca słońce. Widoki jak z pocztówki – jeziora, lasy mieszane i ten asfalt. Ach! Nawierzchnia ustępuje mod moimi krokami niczym ruchoma bieżnia albo miękki tartan stadionu.

Grzegorz Więcław na maratonie na Wyspach Alandzkich. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Przez pierwszą połowę biegu utrzymuję niezłe tempo, jak na moje obecne możliwości biegowe. Na półmetku jest fantastycznie: 1 godzina i 50 minut. Biegnę cały czas pewny siebie, choć zaczynam odczuwać pierwsze symptomy zmęczenia. Na 23. kilometrze grupa Estończyków ucieka mi, a ja z rozpaczą patrzę na ich systematycznie oddalające się sylwetki.

Teraz zaczyna się prawdziwa walka. Przez kolejne kilometry biegnę w kompletnej izolacji, absolutnej samotności. W promieniu kilkudziesięciu metrów nie ma nikogo, kto mógłby dodać mi otuchy. Brakuje tłumów kibiców dopingujących biegaczy wzdłuż trasy. Nie ma pacemakerów nadających tempo. Nie można nawet liczyć na pozostałych zawodników – są albo daleko z przodu, albo w tyle, za mną. Zostaję w tym biegu sam. To przerażająca, ale też drogocenna konfrontacja z samym sobą.

Tempo mojego biegu wyraźnie spada. Patrząc na sytuację realistycznie wytyczam nowy cel: zamiast złamać życiówkę, staram się o zejście poniżej czterech godzin. Wiem, że jeśli dobiegnę do 32. kilometra z godziną w zapasie to mi się to uda… Niestety, mimo że na 32. kilometrze mieszczę się w założonym czasie, to tracę nadzieję na realizację i tego zadania. Kolano odmawia mi posłuszeństwa i przenikliwym bólem daje do zrozumienia, żebym pojechał dalej autobusem albo zadzwonił po taksówkę.

Nie poddaję się jednak. (…) Kolejne kilometry pokonuję interwałami: 3 minuty biegu (truchtu raczej) i minutę marszu. Tak docieram do 40. kilometra, skąd truchcikiem doczłapuję do mety. (…) Wbrew samotności i bólowi, udaje mi się ten bieg w ogóle ukończyć. Tak ciężko jeszcze nigdy nie było!

Z czasem 4:06:38 zostaję pierwszym Polakiem w trzydziestoletniej historii biegu Åland Marathon. Wbiegając na stadion w Mariehamn słyszę głos spikera łamiący sobie język na moim nazwisku: „Z numerem 53 na stadion wbiega… ekhm… Grezgoz Łikla z Polski”. Mimo czasu, który nie do końca spełnia moje oczekiwania, czuję się jak prawdziwy atleta na jakiejś poważnej imprezie. Do tego jeszcze na stadionie wiszą flagi wszystkich reprezentowanych w biegu państw. Organizatorzy zadbali także o polską, co mnie bardzo wzruszyło.

Na mecie dostaję piękny, okrągły medal. Napawa mnie radością i dumą. Cóż, to dopiero drugi maraton w moim życiu! Każde pokonanie tego morderczego dystansu jest dla mnie wielkim sukcesem! Po biegu czeka mnie jeszcze trochę jedzenia i picia, sesja fotograficzna, a potem długi prysznic i tradycyjna sauna fińska w towarzystwie innych biegaczy.

***

Åland Marathon to fantastyczna, niekomercyjna impreza biegowa! Same Wyspy Alandzkie to część Europy, o której nam niewiele wiadomo. Przepiękna i fascynującą kraina. Dlaczego więc nie wybrać się tam w przyszłym roku? Doświadczyć wyspiarskiego życia i przy okazji przebiec się po niosącym, czerwonym asfalcie?

Grzegorz Więcław, rocznik 87, mieszkał już i biegał w sześciu krajach świata. Obecnie studiuje psychologię sportu i aktywności fizycznej na Uniwersytecie w Jyväskylä w Finlandii. Prowadzi tematycznego bloga na temat psychologii sportu: emsep.blogspot.com

Garść informacji:

  • Åland Marathon odbywa się w ostatni weekend października
  • dystanse: maraton, ½ maratonu i 10 km „fun run”
  • koszt około 40 €
  • więcej informacji i rejestracja na stronie internetowej biegu: www.marathon.aland.fi/
  • na Wyspy najlepiej dotrzeć promem. Regularne połączenia kursują między Mariehamn a Szwecją, Finlandią i Estonią.

Grzegorz Więcław, „Wyspy Alandzkie, sam na sam ze sobą”, Bieganie, marzec 2012

Maraton w Wilnie

Na litewskim bruku – półmaraton i maraton w Wilnie

Litwa to kilkaset lat wspólnej historii (o którą zdaje się Litwini mają do nas sporo pretensji), zeppeliny i kołduny, Ostra Brama, wszechobecne ślady polskości i Polaków, Mickiewicz będący tak samo jak i u nas narodowym wieszczem. Wilno jest na tyle niedużym miastem, że jeden weekend wystarczy, by nasycić się nim w pełni.

Plan był prosty – w piątek po południu przyjazd, rejestracja, pasta party i pierwszy wypad na Stare Miasto. W sobotę do południa start, a potem dalsze poznawanie uroków wąskich uliczek centrum miasta. Niedziela to zataczanie coraz szerszych kół wokół centralnych miejsc Wilna i powrót, przerwany jedynie wizytą w zamku w Trokach.

Pierwszy problem nastąpił już w piątek. Opóźniony (tradycyjnie) wyjazd sprawił, że na Litwie znaleźliśmy się później, niż chcieliśmy. No i okazało się jeszcze, że między nami a nimi jest godzina różnicy, przez co z pasta party wyszło niewiele. No i rejestrację w biurze trzeba było przełożyć na sobotę.

Następnego dnia rankiem z pewną dozą zazdrości obserwowaliśmy zmagania organizatorów z rozpoczęciem biegu. Centrum zawodów znajdowało się w samym środku miasta, naprzeciwko archikatedry, ale skala przedsięwzięcia była tak niewielka, że w praktyce całość załatwiały 4 niewielkie namioty i baner startowy, rozciągnięty między dwoma latarniami. Za to trasa biegu na pierwszych kilkuset metrach była odgrodzona od chodnika wysokimi metalowymi płotami – zupełnie tak samo jak końcówka maratonu w Paryżu. Od razu widać było, że miasto ma tu wiele do powiedzenia i że to, co do niego należy wykonuje w zakresie organizacji bardzo porządnie. Ba, solidne przegrody można było potem znaleźć niemal na wszystkich skrzyżowaniach na trasie biegu – nawet takich w środku sporego lasu, który miał być częścią naszego biegowego doświadczenia około połowy okrążenia (bieg rozgrywany był na 21-kilometrowej pętli, którą maratończycy pokonywali dwukrotnie).

Strzał startera zaskoczył wszystkich!

Nie dość, że rozległ się o dobre półtorej minuty przed czasem, to nie poprzedziło go żadne ostrzeżenie, odliczanie ani nic, co dobrze znamy z naszego krajowego podwórka. Do dziś targa mną (graniczące z pewnością) przeświadczenie, że pistolet wypalił przypadkiem. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że jeszcze dobry kilometr po starcie mijali mnie w szalonym pędzie zawodnicy, którzy już na pierwszy rzut oka powinni biec daleko z przodu. Widocznie ich strzał zastał w zupełnie innym miejscu niż większość z niecałych pięciuset, którzy ruszyli na trasę półmaratonu i maratonu.

Biegnąc w coraz bardziej rozciągającej się grupie, byliśmy świadkami zmieniającego się otoczenia, krajobrazu i podłoża. Po kilkuset metrach równego, staromiejskiego bruku przedostaliśmy się przez most na drugą stronę rzeki i asfaltową alejką zmierzaliśmy wzdłuż rzeki w kierunku północnych dzielnic Wilna. Z czasem asfalt ustąpił żwirowej nawierzchni, by po dalszych dwóch kilometrach zamienić się w… ścieżkę biegnącą wzdłuż ogrodzenia. Potem znów wróciliśmy na żwir i asfalt, by jednak po kilkudziesięciometrowym podbiegu znaleźć się na betonowym trotuarze wiodącym wzdłuż ruchliwej jezdni. Jeśli jednak w polskich warunkach takie rozwiązanie uznano by za urągające godności maratończyka, o tyle tu chyba nikomu to nie przeszkadzało. Tym bardziej, że na trasie nie było tłoku.

Biegło mi się coraz lepiej, zresztą wkrótce trotuar zmienił się w porządny asfalt, który wprowadził nas na teren peryferyjnego wileńskiego osiedla. Bieg zamienił się w trans – asfalt, wokół las, czyste powietrze i temperatura w okolicach 14°C. Po kilku kilometrach spędzonych w lesie zaczęliśmy powoli wracać w kierunku centrum. Od około 18. kilometra czuć już było zbliżającą się metę (biegłem półmaraton), a od 19. wróciliśmy na staromiejski bruk. Jeszcze tylko mocny podbieg na półtora kilometra przed metą, walka o urwanie kilku sekund na Prospekcie Gedymina, wejście w ostatni zakręt i już meta. Okraszony niespodziewaną życiówką start można było uznać za udany.

Jak w skrócie opisać biegowe doświadczenie w stolicy tego najmniejszego sąsiadującego z Polską państwa? Na pewno nie jest to maraton zorganizowany z wielką pompą i rozmachem. Zainteresowanie kibiców jest mizerne, oprawa skromna, a jeśli ktoś liczy na atrakcyjny pakiet startowy, to będzie się czuł zawiedziony (choć kolekcjonerzy medali docenią jego dyskretną urodę). Trasa na pewno sprzyja temu, żeby pobiec szybko i to mimo kilku niespodziewanych odcinków na nawierzchni innej niż asfaltowa. Ale prawdziwy urok tego maratonu tkwi nie w imprezie, ale w miejscu jej rozgrywania. I to chyba sprawia, że jeden wrześniowy weekend spędzony na Litwie na pewno można zaliczyć do bardzo przyjemnych.

3 powody, dla których spodoba ci się maraton/półmaraton w Wilnie:
  • czarujące otoczenie wileńskiego Starego Miasta;
  • możliwość dojechania na bieg w ciągu jednego popołudnia;
  • Zeppeliny w zasięgu ręki tuż po biegu.
3 powody, dla których nie spodoba ci się maraton/półmaraton w Wilnie:
  • skromna organizacja i zaplecze (jak na bieg w stolicy);
  • brak zainteresowania ze strony kibiców;
  • ponurzy kelnerzy w wileńskich knajpach. Chyba że mówisz po litewsku.

VILNIUS INTERNATIONAL MARATHON/HALFMARATHON

Oficjalna strona biegu: www.maratonas.lt

Marek Tronina, Na literwskim bruku, Bieganie październik 2007

milion dolarów

World Marathon Majors – poker za milion dolarów

 

milion dolarów

6 stycznia 2006 w Bostonie doszło do popisania jednej z najciekawszych umów w nowożytnej historii biegów ulicznych. Pięć najbogatszych masowych biegów maratońskich: Nowy Jork, Chicago, Berlin. Londyn oraz właśnie Boston, powołały do życia projekt, który został nazwany World Marathon Majors.

Zasada była (nadal zresztą jest) prosta – skoro ścigają się wszyscy, a wygrywa i tak najlepszy, to nagrodźmy twego najlepszego – i najlepszą – tak, jak na to zasługują. Milion dolarów? Czemu nie! I o to właśnie trwa coroczna walka – o milion dolarów.

Zasady są jasne: w każdym kolejnym cyklu dwuletnim (czyli 2006-7, 2007-8, 2008-9 itd.)  zawodnicy zdobywają punkty. Punktować można oczywiście w czasie biegów „wielkiej szóstki” (bo od roku 2013 do grupy należy też maraton w Tokio) oraz w czasie rozgrywanych w tych latach mistrzostw świata albo igrzysk olimpijskich.

Co ważne, zawodnikowi do punktacji liczą się w danym cyklu tylko cztery najlepsze starty.

W dotychczasowych edycjach zwycięstwa odnieśli:

  • 2006/7 – Robert Kiprotich Cheruiyot (Kenia) i Gete Wami (Etiopia)
  • 2007/8 – Martin Lel (Kenia) i Irina Mikitienko (Niemcy)
  • 2008/9 – Samuel Wanjiru (Kenia) i Irina Mikitienko (Niemcy)
  • 2009/10 – Samuel Wanjiru (Kenia) i Lidia Shobuchova (Rosja)
  • 2010/11 – Emmanuel Mutai (Kenia) i Lidia Shobuchova (Rosja)
  • 2011/12 – Geoffrey Mutai (Kenia) i Mary Keitany (Kenia)

Łatwo policzyć, że maksymalnie zdobyć można w każdym kolejnym cyklu 100 punktów – wystarczy wygrać cztery największe maratony świata w ciągu dwóch kolejnych lat! Ale jak dotąd żadne ze zwycięzców nie zdołało jeszcze osiągnąć takiego wymiaru wygranej.

Rywalizacja o milion dolarów – a w zasadzie o pół miliona, bo cała kwota dzielona jest na dwie części, z których jedną bierze najlepszy mężczyzna, a drugą najlepsza kobieta – trwa zwykle do ostatniego biegu w sezonie. W roku 2008 doszło nawet do tego, że o wygranej musieli zdecydować… dyrektorzy biegów! Irina Mikitienko i Gete Wami nie tylko miały na koncie tyle samo punktów, ale i uzyskały dokładnie takie same noty w elementach pomocniczych służących właśnie rozstrzyganiu sytuacji patowych. Zastosowanie znalazł wtedy dopiero ostatni punkt regulaminu – decyzja dyrektorów. Strach pomyśleć, co by było gdyby taka sytuacja miała miejsce teraz. Przy szóstce biegów (wtedy nie było jeszcze w niej Tokio) głosy dyrektorów też rozłożyłyby się pewnie po równo…

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Otóż wiele osób zapyta o to, dlaczego w grupie największych biegów nie ma Paryża, który podobnie jak członkowie WMM gromadzi na starcie ponad 30 tysięcy biegaczy. Otóż podobno w chwili kreowania idei Francuzi nie byli zainteresowani twierdząc, że nie będą finansować projektu, który sprowadza się wyłącznie do wydania pieniędzy na nagrody dla najlepszych. Niby tak, ale jednak od tamtej pory status członków grupy WMM trochę się jednak zmienił, a paryski maraton nie jest już wymieniany w pierwszym szeregu najważniejszych biegów na świecie. Jak na wydatek rzędu ćwierć miliona dolarów rocznie to spora strata.

ateny (5)

Maraton w Atenach – debiut w kryzysie

Do niedawna, kiedy myślałam o maratonie, przed oczami miałam rok 1997. Siedziałam wtedy z tatą przed telewizorem i z wypiekami na twarzy dopingowaliśmy Renatę Sobiesiak, która zwyciężała w Hamburgu. Pamiętam bieg i finisz, jakby to było wczoraj. Pamiętam też zmęczenie. Nadludzkie zmęczenie. Ale i nieopisaną radość. Bieg maratoński pozostawał jednak w sferze marzeń, wyczynów nadludzi, ulepionych z innej (zazwyczaj ciemniejszej) gliny.

Po 16 latach gry w koszykówkę, postanowiłam odwiesić buty na kołek i przeprowadzić rewolucję w swoim życiu. Sport miał zejść na dalszy plan, a ja zamierzałam zająć się sprawami „ważnymi” . W tym założeniu wytrwałam miesiąc. Praca, znajomi, zainteresowania wszystko to nie dawało nawet przez moment odstawić na boczny tor mojego pociągu do sportu. Zaczęłam biegać, a treningi – szczególnie te cięższe, gwarantowały emocje, z których zostałam ogołocona po rezygnacji z basketu. Porządny wycisk daje mi spokój i spełnienie, których nie doświadczam w innych okolicznościach. Pomysł, żeby przebiec maraton, pojawił się w czerwcu. Wiedziałam, że nie mam szans na książkowe przygotowanie do biegu, ale czy wszystko trzeba robić książkowo? Podczas wrześniowego Maratonu Warszawskiego obserwowałam zawodników, którzy po przeszło 6 godzinach ostatkiem sił dobiegali do mety. I wtedy wiedziałam, że choćby nie wiem co, dam radę. Wybór miejsca debiutu był prosty – Grecja. Bieg na legendarnej trasie, w miejscu, w którym wszystko się zaczęło, gdzie antyczny świat jest niemalże na wyciągnięcie ręki miał być spełnieniem sportowo-turystyczno-poznawczego marzenia.

ateny

Fot. Magda Lewandowska

Deszcz ognia i kamieni

Grecja przywitała mnie słońcem. I strajkiem. A Grecy jako naród nie zaskoczyli mnie niczym. Są wręcz groteskowo stereotypowi. Z jednej strony przyjaźnie usposobieni, pomocni i gościnni, z drugiej zaś leniwi do granic możliwości, przekonani o swojej wyższości nad innymi. Chętnie wychodzą na ulice, chętnie protestują, chociaż mam wrażenie, że nierzadko nawet nie zastanawiają się, dlaczego. Młodzi ludzie na pytanie, dlaczego strajkują, odpowiadają wszyscy jednym głosem: „against the system”. I to właściwie tyle, co mają do powiedzenia. Antyrządowe i antyunijne nastroje czuć tam na każdym skrzyżowaniu, na każdym pomazanym (ergo zniszczonym) budynku, gdzie sfrustrowani mieszkańcy Hellady pokazują swoją niechęć do rządu i idei zjednoczonej Europy, wytykając odbiór suwerenności i komunistyczne praktyki. Buntują się, bo nie chcą ponosić konsekwencji nieodpowiedzialnych decyzji rządu, który uprawiał politykę finansowej bezkarności. I nie przekona ich zdroworozsądkowa argumentacja o skali absurdu, w jakim uczestniczą. Niskie progi podatkowe? Bezpłatne wczasy czy leki? Premia dla kierowcy autobusu za jazdę zgodnie z rozkładem? Proszę bardzo! Dodatkowo partyjka w domino w trakcie sjesty, a na koniec święta kwiatów i latawców, oczywiście w pakiecie z dniem wolnym. Teraz to wszystko rozmywa się niczym fatamorgana, a leniwy z natury naród traci grunt pod nogami i zaczyna się buntować. Mimo, że Grecy w strajkowaniu są niezwykle solidarni, to demonstracje często zmieniają się w pola bitwy. Antyfaszyści ścierają się z anarchistami, ci znowu z policją, a postronni obserwatorzy ironizują, że Bóg się pomylił, bo z ateńskiego nieba od jakiegoś czasu pada deszcz ognia i kamieni.

ateny (2)

Fot. Magda Lewandowska

30th Athens Classic Marathon

Atmosferę maratonu czuć było w powietrzu już w tygodniu poprzedzającym imprezę. Udekorowane ulice, hotele i restauracje oczekiwały na przyjęcie rozbieganych turystów. Biuro zawodów znajdowało się w centrum Aten, w pół drogi między Akropolem a Stadionem Panatenajskim, na którym zaplanowano metę. Pakiety startowe można było odebrać w Ζappeio Megaro – budynku, który powstał w 1896 r. z okazji odrodzenia igrzysk olimpijskich w nowoczesnym świecie. Wewnątrz ogromne zamieszanie, setki zawodników krążyło po targach, na których mogli znaleźć wszystko, o czym zamarzyli. Odbieranie pakietów startowych odbywało się bardzo sprawnie, a jedyny minus stanowił fakt, że numery i koszulki odbierało się w różnych miejscach. Jeszcze w innym aktywowało się chipy. Wiem, że wielu biegaczy nie dostało pamiątkowych koszulek, właśnie dlatego, że nie zlokalizowali miejsca ich odbioru. Sam pakiet, biorąc pod uwagę jego cenę (90 €), na kolana nie rzucał. Były koszulki techniczne: część z nich stanowiły niebieskie t-shirty adidasa – taką dostał biegnący ze mną przyjaciel Krzyś, reszta, w tym ja, dostawała zwykłe białe „no name’owe” koszulki pseudotechniczne. Podejrzewam, że dobór był losowy. Prawda jest jednak taka, że nawet gdybym dostała obrendowany worek jutowy z wyciętymi otworami na głowę i ręce, stanowiłby on dla mnie taką samą wartość jak innowacyjna koszulka dobrej jakości. Malkontentów jednak nie brakowało. W sprytnych workach można było znaleźć jeszcze garść ulotek i pięciodniowy bilet komunikacji miejskiej. Hasło „maraton” było wytrychem otwierającym wszystkie drzwi, dającym zniżki, gwarantującym serdeczny uśmiech ateńczyków, którzy naprawdę to czują!

ateny (8)

Fot. Magda Lewandowska

Mój maraton

11 listopada zerwaliśmy się o nieludzkiej porze – 5 rano. Szybkie śniadanie, numer startowy, chip i można było udać się pod Syntagmę – grecki parlament, spod którego od 5:30 odjeżdżały autokary do Maratonu. W Atenach organizator zadbał o 3 takie punkty. Transport odbywał się sprawnie, jak ucieczka więźniów w „Kilerze”. W autokarach istna Wieża Babel, setki biegaczy z całego świata nerwowo przebierało nogami obserwując trasę, której większość biegła z górki. Po drodze przypomniały mi się słowa kolegi, który kilka lat temu ukończył maraton ateński, że problem zaczyna się wtedy, kiedy zdajesz sobie sprawę, że ten kilkunastokilometrowy odcinek z górki będzie podbiegiem, z którym za chwilę się zmierzę. Odwrotu już jednak nie było.

Na starcie również panowała świetna atmosfera. Podgrzewana zorbą, która budziła ogromny entuzjazm, a w jej rytm na maratońskim stadionie rozgrzewała się masa biegaczy. Kilkanaście minut przed 9 udaliśmy się do swojej strefy startowej, gdzie przed wejściem skrupulatnie sprawdzono, czy rzeczywiście ustawiamy się we właściwym miejscu. O godzinie „zero” rozległ się strzał, a starterem był sam Patrick Makau. Szkoda, że w przedstartowej ekscytacji zupełnie o tym zapomniałam i ostatecznie nie zlokalizowałam rekordzisty świata.

20121108_141209

Fot. Magda Lewandowska

42,195 metrów próby

Start poszczególnych stref odbywał się sprawnie, chociaż oczywiście trzeba było przebiec kilka kilometrów, żeby na trasie się przerzedziło. Potwierdził to mój GPS – pierwsze 4 km były najwolniejsze. Od pierwszych kilometrów czułam wsparcie Krzysia, który co prawda również debiutował, ale mógł pobiec znacznie szybciej. Był moim personalnym zającem. Dodatkowo otuchy dodawali kibice, którzy tłumnie gromadzili się przy trasie. Było też kilka fantastycznych punktów kibicowania, przy których aż chciało się zatrzymać i popatrzeć, jak uśmiechnięci Grecy tańczą zorbę czy posłuchać kilkudziesięcioosobowego zespołu bębniarzy. Na punktach odżywiania było wszystko, czego dusza zapragnie: woda, izotoniki, żele, batony, banany, a nawet… cola. Nie ukrywam, że jako fanka napoju dostałam skrzydeł gdy na 30. km zobaczyłam punkt z colą, która jednak nigdy nie smakowała tak… wstrętnie. Ostatnie kilometry dłużyły się w nieskończoność, a ja nieco zobojętniałam na bodźce płynące z zewnątrz, ale nagroda za ten wysiłek była wspaniała. Widok Stadionu Panatenajskiego dodawał skrzydeł. Ostatnie 100 metrów i wbiegnięcie na bieżnię stadionu sprawiały, że każdy docierający do mety zawodnik czuł się bohaterem. I to właśnie ten wspaniały moment był wart tego wysiłku i pozostanie najmilszym wspomnieniem z maratonu w Atenach. Czas? 4:21, ale w moim przypadku to sprawa drugorzędna. Świetne doświadczenie, które polecam każdemu. A kryzys w debiucie? Nie, był tylko debiut w kryzysie.

ateny (4)

Fot. archiwum Magdy Lewandowskiej