fbpx

Biegacz wakacyjny – wady, zalety i próby systematyzacji

Bieg Polesie 2012 by Jola Wielgus 087

Fot. Jola Wielgus

– To spakuję Pegasusy terenowe i te drugie w góry, jakieś buty do biegania, muszę jeszcze spakować jedne Riboki. Chociaż, w nich może pojadę. Ale nie, jak będzie tak gorąco, to pojadę w sandałach. I jeszcze buty do roweru… Pięć par wyjdzie jak nic – mówiłam bardziej do siebie niż do siedzącego obok małżonka.

Westchnął ciężko. Pakowanie się na wyjazd dłuższy niż weekend jest dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Ale potem ktoś jeszcze musi te bagaże ulokować w niedużym bagażniku samochodowym – no i nosić. A do tego jeszcze do moich co najmniej pięciu – dochodzą jakieś cztery pary małżonka. Uroki wspólnej pasji. Na co dzień ten model się jakoś sprawdza, ale wyjazdy są prawdziwym testem dla związku.

Bo wyjazd z biegaczem ma wiele zalet. Poza tymi pięcioma parami butów (no dobrze, bez rowerowych będą cztery), toną technicznych koszulek, które ostatecznie zastąpią cywilne, pięcioma parami spodenek do biegania (krótkie, krótkie, półdługie, półdługie, długie), niezliczoną ilością skarpetek – biegacz na urlopie wiele więcej nie potrzebuje. No, może jeszcze swojego ukochanego zegarka albo smartfona – żeby publikować na Facebooku irytujące wszystkich znajomych zdjęcia i trasy wakacyjnych biegów.

Wyjazd z biegaczem może też mieć wady. Zwłaszcza jeżeli wybieramy się w rejony, gdzie średnia temperatura w ciągu dnia  przekracza 25 stopni. Wiadomo, że jedyna pora, kiedy w takich okolicznościach przyrody można potrenować, to ten moment poranka, kiedy słońce już wzejdzie, ale jeszcze nie zacznie grzać. To też ten moment, kiedy śpi się najlepiej, zwłaszcza kiedy wieczór się przeciągnął towarzysko. Z biegaczem rzadko się przeciągnie – on wie, że rano trzeba wstać. Co może być korzystne z punktu widzenia ekonomicznego, ale z towarzyskiego już niekoniecznie.

Za to takie poranne bieganie ma niewątpliwy aspekt krajoznawczy. Bo zanim na letniskowe uliczki wyleje się tłum turystów, można wypatrzyć różne przydatne fragmenty wakacyjnej infrastruktury, od bankomatu i lokalnej apteki po uroczą restauracyjkę, w sam raz na romantyczną kolację, której w dzień nie widać zza tłumu turystów czy czasz parasoli.

Wakacyjny biegacz najczęściej reprezentuje jeden z kilku typów. Jogger okazjonalny – to chyba ten typ, z którym najłatwiej przetrwać wakacje. Biega wtedy, kiedy akurat ma ochotę i nie ma nic lepszego do roboty.  Tupie sobie w tempie konwersacyjnym, od 40 minut do godziny – i dość. Biegacz amator bez planu – to też typ, z którym się da wytrzymać. Od joggera różni go przede wszystkim tempo i urozmaicenie treningów. Wychodzi pobiegać jakieś 3-4 razy na tydzień, ale nie rozpacza, kiedy jakiś trening wypadnie z dzienniczka. Biegacz amator z planem. Biega tempa, interwały, robi jedno długie wybieganie na tydzień. Kiedy próbujesz go namówić na specjały regionalnej kuchni wieczór przed treningiem tempowym, możesz się spodziewać co najmniej urażonego spojrzenia. Jeżeli straci dzień treningowy, robi się sfrustrowany i trudny do wytrzymania. Biegacz półprofesjonalista. Robi to samo, co amator z planem, tylko szybciej, z większym zaangażowaniem i częściej. Na urlopie próbuje wcisnąć w grafik drugi trening – bo wreszcie ma czas.  Na wakacje zabiera oddzielną parę butów na każdy rodzaj treningu.

I wreszcie despotyczny profesjonalista. Biega szybko, ale twierdzi, że może szybciej. Zawsze się szykuje do jakiegoś  startu. Wakacyjny wyjazd najchętniej zamieniłby na obóz biegowy albo kompanię karną. Dwa treningi dziennie na urlopie to dla niego oczywista oczywistość. Eksperymentuje z trzecim. Współtowarzysze podróży mogą albo mu towarzyszyć, albo muszą dostosować swoje zajęcia do jego dzienniczka treningowego. Każdy trening, który wypadnie z kalendarza może wywołać burzę z piorunami, gradobicie i trzęsienie ziemi, a przynajmniej – poważny kryzys związku. Od prawdziwego profesjonalisty różni się wynikami i tym, że słowo regeneracja wykreślił ze swojego słownika . Takiego typa lepiej wysłać na obóz, fundując sobie odrobinę komfortu pod jego nieobecność.

Są wreszcie typy, które wymykają się tej klasyfikacji. Na przykład szalony startowicz, który bierze urlop tylko po to, żeby pojechać na zawody w jakimś nikomu nie znanym zakątku kraju albo zagranicy. Czasami w przypływie dobrego humoru zabierze rodzinę – w charakterze kibiców i osobistego suportu. Jak start się uda – będzie najcudowniejszym towarzyszem dalszej części podróży. Jak coś pójdzie nie tak – może być niemiło.

I jeszcze biegacz turysta, który próbuje wszystko obejrzeć w biegu, nie bacząc, że reszta niekoniecznie dotrzymuje mu kroku. Ostatecznie biega sam, o świcie, zapuszczając się w coraz to nowe miejsca. Ten typ może na dodatek powodować konfuzję u miejscowych animatorów z biur podróży, bo  po trzech dniach zacznie pytać o miejsca, o których istnieniu  oni nie mają pojęcia, a piątego dnia będzie znał lokalne atrakcje lepiej od rezydentów.

Wiecie już, jakim typem biegacza jesteście?

Ja na razie idę analizować plan wakacyjnych treningów. No, i muszę się w końcu spakować. Zestaw biegacza na 10 dni to prawdziwe wyzwanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger