Archiwa tagu: maratony zagraniczne

Frankfurt Maraton impresja

Maratony we Frankfurcie, Wenecji i Lublanie – w niesprzyjającej aurze

W trzech dużych maratonach, które odbyły się w ostatni weekend, zwyciężali niemal wyłącznie Kenijczycy. Najlepszy wynik padł we Frankfurcie – 2:06:15. Tym razem w całej Europie nie dopisała pogoda.

Frankfurt Maraton impresja

Frankfurt

Zapowiadał się na niezwykle szybki bieg, jednak rozgrywał się w silnym wietrze i padającym deszczu. Zawodnicy elity narzekali również na kiepskich „zająców”, którzy prowadzili bieg w szarpanym tempie i szybko zeszli z trasy. Mimo obecności dwóch mocnych Etiopczyków, zdecydowane zwycięstwo odnieśli Kenijczycy. Zawodnicy z tego kraju zajęli pierwsze pięć miejsc w kategorii open. Zawodnicy z Etiopii mimo życiówek poniżej 2:05 wypadli bardzo słabo. Feyisa Lilesa zeszdł z trasy, a Dino Sefir uzyskał czas tylko 2:09:22. Również wśród pań dwie Kenijki przybiegły przed dwiema Etiopkami. Wyniki biegu:

Mężczyźni:

1.Vincent Kipruto (Kenia) 2:06:15
2. Mark Kiptoo (Kenia) 2:06:16
3. Elijah Kemboi (Kenia) 2:07:34
4. Jacob Chesari (Kenia) 2:07:46
5. Albert Matebor (Kenia) 2:08:17
6. Feyisa Bekele (Etiopia) 2:09:17
7. Dino Sefir (Etiopia) 2:09:22
8. Lani Rutto (Etiopia) 2:10:01

Kobiety:

1. Caroline Kilel (Kenia) 2:22:34
2. Flomena Chepchirchir (Kenia) 2:23:00
3. Birhane Dibaba (Etiopia) 2:23:01
4. Mamitu Daska (Etiopia) 2:23:23
5. Eunice Jepkirui Kirwa (Kenia) 2:23:45
6. Yeshi Esayias (Etiopia) 2:24:06
7. Tirfi Tsegaye Beyene (Etiopia) 2:26:57
8. Anna Hahner (Niemcy) 2:27:55

Wenecja

Zawodnicy z Afryki zdominowali również maraton w Wenecji. Wśród mężczyzn dwa pierwsze miejsca, a wśród kobiet zwycięstwo przypadło Kenijczykom i Kenijce. W biegu męskim na trzecim miejscu finiszował mistrz Europy w biegu przełajowym, Włoch Andrea Lalli.

Mężczyźni:

1. Nixon Machichim (Kenia) 2:13:10
2. Raymond Kandie (Kenia) 2:13:11
3. Andrea Lalli (Włochy) 2:14:16

Kobiety:

1. Mercy Kibarus (Kenia) 2:31:14
2. Halima Hassen (Etiopia) 2:38:49
3. Sosena Gezaw (Etiopia) 2:42:29

Lublana

Jedynie w maratonie w Lublanie zwyciężył w weekend zawodnik spoza Kenii. Był nim… Etiopczyk Mulugeta Wami. Podobnie jak we Frankfurcie, pogoda była kiepska, przede wszystkim mocno wiało.

Mężczyźni:

1. Mulugeta Wami (Etiopia) 2:10:26
2. Deribe Robi (Etiopia) 2:10:30
3. Julius Chepkwony (Kenia) 2:10:31
4. Ishimael Bushendich (Kenia) 2:10:32
5. Girma Tefera Goshu (Etiopia) 2:10:50

Kobiety:

1. Caroline Chepkwony (Kenia) 2:27:27
2. Edina Kwambai (Kenia) 2:29:35
3. Emily Chepkemoi Samoei (Kenia) 2:30:01
4. Etalemahu Kidane (Etiopia) 2:31:33
5. Bruktayit Eshetu Degefa (Etiopia) 2:34:19

Amsterdam Marathon

Maratony w Amsterdamie, Dreznie i Magdeburgu, Pekinie i Toronto. Co będzie się działo w weekend?

Amsterdam Marathon

TCS Amsterdam Marathon. Fot. tcsamsterdammarathon.nl

Przedostatni weekend października obfituje w biegi maratońskie w całej Europie. Największym i najbardziej prestiżowym jest bieg w Amsterdamie, gdzie wystartuje kilku mocnych zawodników z Afryki. Oprócz niego ma miejsce kilkanaście innych, bardziej lokalnych biegów, m.in. w Dreźnie, Reims, Magdeburgu czy na Majorce.

Maraton w Amsterdamie

Maraton w Amsterdamie co roku przyciąga silną elitę. W zeszłym roku Kenijczyk Wilson Chebet osiągnął wynik 2:05:41, wśród kobiet zwyciężyła Etiopka Meseret Hailu w czasie 2:21:09. Wyniki te stawiają bieg w Amsterdamie w czołówce europejskiej. Trasa jest płaska, sprzyjająca osiąganiu rekordów. Problemem bywa jedynie wiatr, bo część trasy przebiega nad rzeką. W tym roku ponownie pojawi się Chebet, który ma szansę na trzecie zwycięstwo z rzędu. Zadanie nie będzie jednak łatwe, bo wśród rywali będzie aż dziewięciu biegaczy z życiówkami poniżej  2:07. Wśród nich Etiopczyk Getu Feleke – najlepszy czas 2:04:50 i Kenijczyk Bernard Koech – 2:04:53. Wśród kobiet najlepszą życiówkę ma Valentina Kipketer – 2:24:33, osiągniętą w trudnych warunkach w Kenii. Jest więc szansa na dużo szybszy bieg w jej wykonaniu.

Inne maratony w Europie

Z innych, mniej prestiżowych biegów w Europie mamy m.in. niemieckie Drezno i Magdeburg. W obu biegach, ze względu na bliskość granicy, co roku startuje wielu Polaków. Maraton w Dreźnie przygotował nawet polską wersję informacji przedstartowych, dostępną w internecie. Miłą dla nas historię ma również francuski bieg w Reims. Dwukrotnie zwyciężał tam Leszek Bebło, a wielu innych naszych biegaczy plasowało się w ścisłej czołówce.

Ciekawym biegiem, rozgrywanym na płaskiej trasie wokół jeziora, pięknie położnego w górach Piemontu jest włoskie Lago Maggiore. To mało znany u nas bieg, a trasę ma podobno jedną z najszybszych w Europie. I wreszcie bardzo interesujący maraton na Majorce, gdzie pobiegnie jeden z najbardziej znanych polskich amatorów, Piotr Suchenia.

Maratony poza Europą: Pekin i Toronto

Dwa mocne biegi zostaną rozegrane również poza Europą. Pierwszy z nich to kanadyjskie Toronto, gdzie wystartuje mocny Etiopczyk Derissa Chima, posiadający życiówkę 2:05:42 oraz Kenijczyk Henry Sugut – 2:06:58.

Jeszcze mocniejsi biegacze zaatakują rekord trasy w stolicy Chin, Pekinie. Najszybszy Etiopczyk, Berhanu Shiferaw, posiada rekord życiowy 2:04:48. Jego rodak Tadesse Tola legitymuje się wynikiem tylko o sekundę gorszym – 2:04:49 – oraz tegorocznym brązowym medalem mistrzostw świata. Rywalizować będzie z nimi dwóch mocnych Kenijczyków: Nicholas Kamakya – 2:06:34 oraz Bernard Kipyego – 2:06:29.

Dennis Kimetto - zwycięzca Chicago Marathon. Fot. PAP

2:03:45 Dennis Kimetto blisko rekordu świata w maratonie w Chicago

Dennis Kimetto - zwycięzca Chicago Marathon. Fot. PAP

Dennis Kimetto – zwycięzca Chicago Marathon. Fot. PAP

Znakomita pogoda, mocna obsada i prowadzenie w równym, szybkim tempie sprawiły, że w maratonie w Chicago padły wyniki bliskie rekordowi świata. Kenijczykowi Dennisowi Kimetto do pobicia zabrakło jedynie 23 sekund. Wśród kobiet padł najlepszy tegoroczny wynik na świecie. Zawiedli Amerykanie.

Na starcie tegorocznego maratonu w Chicago stanęli niezwykle mocni zawodnicy, którzy od początku zapowiadali, że interesuje ich tylko szybkie bieganie. Wśród nich Kenijczycy Moses Mosop, Dennis Kimetto i Emmanuel Mutai, z życiówkami 2:03:06, 2:04:16 i 2:04:40 oraz Etiopczyk Ayale Abshero, szczycący się wynikiem 2:04:23. Ich rywalami mieli być najlepsi półmaratończycy świata, w tym rekordzista na tym dystansie, Zersenay Tadese.

Tempo biegu było szybkie od początku. Pierwsza połowa biegu została pokonana w czasie 1:01:52 i wszyscy faworyci trzymali się w grupie. Nieco z tyłu, ale również w bardzo dobrym tempie biegł Amerykanin Dathan Ritzenhein, na którego mocno liczyli kibice. Jego czas na półmetku – 1:03:02, co zapowiadało atak na wynik poniżej 2:06.

Jako pierwszy odpadł rekordzista świata w półmaratonie, Erytrejczyk Tedese. Jak na razie jest on przykładem biegacza, który mimo fenomenalnych wyników z biegów krótszych (58:23 w półmaratonie, 26:37 na 10 000 metrów) nie daje sobie rady na dystansie pełnego maratonu. Po 20 km zaczął zwalniać, a po 25 zszedł z trasy. Na czele zostali sami Kenijczycy oraz Etiopczyk Abshero.

Po 30 kilometrach stawka zaczęła się mocno rwać. Wielu mocnych zawodników nie wytrzymało tempa i albo zatrzymywali się, albo dramatycznie zwalniali. Moses Mosop ukończył wyścig z najgorszym czasem w życiu, 2:11:19. Podobnie Abshero, który na ostatnich 10 km ledwo przesuwał się w kierunku mety, osiągając ostatecznie wynik 2:10:10.

Z przodu zostało tylko dwóch biegaczy: Mutai i Kimetto. Ten pierwszy jest od wielu lat uznanym specjalistą od 42 km 195 metrów, ma za sobą zwycięstwo w Londynie oraz wiele miejsc w czołówce najlepszych maratonów świata. Kimetto to zupełnie inna historia. Do 26 roku życia w ogóle nie uprawiał wyczynowo sportu, ale gdy już zaczął, osiągnął nieprawdopodobne sukcesy. Do niego należy najlepszy w historii debiut w maratonie. Pierwszy start i od razu czas 2:04:16! Drugi start – zwycięstwo w Tokio. Trzeci… i prawie rekord świata.

Kenijczycy długo biegli razem i wydawało się, że nieco lepiej wygląda Mutai. Kimetto był trochę usztywniony. Jego sylwetka wygląda dość dziwnie: typowa kenijska chudość połączona z bardzo szeroką klatką piersiową. Na ostatnich kilometrach oderwał się jednak od rodaka i biegł tak szybko, że wydawało się, że jest w stanie poprawić rekord. Nie udało się, m.in. dlatego, że rekordzista Kipsang w Berlinie również finiszował bardzo mocno, nie było łatwo nadrobić te kilkanaście sekund.

Ostatecznie Dennis Kimetto zwyciężył w czasie 2:03:45. Emmanuel Mutai drugi z wynikiem 2:03:52. Jak widać, można obecnie pobiec poniżej 2:04 i przegrać bieg… Na trzecim miejscu już ze sporą stratą Sammy Kitwara, 2:05:16. Amerykanin Ritzenhein zaczął mocno zwalniać po 30 km, narzekał na skurcze, ale wobec pogromu faworytów przeciętny czas 2:09:45 dał mu piąte miejsce. Słabiej niż oczekiwano wypadł debiut drugiego Amerykanina, Matthew Tegenkampa, w poprzednich latach bardzo mocnego na dystansie 5000 metrów. Ukończył bieg na dziesiątym miejscu z czasem 2:12:28.

KOBIETY

W biegu kobiecym obyło się bez niespodzianek. Zwyciężyła faworyzowana Kenijka Rita Jeptoo, która drugą połowę dystansu przebiegła wyraźnie szybciej niż pierwszą, 1:11:15 i 1:08:42. Tempo biegu rosło cały czas, ostatnie 5 km zwyciężczyni pokonała w znakomitym czasie – 15:56!  Na mecie osiągnęła czas 2:19:57, który jest najlepszym w tym roku na świecie.

Rywalki odpadały kolejno. Na drugim miejscu dobiegła kolejna zawodniczka z Kenii, Jemima Jelagat, z wynikiem 2:20:48, to jej nowy rekord życiowy. Na trzecim miejscu Rosjanka Maria Konowałowa. 39-letnia biegaczka również osiągnęła najlepszy wynik w życiu, dobiegając z czasem 2:22:46, najlepszym w tym roku w Europie.

Maraton w Sewilli. Fot. Marek Tronina

23 lutego 2014: Maraton Ciudad de Sevilla – maraton Aleją Kolumba

Sewilla - tu odbywa się co roku w lutym maraton. Fot. Istockphoto.com

Fot. Istockphoto.com

Pobiec w Sewilli to pobiec w jednej z historycznych stolic świata. Były nią Ateny, potem Rzym, w XVIII wieku prymat światowy dzierżył Paryż, do połowy XX wieku najważniejszym miastem świata był Londyn, teraz jest nim pewnie Nowy Jork. W połowie XVI wieku prymat pierwszeństwa na ziemskim globie należał właśnie do Sewilli, która była głównym portem przeładunkowym towarów sprowadzanych z Nowego Świata.

Maraton w Sewilli odbywa się co roku w lutym. Więcej informacji na stronie organizatora: maratondesevilla.es

W 2014 roku odbędzie się 23 lutego. Już można zgłaszać swój udział, zapisy będą otwarte do 19 lutego.

Nie bez powodu główna nadrzeczna aleja miasta nosi nazwę Avenida Cristobal Colon (czyli Aleja Krzysztofa Kolumba). To przecież tutaj żeglarz spoczął w trzy lata po śmierci (początkowo ciało było złożone w Valladolid). Sewilla jest zresztą jednym z miast, które szczycą się faktem bycia miejscem pochówku sławnego genueńczyka (który, nota bene, nie wiadomo gdzie spoczywa, choć niedawne badania domniemanych szczątków żeglarza znajdujących się w Sewilli potwierdzają jego bliskie pokrewieństwo ze spoczywającym tam bratem Kolumba). A sewilska katedra, Złota Wieża, Alkazar czy ratusz to absolutne dzieła sztuki, które zobaczyć trzeba i kropka.

Maraton w Sewilli. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli. Fot. Marek Tronina

Maraton w mieście założonym rzekomo przez Herkulesa rozgrywany jest w połowie lutego. Na południu Hiszpanii to pora odpowiadająca mniej więcej przełomowi kwietnia i maja w naszym kraju. Czyli – idealnie pod względem pogodowym. Trzynastego lutego 2011 roku pogoda była szczególnie łaskawa – słonko schowało się za chmurami, nie wiało, a temperatura oscylowała w okolicach 12 stopni.

Maraton w Sewilli zaczyna się i kończy na stadionie noszącym tu nazwę „olimpijskiego”. Sewilla gospodarzem igrzysk nigdy nie była, a stadion igrzysk nigdy nie gościł. Skąd nazwa? Otóż Sewilla dwukrotnie zabiegała o prawo organizacji igrzysk olimpijskich (2004 i 2008 – oba razy bez powodzenia) i stadion miał być oczywiście miejscem rozgrywania zawodów. To na nim odbywały się lekkoatletyczne mistrzostwa świata w roku 1999 oraz finał Pucharu UEFA w roku 2004. Rekordową frekwencję odnotowano na stadionie w dniu 30 września 2010. Tego dnia 80 tysięcy widzów obejrzało… koncert U2. Niestety, stadion robi trochę smutnawe wrażenie – jest usytuowany na obrzeżach miasta, tartan najlepsze lata ma już dawno za sobą, a i otoczenie obiektu nie jest szczególnie malownicze.

Maraton w Sewilli - stadion olimpijski. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli – stadion olimpijski. Fot. Marek Tronina

Trzeba jednak przyznać, że zarówno start, jak i finisz na tym obiekcie to spora przyjemność. Obawiałem się co prawda kończenia biegu przy pustych trybunach, ale sporo osób towarzyszących biegaczom zapełniło trybunę główną, co w połączeniu z hałasem wytwarzanym przez zabawiający wszystkich zespół i spikera dawało dużą frajdę na ostatnich metrach.

Trasa w Sewilli wiedzie szerokimi alejami. Omija co prawda sporym łukiem najbardziej malowniczą część – czyli „centro historico” – ale i tak można dzięki niej zobaczyć sporo przyjemnych i malowniczych miejsc. Ważne – jest płaska. W praktyce zauważalny jest tylko jeden podbieg – na 36. kilometrze – ale i tak jest to tylko tzw. pryszcz. Planując start w tym mieście nie należy zrażać się widocznymi na trasie biegu czterema mostami – są zupełnie niegroźne.

Maraton w Sewilli - zespół zagrzewający do boju na finiszu. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli – zespół zagrzewający do boju na finiszu. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli został absolutnym rekordzistą w kategorii „najdłuższy czas oczekiwania na odbiór pakietu startowego”. Po wejściu do pomieszczenia biura zawodów ujrzałem gigantyczną kolejkę. Po stanięciu na jednym z jej końców czujnie włączyłem stoper, by wyłączyć go dopiero po otrzymaniu numeru startowego. Do równej godziny zabrakło mi zaledwie kilkunastu sekund! Ale to nie koniec. Oto bowiem okazało się, że mam już numer, ale w zasadzie powinienem jeszcze odebrać pakiet startowy (a w nim spodenki, koszulkę i nauszniki sponsorującej bieg firmy Joma, w których co prawda i tak wiedziałem, że nie będę biegał, ale przecież jak dają to nie po to, żebym miał nie wziąć). Decyzja „idę na całość” kosztowała mnie dodatkowe 35 minut czekania.

Co zwraca uwagę biegacza z Polski to fakt bardzo wysokiego poziomu uczestników biegu. Nie chodzi o czołówkę (choć zwycięzca pokonał trasę w czasie poniżej 2:10), ale o hiszpańskich amatorów. Tu się po prostu biega szybko! To, co w Polsce spokojnie wystarcza do zajęcia dobrego miejsca w swojej kategorii wiekowej, w maratonie w Sewilli nie robi już większego wrażenia. Ci goście nie znają się na żartach! Być może częściowym wyjaśnieniem tego zjawiska jest fakt, że tegoroczny maraton w Sewilli był równocześnie czempionatem Hiszpanii na tym dystansie, ale w niczym nie zmienia to faktu, że to był szybki bieg.

Maraton w Sewilli - jeden z licznych mostów. Fot. Marek Tronina

Maraton w Sewilli – jeden z licznych mostów. Fot. Marek Tronina

Zapewne każdy czytelnik relacji z biegu (nie tylko tej, ale ogólnie) jest ciekaw jak poszło w biegu autorowi. Moja odpowiedź na to niezadane pytanie jest złożona. W kategoriach bezwzględnych: 4:17. Czyli regres, bo jesienią udało mi się po ośmiu latach zejść ponownie poniżej 4 godzin. W kategoriach relatywnych – dużo lepiej, bo moje przygotowania do startu trwały równo pięć tygodni i to licząc od daty pierwszego treningu po półtoramiesięcznej przerwie. Największą dumą napawa mnie zaś fakt na tyle umiejętnego rozłożenia sił, by drugą połowę pokonać szybciej niż pierwszą (w dodatku najszybszym kilometrem okazał się ostatni!). I to już jest satysfakcja. Teraz tylko trzeba to powtórzyć w czasie o godzinę krótszym…

Garść informacji

Adres internetowy biegu: maratondesevilla.es
Wpisowe – 20 euro (stawka podstawowa, płatna do końca lutego).
Do Sewilli nie latają z Polski bezpośrednie samoloty, ale warto poszukać połączeń kombinowanych – na przykład do Barcelony, a potem tanią linią Ryanair, której bilet powrotny na trasie Barcelona-Sewilla można kupić od 30 euro.
Pobyt w mieście (hotel w centrum historycznym miasta) – ok. 60 euro za przyzwoity pokój 3-osobowy za dobę, ze śniadaniem (a w dni powszednie nawet ok. 40 euro za trójkę).

Marek Tronina, „Sewilla – maraton Aleją Kolumba”, Bieganie, kwiecień 2011

Wyspy Alandzkie - tutaj też można pobiec maraton. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Maraton na Wyspach Alandzkich – po asfalcie czerwonym jak cegła

Wyspy Alandzkie - tutaj też można pobiec maraton. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Wyspy Alandzkie – tutaj też można pobiec maraton. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Åland Marathon to październikowa impreza biegowa organizowana w Mariehamn, na Wyspach Alandzkich. Tylko tam biegnie się po czerwonym jak cegła asfalcie, przez mistyczne lasy, jeziora i bagna. Oddycha się najczystszym powietrzem na świecie. Na trasie panuje niezmącona cisza – słyszy się tylko swój własny oddech, łomot serca i burczenie w brzuchu.

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Więcław

No i przychodzi zmierzyć się z prawdziwą samotnością długodystansowca. Ani doping kibiców, ani grupki biegaczy nie motywują, bo ich po prostu nie ma. Tylko konsekwentne kroki na przód z każdą sekundą przybliżają do mety. Oj tak! Wyspy Alandzkie to wyjątkowe miejsce na maraton i niezrównana naturalna alternatywa dla biegów przez miejskie dżungle…

Gdzie te Wyspy?

Wyspy Alandzkie to archipelag na Morzu Bałtyckim, położony dosłownie i w przenośni pomiędzy Szwecją a Finlandią – politycznie to część Finlandii, choć kulturowo bliżej im raczej do Szwedów. Sami mieszkańcy niechętnie zaliczają się ani do jednych, ani do drugich. Są bardzo dumni ze swojej odrębności i uważają siebie za niezależny naród. Nic dziwnego! Wyspiarze cieszą się sporą autonomią – mają swój parlament, flagę, tablice rejestracyjne, znaczki pocztowe, a nawet domenę internetową. Dlatego pomimo, że językiem urzędowym jest szwedzki, a waluta to euro, trudno się oprzeć wrażeniu, że Alandy są niezależnym i prężnie działającym państewkiem.

Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Kameralna impreza z długą tradycją

W 2011 roku Åland Marathon obchodził okrągły jubileusz. Maratończycy przemierzali wyspę po raz trzydziesty. Mimo tak długiej tradycji, co roku trasę maratonu przebiega niewielu biegaczy. Trzydziestą edycję ukończyło jedynie 169 osób, jednak reprezentowali aż piętnaście narodowości! Wśród nich byłem jedynym Polakiem. Co więcej, okazało się, że byłem też pierwszym reprezentantem naszego kraju w historii całej imprezy!

Szybka, czerwona trasa z atestem

Trasa maratonu na Wyspach Alandzkich jest szybka – bez ostrych podbiegów i krętych ścieżek. Płaska, prosta i… czerwona. To nie żart! Asfalt na Wyspach Alandzkich ma barwę cegły i nie ma w tym ani krztyny przesady. Organizatorzy zapewniają, że jest to perfekcyjne miejsce do bicia osobistych rekordów. Uczestnicy potwierdzają. Na stronie internetowej imprezy znajduję taki komentarz: „Musi być coś magicznego w tym czerwonym asfalcie na Alandach. Niesie mnie dużo szybciej niż ten w moim kraju”.

I choć rekordy trasy nie imponują (mężczyźni: 2:17:07; kobiety: 2:52:35), to średnie wyniki wszystkich biegaczy są niezłe. W tym roku na 169 maratończyków aż 103 złamało granicę czterech godzin.

Alandzki las alternatywą dla miejskich dżungli

W porównaniu do imprez maratońskich organizowanych w wielkich miastach, w których bierze udział po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, przebiegnięcie maratonu na Wyspach Alandzkich daje inną perspektywę na własne bieganie. Klimat trasy jest zupełnie niepowtarzalny. Oddycha się inaczej. Powietrze jest tutaj chyba najczystsze na świecie. Do tego mistyczne lasy, jeziora i bagna. Wiatr szumiący w koronach drzew, po których buszują wiewiórki. Zachmurzone niebo pokazujące swoje kapryśne, wyspiarskie oblicze. Wśród takiej właśnie magicznej scenerii przekłada się nogi, z uporem zmierzając do mety.

Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Po drugie, mimo obiektywnie łatwej trasy, wyzwanie tutaj stanowi przede wszystkim samotność. Dopiero, kiedy w trakcie biegu maratońskiego zostajemy naprawdę sami, okazuje się jak daleko jesteśmy w stanie dotrzeć. Podczas Åland Marathon nie ma wielu kibiców wzdłuż trasy. Stawka biegaczy bardzo szybko rozciąga się. Trudno więc biec w jakiejkolwiek grupie, a o lokomotywie „biegackiego” peletonu w ogóle nie ma mowy. Na trasie słyszy się tylko „swoje odgłosy” – własny oddech, łomot serca i burczenie w brzuchu. Poza tym dookoła panuje niezmącona cisza. Równie piękna, co przeklęta. Kiedy staje się nie do wytrzymania do tego stopnia, że zaczyna się krzyczeć, wtedy czuje sięprawdziwą wartość długodystansowego biegania.

Mój Åland Marathon 2011

30. Åland Marathon odbył się w niedzielę, 30 października 2011. Start zaplanowany na godzinę 8.30. Ze względu na zmianę czasu z letniego na zimowy można pospać o godzinę dłużej. Plus dla organizatorów! Na linii startu staje niecałe dwieście osób. Wcale nietłoczno, więc bez problemu można znaleźć sobie miejsce. Gotowi? Do biegu! Paf! – wystrzał startera i oto zaczyna się moja czterdziestodwukilometrowa przygoda z czerwonymi nawierzchniami Wysp Alandzkich.

Na początek prawdziwie karminowy tartan bieżni stadionu wyprowadza całą stawkę na przedmieścia stolicy regionu – miasteczka Mariehamn. Biegnę w dość zwartej grupie, głównie chodnikami i ścieżkami rowerowymi (czerwonymi, ma się rozumieć). Zabudowania Mariehamn kończą się jeszcze przed drugim kilometrem, a razem z nimi chodniki i ścieżki rowerowe. Dalej biegniemy czerwoną jezdnią z dość szerokim poboczem. Ruch samochodowy na Wyspach Alandzkich jest minimalny, a kierowcy są bardzo ostrożni. Dodatkowo w newralgicznych punktach trasy organizatorzy zadbali o bezpieczeństwo zawodników całkowicie blokując ruch.

Na pierwszych kilometrach czuję się bardzo dobrze. Z podniesioną głową biegnę po złamanie życiówki sprzed roku w Vancouver (3:52:08). Stawka biegaczy „rozłazi” się powoli. Ja staram się trzymać czteroosobowej grupy Estończyków. Po pięciu kilometrach na stoperze mam niecałe 25 minut. „Za szybko”, mówię do siebie. Wiem, że brakuje mi dyscypliny taktycznej, ale daję się ponieść chwili. Z Estończykami biegnie się się świetnie, więc na razie nie zwalniam.

Pogoda przyjemna do biegania – chłodno, ale bez opadów. Nawet od czasu do czasu przyświeca słońce. Widoki jak z pocztówki – jeziora, lasy mieszane i ten asfalt. Ach! Nawierzchnia ustępuje mod moimi krokami niczym ruchoma bieżnia albo miękki tartan stadionu.

Grzegorz Więcław na maratonie na Wyspach Alandzkich. Fot. Archiwum Grzegorza Więcława

Przez pierwszą połowę biegu utrzymuję niezłe tempo, jak na moje obecne możliwości biegowe. Na półmetku jest fantastycznie: 1 godzina i 50 minut. Biegnę cały czas pewny siebie, choć zaczynam odczuwać pierwsze symptomy zmęczenia. Na 23. kilometrze grupa Estończyków ucieka mi, a ja z rozpaczą patrzę na ich systematycznie oddalające się sylwetki.

Teraz zaczyna się prawdziwa walka. Przez kolejne kilometry biegnę w kompletnej izolacji, absolutnej samotności. W promieniu kilkudziesięciu metrów nie ma nikogo, kto mógłby dodać mi otuchy. Brakuje tłumów kibiców dopingujących biegaczy wzdłuż trasy. Nie ma pacemakerów nadających tempo. Nie można nawet liczyć na pozostałych zawodników – są albo daleko z przodu, albo w tyle, za mną. Zostaję w tym biegu sam. To przerażająca, ale też drogocenna konfrontacja z samym sobą.

Tempo mojego biegu wyraźnie spada. Patrząc na sytuację realistycznie wytyczam nowy cel: zamiast złamać życiówkę, staram się o zejście poniżej czterech godzin. Wiem, że jeśli dobiegnę do 32. kilometra z godziną w zapasie to mi się to uda… Niestety, mimo że na 32. kilometrze mieszczę się w założonym czasie, to tracę nadzieję na realizację i tego zadania. Kolano odmawia mi posłuszeństwa i przenikliwym bólem daje do zrozumienia, żebym pojechał dalej autobusem albo zadzwonił po taksówkę.

Nie poddaję się jednak. (…) Kolejne kilometry pokonuję interwałami: 3 minuty biegu (truchtu raczej) i minutę marszu. Tak docieram do 40. kilometra, skąd truchcikiem doczłapuję do mety. (…) Wbrew samotności i bólowi, udaje mi się ten bieg w ogóle ukończyć. Tak ciężko jeszcze nigdy nie było!

Z czasem 4:06:38 zostaję pierwszym Polakiem w trzydziestoletniej historii biegu Åland Marathon. Wbiegając na stadion w Mariehamn słyszę głos spikera łamiący sobie język na moim nazwisku: „Z numerem 53 na stadion wbiega… ekhm… Grezgoz Łikla z Polski”. Mimo czasu, który nie do końca spełnia moje oczekiwania, czuję się jak prawdziwy atleta na jakiejś poważnej imprezie. Do tego jeszcze na stadionie wiszą flagi wszystkich reprezentowanych w biegu państw. Organizatorzy zadbali także o polską, co mnie bardzo wzruszyło.

Na mecie dostaję piękny, okrągły medal. Napawa mnie radością i dumą. Cóż, to dopiero drugi maraton w moim życiu! Każde pokonanie tego morderczego dystansu jest dla mnie wielkim sukcesem! Po biegu czeka mnie jeszcze trochę jedzenia i picia, sesja fotograficzna, a potem długi prysznic i tradycyjna sauna fińska w towarzystwie innych biegaczy.

***

Åland Marathon to fantastyczna, niekomercyjna impreza biegowa! Same Wyspy Alandzkie to część Europy, o której nam niewiele wiadomo. Przepiękna i fascynującą kraina. Dlaczego więc nie wybrać się tam w przyszłym roku? Doświadczyć wyspiarskiego życia i przy okazji przebiec się po niosącym, czerwonym asfalcie?

Grzegorz Więcław, rocznik 87, mieszkał już i biegał w sześciu krajach świata. Obecnie studiuje psychologię sportu i aktywności fizycznej na Uniwersytecie w Jyväskylä w Finlandii. Prowadzi tematycznego bloga na temat psychologii sportu: emsep.blogspot.com

Garść informacji:

  • Åland Marathon odbywa się w ostatni weekend października
  • dystanse: maraton, ½ maratonu i 10 km „fun run”
  • koszt około 40 €
  • więcej informacji i rejestracja na stronie internetowej biegu: www.marathon.aland.fi/
  • na Wyspy najlepiej dotrzeć promem. Regularne połączenia kursują między Mariehamn a Szwecją, Finlandią i Estonią.

Grzegorz Więcław, „Wyspy Alandzkie, sam na sam ze sobą”, Bieganie, marzec 2012

Maraton w Wilnie

Na litewskim bruku – półmaraton i maraton w Wilnie

Litwa to kilkaset lat wspólnej historii (o którą zdaje się Litwini mają do nas sporo pretensji), zeppeliny i kołduny, Ostra Brama, wszechobecne ślady polskości i Polaków, Mickiewicz będący tak samo jak i u nas narodowym wieszczem. Wilno jest na tyle niedużym miastem, że jeden weekend wystarczy, by nasycić się nim w pełni.

Plan był prosty – w piątek po południu przyjazd, rejestracja, pasta party i pierwszy wypad na Stare Miasto. W sobotę do południa start, a potem dalsze poznawanie uroków wąskich uliczek centrum miasta. Niedziela to zataczanie coraz szerszych kół wokół centralnych miejsc Wilna i powrót, przerwany jedynie wizytą w zamku w Trokach.

Pierwszy problem nastąpił już w piątek. Opóźniony (tradycyjnie) wyjazd sprawił, że na Litwie znaleźliśmy się później, niż chcieliśmy. No i okazało się jeszcze, że między nami a nimi jest godzina różnicy, przez co z pasta party wyszło niewiele. No i rejestrację w biurze trzeba było przełożyć na sobotę.

Następnego dnia rankiem z pewną dozą zazdrości obserwowaliśmy zmagania organizatorów z rozpoczęciem biegu. Centrum zawodów znajdowało się w samym środku miasta, naprzeciwko archikatedry, ale skala przedsięwzięcia była tak niewielka, że w praktyce całość załatwiały 4 niewielkie namioty i baner startowy, rozciągnięty między dwoma latarniami. Za to trasa biegu na pierwszych kilkuset metrach była odgrodzona od chodnika wysokimi metalowymi płotami – zupełnie tak samo jak końcówka maratonu w Paryżu. Od razu widać było, że miasto ma tu wiele do powiedzenia i że to, co do niego należy wykonuje w zakresie organizacji bardzo porządnie. Ba, solidne przegrody można było potem znaleźć niemal na wszystkich skrzyżowaniach na trasie biegu – nawet takich w środku sporego lasu, który miał być częścią naszego biegowego doświadczenia około połowy okrążenia (bieg rozgrywany był na 21-kilometrowej pętli, którą maratończycy pokonywali dwukrotnie).

Strzał startera zaskoczył wszystkich!

Nie dość, że rozległ się o dobre półtorej minuty przed czasem, to nie poprzedziło go żadne ostrzeżenie, odliczanie ani nic, co dobrze znamy z naszego krajowego podwórka. Do dziś targa mną (graniczące z pewnością) przeświadczenie, że pistolet wypalił przypadkiem. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że jeszcze dobry kilometr po starcie mijali mnie w szalonym pędzie zawodnicy, którzy już na pierwszy rzut oka powinni biec daleko z przodu. Widocznie ich strzał zastał w zupełnie innym miejscu niż większość z niecałych pięciuset, którzy ruszyli na trasę półmaratonu i maratonu.

Biegnąc w coraz bardziej rozciągającej się grupie, byliśmy świadkami zmieniającego się otoczenia, krajobrazu i podłoża. Po kilkuset metrach równego, staromiejskiego bruku przedostaliśmy się przez most na drugą stronę rzeki i asfaltową alejką zmierzaliśmy wzdłuż rzeki w kierunku północnych dzielnic Wilna. Z czasem asfalt ustąpił żwirowej nawierzchni, by po dalszych dwóch kilometrach zamienić się w… ścieżkę biegnącą wzdłuż ogrodzenia. Potem znów wróciliśmy na żwir i asfalt, by jednak po kilkudziesięciometrowym podbiegu znaleźć się na betonowym trotuarze wiodącym wzdłuż ruchliwej jezdni. Jeśli jednak w polskich warunkach takie rozwiązanie uznano by za urągające godności maratończyka, o tyle tu chyba nikomu to nie przeszkadzało. Tym bardziej, że na trasie nie było tłoku.

Biegło mi się coraz lepiej, zresztą wkrótce trotuar zmienił się w porządny asfalt, który wprowadził nas na teren peryferyjnego wileńskiego osiedla. Bieg zamienił się w trans – asfalt, wokół las, czyste powietrze i temperatura w okolicach 14°C. Po kilku kilometrach spędzonych w lesie zaczęliśmy powoli wracać w kierunku centrum. Od około 18. kilometra czuć już było zbliżającą się metę (biegłem półmaraton), a od 19. wróciliśmy na staromiejski bruk. Jeszcze tylko mocny podbieg na półtora kilometra przed metą, walka o urwanie kilku sekund na Prospekcie Gedymina, wejście w ostatni zakręt i już meta. Okraszony niespodziewaną życiówką start można było uznać za udany.

Jak w skrócie opisać biegowe doświadczenie w stolicy tego najmniejszego sąsiadującego z Polską państwa? Na pewno nie jest to maraton zorganizowany z wielką pompą i rozmachem. Zainteresowanie kibiców jest mizerne, oprawa skromna, a jeśli ktoś liczy na atrakcyjny pakiet startowy, to będzie się czuł zawiedziony (choć kolekcjonerzy medali docenią jego dyskretną urodę). Trasa na pewno sprzyja temu, żeby pobiec szybko i to mimo kilku niespodziewanych odcinków na nawierzchni innej niż asfaltowa. Ale prawdziwy urok tego maratonu tkwi nie w imprezie, ale w miejscu jej rozgrywania. I to chyba sprawia, że jeden wrześniowy weekend spędzony na Litwie na pewno można zaliczyć do bardzo przyjemnych.

3 powody, dla których spodoba ci się maraton/półmaraton w Wilnie:
  • czarujące otoczenie wileńskiego Starego Miasta;
  • możliwość dojechania na bieg w ciągu jednego popołudnia;
  • Zeppeliny w zasięgu ręki tuż po biegu.
3 powody, dla których nie spodoba ci się maraton/półmaraton w Wilnie:
  • skromna organizacja i zaplecze (jak na bieg w stolicy);
  • brak zainteresowania ze strony kibiców;
  • ponurzy kelnerzy w wileńskich knajpach. Chyba że mówisz po litewsku.

VILNIUS INTERNATIONAL MARATHON/HALFMARATHON

Oficjalna strona biegu: www.maratonas.lt

Marek Tronina, Na literwskim bruku, Bieganie październik 2007

milion dolarów

World Marathon Majors – poker za milion dolarów

 

milion dolarów

6 stycznia 2006 w Bostonie doszło do popisania jednej z najciekawszych umów w nowożytnej historii biegów ulicznych. Pięć najbogatszych masowych biegów maratońskich: Nowy Jork, Chicago, Berlin. Londyn oraz właśnie Boston, powołały do życia projekt, który został nazwany World Marathon Majors.

Zasada była (nadal zresztą jest) prosta – skoro ścigają się wszyscy, a wygrywa i tak najlepszy, to nagrodźmy twego najlepszego – i najlepszą – tak, jak na to zasługują. Milion dolarów? Czemu nie! I o to właśnie trwa coroczna walka – o milion dolarów.

Zasady są jasne: w każdym kolejnym cyklu dwuletnim (czyli 2006-7, 2007-8, 2008-9 itd.)  zawodnicy zdobywają punkty. Punktować można oczywiście w czasie biegów „wielkiej szóstki” (bo od roku 2013 do grupy należy też maraton w Tokio) oraz w czasie rozgrywanych w tych latach mistrzostw świata albo igrzysk olimpijskich.

Co ważne, zawodnikowi do punktacji liczą się w danym cyklu tylko cztery najlepsze starty.

W dotychczasowych edycjach zwycięstwa odnieśli:

  • 2006/7 – Robert Kiprotich Cheruiyot (Kenia) i Gete Wami (Etiopia)
  • 2007/8 – Martin Lel (Kenia) i Irina Mikitienko (Niemcy)
  • 2008/9 – Samuel Wanjiru (Kenia) i Irina Mikitienko (Niemcy)
  • 2009/10 – Samuel Wanjiru (Kenia) i Lidia Shobuchova (Rosja)
  • 2010/11 – Emmanuel Mutai (Kenia) i Lidia Shobuchova (Rosja)
  • 2011/12 – Geoffrey Mutai (Kenia) i Mary Keitany (Kenia)

Łatwo policzyć, że maksymalnie zdobyć można w każdym kolejnym cyklu 100 punktów – wystarczy wygrać cztery największe maratony świata w ciągu dwóch kolejnych lat! Ale jak dotąd żadne ze zwycięzców nie zdołało jeszcze osiągnąć takiego wymiaru wygranej.

Rywalizacja o milion dolarów – a w zasadzie o pół miliona, bo cała kwota dzielona jest na dwie części, z których jedną bierze najlepszy mężczyzna, a drugą najlepsza kobieta – trwa zwykle do ostatniego biegu w sezonie. W roku 2008 doszło nawet do tego, że o wygranej musieli zdecydować… dyrektorzy biegów! Irina Mikitienko i Gete Wami nie tylko miały na koncie tyle samo punktów, ale i uzyskały dokładnie takie same noty w elementach pomocniczych służących właśnie rozstrzyganiu sytuacji patowych. Zastosowanie znalazł wtedy dopiero ostatni punkt regulaminu – decyzja dyrektorów. Strach pomyśleć, co by było gdyby taka sytuacja miała miejsce teraz. Przy szóstce biegów (wtedy nie było jeszcze w niej Tokio) głosy dyrektorów też rozłożyłyby się pewnie po równo…

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Otóż wiele osób zapyta o to, dlaczego w grupie największych biegów nie ma Paryża, który podobnie jak członkowie WMM gromadzi na starcie ponad 30 tysięcy biegaczy. Otóż podobno w chwili kreowania idei Francuzi nie byli zainteresowani twierdząc, że nie będą finansować projektu, który sprowadza się wyłącznie do wydania pieniędzy na nagrody dla najlepszych. Niby tak, ale jednak od tamtej pory status członków grupy WMM trochę się jednak zmienił, a paryski maraton nie jest już wymieniany w pierwszym szeregu najważniejszych biegów na świecie. Jak na wydatek rzędu ćwierć miliona dolarów rocznie to spora strata.

ateny (5)

Maraton w Atenach – debiut w kryzysie

Do niedawna, kiedy myślałam o maratonie, przed oczami miałam rok 1997. Siedziałam wtedy z tatą przed telewizorem i z wypiekami na twarzy dopingowaliśmy Renatę Sobiesiak, która zwyciężała w Hamburgu. Pamiętam bieg i finisz, jakby to było wczoraj. Pamiętam też zmęczenie. Nadludzkie zmęczenie. Ale i nieopisaną radość. Bieg maratoński pozostawał jednak w sferze marzeń, wyczynów nadludzi, ulepionych z innej (zazwyczaj ciemniejszej) gliny.

Po 16 latach gry w koszykówkę, postanowiłam odwiesić buty na kołek i przeprowadzić rewolucję w swoim życiu. Sport miał zejść na dalszy plan, a ja zamierzałam zająć się sprawami „ważnymi” . W tym założeniu wytrwałam miesiąc. Praca, znajomi, zainteresowania wszystko to nie dawało nawet przez moment odstawić na boczny tor mojego pociągu do sportu. Zaczęłam biegać, a treningi – szczególnie te cięższe, gwarantowały emocje, z których zostałam ogołocona po rezygnacji z basketu. Porządny wycisk daje mi spokój i spełnienie, których nie doświadczam w innych okolicznościach. Pomysł, żeby przebiec maraton, pojawił się w czerwcu. Wiedziałam, że nie mam szans na książkowe przygotowanie do biegu, ale czy wszystko trzeba robić książkowo? Podczas wrześniowego Maratonu Warszawskiego obserwowałam zawodników, którzy po przeszło 6 godzinach ostatkiem sił dobiegali do mety. I wtedy wiedziałam, że choćby nie wiem co, dam radę. Wybór miejsca debiutu był prosty – Grecja. Bieg na legendarnej trasie, w miejscu, w którym wszystko się zaczęło, gdzie antyczny świat jest niemalże na wyciągnięcie ręki miał być spełnieniem sportowo-turystyczno-poznawczego marzenia.

ateny

Fot. Magda Lewandowska

Deszcz ognia i kamieni

Grecja przywitała mnie słońcem. I strajkiem. A Grecy jako naród nie zaskoczyli mnie niczym. Są wręcz groteskowo stereotypowi. Z jednej strony przyjaźnie usposobieni, pomocni i gościnni, z drugiej zaś leniwi do granic możliwości, przekonani o swojej wyższości nad innymi. Chętnie wychodzą na ulice, chętnie protestują, chociaż mam wrażenie, że nierzadko nawet nie zastanawiają się, dlaczego. Młodzi ludzie na pytanie, dlaczego strajkują, odpowiadają wszyscy jednym głosem: „against the system”. I to właściwie tyle, co mają do powiedzenia. Antyrządowe i antyunijne nastroje czuć tam na każdym skrzyżowaniu, na każdym pomazanym (ergo zniszczonym) budynku, gdzie sfrustrowani mieszkańcy Hellady pokazują swoją niechęć do rządu i idei zjednoczonej Europy, wytykając odbiór suwerenności i komunistyczne praktyki. Buntują się, bo nie chcą ponosić konsekwencji nieodpowiedzialnych decyzji rządu, który uprawiał politykę finansowej bezkarności. I nie przekona ich zdroworozsądkowa argumentacja o skali absurdu, w jakim uczestniczą. Niskie progi podatkowe? Bezpłatne wczasy czy leki? Premia dla kierowcy autobusu za jazdę zgodnie z rozkładem? Proszę bardzo! Dodatkowo partyjka w domino w trakcie sjesty, a na koniec święta kwiatów i latawców, oczywiście w pakiecie z dniem wolnym. Teraz to wszystko rozmywa się niczym fatamorgana, a leniwy z natury naród traci grunt pod nogami i zaczyna się buntować. Mimo, że Grecy w strajkowaniu są niezwykle solidarni, to demonstracje często zmieniają się w pola bitwy. Antyfaszyści ścierają się z anarchistami, ci znowu z policją, a postronni obserwatorzy ironizują, że Bóg się pomylił, bo z ateńskiego nieba od jakiegoś czasu pada deszcz ognia i kamieni.

ateny (2)

Fot. Magda Lewandowska

30th Athens Classic Marathon

Atmosferę maratonu czuć było w powietrzu już w tygodniu poprzedzającym imprezę. Udekorowane ulice, hotele i restauracje oczekiwały na przyjęcie rozbieganych turystów. Biuro zawodów znajdowało się w centrum Aten, w pół drogi między Akropolem a Stadionem Panatenajskim, na którym zaplanowano metę. Pakiety startowe można było odebrać w Ζappeio Megaro – budynku, który powstał w 1896 r. z okazji odrodzenia igrzysk olimpijskich w nowoczesnym świecie. Wewnątrz ogromne zamieszanie, setki zawodników krążyło po targach, na których mogli znaleźć wszystko, o czym zamarzyli. Odbieranie pakietów startowych odbywało się bardzo sprawnie, a jedyny minus stanowił fakt, że numery i koszulki odbierało się w różnych miejscach. Jeszcze w innym aktywowało się chipy. Wiem, że wielu biegaczy nie dostało pamiątkowych koszulek, właśnie dlatego, że nie zlokalizowali miejsca ich odbioru. Sam pakiet, biorąc pod uwagę jego cenę (90 €), na kolana nie rzucał. Były koszulki techniczne: część z nich stanowiły niebieskie t-shirty adidasa – taką dostał biegnący ze mną przyjaciel Krzyś, reszta, w tym ja, dostawała zwykłe białe „no name’owe” koszulki pseudotechniczne. Podejrzewam, że dobór był losowy. Prawda jest jednak taka, że nawet gdybym dostała obrendowany worek jutowy z wyciętymi otworami na głowę i ręce, stanowiłby on dla mnie taką samą wartość jak innowacyjna koszulka dobrej jakości. Malkontentów jednak nie brakowało. W sprytnych workach można było znaleźć jeszcze garść ulotek i pięciodniowy bilet komunikacji miejskiej. Hasło „maraton” było wytrychem otwierającym wszystkie drzwi, dającym zniżki, gwarantującym serdeczny uśmiech ateńczyków, którzy naprawdę to czują!

ateny (8)

Fot. Magda Lewandowska

Mój maraton

11 listopada zerwaliśmy się o nieludzkiej porze – 5 rano. Szybkie śniadanie, numer startowy, chip i można było udać się pod Syntagmę – grecki parlament, spod którego od 5:30 odjeżdżały autokary do Maratonu. W Atenach organizator zadbał o 3 takie punkty. Transport odbywał się sprawnie, jak ucieczka więźniów w „Kilerze”. W autokarach istna Wieża Babel, setki biegaczy z całego świata nerwowo przebierało nogami obserwując trasę, której większość biegła z górki. Po drodze przypomniały mi się słowa kolegi, który kilka lat temu ukończył maraton ateński, że problem zaczyna się wtedy, kiedy zdajesz sobie sprawę, że ten kilkunastokilometrowy odcinek z górki będzie podbiegiem, z którym za chwilę się zmierzę. Odwrotu już jednak nie było.

Na starcie również panowała świetna atmosfera. Podgrzewana zorbą, która budziła ogromny entuzjazm, a w jej rytm na maratońskim stadionie rozgrzewała się masa biegaczy. Kilkanaście minut przed 9 udaliśmy się do swojej strefy startowej, gdzie przed wejściem skrupulatnie sprawdzono, czy rzeczywiście ustawiamy się we właściwym miejscu. O godzinie „zero” rozległ się strzał, a starterem był sam Patrick Makau. Szkoda, że w przedstartowej ekscytacji zupełnie o tym zapomniałam i ostatecznie nie zlokalizowałam rekordzisty świata.

20121108_141209

Fot. Magda Lewandowska

42,195 metrów próby

Start poszczególnych stref odbywał się sprawnie, chociaż oczywiście trzeba było przebiec kilka kilometrów, żeby na trasie się przerzedziło. Potwierdził to mój GPS – pierwsze 4 km były najwolniejsze. Od pierwszych kilometrów czułam wsparcie Krzysia, który co prawda również debiutował, ale mógł pobiec znacznie szybciej. Był moim personalnym zającem. Dodatkowo otuchy dodawali kibice, którzy tłumnie gromadzili się przy trasie. Było też kilka fantastycznych punktów kibicowania, przy których aż chciało się zatrzymać i popatrzeć, jak uśmiechnięci Grecy tańczą zorbę czy posłuchać kilkudziesięcioosobowego zespołu bębniarzy. Na punktach odżywiania było wszystko, czego dusza zapragnie: woda, izotoniki, żele, batony, banany, a nawet… cola. Nie ukrywam, że jako fanka napoju dostałam skrzydeł gdy na 30. km zobaczyłam punkt z colą, która jednak nigdy nie smakowała tak… wstrętnie. Ostatnie kilometry dłużyły się w nieskończoność, a ja nieco zobojętniałam na bodźce płynące z zewnątrz, ale nagroda za ten wysiłek była wspaniała. Widok Stadionu Panatenajskiego dodawał skrzydeł. Ostatnie 100 metrów i wbiegnięcie na bieżnię stadionu sprawiały, że każdy docierający do mety zawodnik czuł się bohaterem. I to właśnie ten wspaniały moment był wart tego wysiłku i pozostanie najmilszym wspomnieniem z maratonu w Atenach. Czas? 4:21, ale w moim przypadku to sprawa drugorzędna. Świetne doświadczenie, które polecam każdemu. A kryzys w debiucie? Nie, był tylko debiut w kryzysie.

ateny (4)

Fot. archiwum Magdy Lewandowskiej
Maraton w Jerozolimie

Maraton w Jerozolimie – istny roller-coaster

maraton Jerozolima

Lubię oddychać minionymi latami i wiekami. Tam, gdzie inni widzą kupę kamieni, ja widzę ręce tych, którzy te kamienie obrabiali, dźwigali i składali w coś, co z wolna stawało się cudem architektury. Takim, jakim jest Jerozolima.         

Maraton w Jerozolimie

Wpisowe: 60 dolarów (ok. 190 zł) w pierwszym terminie

Podróż: LOT 1200 zł (na początku marca można było kupić bilet na promocji za 600 zł), El Al 1500 zł

Koszty pobytu: dość wysokie, ale do opanowania. Nie jadając w restauracjach, a w knajpkach dla miejscowych uzyskujemy ceny podobne do polskich. Hotel – ceny europejskie.

Wiza: nie jest wymagana.

Inne: warto wiedzieć gdzie się jedzie, jaką ma się rezerwację, gdzie się będzie poruszać – o to wszystko zapytają na lotnisku. Podobnie jak o to, kto pakował walizkę, czy nie dano nam jakichś rzeczy do przewiezienia i czy na pewno nie mamy niebezpiecznych przedmiotów. Cena bezpieczeństwa.

Bieganie niejedno ma imię

Nikt, kto jest świadom swoich korzeni i kto podróżując szuka miejsc, gdzie sięgają nasze początki, nie może bowiem przejść obojętnie wobec szansy biegowej podróży po mieście, które jest święte aż dla trzech religii.

Jedni lubią zaliczać wszystkie kolejne edycje tego samego biegu, co rok jeżdżąc w to samo miejsce, porównując czasy z kolejnych lat, spotykając starych znajomych, wiedząc, że za chwilę będzie zakręt, a za 300 metrów – punkt z napojami. Inni – wolą pojechać tu i tam, zwiedzając kolejne miasta, porównując i smakując różnice, zmieniające się krajobrazy, otoczenie i ludzi, czekając na to, co zdarzy się za kolejnym rogiem. Osobiście wolę tę drugą formę, choć i pierwsza może dostarczyć wiele satysfakcji.

W ten sposób staję się z wolna kolekcjonerem. Kolekcjonerem miejsc, w których biegłem. To niełatwa forma zbieractwa, bo wymaga czasu i pieniędzy. Podróże stały się tańsze niż przed laty, ale i tak są droższe niż siedzenie w domu. Ale wolę kolekcjonować miejsca i wspomnienia niż bibeloty czy stare monety. W ten sposób można trafić w miejsca niezwykłe, oryginalne i urzekające. Można pobiec śladami wielkiej historii, wielkich sportowców, wielkich wydarzeń. Biec pod Bramą Brandenburską, Big Benem i Statuą Wolności. Wszędzie. W cieniu obiektu sprzed setek, a najlepiej – tysiąca – lat, robię się mały i po raz kolejny uświadamiam sobie, jak małe i nieważne są nasze codzienne problemy wobec Czasu, Przestrzeni i Absolutu.

Wobec współczesnego Izraela nie sposób pozostać obojętnym.

Właśnie dlatego na swój pierwszy zagraniczny bieg maratoński wybrałem się do Aten – kolebki rywalizacji na tym dystansie. Właśnie dlatego biegłem pod rzymskim Koloseum – by zacząć i skończyć bieg tam, gdzie sięgają początki naszego języka i współczesności. I właśnie dlatego ani przez chwilę nie zastanawiam się, gdy zdarza się okazja pojechania w miejsce, w którym jeszcze nie biegłem. Na przykład – w trzeciej z kolebek naszej europejskiej kultury – w Jerozolimie. Nikt, kto jest świadom swoich korzeni i kto podróżując szuka miejsc, gdzie sięgają nasze początki, nie może bowiem przejść obojętnie wobec szansy biegowej podróży po mieście, które jest święte aż dla trzech religii.

Kraj, który łączy i dzieli

Wobec współczesnego Izraela nie sposób pozostać obojętnym. Skomplikowany (a może po prostu nierozwiązywalny) aspekt polityczny; wielowiekowa historia narodu wybranego (a potem wygnanego); olbrzymie – czasami faktyczne, czasami legendarne – wpływy najbogatszych przedstawicieli potomków rodu Dawida na losy świata; medialne informacje często sprowadzane do przekazów dotyczących zamachu, ostrzelania rakietami czy bombardowania; wreszcie nasza, polska, perspektywa wielowiekowej koegzystencji w jednym państwie – wszystko to sprawia, że słowa Izrael, Żydzi, Palestyna – mało kogo w naszym kraju pozostawiają obojętnym. Tym mocniej podziała na moją wyobraźnię możliwość pojechania do kolebki chrześcijaństwa i przebiegnięcia maratonu właśnie tam.

Miasto po prostu powala swoją urodą.

Co sprawia – naturalnie poza ograniczeniami finansowymi – że w pewne miejsca wybrać się nie chcemy? To oczywiste – lęk. Często przed nieznanym, a najczęściej – przed niebezpieczeństwem. Dlatego miejsca takie jak Bliski Wschód muszą borykać się z kwestią najistotniejszą – wizerunkową. Tak jak przyjazd na maraton do Europy Wschodniej wciąż jeszcze jest dla wielu biegaczy z zachodniej części Europy rodzajem podróży w nieznane, tak dla nas wyjazd do miasta takiego jak Jerozolima ma prawo kojarzyć się z zagrożeniem. Hamas, Hezbollah, święta wojna – z naszej perspektywy wszystko to miesza się w jednym tyglu i dzieje się gdzieś tam: na Bliskim Wschodzie, w pobliżu Izraela.

Samolot podchodzi do lądowania od strony morza. Fale, plaża, białe zabudowania centrum miasta, lotnisko. Od początku widać, że kwestie bezpieczeństwa mają tu znaczenie zasadnicze, ale nie denerwują. Szczegółowa rozmowa o pakowaniu bagażu podczas odprawy bagażowej czy kontrola pirotechniczna zaskakują, ale o dziwo wprowadzają spokój. Widok tych, którzy pilnują bezpieczeństwa w miejscach publicznych (na tyle dyskretnie, że nie rzucają się w oczy i w obsadzie na tyle licznej, że nie ulega wątpliwości, że niepozorny obywatel stojący bez celu przez dłuższy czas w jednym miejscu nie znajduje się tu przypadkiem) sprawia, że ani przez chwilę nie ma się poczucia zagrożenia.

Miasto

Pierwszy dzień w Jerozolimie. Miasto po prostu powala swoją urodą. Począwszy od najstarszej części – Miasta Dawida (X w. p.n.e.), poprzez stare miasto z początków średniowiecza, budynki kolonii Montefiore z XIX wieku po całą zabudowę XX-wieczną oraz to, co powstaje w tej chwili – absolutnie wszystko wykończone jest lokalnym piaskowcem. Efekt jest nieprawdopodobny – miasto wygląda jednolicie, co w połączeniu z brakiem wszechobecnych reklam wielkoformatowych (najbardziej lubimy te zasłaniające całe budynki, prawda?) sprawia, że przechodzień ma poczucie poruszania się po mieście niezwykle czystym architektonicznie. Duża w tym zasługa Brytyjczyków, którzy sprawując tu mandat Ligi Narodów po II wojnie światowej (miasto ograniczało się wtedy do liczącej 1 kilometr kwadratowy zabudowy Starego Miasta oraz niewielkiej kolonii do niego przylegającej) wprowadzili przepisy budowlane, które nakazywały wykańczanie wszystkich nowych budynków w tej właśnie sposób; niepodległy Izrael utrzymał tę zasadę.

Podbieg nas wyzwoli

Start biegu na 10 kilometrów robi wrażenie – niekończące się morze głów.

Wprawne oko maratończyka od razu dostrzega jednak zagrożenia. Wzgórza. Góra Oliwna co prawda leży trochę na uboczu, ale i przecież nie bez powodu prehistoryczni założyciele miasta wybrali teren górski jako miejsce lokacji swojej osady. W ten sposób powstał gród, który powala klasą i poraża ukształtowaniem terenu. Jeśli ktoś był choć raz w Szklarskiej Porębie to wie, że znalezienie ten ulicy o zerowym nachyleniu stoku jest niemal niemożliwe. Przy zmniejszeniu skali nachylenia podbiegów i zbiegów (bo jednak takich stromizn jak w Szklarskiej Jerozolima nie ma) otrzymujemy coś, co jest przepisem na maratoński zgon. Dość szybko orientuję się, dlaczego na stronie biegu nie mogłem znaleźć profilu trasy.

Na konferencji prasowej organizatorzy z dumą mówią o tym, że we wszystkich biegach (oprócz maratonu jest jeszcze półmaraton, 10 km, 4200 metrów i zapewne jeszcze inne dystanse dla najmłodszych) wystartuje 20 tysięcy osób. Sam maraton cieszy się najmniejszą popularnością (co prawda organizatorzy na wszystko mówią „maraton”, dodając tylko odpowiedni dystans) – ostatecznie liczba biegnących zamknie się wartością trzycyfrową. Ale start biegu na 10 kilometrów robi wrażenie – niekończące się morze głów.

Ruszamy, nie za szybko, bo wiemy co nas czeka. Spora grupa Polaków (pierwszych poznaję jeszcze w samolocie, ostatnich – już na mecie), ale i wiele innych nacji. Jest kolorowo. Zupełnie w jak w dowcipie, w którym papież na połączenia z Bogiem wydaje fortunę, a naczelny rabin Jeruzalem grosze (bo rozmowa jest miejscowa) – tak i my odczuwamy bliskość mocy niebieskich. Przez cały tydzień temperatura nie spada poniżej 20 stopni, a słońce nie zachodzi; w maratoński piątek (lokalna specyfika – wszystko musi skończyć się przed szabasem) jest chłodno, a słońce grzecznie siedzi za chmurami. Tylko górki się nie pochowały.

Człowieczy los

Jest trudno, i to od samego początku. Potrzeba olbrzymiej samodyscypliny żeby w pierwszej połowie nie rzucić się na dystans, nie próbować utrzymywać tempa na podbiegach, nie gonić straconych sekund na zbiegach. Ale w tym maratonie chyba naprawdę nie chodzi o czas. Ten bieg trzeba smakować urodą wszystkich miejsc, w które maratońska trasa nas prowadzi. Start obok Knessetu, niezapomniana panorama miasta widoczna ze wzgórza uniwersyteckiego, wbieg na Stare Miasto bramą Jaffy, cytadela, bieg wzdłuż linii tramwajowej, którą zbudowano w miejscu, gdzie do roku 1967 znajdowała się granica podzielonego między dwie religie miasta – można tak wymieniać bez końca. I przez cały czas ten niesamowity beżowo-kremowy kolor miejskich zabudowań.

W końcówce organizatorzy fundują nam jeszcze dwa podbiegi: pierwszy na 39 kilometrze, który kończy się tak, że nawet najwytrwalsze jednostki przechodzą do marszu; drugi – na ostatniej mili, który wije się przez park aż do samej mety (pod względem perfidii wygrywa z nim tylko finisz maratonu wyszegradzkiego w Rytrze). Wreszcie koniec. Jak zwykle.

Wracamy do hotelu i uświadamiamy sobie, że maraton, który bezlitośnie siecze miasto nie na pół, nie na ćwiartki, ale na drobniutkie sektory, z których wydostać się nie sposób bo wszędzie ktoś biegnie, nie wywołał korków. Doskonała informacja na mieście? Pewnie tak. Ale też olbrzymia dyscyplina i szacunek wobec prawa. Skoro odbywa się jakaś impreza, to ktoś wydał na nią zgodę. Ot, wszystko. Spróbujmy wytłumaczyć to naszym kierowcom.

Wracamy do Polski, nie mogąc ochłonąć z niezwykłości miejsca, które było przez tydzień naszym domem. Zobaczyć grób Chrystusa, zejść studnią, która 3 tysiące lat temu prowadziła do źródła miejskiej wody i pozwoliła odeprzeć oblężenie żołnierzy Babilonu, znaleźć się przy Ścianie Płaczu i wyobrażać sobie Rzymian palących doszczętnie miasto – to rzeczy bezcenne. Przebiec w takim miejscu maraton – kto, biega ten wie, co to znaczy.

Z uczestnikami maratonu w Jerozolimie – Wojciechem Staszewskim, Marcinem Chłopasiem i Kamilem Dąbrową oraz ich kibicami – Adą i Tomkiem Smokowskim – rozmawiał Marek Tronina.

BIEGANIE: Kiedy kilka lat temu jechałem do Bejrutu, znajomi śmiali się, że „jadę się rozerwać”. Nie mieliście podobnych obaw, jadąc co Izraela?

Marcin Chłopaś: Jak najbardziej! W końcu nasze wyobrażenie o Izraelu jako kraju to zamachy bombowe i napięcia na tle politycznym. Więc trudno powiedzieć, żebyśmy nie mieli żadnych obaw.

Wojciech Staszewski: No i pierwszej rzeczy, jakiej dowiedzieliśmy się po wylądowaniu, to że właśnie był zamach bombowy i że są ofiary.

Kamil Dąbrowa: Dla ścisłości – dowiedzieliśmy się o zamachu jadąc z lotniska do Jerozolimy. Główny port lotniczy w Izraelu – Ben Gurion – znajduje się w połowie drogi między Jerozolimą i Tel Awiwem. W samochodzie usłyszeliśmy, że był zamach, więc jadąc zaczęliśmy się z miejsca zastanawiać czy przypadkiem nie będzie jakichś kłopotów z wjazdem do miasta. Wiadomo – blokady policyjne, korki, i tak dalej. Jedziemy, jedziemy i – nic.

BIEGANIE: Taki pozorny spokój?

KD: Tak myśleliśmy. Ale okazało się, że spokój jest najprawdziwszy. Wybuchła bomba i nic.

MD: Do tego stopnia, że jak znalazłem się na miejscu zamachu z moją operatorką (Marcin Chłopaś kręcił z Jerozolimy materiał do Teleexpressu – przyp. Red) w dwie godziny po wybuchu, to jedyne, co o całym zajściu świadczyło, to była dziura w jezdni i wiązanka kwiatów w miejscu eksplozji. Poza tym – żadnych blokad, żadnej policji, żadnego zbiegowiska.

BIEGANIE: Ktoś wam to wytłumaczył?

WS: Bardzo szybko. Otóż w Izraelu są do zamachów przyzwyczajeni i traktują to jak element życia. Może nie codzienności, ale – życia. Nasz przewodnik – mówiliśmy na niego Józiek – objaśnił, że zmarłym już nie pomożemy, a stoicka postawa to sygnał wysyłany do złoczyńców: wasza akcja nie zrobiła na nas żadnego wrażenia. No i faktycznie tak to z boku wyglądało – zero wrażenia. A przecież były ofiary śmiertelne!

BIEGANIE: A nie było mowy o odwołaniu maratonu?

MC: Właśnie taka była nasza pierwsza myśl – odwołają maraton! Przecież gdyby w Warszawie przydarzyło się coś takiego, to co zrobiliby organizatorzy?

BIEGANIE: Pewnie bieg trzeba byłoby odwołać. Nawet jakbyśmy nie chcieli to zostalibyśmy do tego zmuszeni.

MC: Właśnie. A tam – wręcz przeciwnie. Biegniemy i pokazujemy, że takie zamachy nie robią na nas wrażenia.

BIEGANIE: Opowiedzcie w takim razie o samym biegu.

Ada Smokowska: To może zaczniemy od tego, co się wydarzyło w Warszawie na lotnisku. Otóż wstając do odprawy bagażowej poczułam, że… nie jestem się w stanie ruszyć. Poczułam tak koszmarny ból w kręgosłupie, że zamarłam zgięta w pół. I ten ból jak przy porodzie. Oczywiście panie z obsługi linii izraelskich powiedziały – no, w takim w stanie na pewno pani nie poleci. Jak to – nie polecę??? Tak to. Sprowadzono jakiegoś lekarza, dostałam środki przeciwbólowe i godzinę na to, żeby dojść do siebie. Bo ja nie byłam w stanie ani stać, ani siedzieć, ani leżeć. Wyłam z bólu. A po godzinie stewardessy zrobiły mi test na sprawność ogólną – przysiad, skłon, usiąść, wstać. Miałam dwa wyjścia – zacisnąć zęby i zdać albo poddać się i zostać w kraju.

BIEGANIE: Skończ naszą mękę i mów – zdałaś?

AS: Zdałam, ale w połowie zawdzięczam to lekarzom, a w połowie – lękowi przed zostaniem w kraju. Ale oczywiście o tym, żeby pobiec, nie było nawet mowy.

WS: A trzeba od razu dodać, że to był maraton tak trudny, jak jeszcze żaden w mojej karierze. Jeśli ktoś biegł w Warszawie i myślał, że ulica Sanguszki jest podbiegiem, to zaręczam, że nie widział jeszcze prawdziwego podbiegu. W Jerozolimie na trasie maratonu jest siedem górek, a każda cztery razy dłuższa i cztery razy bardziej stroma niż ulica Sanguszki. Nie żartuję.

KD: Tak, ten bieg musi budzić respekt. Na pewno nie jest to start na debiut.

Tomek Smokowski: Jako kibic czekałem na chłopaków około dziesiątego kilometra i kiedy zobaczyłem Wojtka, ten wyglądał jakby miał w nogach 35 kilometrów.

WS: I tak się czułem. Góra-dół, góra-dół. Klasyczny amerykański roller-coaster. Taki bez końca.

KD: W dodatku nie ma co ukrywać, że na trasie nie można było zbytnio liczyć na wsparcie kibiców.  Tak naprawdę to gdyby nie Tomek, Ada, żona Wojtka i nasza kamerzystka to dopingu nie byłoby w ogóle. Polscy kibice uczyli miejscowych zachowania w czasie biegu ulicznego.

TS: Przyznam, że po raz pierwszy brałem udział w maratonie w roli kibica i bardzo mi się podobało. Nasza strategia polegała na tym, że zatrzymywaliśmy się w jednym miejscu, zaczynaliśmy wymachiwać flagami i robić hałas i po chwili przyłączała się do nas mniej lub bardziej liczna grupka innych osób. No i robiliśmy klakę. Po przebiegnięciu ostatniego z naszych – Marcina – zabieraliśmy się w inne miejsce.

AS: A wtedy miejscowo mówili – nie chodźcie jeszcze, zostańcie, my bez was sobie nie poradzimy!

BIEGANIE: Prawdziwi ambasadorzy Polski.

TS: Oczywiście. Do tego stopnia, że po biegu podszedł do nas jakiś zawodnik, powiedział, że doskonale pamięta nas z trasy i zapytał, czy kibicujemy na maratonach zawodowo. To znaczy – czy ktoś nas do tego wynajmuje za pieniądze.

WS: Wracając jeszcze na chwilę do trasy warto wspomnieć, że mimo tego zamachu i całej tej politycznej otoczki nie dało się w ogóle odczuć napięcia. Żadnego wojska, żadnej policji. Spokój, cisza.

TS: No, z wyjątkiem naszej grupy. Zdarzyła nam się w pewnym momencie zabawna sytuacja – staliśmy pod jakimś biurem, robiąc hałas dla przebiegających. W pewnym momencie otworzyło się okno i jakiś jegomość zaczął coś krzyczeć po hebrajsku. Na to stojąca obok nas kobieta coś mu odpowiedziała, człowiek coś tam powiedział do siebie i zamknął okno. Okazało się, że miał pretensje o te krzyki, a kobieta powiedziała: w tym kraju są większe problemy niż kibice dopingujący maratończykom. A, maraton – powiedział ze zrozumieniem mężczyzna. I to był koniec rozmowy.

BIEGANIE: A kierowcy?

KD: Zero problemów. To jest kraj nieprawdopodobnej dyscypliny i poszanowania prawa. Skoro jest bieg i ktoś zamknął ulicę to znaczy, że zrobił to zgodnie z przepisami. Więc wyrażanie swojego niezadowolenia z powodu legalnego zachowania innych osób jest nie do pomyślenia. Myślę, że oni wszyscy wiedzą, że bez przestrzegania prawa już by dawno przestali istnieć jako naród.

BIEGANIE: Kilka słów o organizacji?

WS: Typowy bieg w początkowej fazie rozwoju z typowymi dla takiej fazy problemami. Przykład – trasa rozgrywanego równolegle biegu na 10 kilometrów w pewnym momencie… krzyżowała się z trasą maratonu. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałem. W efekcie trzej pierwsi zawodnicy z maratonu skręcili na finiszu w niewłaściwą alejkę i do mety jako pierwszy dobiegł ten czwarty.

MC: Ostatnie 200 metrów było wyłożone taką wykładziną, jak na gali rozdania Oskarów. Ale w nocy padało i wykładzina tak nasiąkła, że końcówka biegu polegała na wyciąganiu nóg z jakiejś kompletnie niesprężystej i zapadającej się nawierzchni. Makabra. Ale ogólne wrażenie – bardzo sympatyczne.

KD: Dla mnie ten bieg był symbolem. Biegnąc maraton w Jerozolimie czułem, że dokładam swój mały kamyczek do idei odbudowy pokoju na Bliskim Wschodzie. I dlatego będę te bieg zawsze pamiętał jako coś symbolicznego.

Rozmowy z biegaczami i urywki z maratonu – zobacz tutaj!

Telewizyjna relacja z maratonu tutaj!

Przegląd tasy maratonu tutaj!

Marek Tronina, Jerozolimski roller-coaster, Bieganie, kwiecień 2013

Fot. Alicja Tronina

Sierra-Leone-2012-098

Sierra Leone, czyli Szakal na Czarnym Lądzie

Sierra Leone 2012

Autobus zatrzymał się w polu. Wyskoczyliśmy w ciemność i przez nieużytki dotarliśmy do kilku budynków, które stały się logistycznym centrum zawodów. Zostawiłem depozyt i czekałem na start.

Rozgrzewkę musiałem odpuścić – w ciemności łatwo o kontuzję na kamieniach i korzeniach. Start zaplanowano na 6:15, czyli o wschodzie słońca, ruszyliśmy jednak z „afrykańskim kwadransem”. Za to lokalna orkiestra zdążyła zagrać hymn Sierra Leone.

Startowaliśmy z jakiejś łąki, banner z napisem „start” zawisł na wbitych w ziemię palach. Przybyła całkiem spora gromada biegaczy – razem ruszyli maratończycy, półmaratończycy i ścigający się na 5 km. Wśród maratończyków przeważali biali (przynajmniej liczebnie), a w najkrótszym biegu zdecydowanie dominowała lokalna młodzież, w jakich bądź butach (niekoniecznie sportowych) i z ogromnym zapałem. Ta naturalna radość biegania – połączona z kompletnym brakiem doświadczenia – sprawiła, że większość lokalnych zawodników wyruszyła do przodu, a później (nawet na najkrótszej trasie) przechodziła do marszu.

XC

Ruszyłem bardzo spokojnie, co podpowiadało mi doświadczenie z biegania w tropikach. W zasadzie dopiero na 10 km zacząłem kontrolować tempo. Nie ma jak dobry towarzysz przygody – niemal od startu biegłem z Mauricio – Meksykaninem żyjącym w Barcelonie. Współpraca układała się świetnie. A było z czym się zmagać. Bieganie utrudniał nie tylko klimat (temperatura, a przede wszystkim wilgotność). Trasa była – delikatnie rzecz ujmując – urozmaicona. Zdarzały się odcinki asfaltowe – łącznie nie więcej niż 5-6 km. Reszta po drogach gruntowych, gliniastych z atrakcjami – nierównościami, dołami, kamieniami, kałużami, błotem. Trzeba przyznać, że jak na początek pory deszczowej błota nie było wiele, ale nie dało się go nie zauważyć. Często za to trzeba było omijać kałuże, przez co na pewnych odcinkach rzeczywista trasa biegu przypominała przysłowiowe „śledzenie węża”.

Podbieg za podbiegiem

Przynajmniej się nie kurzyło. Zawodnicy, którzy uwierzyli, że „trasa jest płaska”, popełnili błąd naiwności. Ile było podbiegów? Kilkadziesiąt? Pewnie mniej niż sto, wyraźne, uciążliwe, zmuszające do podwójnego wysiłku. Co gorsze – włożoną w nie pracę trudno było odzyskać na zbiegach, trudny teren zmuszał do uwagi, nie pozwalał na rozluźnienie.

Na trasie żadnych oznaczeń, nawet tabliczek co 10 km (podobno były, ale od razu „poszły na opał”), Na szczęście biegłem z GPS-em, który tym razem nie zawiódł. Liczne były za to punkty z wodą, choć rozmieszczone loteryjnie – czasami co kilometr, a na początku i końcu trasy wcale. Wodę umieszczono w plastikowych woreczkach (świetny patent), do tego czasem dostępny był izotonik w kubeczku. Raz wziąłem dwa, co chyba lekko oburzyło załogę punktu. Biegacz nie powinien się obżerać, więc nie zaplanowano dokarmiania. Dlatego w ręku ściskałem żel. Zabezpieczenie trasy było dobre tam, gdzie nie było to trudne, czyli na wiejskich drogach i ścieżkach. Za to w mieście fatalne, ale trzeba przecież wziąć poprawkę na afrykańskie realia.

Białasy

Na 15. kilometrze dotarłem ze średnim tempem 4:45 min/km, współpraca z Mauricio układała się świetnie. Mknęliśmy szeroką wiejską drogą, oczywiście z licznymi podbiegami. Przy mijanych chatkach gromady dzieciaków krzyczące „abato, abato” – białasy, białasy, całkiem często ludzie krzyczeli do nas po prostu: „Thank you” (ale za co?). Czasami dzieciaki dołączały do nas na kilkaset metrów. Koło 19. Kilometra ujrzeliśmy czołówkę biegu zmierzającą w naszą stronę – dwaj czarni biegacze imponowali tempem i żarliwością, najszybszy z białych pojawił się po dłuższej chwili, dopiero na 5. miejscu. Na nawrocie (ok. 21,5 km) średnie tempo wciąż wynosiło 4:45 min/km. Czułem zmęczenie, ale nie było tragicznie. Bardziej martwiła mnie kiepska lokata – mijając kolegów wyliczyłem, że zajmuję 15. pozycję. Warto dodać, że o tej porze słońce przypiekało w najlepsze. Chwilę później – oczywiście na podbiegu – Mauricio zaczął słabnąć. Dość szybko okazało się, że jego los podzielili niemal wszyscy biegacze – niezależnie od koloru skóry. Moje tempo również powoli spadało, ale wciąż nie przekraczałem 5:00 min/km.

Łódź górą

„Szakal pojawia się znikąd” myślałem wyprzedzając kolejnych konkurentów (nawiązywałem w ten sposób do mojej przynależności do łódzkiego klubu „Szakale Bałut”). Moją psychiczną kondycję poprawiała mi łatwość, z jaką tego dokonywałem, miałem wrażenie, że biegnę dwa razy szybciej niż rywale, którzy jeszcze niedawno mieli nade mną kilkuminutową przewagę. A silna psychika była potrzebna. Wracaliśmy inną trasą, raczej ścieżkami niż po drogach. Na długich odcinkach nie było ani ludzi, ani chałup, ani konkurentów. Czasem w bok odchodziła jakaś dróżka. Może tędy? Nadal było pagórkowato, chyba nawet bardziej. Pytanie wolontariuszy o odległość do mety nie miało sensu – zawsze była to „jedna mila”. Ostatnie kilometry przez Makeni były najtrudniejsze, nie tylko ze względu na zmęczenie i narastający upał. Pokierowano mnie asfaltową drogą, na której ruch trwał w najlepsze, a kierowcy nie przejmowali się omijaniem biegacza. Co gorsze – nie byłem pewien czy biegnę po trasie – żadnych oznaczeń, żadnej obstawy.

Asysta

Dołącza do mnie chłopak na rowerze, który twierdzi, że to dobra droga. Ale czy on na pewno rozumie na czym polega maraton? Dostrzegam przed sobą konkurenta, po chwili mam go za plecami. Za moment niespodzianka – przede mną jeden z czarnoskórych zawodników czołówki, ledwo trzyma się na nogach, przechodzi do marszu… Biegnę uskrzydlony świadomością, że zaraz go wyprzedzę. Jeszcze kawałek gruntową drogą, znów asfaltem (z omijaniem dziur) i wpadam do centrum. Stragany, motocykle, gwar, przechodnie – trudno uwierzyć, że to trasa maratonu. Do tego żar lejący się nieba. Policjantka kieruje mnie w lewo, w jeszcze bardziej zatłoczony zaułek. Czy to tędy? Na pewno? Miejscowi patrzą na mnie jak na dinozaura, pytanie ich o przebieg trasy nie ma sensu. Trudno trzymać tempo, gdy brak pewności, czy nie będzie trzeba wracać.

Jednak koniec

Jednak się udało. Kilka zakrętów, pojawili się ludzie z obsługi. Przy mecie tłumy widzów, dzieciaki wiwatują, spiker coś krzyczy. Nie mam się z kim ścigać, więc „przybijam piątki” z maluchami i wpadam na metę. Przeżyłem! Ukończyłem bieg z czasem 3:26:55.

Bieg wygrał zawodnik z Sierra Leone z czasem 2:48, za to drugą pozycję wywalczył Tim – Brytyjczyk, który na ulicach Makeni stoczył walkę o srebro. Osiągnął znakomity rezultat – jak na warunki biegu – 2:56. Na dodatek był to jego maratoński debiut, w półmaratonie kilka miesięcy wcześniej nabiegał 1:11. Za to wśród kobiet miejsca na podium zajęły tylko białe zawodniczki – to chyba dość niezwykła sytuacja w biegu na Czarnym Lądzie.

Wyniki? Jakie wyniki?

Moja lokata pozostaje do dziś nieznana. Skoro na „połówce” byłem piętnasty, a wyprzedziłem ośmiu biegaczy, to wychodzi na to, że wywalczyłem szóste miejsce. Na mecie usłyszałem, że byłem ósmy. Oficjalnych wyników do dziś nie ma. Na moją prośbę organizatorzy przesłali mi wyniki czołówki. Wynika z nich, że byłem 11., z innym (gorszym czasem). Czyli jak w wierszu Tuwima o kaczuszkach – „wyszłam pierwsza, przyszłam szósta, teraz jestem siódma”.

Pewnego dnia w internecie znalazłem wiadomość, że 9 czerwca 2012 r. w Sierra Leone odbędzie się pierwszy w tym kraju maraton. W tym niewielkim afrykańskim państewku jeszcze kilka lat temu trwała okrutna wojna domowa, z wymyślnymi torturami, gwałtami, zabijaniem dzieci. Teraz brytyjska fundacja Street Child of Sierra Leone postanowiła zorganizować tam maraton. Ta charytatywna organizacja robi w Sierra Leone wiele dobrego, przede wszystkim budując szkoły i szkoląc nauczycieli, nawet w najodleglejszych i najdzikszych częściach kraju (jak w prowincji Tambakha, do której też udało mi się dotrzeć). Organizacja biegu miała pomóc w zbieraniu funduszy na działalność fundacji. Bieg zorganizowano w Makeni, jednym w większych miast Sierra Leone.

All inclusive

Do Afryki poleciałem sam – nie znalazłem nikogo równie „szalonego”. Dlatego za ok. 300 funtów wykupiłem tzw. pakiet – obejmujący opłatę startową i koszty pięciodniowego pobytu. Już na lotnisku spotkałem gromady innych biegaczy, w zdecydowanej większości Brytyjczyków. Co ciekawe – było wśród nich sporo debiutantów, którzy startowali ze względu na cel przedsięwzięcia. Byli też nasi sąsiedzi – w dniu zawodów spotkałem grupkę sympatycznych Litwinów.

Grunt, że wszyscy żyją

Sierra Leone to jeden z najbiedniejszych krajów Afryki. Miasta i miasteczka przypominają gigantyczne targowiska, handluje każdy, czym może i gdzie może. Wioski to kilkanaście glinianych chat krytych strzechą. Ludzie całkiem życzliwi, uśmiechnięci, często zdziwieni widokiem turysty. Trudno uwierzyć, że parę lat temu na ulicach leżały zwłoki…

O stronie organizacyjnej biegu można z pewnością powiedzieć kilka gorzkich słów, ale przecież bieg się odbył, nikt nie zaginął i było całkiem sympatycznie. Organizatorzy może nie byli doskonali, ale z pewnością mili i zaangażowani, a kolejne edycje maratonu mogą być tylko bardziej udane. Czy warto pobiec w Sierra Leone? – warto, choć nie jest to wyprawa tania.

Maciej Rakowski, „Szakal na Czarnym Lądzie”, Bieganie, lipiec-sierpień 2013, foto: autor