fbpx

Wiadomości

[h6]Galen Rupp na lekkoatletycznych mistrzostwach USA. Fot. Getty Images[/h6] [h2]W weekend odbyły się mistrzostwa USA w lekkiej atletyce. Wysoki poziom, dramatyczne zmagania oraz walka starej i młodej gwardii to cechy charakterystyczne tej imprezy.[/h2] Biegi długodystansowe odbyły się pod znakiem burzy przewalającej się nad grupą Oregon Project. Trener Alberto Salazar jest oskarżony o co najmniej naginanie zasad antydopingowych. Zarówno on, jak i jego podopieczni są pod ostrzałem prasy i zastanawiano się, jak to wpłynie na starty biegaczy. Najwyraźniej jednak medialna burza nie zaszkodziła samym podopiecznym Salazara, bardziej jego przeciwnikom. Kara Goucher, jedna z byłych zawodniczek trenera, obecnie oskarżycielka, przybiegła trzecia od końca w biegu na 5000 metrów, niemal zdublowana przez czołówkę. Tymczasem biegacze z Oregon Project startowali na ogół udanie. Czterodniowe mistrzostwa rozpoczęły się od biegów na 10 000 metrów i wśród mężczyzn członek Oregon Project, Galen Rupp, zwyciężył zdecydowanie. Srebrny medalista olimpijski na tym dystansie trzymał się długo w środku grupy, ale gdy trzy okrążenia przed metą przyspieszył, nikt nie był w stanie utrzymać się z nim. Wśród kobiet wygrała młoda gwiazda amerykańskich biegów długich, startująca z sukcesami również w półmaratonie, Molly Huddle. Galen Rupp próbował powtórzyć sukces na dystansie 5000 metrów, ale tym razem się nie udało. Bieg rozgrywany w upalnych warunkach był bardzo wolny. Rupp podobnie jak na dychę próbował ruszyć mocno trzy ostatnie okrążenia, ale rywale nie byli na tyle zmęczeni, aby go puścić. O medale, a tym samym awans do reprezentacji kraju, walczyło kilku biegaczy. Nie było wśród nich 40-letniego Bernarda Lagata, który odpadł z czołówki 400 metrów przed metą. Lagat był załamany, ale jak tłumaczył, od miesiąca chorował i nie był w stanie trenować na normalnym poziomie. Ostatecznie mistrzem USA na 5000 metrów został Ryan Hill, z grupy, Jerry'ego Schumachera, konkurencyjnej wobec Alberto Salazara. Na drugim miejscu Ben True - były biegacz narciarski, od kilku lat coraz mocniejszy na amerykańskiej scenie, podobnie jak Molly Huddle świetnie radzący sobie zarówno na bieżni, jak i w biegach ulicznych. Dopiero trzeci dobiegł Galen Rupp, zaledwie 0,07 sekundy przed czwartym biegaczem. Niewiele brakowało, a nie awansowałby do reprezentacji kraju na tym dystansie. Warto jednak zauważyć, że piątka zawsze była jego słabszą konkurencją. Wśród kobiet na 5000 metrów doszło do dużych niespodzianek. Nie startowały dwie główne faworytki - Molly Huddle oraz Shannon Rowbury. Pierwsza wybrała 10 000, druga - 1500 metrów. W pojedynku młodych biegaczek poziom był niezwykle wysoki. Mimo wysokiej temperatury pierwsza na mecie, Marielle Hall, osiągnęła bardzo dobry wynik - 15:06,44. Dla porównania, najlepszy wynik w Polsce, który w ten sam weekend osiągnęła Dominika Nowakowska, wynosi 15:29. Tak szybkie bieganie w USA było możliwe dzięki maratonce Shalane Flanagan. Wiedząc, że nie dysponuje szybkością do ogrania młodszych koleżanek na finiszu, poprowadziła bieg w mocnym tempie. Ostatecznie skończyła na 5. miejscu. Biegi średnie pełne były dramatów. W męskim biegu na 800 metrów jednym z faworytów był Duane Solomon. Biegacz znany z dyktowania mocnego tempa zapowiadał, że ruszy w finale w tempie na rekord świata. Tak się rzeczywiście stało, ale nie wyszło to Amerykaninowi na dobre. Pierwsze okrążenie pokonał poniżej 50 sekund i jeszcze wychodząc na ostatnią prosta, był na prowadzeniu. Tam nastąpiło jednak kompletne załamanie tempa i 50 metrów przed metą Solomon po prostu zatrzymał się i padł na bieżnię. Zwyciężył rutynowany Nick Symmonds, który przed mistrzostwami wydawał się kompletnie bez formy. Dzięki prowadzeniu Solomona na mecie zanotował znakomity wynik - 1.44,53. W kobiecym biegu starły się co najmniej cztery zawodniczki z aspiracjami do medalu również w mistrzostwach świata. Brenda Martinez to brązowa medalistka ostatnich mistrzostw świata. Alysia Montano, która 10 miesięcy temu urodziła dziecko, była tam czwarta, tuż za Martinez. Młoda Ajee Wilson to była mistrzyni świata juniorów, która w zeszłym roku miała najlepszy wynik na świecie. I wreszcie Maggie Vessey miała drugi wynik na świecie w 2009, za Caster Semenyą, która wzbudzała kontrowersje w związku z płcią. Bieg okazał się dość wolny, a zanim doszło do finiszu, miał miejsce incydent, który zdecydował o kolejności na mecie. Maggie Vessey potknęła się, biegnąc na końcu i upadła, popychając inne biegaczki. Ajee Wilson zgubiła jeden but i nie mogła mocno finiszować. Ostatecznie zwyciężyła Alysia Montano, biegnąc, jak na nią, nietypowo - nie prowadziła jak zwykle od startu do mety, ale zaatakowała dopiero 300 metrów przed końcem biegu. Druga na mecie Martinez, trzecie Wilson w jednym bucie. W biegach na 1500 metrów zwyciężali faworyci. Wśród mężczyzn - Matt Centrowitz, wśród kobiet - Jennifer Simpson. Podobnie było też w biegach na 3000 metrów z przeszkodami, które zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn, mają pojedyncze, bardzo silne osobowości, wyrastające ponad krajowych rywali. U mężczyzn jest to Evan Jager, który nie tylko świetnie biega przeszkody, ale niedawno osiągnął czas 3:32 w biegu na 1500 metrów. Wśród kobiet jest to piękna Emma Coburn, obiekt westchnień wielu kibiców. W sprintach miało miejsce kilka ciekawych wydarzeń. Na 200 metrów zwyciężył kontrowersyjny Justin Gatlin, skazywany wcześniej za doping. Uzyskał świetny czas -  19,57. Jeśli Usain Bolt nie poprawi formy do sierpnia, to obecnie wydaje się, że nie ma szans z Gatlinem. Męskie 100 metrów również wygrał były dopingowicz - Tyson Gay, z czasem 9,87. Wśród kobiet na 200 metrów Jenna Prandini stała się pierwszą białą mistrzynią od 1953 roku. Od tego czasu pasmo sukcesów odnosiły ciemnoskóre zawodniczki. Miejsce w pierwszej trójce mistrzostw USA daje przywilej reprezentowania kraju na mistrzostwach świata. Ostateczny skład nie jest jednak jeszcze pewny. Część zawodników musi jeszcze osiągnąć wymagane minimum. Pełne wyniki mistrzostw USA dostępne po kliknięciu w link.
[h6]Lavaredo Ultra Trail. Fot. Marco Colleselli[/h6] [h2]Iwona Turosz zajęła 4. miejsce wśród kobiet na 170-kilometrowym biegu Ronda dels Cims w ramach Andorra Ultra Trail, najszybszym Polakiem na 119-kilometrowym Lavaredo Ultra Trail był Łukasz Belowski, czwarty na mecie stumilowca Western States zameldował się Litwin mieszkający w Polsce - Gediminas Grinius, to samo miejsce zajął w 80 km du Mont Blanc Marcin Świerc.[/h2] Miniony weekend był absolutnym szaleństwem dla amatorów ultra i kibiców tej dyscypliny. Ci, którzy zostali w Polsce, co chwilę odświeżali strony internetowe biegów, sprawdzając postępy swoich znajomych, faworytów, śledząc rywalizację czołówki. Za oceanem, w górach Sierra Nevada w Kalifornii odbył się bieg bodaj najbardziej znany polskiemu kibicowi ultra - Western States Endurance Run - stumilowiec rozpoczynający się w Squaw Valley i wiodący po liniowej trasie do Auburn. Pod górę trzeba pokonać 5500 metrów, w dół aż 7000 m, wyniki zwycięzców (poniżej 15 godzin!) pokazują, że trasa jest piekielnie szybka, w zdecydowanej większości do przebiegnięcia. Historia wyścigu sięga 1955 roku, choć u samych początków był wyścigiem konnym - Western States Trail Ride (Tevis Cup). Historia biegania na tej trasie rozpoczęła się w 1974 roku, a pierwszym człowiekiem, który stanął na starcie wśród koni był Gordy Ainsleigh, który w 1971 i 1972 przejechał ją na grzbiecie wierzchowca. Pokonując trasę w 23 godziny i 42 minuty Gordy udowodnił sobie i innym, że sto mil da się zrobić w jeden dzień na własnych nogach. Pierwszy oficjalny bieg Western States dla dwunożnych zawodników odbył się w 1977 roku i wzięło w nim udział 16 osób. Trzynaście nie skończyło. Wyścigi dla koni i ludzi rozdzielono w roku 1978, a na starcie stanęło już 63 biegaczy, z czego trzydziestu udało się ukończyć cały dystans. Impreza nie rozrosła się jednak niczym nasze europejskie UTMB, ze względu na surowy limit uczestników narzucony na organizatorów odgórnie. Co roku w biegu może wziąć udział nie więcej niż 400 uczestników, obowiązuje losowanie. Męski rekord pochodzi z 2012 roku i należy do Timothy'ego Olsona - 14:46:44, kobiecy - Ellie Greenwood, z tego samego roku - 16:47:19. Scott Jurek wygrywał z Western States siedem razy z rzędu, Ann Trason wygrywała wśród kobiet aż 14 razy. W tym roku na starcie stanął Polak Bartłomiej Trela, pokonał dystans w 26 godzin 34 minuty i 55 sekund. Czwartym zawodnikiem na mecie był Litwin mieszkający w Szczecinie - Gediminas Grinius. Przebiegł 100 mil w czasie 15:40:55. Więcej informacji w Western States na www.wser.org. W piątek o godzinie 23 we włoskiej miejscowości Cortina d'Ampezzo w Dolomitach wystartowało blisko 750 uczestników w 9. edycji Lavaredo Ultra Trail. W tym roku na liście startowej znalazło się aż 98 Polaków, co stanowi 8,7% wszystkich uczestników! Na 119-kilometrowej trasie trzeba było pokonać 5850 metrów podejść. Pierwszy wśród Polaków był Łukasz Belowski, 47. w klasyfikacji generalnej. Uporał się z trasą w 16 godzin i 27 minut. Najszybsza wśród Polek była Lucyna Sroka, pokonała trasę w 22 godziny i 14 minut. Cortina nazywana jest "Królową Włoskich Dolomitów", leży w samym sercu tych gór. Dystans rósł wraz z biegiem lat. Zaledwie czterdzieści sześć kilometrów trzeba było przebiec w roku 2007, powyżej stu kilometrów trasa liczyła po raz pierwszy dopiero w 2012. Nie jest stała, stąd nie ma ustalonych rekordów. Można porównywać wyniki z 2015 do tych z 2014 roku (119 km), wówczas pierwszym zawodnikiem na mecie był Anton Krupicka - ikona minimalizmu, a wśród kobiet jego rodaczka - Rory Bosio, znana z UTMB. Dziewiątą edycję wygrał Norweg Didrik Hermansen z czasem 12:34, wśród kobiet pierwsza była Francuzka Caroline Chaverot - dystans pokonała w 13:40, o 49 minut szybciej niż Rory Bosio. Zobacz film z Lavaredo Ultra Trail 2015: [su_youtube url="https://www.youtube.com/watch?v=C95gZsJelqM" width="800" height="600"] [su_youtube url="https://www.youtube.com/watch?v=mvF4KLqzvfw" width="800" height="600"] Więcej na temat Lavaredo Ultra Trail znajdziesz na: www.ultratrail.it 170 kilometrów w Pirenejach w jednym z najmniejszych państw świata - Andorze - pokonała w weekend Polka Iwona Turosz, zajmując 4. miejsce wśród kobiet. Na tym piekielnym dystansie uzbierało się aż 13 500 metrów przewyższeń. Poza samym dystansem i sumą podejść zatrważające są także wysokości, aż 16 szczytów na trasie znajduje się powyżej 2400 m, a średnia wysokość to 2085 metrów. Pokonanie trasy zajęło Iwonie ponad 50 godzin, zameldowała się na mecie w niedzielę o 9:22 rano, start był o 7 rano 26 czerwca. Więcej na temat Andorra Ultra Trail znajdziesz na stronie: www.andorraultratrail.com [h6]Marcin Świerc na Marathon du Mont Blanc - 80 km. Fot. Twitter.com/SalomonRunning[/h6] Wisienką na torcie weekendowych startów był udział Marcina Świerca w biegu na 82 km w ramach imprezy Marathon du Mont-Blanc, na trasie Mont-Blanc 80 km z 6000 metrów pod górę. Zajął rewelacyjne czwarte miejsce pokonując dystans w 11 godzin, 23 minuty i 57 sekund. Miał 52:57 straty do zwycięzcy Alexa Nicholsa (10:31). Trasa wyścigu jest oszałamiająca, pięć razy uczestnicy wbiegali na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m., ciesząc oczy widokami na poszarpane górskie granie, jeziora u stóp i potężne jęzory lodowcowe. W ramach imprezy odbyły się również biegi na 42 km, 23 km, 10 km i Vertical Kilometer. Więcej na temat tej imprezy znajdziesz na stronie organizatora: www.montblancmarathon.net
Dominika Nowakowska uzyskała najlepszy czas w Polsce na 5000 metrów, zwyciężając na tym dystansie podczas mityngu w Watford z czasem 15:29,26.
Marek Skorupa zwyciężył na dystansie 5000 metrów podczas mityngu w Watford, uzyskując czas 13:59,26. To nowa życiówka zawodnika i najlepszy czas w Polsce w tym roku. Skorupa jest tegorocznym mistrzem Polski na 10 000 metrów.
[h6]Fot. Istockphoto.com[/h6] [h2]Być może zabrzmi to mało wiarygodnie, ale temat uzupełniania płynów podczas wysiłku to "wynalazek" stosunkowo nowy. Pod koniec lat 60. XX wieku prowadzono badania wysiłkowe nad wpływem nawadniania w sporcie. Wcześniej panowała nawet moda na bieganie na sucho.[/h2] Początki biegania maratonów to era "beznapojowa", a Joseph Forshaw - brązowy medalista w maratonie z Igrzysk w 1908 roku w Londynie i dziesiąty zawodnik Igrzysk rozegranych cztery lata później w Sztokholmie, powiedział: Wiem z doświadczenia, że cały dystans można pokonać w przyzwoitym czasie nawet bez jednej kropli wody, a nawet bez chłodzenia się gąbką. W początkach XX wieku radzono maratończykom: Nie bierz niczego do ust przed upływem 28-30 kilometrów. Jeśli to zrobisz - nigdy nie ukończysz biegu. Nie przyzwyczajaj się do picia ani jedzenia podczas biegu maratońskiego; postępują tak co prawda niektórzy biegacze, ale to nic nie daje. Mimo upływu czasu poglądy się nie zmieniały. Uważany za jednego z najwybitniejszych maratończyków w historii Brytyjczyk Jim Peters podsumował 50 lat później całą ówczesną mądrość na temat uzupełniania płynów, stwierdzając: W czasie maratonu nie ma potrzeby przyjmowania energii w postaci stałej, a i płynów należy starać się bezwzględnie unikać. Gdy organizm zaczyna koncentrować się na ich trawieniu, nie do uniknięcia staje się uczucie dyskomfortu. Peters cztery razy bił rekord świata w maratonie i jako pierwszy przebiegł ten dystans w czasie poniżej 2 godzin i 20 minut. Co na to wielki Arthur Newton - pięciokrotny zwycięzca Comrades Marathon w RPA? Przy angielskiej pogodzie dystans maratoński powinno się bez problemu pokonywać, napój przyjmując jedynie raz, maksymalnie - dwa razy. Jackie Mekler (wybitny ultramaratończyk z RPA) stwierdził nawet, że w jego czasach (a biegał on zawodowo od 1945 do 1969 roku) unikanie picia było swego rodzaju modą: W tamtych czasach modne było niekorzystanie z napojów, chyba że ktoś naprawdę musiał. Po biegu zawodnicy mówili z dumą: „Piłem tylko raz po trzydziestu czy czterdziestu kilometrach”. Przebiegnięcie całego maratonu bez uzupełniania płynów było uważane przez większość biegaczy za cel sam w sobie i sprawdzian ich wytrenowania. Zresztą sam Mekler pobił rekord, który zapewne nigdy nie zostanie poprawiony - w jednym z Comrades Marathon (to bieg ultra na dystansie 89 km) pierwszy raz sięgnął po napój na sześćdziesiątym kilometrze. W dodatku wygrał. Przełom nastąpił dopiero w 1969 roku, wraz z publikacją wyników badań przeprowadzonych na uczestnikach biegów ulicznych przez Cyrila Wyndhama i Nicka Strydoma. Odkryli oni, że wewnętrzna temperatura ciała zawodników, u których nastąpiła utrata płynów przekraczająca 3% masy ciała, osiąga niebezpieczny poziom 41 stopni. I to był początek zdrowej mody na nawadnianie się w czasie biegu. Marek Tronina, Wojtek Nowicki, "Walka o cień", fragment artykułu z Biegania czerwiec 2009.
[h2]Jeśli twierdzisz, że nie masz czasu na takie głupoty jak bieganie, bo za piętnaście szósta rano dziecko domaga się byś wstała i się z nim pobawiła, wchodząc do domu przedzierasz się przez tony ciuchów i zasieki z zabawek, ugotować by się przydało, a do tego musisz napisać artykuł na wczoraj, ta książka przewali twoje życie do góry nogami.[/h2] Kasia Żbikowska-Jusis to kobieta, która stworzyła pierwszy w Polsce potral biegowy dla płci pięknej, matka czteroletniej córki, która imię zawdzięcza rekordzistce świata w maratonie - Pauli Radcliffe, wreszcie - ambitna biegaczka, szukająca wyzwań i walcząca o poprawę życiówek. Entuzjazm nie wybuchł we mnie wielkim płomieniem, gdy zostałam poproszona o przeczytanie i napisanie paru słów recenzji na okładkę tej książki. Tytuł mnie nie zachęcał, okładka jest bez wyrazu, brakuje jej emocji i po prostu ludzkiej twarzy. I te dwa elementy są dużym mankamentem "Kobiety w biegu". Nie jestem również wielką fanką opisów euforii biegacza, pełnych optymizmu wrażeń z kilometrów pokonywanych po parkowych uliczkach czy chodnikach to tu, to tam. Opisy tego "jak mi się nie chciało, a jaki potem byłem szczęśliwy" też nie są bliskie mej duszy. Jednak znalazłam w tej książce znacznie więcej. Znalazłam kobietę, która na swoim własnym, bardzo wiarygodnym przykładzie może pokazać, że naprawdę można dobrze połączyć bycie aktywną zawodowo mamą, żoną i nie poświęcać swojej pasji. Mogę usiąść tu i teraz i napisać listę TOP 10 wymówek, jakimi zasłaniają się kobiety, które w życiu nie robią nic poza pracą, wychowaniem dzieci i bardzo starają się być dobrymi żonami. Albo gorzej - wcale się nie starają tylko pomstują na swoich mężów, że oni też nie stają się męczennikami i nie wracają grzecznie do domu po pracy by przez cały wieczór zajmować się domem i dziećmi. Poczucie obowiązku bycia dobrą gospodynią jest w damskiej części społeczeństwa tak silne, że wiele kobiet odmawia sobie samorealizacji na innych polach niż zawodowe czy macierzyńskie. Wiem, że coraz więcej kobiet to zmienia i to wielka radość. Nie mam żalu do tych, które zdecydowały, że ich życiową misją będzie wychowanie super dzieciaków i w tym właśnie chcą się realizować. Super! Raczej nie potrafię zrozumieć tych, które mówią: "Ja też bym chciała, a nie mogę bo dzieci" itd. Najgorzej jest jak na moje próby zachęcania żeby owa pani poszukała sobie hobby (bo przecież nikt nie mówi, że to musi być bieganie), słyszę w odpowiedzi: "Będziesz miała dzieci to zobaczysz jak to jest". Z tym argumentem dyskutować nie mogę, to rzecz oczywista. Nie mam dzieci. Nie wiem jak to jest. Ale Kasia Żbikowska-Jusis ma i wie. I chwała jej za to, że napisała tę książkę. Szczerzę się z nieopisanej radości gdy czytam o bałaganie w domu Kasi, nad którym przechodzi śmiało i bez nadmiernych wyrzutów sumienia by założyć biegowe buty. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Ale zawsze sobie z mężem powtarzamy, że w Wikipedii nie ma wpisów o ludziach, którzy mieli perfekcyjnie wysprzątane mieszkanie. Skupiam się na tych aspektach książki (choć jest w niej też masa treści poradnikowej), bo są istotne dla mnie. Od lat staram się przekonać dziewczyny, że nie warto dorastać tak do końca, być całkiem poważną i odpowiedzialną. Warto pielęgnować w sobie dzieciaka z podrapanymi kolanami i siniakami, warto rysować, grać na instrumentach i śpiewać, kręcić hula-hop albo zapisać się na zajęcia z tańca na rurze. Wierzę, że dzięki tej książce kobiety, które nie posądzają siebie, że mogłyby zboczyć choć trochę z utartej ścieżki "perfekcyjnej pani domu", postawią swój pierwszy krok poza tym schematem. Przez kilkanaście lat biegania Kasia Żbikowska-Jusis zebrała ogromny bagaż doświadczenia, do masy rzeczy nabrała dystansu, dzięki czemu stroni od prawd absolutnych. To świetna książka dla początkujących i wiecznie szukających wymówek, albo tych, którzy przekombinowują. Chcesz wiedzieć dlaczego bieganie jest fajne, jak pomaga nie zwariować, dlaczego czasem warto być "złą gospodynią"? Przeczytaj. Ogarnij się i zrób coś wreszcie dla siebie, nie na poważnie, po prostu dla zabawy. [h3]Co inni piszą o książce "Kobieta w biegu"?[/h3] Uprawiając sport wyczynowy, od zawsze podziwiałam biegających amatorów i zastanawiałam się, skąd czerpią tyle siły i determinacji, aby łączyć pasję z życiem codziennym. Katarzyna Żbikowska-Jusis – biegaczka amatorka – uświadomiła mi, że amatorzy i profesjonaliści borykają się często z podobnymi problemami. Co więcej, niedługo sama zostanę mamą, a dzięki informacjom zawartym w tej książce mogłam lepiej poznać sztukę łączenia macierzyństwa z uprawianiem biegów długich. Kobieta w biegu to wyjątkowa lektura, w której autorka porusza zarówno zagadnienia związane z metodyką treningu biegowego, jak i z kobiecą psychiką. Polecam tę książkę wszystkim – bez względu na wiek, wykształcenie czy ustanowione rekordy sportowe. [h5]Karolina Nadolska (de domo Jarzyńska) - rekordzistka Polski w półmaratonie, wielokrotna medalistka mistrzostw Polski w biegach na 5000 i 10 000 m, mistrzyni Polski w maratonie w 2014 roku[/h5] Kobiety prowadzące „rozbiegane” gospodarstwo domowe, a jednocześnie wiodące zwykłe życie codzienne, borykają się z wieloma problemami. W ich rozwiązywaniu mogą pomóc: inspiracja, cele i wiara w ich realizację, ambicja, upór, odporność psychiczna na nieuchronne porażki, rozsądek i dobra organizacja czasu. Autorka udowadnia, że decyzja o systematycznym bieganiu nie tylko nie osłabia, lecz wręcz wzmacnia więzi, często stając się punktem zwrotnym w dalszym życiu rodziny. Zapewniam, że każdy amator biegania, dla którego choćby tylko kilkuminutowy trucht jest teraz wielkim wyzwaniem, dzięki tej książce – i po okresie mądrych przygotowań – będzie w stanie pokonać… dystans maratoński. A także, co najważniejsze, pokocha bieganie miłością bezgraniczną. Tak jak ja, i tak jak autorka! [h5]Jerzy Skarżyński - reprezentant Polski w maratonie (rek. życ. 2:11:42), autor poradników dla biegaczy[/h5] Wbrew tytułowi to nie jest książka wyłącznie dla kobiet. Powinni ją przeczytać również faceci. Wszyscy, niezależnie od płci, mamy problemy z motywacją; łatwo snujemy plany, ale bardzo trudno zabrać nam się do ich realizacji. Kobieta w biegu nam pomoże. Jest książką nie tylko o bieganiu. To opowieść o tym, jak zmienić swoje życie, znaleźć nowe wyzwania i stawić im czoło, nie zaniedbując przy tym dotychczasowych obowiązków. A dzięki temu stać się bogatszym, lepszym człowiekiem dla siebie i bliskich. [h5]Piotr Falkowski - dziennikarz sportowy TVP, biegacz[/h5] Sporo wiem o bieganiu i coraz więcej o życiu w biegu, więc nie mogłam przejść obok tej książki obojętnie. Polecam ją jako obowiązkową dla każdej z nas! Biegasz od lat i szukasz kolejnych wyzwań? Zaczęłaś niedawno i masz problem z organizacją czasu? A może dopiero marzysz o bardziej aktywnym stylu życia i nie wiesz, od czego zacząć? Kobieta w biegu to inspirująca, optymistyczna i jednocześnie praktyczna lektura. Jest strzałem w dziesiątkę, bo odpowiada na pytania pojawiające się na każdym etapie kobiecego biegania. Biegaj z Kasią, wtedy nie zabraknie ci energii i zapału. A co ty na to, by ogłosić prywatny rok biegania i już dzisiaj podarować tę książkę mamie, siostrze, koleżance…? Może uda nam się stworzyć Biegającą Rzeczpospolitą Babską! [h5]Natalia Wodyńska-Stosik - autorka bloga TriMama[/h5] Fragment książki znajdziesz po kliknięciu w link.
Podopieczny Alberto Salazara, Galen Rupp, po raz siódmy został mistrzem Stanów Zjednoczonych w biegu na 10 000 metrów.
Bieg Rzeźnika. W świecie biegowym hasło magiczne. Krążą o tym biegu opowieści prawdziwe i nieco zmyślone. Marzenie wielu. Moje też, ale wydawało mi się, że droga do niego jest baaaaardzo daleka. Wiedziałam jednak, że kiedyś to zrobię i zaczęłam przygotowania. Zaplanowałam, że przez dwa lata przygotuję się do Rzeźnika. W ubiegłym roku pobiegłam Rzeźniczka, jesienią Ultramaraton Bieszczadzki i Łemko-30, na początku tego roku Zimowy Maraton Bieszczadzki. Po drodze zakosztowałam Falenickich i Wesołych Biegów Górskich. Piotr bardzo zapalił się do Rzeźnika i postanowił przygotować się do niego już na ten rok. Szukał partnera, ale nie było to łatwe. Chciał pobiec ze mną, ale ja nie czułam się gotowa. Andrzej odmówił z powodu wyjazdu za granicę, Karol zmagał się z kontuzją. Kończył się czas zapisów i widziałam jego zdenerwowanie, rzuciłam więc mimochodem: „To zapisz się ze mną, a potem ewentualnie zmienisz partnera”. Tak też zrobił, a naszą drużynę nazwał JAGÓDKI. Nasi znajomi mieli z tego niezły ubaw, mówili coś o przedszkolu i śpiewali o czarnych jagódkach :-) Słowo się rzekło, postanowiliśmy wziąć zobowiązanie na klatę i przygotować się do kultowej imprezy. Po drodze pojawiło się trochę problemów: podkręcona kostka, dwutygodniowe przeziębienie. Byłam podłamana, ale równocześnie zdeterminowana. Zapisaliśmy się oboje do klubu fitness, żeby wzmocnić mięśnie brzucha, grzbietu i barków. Instruktorka dobrała odpowiednie ćwiczenia i kilka razy w tygodniu o godzinie 7 byliśmy w sali treningowej. Systematycznie wykonywaliśmy zadane ćwiczenia, biegaliśmy też wg planu opracowanego przez naszą trenerkę. W maju wyjechaliśmy z grupą znajomych do Szczyrku na słynny w naszym kręgu Bieg Mazurka. Jednego dnia zrobiliśmy po Beskidzie Śląskim 40 km, drugiego 32. Mnie dodatkowo chłopaki pokazali, jak prawidłowo używać kijów. I punkt kulminacyjny naszych przygotowań. Piotr wziął urlop byśmy dwa tygodnie przed Rzeźnikiem pojechali do Wysowej-Zdroju. „Wykorzystaliśmy” tam Marka Niedźwieckiego, świetnego miejscowego biegacza, który zafundował nam trzy piękne wycieczki biegowe po Beskidzie Niskim, a na deser zabrał na trening w słowackie Tatry Wysokie. Mogłam doskonalić umiejętności podchodzenia i zbiegania z kijami. A w uzdrowisku w Wysowej korzystaliśmy z różnego rodzaju zabiegów regeneracyjnych. Z Beskidu Niskiego tydzień przed Rzeźnikiem pojechaliśmy już w Bieszczady. Chcieliśmy pomóc jako wolontariusze w przygotowanich do rozciągniętej pierwszy raz do aż 8 dni imprezy. Pracy było sporo, bo i biegów dużo (Rzeźnik Ultra, którego 25-kilometrowy fragment przebiegliśmy jako tzw. czerwone latarnie sprzątając szlak ze śmieci i oznaczeń trasy, Rzeźnik na Raty, Rzeźnik, Rzeźniczek, Rzeźniczątko). Jeszcze w przeddzień wyczekanego startu, od rana pakowałam na Orliku pakiety startowe, a Piotr budował biuro zawodów i expo. Byłam bardzo zmęczona. Położylam się na 2 godziny, potem wieczorna odprawa. Spotkaliśmy wielu znajomych biegaczy, ale jak mówi Piotr byłam tak „zesr...na”, że nie potrafiłam prowadzić żadnej rozmowy. Kiedy patrzyłam na tych wspaniałych górskich biegaczy, byłam coraz bardziej przerażona: „Co ja tutaj robię!?” Bałam się kryzysów, bałam się kontuzji, bałam się... sama nie wiem czego. A jeszcze na dodatek tuż po Rzeźniku czekała mnie intensywna praca, musiałam być sprawna. O północy pobudka. Po 2-3 godzinach spania jak zombi dopakowaliśmy plecaki, zjedli kaszę jaglaną z bakaliami i poszli na autobus, który zawiózł nas i innych biegaczy do Komańczy. Na miejscu Piotr dał mi do zjedzenia batonik, wsłuchaliśmy się w bębniącą „Wiewiórkę na drzewie” i po wystrzale mirkowej strzelby ruszyliśmy w ciemność. Wiedziałam, że Piotr jest dobrze przygotowany, silniejszy ode mnie, bałam się, że poleci do przodu, że go poniesie, a ja będę gonić za nim z wywieszonym językiem. Ale nic z tych rzeczy. Chwyciliśmy się za ręce i tak biegliśmy kilka kilometrów, przez całą drogę szutrową. Kiedy wpadliśmy w las trzeba było się rozdzielić, ale ustaliliśmy, że Piotr biegnie obok albo za mną. Było super! W głowie miałam rozpisany plan, który ściągnęłam z ubiegłorocznych wyników Ani Morawskiej. Cały czas byliśmy znacznie do przodu. Na Żebraku czad – zaprzyjaźniony leśnik Mateusz urządził nam prawdziwy aplauz drąc się wniebogłosy: „Ja-gó-dki! Ja-gó-dki! Ja-gó-dki!”. Przy wlocie do Cisnej kolejna niespodzianka: Asia, Naderek, Wasyl i Kosin czekali na nas ze swoimi aparatami fotograficznymi i aplauzem. Doping kibiców niósł nas do samego Orlika! A tam - tłum. Wszyscy w gorączce, zmieniają sprzęt, jedzą, uzupełniają picie. Wolontariusze uwijają się jak w ukropie, ledwie zdążają z pomocą. Przycupnęliśmy więc w kąciku, zmieniłam buty (po powrocie do hotelu okazało się, że nie włożyłam do nich wkładek!), skarpetki, wzięłam czapkę z daszkiem, uzupełniłam wodę w bukłaku i pobiegliśmy dalej. Za potokiem droga prowadziła pod górę – było ciężko, ale wiadomo, że jak są podbiegi (tzn. podchodzenia) to są i zbiegi. Piotr po każdym powtarzał: „Musiałabyś widzieć miny facetów, kiedy ich mijasz”. To było fajne. Widziałam, że był dumny! Zgodnie ze zwyczajem wcześniej wymyśliłam sobie afirmację, którą miałam powtarzać gdyby mi było ciężko. Okazało się jednak, że w głowę mocniej wbiło się zdanie doświadczonej górskiej biegaczki Marzeny Rzeszótko, która na Kolibie poradziła: „Jagódko, po płaskim i w dół biegnij, pod górę podchodź”. Gadałam sobie w myślach to zdanie, kiedy było mi ciężko, ale jeszcze lepiej działało gdy zbiegałam. W Smereku pyszne jedzenie, zjadłam jednak niewiele: dwie połówki pieczonego ziemniaka, plasterek żółtego sera, do plecaka wrzuciłam bułkę z serem i założyłam krótkie spodenki. Podejście na Smerek - koszmar, za to Wetlińska tak piękna, że dech zapierało. Mnóstwo wspaniale dopingujących kibiców, którzy przepuszczali na szlaku i zagrzewali do biegu. Choć zagrzewać to właściwie nie musieli, bo ukrop lał się niemiłosiernie z nieba. Gdyby nie mocny boczny wiatr zostałyby z nas skwarki. W Berehach coś wypijam, zjadam wziętą w Smereku bułkę i biegniemy dalej. Spotkany przy Puchatku Naderek rzucił krótko: „Macie świetny czas, na Caryńską jest ostre, ale krótkie podejście, potem wykorzystajcie grań do biegu i meta tuż, tuż”. Naderku, krótkie podejście??? Niech Cię!.. Dla mnie bardzo i długie, i bardzo ciężkie, nie zatrzymywałam się jednak, bo Marzena nic nie mówiła o stawaniu. „Po płaskim i w dół biegnij, pod górę idź”. Tak też robiłam. Wykorzystywałam kije, okazały się wspaniałe nie tylko przy podchodzeniu, ale i przy zbieganiu. Ostatnie kilometry to przyjemna droga w dół po leśnym podłożu, dwa kilometry przed metą wyprzedzamy dwie, może nawet trzy pary. Krzyczę do Piotra, że już niedaleko (tak jakby sam nie wiedział) i pędzimy do mety. Tuż przed mostkiem dwóch rosłych chłopaków idzie krok za krokim, nie mogę ich wyprzedzić, bo tarasują mostek. Zdecydowanie wydaję polecenie: „Albo nas przepuśćcie, albo biegnijcie”. Poskutkowało :-) Ruszyli tyłki i pobiegli przed nami. Wiedzieliśmy, że tuż za mostkiem jest meta, więc gnaliśmy ile sił w nogach. A za mostkiem – szok! Nie ma mety, tylko wolontariusze krzyczączy, że jeszcze na asfalt i 500 metrów. Gdyby pomysłodawca wpadł mi wtedy w ręce! :-) Asfalt na końcu takiego biegu???!!! Wpadamy jednak na metę, tam ściska nas nasz syn, który pracował na mecie jako wolontariusz. Tyle radości, tyle szczęścia i słowa Kuby: „Jestem z Was, rodzice, bardzo dumny”. Czego chcieć więcej? Wypijamy rzeźnickie piwo, dojadam pozostałość bułki z serem, oddaję się w ręce masażystki i wracamy do Cisnej. Piotr cały czas powtarza: „Żono, 13 godzin i 40 minut – czas zaj...y!”. Na drugi dzień z troską pyta jak się czuję, co mnie boli. „Opalenizna pod kolanami, chyba mam poparzenie”. Patrzy na mnie wielkimi oczyma i nie rozumie. A czwórki, dwójki, łydki i inne części ciała? Nie, to mnie nie boli. Jedziemy więc na start Rzeźniczka, biegną przecież nasi znajomi, a potem na punkt nawadniania do pomocy i robić zdjęcia. Wracam myślami do naszego biegu, analizuję trasę... 45 minut na przepakach to zdecydowanie za długo! Za rok trzeba to skrócić o połowę. Bo Piotr zadeklarował, że w przyszłym roku ani myśli zmieniać partnera na Rzeźnika. :-) (fot. Jolanta Błasiak-Wielgus, Karina Dębiec, Dorota Kwiatkowska, Paweł Kosin, Piotr Nadrowski i własne)
Susz Triathlon 2014. Fot. archiwum organizatora W niedzielę 28 czerwca w Suszu odbędzie się kolejna impreza triathlonowa, której zwycięzcy będą mianować się mistrzami Polski. Nazwiska na liście startowej zwiastują walkę do ostatnich metrów. Tym razem zawodnicy zmierzą się na dystansie sprinterskim - 0,75 km pływania, 20,24 km roweru i 5,75 km biegu. Do rywalizacji stanie mocna obsada polskiego triathlonu. Będą to między innymi (kolejność alfabetyczna): Maciej Bodnar, Tomasz Brembor, Jakub Goliniewski, Dariusz Kowalski, Sylwester Kuster, Piotr Ławicki, Łukasz Michalak, Sebastian Najmowicz i Miłosz Sowiński. W rywalizacji kobiet: Agnieszka Cieślak, Maria Cześnik (która dzień wcześniej pojawi się też na dystansie długim!), Paulina Kotfica, Agata Litwin, Hanna Matysiak, Magdalena Mielnik, Katarzyna Rogacz, Aleksandra Rudzińska, Małgorzata Szczerbińska. Na rozgrywanym w sobotę dystansie długim (1,9 km/90 km/21,1 km), który nie ma rangi mistrzostw, także zapowiada się emocjonująca walka. Wśród mężczyzn zobaczymy między innymi Kacpra Adama, Bartosza Banacha, Daniela Formelę, Adama Głogowskiego, Marka Jaskółkę, Łukasza Kalaszczyńskiego i Filipa Przymusińskiego. Wśród kobiet - Marię Cześnik, Annę Piorun, Darię Radczuk i Aleksandrę Sypniewską. Pula nagród na dystansie długim wynosi 25 tysięcy złotych (po 5000 zł dla zwycięzców), w mistrzostwach na dystansie sprinterskim 18 tysięcy złotych. Rywalizacja dla amatorów odbędzie się na tych samych trasach. W sobotę o 9:00 wystartuje dystans długi, w niedzielę o 11:30 sprint. W niedzielny poranek zobaczymy też aquathlon dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Strona imprezy: www.triathlon.susz.pl
Fot. archiwum organizatora Każdy rok przynosi nam nowe biegi górskie. Coraz częściej są to malownicze ultramaratony, które pozwalają poznać piękno danego pasma podczas jednej wycieczki. Do wyboru będą dwa dystanse: 40 km lub 80 km. [su_highlight background="#7ab76e" color="#ffffff"]Podstawowe informacje:[/su_highlight] Termin: 22 sierpnia 2015 r. (sobota) Miejsce: Beskid Niski, start – Krempna (33 km na południe od Jasła) Dystanse: 40 km, 80 km Limit czasu: trasa 40 km – 12 godzin, trasa 80 km – 15 godzin Zapisy: przez formularz on-line Wpisowe: 150 zł Więcej informacji: www.magurski.com Fot. archiwum organizatora Organizatorzy piszą: Idea Ultramaratonu Magurskiego zrodziła się z pasji do biegania oraz miłości do górskich pejzaży i przyrody Beskidu Niskiego. Ultramaraton Magurski to bieg zarówno dla doświadczonych zawodników, jak i tych, którzy w biegach górskich stawiają dopiero pierwsze kroki. Bieg doskonały! Trasa na dwóch dystansach została niemal w całości wyznaczona na terenie Magurskiego Parku Narodowego. „Łemkowskie chaty, piękne drewniane kościoły i cerkwie, dzikie sady w nieistniejących wsiach, a obok ukryte w trawach i lasach przedwojenne cmentarze” – takimi urokami trasy kuszą organizatorzy. Ostateczną decyzję o wyborze dystansu - 40 km lub 80 km - można podjąć na trasie, po przebiegnięciu 31 km (w Ożennej). W tym punkcie każdy uczestnik będzie mógł zweryfikować swoje zamiary i zdecydować się na ostatnie 10 km lub porwać się na kolejne 50 km. Najwyższy punkt na trasie krótkiej to szczyt Baranie - 754 m n.p.m. Na trasie długiej najwyżej położonym punktem będzie Magura - 842 m n.p.m. Suma przewyższeń trasy krótkiej to ok. 1070 metrów , a trasy długiej – ok. 2150 metrów. [su_highlight background="#1b9f30" color="#ffffff"]TRASA 40+ KM[/su_highlight] Przebieg trasy: Krempna, Polany, Olchowiec, Baranie, Przełęcz Mazgalica, Ożenna, Wysokie, Krempna   [su_highlight background="#1b9f30" color="#ffffff"]TRASA 80+ KM[/su_highlight] Przebieg trasy: Krempna, Polany, Olchowiec, Baranie, Przełęcz Mazgalica, Ożenna, Przełęcz Beskid nad Ożenną. Przełęcz Pod Zajęczym Wierchem, Radocyna, Nieznajowa, Wołowiec, Mareszka, Bacówka PTTK w Bartnem, Magura, Świerzowa, Kolanin, Przełęcz Hałbowska, Krempna Pełny opis tras dostępny jest TUTAJ. W ramach opłaty startowej organizator zapewnia m.in.: mapy z zaznaczoną trasą biegu oraz szczegółowy opis biegu, ubezpieczenie NNW na czas biegu, bilet wstępu do Magurskiego Parku Narodowego, wsparcie GOPR, numer startowy, pamiątkową koszulkę, medale na mecie, 2 noclegi w warunkach turystycznych (szkoła w Krempnej), napoje i lekkie posiłki na punktach odżywczych, posiłek regeneracyjny na mecie. Fot. archiwum organizatora
Advertisment ad adsense adlogger