fbpx

Henryk Szost – kręta droga do maratonu [WSPOMNIENIA]

henryk szost

Fot: Running Creatives

„Był moment, kiedy było mi bardzo ciężko finansowo. Jechałem do domu i drapałem się po głowie, czy kupić sobie bułkę, bo mogło potem zabraknąć mi na bilet. Zanim zacząłem zarabiać pieniądze na bieganiu, nie było prosto i przyjemnie”. Henryk Szost o swojej podróży od aktywnego dzieciństwa, do bycia zawodowym sportowcem.

Poniższy tekst stanowi fragment książki pt. „Rekordzista” wyd. Precjoza

Dzieciństwo

Moje dzieciństwo, już od szkoły podstawowej, było przepełnione aktywnością fizyczną i przebywaniem na powietrzu. Spędzałem bardzo dużo czasu poza domem. Gdy tylko miałem czas, grałem też w piłkę nożną i jeździłem na rowerze. Już wtedy mieliśmy swoje zamknięte grupki znajomych, lubiących te same aktywności, jak chyba każde dzieciaki.

Podczas wakacji składaliśmy się po złotówce, wrzucaliśmy do wspólnej puli i urządzaliśmy turnieje piłki nożnej. Mieliśmy dwie drużyny. Umawialiśmy się na boisku przy ulicy Kościuszki, na tak zwanej dzielnicy „Folwark” w Muszynie, gdzie mieszkałem. Boisko wyglądało niestety tragicznie: klepisko z wyznaczonymi na szybko liniami i bramkami, ale to wtedy nie miało w zasadzie żadnego znaczenia. Tuż przy nim płynął Poprad i co jakiś czas, oczywiście, piłka wpadała do rzeki. Wszyscy wkurzali się na tego, który wykopnął piłkę do wody, bo trzeba było ją gonić i wyławiać a woda raczej nie należała do najcieplejszych i najspokojniejszych. Ktoś musiał zawsze się poświęcić i forsować nurt.

Nie samą piłką nożną wtedy żyłem. Jak nie było piłki, to las, a jak nie las, to rower. Pamiętam, że pierwszy dostałem na Komunię; nazywał się Reksio. To nie był składak, ale coś w typie składaka, na średnich kółkach. Robiłem na nim różne wymyślne rzeczy; skakałem i wykonywałem dziwne ewolucje. Kilka razy skończyło się to złamaniem przednich widełek, przez co miałem w domu grandę.

Lekcje WF-u wspominam świetnie. Mieliśmy i gimnastykę, i gry zespołowe, trochę lekkiej atletyki, a wszystko było świetnie prowadzone. W przerwach międzylekcyjnych też dominowała aktywność; były gry, ściganie się, jakieś zabawy na powietrzu. Mieliśmy też różne kółka sportowych zainteresowań. Były zajęcia z kajakarstwa, dużo turystyki, wycieczek górskich.

W szkole odbywały się czasami zawody w bieganiu, ale szczerze mówiąc, nigdy mi specjalnie dobrze nie wychodziły. Nie trenowałem i nie przykładałem się za bardzo, trudno było w związku z tym oczekiwać nie wiadomo jakich wyników.

Pierwszy kontakt ze światem maratonu

Mój wujek biegał maratony. Był ambitnym, dość dobrym amatorem. Nie wiem dokładnie, jakie osiągał wyniki, ale w granicach 2:30 – 2:35. Nie mieszkał w Muszynie, pracował w Straży Granicznej w Gładyszowie. Któregoś roku pojechałem do niego na ferie albo wakacje. Zobaczyłem wtedy u niego w domu wszystkie te błyszczące puchary ustawione na szafce, które wygrał w różnych biegach wojskowych i ulicznych. Naprawdę miał ich dużo. Strasznie mi się spodobały. Nie byłem urzeczony bieganiem samym w sobie, ale tym, co można było dzięki niemu osiągnąć.

W tamtym czasie, kiedy byłem w podstawówce, bardzo ciężko było zdobyć buty biegowe, dres, właściwie cokolwiek do biegania. Wujek dał mi jakieś buty, które były co prawda trochę za duże, ale gdy je założyłem, już poczułem się jak prawdziwy biegacz. To były moje pierwsze adidasy. Poszedłem na pierwszy „trening” a później zacząłem w nich od czasu do czasu biegać. Zaczęliśmy od wycieczek i marszobiegów. Wujek powiedział mi co mniej więcej robić na treningach i tego się trzymałem. Wychodziłem biegać trzy razy w tygodniu. Praktycznie dwa tygodnie po tym jak zacząłem, w Muszynie odbywały się jakieś zawody szkolne, w których postanowiłem wystartować. Wygrałem.

W swojej biegowej karierze zawsze rozgrywałem najpierw każde zawody w głowie. Kiedy upewniłem się, że mogę coś osiągnąć i mam szansę z kimś wygrać, łatwiej przychodziło mi zwyciężanie.

Po wygraniu zawodów wojewódzkich trafiłem do trenera Józefa Klimka z klubu „Beskid Nowy Sącz”. Debiutanckie zawody na bieżni utkwiły mi na długo w pamięci. Był to bieg w Mielcu. Trener Klimek, według którego planów trenowałem już wtedy jakiś czas, wystawił mnie na dystansie 3000 m. Przygotowywałem się około dwóch, trzech tygodni. Trener powiedział mi przed biegiem, żebym spróbował najdłużej jak dam radę przytrzymać się Wieśka Popardy, który na pewno narzuci mocne tempo. Nie miałem totalnie żadnej wiedzy o tym dystansie, po prostu stanąłem więc na linii startu i pobiegłem za Wieśkiem. Był już seniorem, o ile się nie mylę. Do mety było 7,5 okrążenia stadionu, a więc niemało. Trzymałem się Wieśka, ile mogłem i przebierałem nogami, żeby mi za szybko nie uciekł. Oczywiście mi się w końcu „urwał” a ja pobiegłem wtedy dokładnie 8:58 min. To był mój debiut i pierwszy oficjalny czas na dystansie 3000 m na stadionie. Trener był niesamowicie zadowolony. Przybiegł do mnie i powiedział, że uzyskałem świetny czas, który zapewniał mi kwalifikację na mistrzostwa Polski juniorów.

Pojechałem więc jakiś czas później na te Mistrzostwa jako całkowicie nieopierzony biegacz, który tylko raz miał styczność z bieżnią lekkoatletyczną. Wszystko było dla mnie nowe, ale bardzo ambitnie podszedłem do sprawy. Jak wspominałem, byłem jeszcze „nieobiegany” i nieobyty w temacie „bieżniowym”. Tymczasem podczas zawodów doszło do lekkich popchnięć, przepychanek, nagle ktoś mi podłożył nogę i to w momencie, kiedy akurat trafiłem na odcinek na wirażu bieżni z odkręconą wewnętrzną barierką do skoku wzwyż. Kiedy ktoś mnie podciął, przewróciłem się trafiając kolanem w kant tej barierki. Rozciąłem sobie mocno nogę, skóra wisiała mi na piszczeli. Próbowałem jeszcze wstać i biec dalej, ale jak zobaczyłem, że mam tak mocne uszkodzenie kolana, zrezygnowałem.

Wystartowałem jeszcze później na bieżni kilka razy, ale przez ten nieudany start na mistrzostwach Polski trochę się zniechęciłem.

Mój trening nie był w tym okresie bardzo absorbujący. Kilometraż był średni, sporo akcentów rytmowych, trochę siły. To był głównie trening ogólnorozwojowy, przygotowujący do prawdziwego biegania. Co można zaplanować młodemu chłopakowi, który dopiero zaczyna biegać? Najlepiej „wszystkiego po trochu”. Robiłem wszystko to, co zalecił trener i jeszcze więcej. Dość często jeździliśmy w tym okresie na różne zawody.

W tamtym czasie największym minusem było dla mnie to, że trener mnie nie widywał podczas treningów, nie mógł więc kontrolować tego, co i jak robię. To chyba najgorsze, co może być przy trenowaniu zawodnika, szczególnie młodego. Gdy się go nie obserwuje, nie ma się nad nim kontroli i nie jest się w stanie pomóc. Najgorzej, gdy tak się dzieje podczas tych ciężkich treningów, akcentów, jednostek treningowych, na których trenuje się na prędkościach startowych. Problem był w tym, że nie byłem w stanie dojeżdżać do Nowego Sącza, chodząc jeszcze do szkoły. Zapał do biegania nieco mi więc osłabł. Później źle się też czułem na kolejnych treningach i startach, bo nie mając opieki trenerskiej na miejscu, sam trenowałem za mocno. W pewnym momencie przesadziłem, organizm się zbuntował i moje wyniki w ogóle nie szły do przodu. Ciężko mi teraz analizować, dlaczego tak się stało. Po prostu tak było, że się nie poprawiałem. Brakowało też sprzętu, witamin. Ze wszystkim się kombinowało. Rodzice pomagali jak mogli, chociaż wtedy było bardzo ciężko o sprzęt biegowy. Jeżeli chciało się kupić jakiekolwiek buty dobrej marki, niełatwo było je znaleźć. A jak już się udało gdzieś takie wypatrzyć, to były bardzo drogie. Wielkim wydarzeniem było dostać gdzieś np. opakowanie Isostara, czy jakiegokolwiek innego izotoniku. W tamtych czasach nie wiedziałem nawet, co to było. Znaleźć dobry rozmiar wygodnych butów, czy strój do biegania graniczyło z cudem. Praktycznie niemożliwe było mieć wygodny dres. Bieganie samo w sobie też było wtedy trochę dziwaczne, nie było mody na ten sport. Pamiętam, że na początku mojego trenowania, gdy przebiegałem przez okolicę, ludzie patrzyli na mnie jak na wariata. Było ciężko. Muszyna to małe miasteczko; jak miejscowi widzieli biegacza, połowa patrzyła się dziwnie, a połowa trochę podśmiewała. Początkowo biegałem opłotkami, unikając bardziej zaludnionych miejsc, nie pokazując się w centrum. Planowałem trening obrzeżami miasta albo wychodziłem rano, żeby uniknąć jakichś głupich żartów. Ciężko z czegoś takiego zbudować odpowiednio wysoką formę.

Zniechęciłem się. Uznałem, że chyba odpocznę, odpuszczę, dam sobie spokój i zobaczę, co będzie. W ten właśnie sposób zakończył się pierwszy etap mojej „znajomości” ze światem biegowym. Nawet nie myślałem, czy będę jeszcze to robił. Normalnie chodziłem do szkoły, zajmowałem się innymi sprawami. Mówiłem sobie: spróbowałem, nie idzie, więc nie będę robił na siłę. Bieganie straciło dla mnie sens.

Przerwa w moim bieganiu trwała już prawie rok. Wcześniej na bieżni startowałem też stosunkowo krótko, bo zaledwie dwa sezony. Nie miałem w dodatku z tego wielkiej satysfakcji, męczyłem się i nie było efektów. Uczciwie mówiąc, od zawsze byłem, nazwijmy to, trochę interesowny, jeśli chodzi o bieganie. Ludzie mają mi to czasem za złe, że jeździłem dla ciekawych wyjazdów, dla nagród, a nie dla samej chęci biegania. Ale dla mnie bieganie nigdy nie było czymś atrakcyjnym samo w sobie. Nie mogę powiedzieć, że się w nim kiedykolwiek zakochałem. Biegałem dlatego, że to było coś innego, wyjątkowego. I te puchary, które oczarowały mnie już podczas pierwszej wizyty u wujka. Po prostu biegałem i tyle.

Kryzysy

W trakcie mojej biegowej kariery miewałem wiele razy myśli, żeby to zakończyć. Dopiero dużo później, gdy poszedłem do wojska i zacząłem reprezentować Wojskowy Klub Sportowy Grunwald, moje życie się ustabilizowało i skupiłem się na karierze sportowej. Ale do tego czasu miałem z tym naprawdę dużo szarpaniny, nerwów i wiele momentów kryzysowych. Mimo, że jakieś tam wyniki już wtedy osiągnąłem, w głowie pojawiały się głosy: „daj sobie spokój, trzeba jechać za granicę zarabiać i olać to całe bieganie”. W Polsce trudno wybić się dzięki bieganiu. Tak naprawdę nawet medale mistrzostw kraju nic nie dają. Jeżeli nie ma się klubu, który płaci stypendium, biega się wyłącznie za swoje pieniądze. A klubów, które płacą, jest bardzo mało. Zwykle więc nie ma z biegania nic, ratunkiem są wyłącznie albo bogaci rodzice albo sponsorzy, których jednak też zwykle nie ma.

Jako dziecko byłem bardzo chorowity. Mniej więcej do piątej klasy szkoły podstawowej nie było roku, żebym nie lądował w szpitalu. „O, znowu Henio Szost? Co tym razem?” – padało w szpitalnym korytarzu pytanie, gdy się tam pojawiałem wraz ze zmartwionymi rodzicami. Przeszedłem kilka naprawdę groźnych chorób, łącznie z zapaleniem opon mózgowych i zapaleniem płuc. Często zapadałem na różne anginy czy grypę. Jeżeli jakiś wirus pojawiał się w okolicy, natychmiast mnie atakował. Poza tym, przez to, że byłem bardzo aktywny i ruchliwy, często sobie coś skręcałem, rozwalałem kolano albo całą nogę.

Henryk Szost. Fot. PAP

Henryk Szost. Fot. PAP

Jakoś z tego wszystkiego wyszedłem jednak bez szwanku. Myślę, że po części również to zahartowało mój organizm. Musiałem przez kilka dobrych lat walczyć, żeby stopniowo uodparniać się na różnego rodzaju choroby. Z każdym rokiem było też coraz lepiej.

Zakończyłem okres biegania na bieżni i trenowania w klubie Beskid Nowy Sącz, zrobiłem sobie solidną przerwę i wciąż chodziło mi po głowie, żeby w ogóle skończyć z bieganiem. Wtedy odwiedził mnie trener Andrzej Gacek, który także pochodzi z Muszyny i ma na miejscu sekcję. Jest co prawda specjalistą od narciarstwa biegowego, ale w okresie letnim uczestniczy ze swoimi zawodnikami również w biegach ulicznych. Usłyszał, że mieszka w okolicy chłopak z predyspozycjami do długiego biegania i zaproponował, żebym przyszedł do niego na trening. Spytał, czy nie chciałbym spróbować swoich sił właśnie w biegach na nartach. To było coś innego, dlatego od razu mnie zainteresowało. Zaczęliśmy trenować już w sezonie letnim. Wprowadzaliśmy przygotowanie ogólne, a więc głównie rozbiegania, spokojne rytmy. Biegałem trochę w crossie, po górkach w okolicy. Nie miałem specjalistycznego planu treningowego. Niestety, ten sport od początku mi nie za bardzo wychodził. Wydaje mi się, że po pierwsze dlatego, że w wieku 17-18 lat to już trochę późno, żeby zaczynać; po drugie, byłem wysoki i szczupły, przez co nie za dobrze skoordynowany, ale też za dużo nad tą koordynacją nie pracowaliśmy. Bez większych sukcesów zakończyłem kolejny etap sportowy. Podziękowałem trenerowi Gackowi i postanowiłem, że to już chyba koniec mojej drogi sportowej w ogóle i zajmę się po prostu szkołą.

W tamtych latach, pomiędzy liceum a studiami, pracowałem w Zakładzie Usług Leśnych, czyli tzw. ZUL-u. Codziennie o szóstej rano jechałem wraz z pozostałymi pracownikami do lasu. Moja praca polegała zwykle na układaniu drzewa na stosach, ściąganiu gałęzi, porządkowaniu wraz z innymi danej okolicy lub przygotowywaniu młodnika. Piłą nigdy nie operowałem, pracowałem bardziej jako taki mini ciągnik, który wyciągał drzewo np. z młodników, bo nie mogła tam dojechać żadna maszyna. Była to praca dość męcząca, ale lubiłem ją. Generalnie zawsze lubiłem przebywać w lesie, więc akurat to mi pasowało. Później, około godziny 14 – 15, po skończonej pracy, wszyscy pakowali się w samochód i wracali. Ja natomiast przebierałem się w dres, który brałem ze sobą do plecaka, oddawałem do auta plecak z ubraniami roboczymi i biegłem z powrotem do domu 6, 8 czy 10 km górkami na poziomie pomiędzy 600 a 900 m n.p.m, pasmem, jak my je nazywamy, „leluchowskim”. Lubiłem po tej ciężkiej pracy jeszcze się przebiec, domęczyć do końca. Dawało mi to większą satysfakcję, że wykonałem oprócz pracy fizycznej pracę sportową. Trener Andrzej Gacek odwiedził mnie wówczas ponownie. To było po około półrocznej przerwie po biegówkach. „Dobra młody, może nie szło ci w biegach na nartach, ale zawsze dobrze biegałeś na nogach. Dobrze wyglądałeś na crossach. Tutaj niedaleko, w Dukli koło Krosna, jest taki bieg górski. Może byśmy spróbowali cię przygotować? Zobaczyłbyś, jak to jest?” zapytał. Na początku odmówiłem, bo nie miałem ochoty znów trenować. Ale trener nalegał, żebym się zastanowił i jednak spróbował.

Biegi górskie

Trenowałem więc wracając na biegowo z robót leśnych, a czasem w weekendy wychodziliśmy do Parku Lipowego, żeby pobiegać więcej. Nadszedł moment sprawdzianu w Dukli. Okazało się, że to były młodzieżowe czy juniorskie mistrzostwa Polski w biegu alpejskim. To był krótki bieg, nie pamiętam dokładnie, chyba 6 km. Wbiegaliśmy prawie na sam szczyt Dukli, gdzie była meta. Mówiąc krótko: do Dukli na zawody przyjechałem, zobaczyłem i zwyciężyłem. Ogromnie mi się takie bieganie spodobało, bo od dziecka byłem zakochany w lesie i górach, zawsze lubiłem bieganie w terenie, a dodatkowo zaciekawił mnie specyficzny klimat takiego biegu i jego atmosfera. Pomyślałem wtedy, że biegi górskie są dla mnie stworzone. Trener również się zaangażował i obiecał, że zaczynamy biegi górskie na poważnie. Tak zaczęła się moja przygoda z biegami trailowymi. Zacząłem solidniej trenować, a jakiś czas później wystartowaliśmy w kilku kolejnych zawodach górskich w Polsce. Choć nie wygrywałem, prezentowałem na nich całkiem niezłą formę.

Preferowałem biegi anglosaskie, choć mogłoby się wydawać to dziwne, bo jestem wysoki i podczas zbiegów było mi ciężej niż innym. Zbiegi bywały dynamiczne, zdarzało się dużo zakrętów między drzewami, ale potrafiłem się „składać” w miarę zgrabnie. Potwierdziłem to na pierwszym zagranicznym starcie, na mistrzostwach świata w Arta Terme we Włoszech w 2001 r., gdzie zdobyłem czwarte miejsce indywidualnie, a do trzeciego zabrakło mi kilku sekund. Zdobyliśmy wtedy srebro drużynowo jako juniorzy. Byłem przeszczęśliwy, to był mój pierwszy sukces zagraniczny!

W biegach ulicznych szło mi w miarę dobrze w kategorii juniora. Ponieważ biegałem biegi górskie i dość ich miałem sporo w kalendarzu, byłem na tych ulicznych trochę „zaczłapany”. Moja technika ze swobody i szybkości ruchu zmieniła się w bieganie typowo siłowe: z tyłkiem nisko i lekko ugiętymi nogami – typowa technika pod biegi górskie, która wyrobiła mi się niejako sama w czasie biegania po górach. Mój trening wtedy nie różnił się bardzo od treningu biegaczy na płaskich dystansach. Specjalistyczne przygotowanie do biegów górskich zacząłem dopiero, kiedy poszedłem na studia do Krosna, współpracą z trenerem Andrzejem Zatorskim. Nasze trenowanie trwało trzy lata i były to były trzy lata sukcesów, jeżeli chodzi o biegi górskie i całkiem niezłych startów w biegach ulicznych w Polsce. Gdy się rozstaliśmy, miałem 20 lat. Gdy trafiłem do trenera Zatorskiego, mój trening stał się bardzo wyspecjalizowany. Prócz treningów stricte biegowych robiłem też trochę ćwiczeń ze sztangą i odpowiednio więcej podbiegów. W pamięć zapadł mi szczególnie jeden morderczy trening z tamtego czasu – podbieg schodami na skocznię narciarską w Iwoniczu Zdroju.

Zawodnik biegający po górach nigdy nie będzie miał szans z maratończykiem czy biegaczem ulicznym w biegu ulicznym. I tak samo typowemu maratończykowi byłoby bardzo ciężko ścigać się po górach. Moim zdaniem bieganie po asfalcie nie przekłada się za bardzo na bieganie w górach. Płaska droga wymaga dużej prędkości, cały czas mamy raczej stabilne warunki, jednostajny równy krok i jednostajną pracę mięśni. Dobry „góral” potrafi wykorzystać każdy kamień, żeby się odpowiednio odbić i przenieść odpowiednio ciężar ciała. To są dwie, zupełnie różne konkurencje, które nie mają ze sobą wiele wspólnego.

Moim zdaniem bieganie w górach nie daje wielkiej przewagi w biegach ulicznych. Po biegach górskich moja technika bardzo się zepsuła; „ciągnąłem tyłek za sobą”, tzn. załamywałem się w biodrach, biegałem na ugiętych nogach.

(Mimo to) czas biegania biegów górskich uważam za bardzo ważny etap w mojej karierze. Bardzo dobrze przygotowało mnie to mentalnie do startów w biegach ulicznych czy na bieżni, a ostatecznie w maratonie. Z pewnością ten okres przygotował mnie właśnie bardziej mentalnie niż treningowo. Biegi górskie pomogły mi osiągać rezerwy i przełamywać zmęczenie dotąd nieodkryte. Miałem zrobioną dobrą podbudowę siłową i z perspektywy czasu myślę, że do tej pory została mi po biegach górskich mocna głowa, a precyzyjniej; wola walki do końca, umiejętność zmagania się ze zmęczeniem i potwornym bólem.

Przenosiny do Krakowa Mój pierwszy klub był w Muszynie, później w Krośnie, gdzie startowałem w barwach klubu Wrocanka. Następnie, za namową sąsiada, przeniosłem się do Krakowa i przeszedłem do Podgórza Kraków, gdzie zacząłem trenować i startować u trenera Jurka Włodarczyka, świetnego faceta, doskonałego psychologa, bardzo dobrze znającego się na treningu funkcjonalnym i technice biegowej. „Dużo roboty przed nami”, powiedział po analizie mojej techniki. „Wytrzymałość masz, ale trzeba będzie mocno popracować nad techniką”. Od razu zabraliśmy się do pracy. Pojechaliśmy we dwóch na obóz do Nowego Targu i tam, na stadionie, zaczęliśmy wprowadzać ćwiczenia techniczne, biegi między pachołkami i tym podobne. Do tego doszła potężna ilość ćwiczeń na płotkach. Robiłem tak wiele powtórzeń, że nie mogłem już na płotki patrzeć. Do tego dołączyliśmy skipy, wieloskoki, wszelkiego rodzaju siłę. Robiłem to wszystko w bardzo dużych ilościach i skrupulatnie, więc moja technika zaczęła się pomału poprawiać.

Świetnie rozwinąłem się sportowo. Po Leonidzie Shvetsovie, który jest moim trenerem obecnie i już od ponad 6 lat, to właśnie treningJerzego Włodarczyka był najbardziej konstruktywny i ciekawy w całej mojej karierze zawodniczej. Trener Włodarczyk miał bardzo ciekawą koncepcję treningu, opartą m.in. na bieganiu w zmiennym tempie, pracy mieszanej różnego typu: krótkich, średnich i długich odcinkach.

Na celowniku pojawiły się pierwsze starty. Zgłoszono mnie w biegu na 2000 m z przeszkodami na stadionie klubu WLKS Wawel w Krakowie i pobiegłem w debiucie w miarę dobrze osiągając czas 5:56,75 (08.05.2004). Wtedy czas poniżej 3 minut na kilometr był dla mnie udany. Ciągle czułem się „zaczłapany górami”, dlatego był to naprawdę obiecujący dla mnie wynik. Po miesiącu było już 5:48,29 (06.06.2004, Kraków), a ja coraz mocniej wierzyłem, że trening przynosi świetne rezultaty.

Hala to był epizod i tak naprawdę niewiele dla mnie znaczył. Bardziej skupiałem się na bieżni i na niej bardziej mi się układało. Miałem na stadionie kilka bardzo obiecujących startów. Byłem ciągle początkującym biegaczem, ale już z aspiracjami. Po kilku tygodniach przygotowań z trenerem Włodarczykiem wystartowałem na 3000 m i pobiegłem 8:24,52 (13.06.2004). Dla mnie to była „popelina” i „dziadostwo”, traktowałem te wyniki jako bardzo słabe i ciągle nie mogłem się rozkręcić. Tydzień później pobiegłem 8:27,37 (19.06.2004). Rewelacji nie było też na średnich dystansach (1:56,00 na 800 m i 3:56,24 na 1500 m, oba starty 17.07.2004, Kraków).

W kolejnym roku pojechałem na mistrzostwa Polski w przełajach do Polic (05.03.2005) i tu zaczyna się okres mojego rozkwitu. Pojechałem tam jako nikomu nieznany zawodnik. Nikt ze startujących nie interesował się wtedy biegami górskimi, a generalnie przełaje startują ludzie startujący na bieżni, więc wszyscy zawodnicy się raczej znają. Pamiętam, że warunki były szalenie ciężkie. Na trasie zalegał śnieg, zrobił się z tego bardzo wymagający cross. Pomimo, że nie było dużych podbiegów, grząski śnieg robił swoje i biegło się naprawdę trudno. Po raz pierwszy spotkałem się wtedy z takimi nazwiskami jak Rafał Wójcik i Artur Osman. Był wtedy ze mną Kuba Burghardt, startował Kuba Czaja, Radek Popławski, Janek Zakrzewski, Michał Kaczmarek i Arek Sowa. Wielu doskonałych biegaczy zjechało się do Polic, praktycznie cała ówczesna elita. Krajowa czołówka liczyła w tym czasie wielu zawodników, więc każdy się każdego obawiał. To nie tak jak teraz, że są mistrzostwa Polski i organizatorzy są ledwo w stanie nazbierać ludzi. W tamtych latach w przełajach startowali wszyscy: maratończycy, „średniacy”, startujący na bieżni, biegacze uliczni. Mistrzostwa Polski były o wiele bardziej atrakcyjne.

Wygrał ze mną wtedy i to zdecydowanie, Kuba Czaja (30:43). Ja byłem drugi (30:48), Michał Kaczmarek trzeci (30:57). To był długi dystans (10 km), więc trzeba było się trochę pomęczyć. Radość przepełniała mnie niesamowita. Po biegu podszedł do mnie Bogdan Mamiński, szef bloku wytrzymałości z ramienia PZLA i zapytał, kim w ogóle jestem. Nikt z PZLA mnie nie znał, byłem dla nich człowiekiem – zagadką. Nie wiedzieli, o co chodzi, gdy wywalczyłem to srebro. Powiedziałem więc skąd jestem, opowiedziałem pokrótce swoją historię i pamiętam wtedy słowa Bogdana Mamińskiego: „jak pobiegłeś dobrze cross w tak ciężkich warunkach, to coś z ciebie będzie, a ja się tobą zaopiekuję”. Dalej byłem pod „sterami” trenera Jurka Włodarczyka, ale rozpoczął się kolejny etap na mojej drodze, kiedy to właśnie pomógł mi Bogdan Mamiński.

Moja droga do tego, żeby stać się maratończykiem była bardzo skomplikowana. Mogło być tak, że skończyłbym trenowanie bardzo szybko. To, że ciągle startowałem nie było spowodowane parciem na trening czy rywalizację, czy w ogóle samo bieganie. Spotykałem na swojej drodze ludzi, którzy przesuwali mnie o kolejny poziom i tak to samo szło. Aspekt finansowy bardzo mocno trzymał mnie przy bieganiu, bo gdy widziałem, że z biegania na ulicy mogę zarobić parę stów, widziałem z tego realne korzyści. Wracałem do akademika i mówiłem sobie: „rodzice nie muszą mnie już utrzymywać, bo w sumie sam dam już radę”. Oczywiście pomagali mi nadal.

Próbowano mnie na różnych biegach, a ja ciągle szukałem. Potencjalnie miałem startować na 10 000 m i do tego się przygotowywałem. W tym czasie jeszcze nie wystartowałem na żadnym mityngu zagranicznym, pomimo że legitymowałem się już całkiem niezłymi czasami. W pierwszym starcie na 10 000 m pobiegłem 29:10,00 (Międzyzdroje, 07.05.2005). Był to mój debiut na tym dystansie, od razu na mistrzostwach Polski. W kolejnym roku, w drugim starcie złamałem granicę 29 minut uzyskując 28:56,61 (Międzyzdroje, 06.05.2006). W trzecim starcie na tym dystansie, w Kędzierzynie-Koźlu na mistrzostwach Polski (02.05.2009), i o ile pamiętam był to mój ostatni bieg na 10 000 m, uzyskałem wynik 28:31,90.

Wojsko

Gdy pobiegłem w debiucie 29 minut „z haczykiem” na 10 000 m, byłem jeszcze zawodnikiem Podgórza Kraków. Wypatrzyli mnie wtedy panowie Włodzimierz Matosz i Tomasz Kozłowski z Wojskowego Klubu Sportowego Oleśniczanka. Stwierdzili, że jestem rokujący i zaproponowali wcielenie do wojska, dzięki czemu miałbym stałą pensję i pewną stabilizację. Z pieniędzmi było u mnie wtedy krucho a wszyscy najlepsi zawodnicy długodystansowi trenowali w wojsku. Powiedziałem więc, że jak najbardziej chcę i z radością się na to zgadzam. Chciałem coś zmienić w życiu, miałem ambicje, żeby biegać lepiej. Po tamtym debiucie, wcielenie do wojska i Oleśniczanki miało nastąpić właściwie od razu, ale okazało się, że załatwianie wszystkiego zajęło dwa lata. Czas uciekał, a ja czekałem na to jak na zbawienie. Dopiero, kiedy oficjalnie przeszedłem do Oleśniczanki mogłem ze spokojem trenować. Byłem w tym klubie bardzo krótko, bo wkrótce przeniosłem się do Poznania. Poszedłem na tzw. „unitarkę”, aby przejść podstawowe przeszkolenie wojskowe i wtedy od razu zaczął się mną interesować klub Grunwald Poznań, czyli mój obecny. Oleśniczanka poszła na układ z Grunwaldem, że po odbyciu służby przejdę do nich.

Iwona-Lewandowska-Henryk-Szost-zolnierze-biegacze-wojskowi-Fot.-Henryk-Szost

Dzięki wojsku miałem podstawę życiową, stałą pensję i pracowałem w Poznaniu. To był duży przełom, który dał mi pewien komfort życiowy. Przejście z trybu zawodnika, który „bawi się w sport” do wojska, to było jak przejście na zawodowstwo. Miałem w końcu podstawę finansową, nie musiałem się martwić o przyszłość. Wcześniej bywało różnie. Etap przejścia do Oleśniczanki i wojska był kluczowy w mojej karierze sportowej. Przez cały czas, kiedy startowałem na bieżni, startowałem też w biegach ulicznych, żeby dorobić, ale były to raczej okazjonalne nagrody, bonusy. Pamiętam, że był moment, kiedy byłem na „unitarce” i było mi bardzo ciężko finansowo. Dostawaliśmy żołdu między 180 a 200 zł, więc nie wystarczało na nic. Byłem daleko od domu, odbywałem tę służbę w Skwierzynie, a żeby na przepustkę pojechać do domu, musiałem pokonać ponad 600 km. Było kilka sytuacji, kiedy nie było kolorowo. Jechałem na przykład do domu po przysiędze, po pięciu tygodniach spędzonych w jednostce, bo dopiero wtedy dostałem przepustkę i pamiętam, że we Wrocławiu drapałem się po głowie, czy kupić sobie bułkę, czy nie, bo mogło potem zabraknąć mi na bilet. Nie chciałbym, żeby to było odebrane, że się żalę. Wiem, że wiele osób ma gorzej, ale moja droga wcale nie była łatwa. Zanim zacząłem zarabiać pieniądze na bieganiu, nie było prosto i przyjemnie.

W czasie, gdy dużo startowałem na bieżni, z dużym szacunkiem patrzyłem na maratończyków, którzy przyjeżdżali na obozy, np. do Międzyzdrojów. Spotykałem długodystansowców i podobało mi się, że oni byli z jednej strony uparci i zamknięci, a z drugiej całkiem mili dla innych. To było dla mnie inne zachowanie niż ludzi, którzy trenowali na bieżni. Długodystansowcy byli bardziej zamknięci w swoim towarzystwie, ale wydawało mi się, że to jest właśnie ta elita biegaczy. Sprawiali wrażenie ludzi, którzy są naprawdę twardzi. To mi się bardzo podobało, bo biegając na bieżni średnie czy długie dystanse, biegasz szybko trójkę, piątkę czy dychę, walczysz o jak najlepszy wynik i to wszystko, a maraton zawsze kojarzył mi się z dystansem dla prawdziwych twardzieli. Dla ludzi z charakterem, zacięciem, z dużą pewnością siebie. Po nich było od razu widać, że zostali ukształtowani przez sport. Byli nieugięci i to mi się bardzo podobało.

Nie zakochałem się jednak w maratonie od razu. Na początku tylko przyglądałem się tym zawodnikom, ich treningom i sposobowi bycia. Imponowało mi to, co Grzegorz Gajdus biegał jako zawodnik. Jego wyniki były dla mnie kosmiczne, szczególnie 2:09:23. To był bardzo dobry wynik. Jako rekordzista Polski robił na wszystkich duże wrażenie. Dla mnie, młodego zawodnika, to było niepojęte, jak można tak szybko przebiec maraton. On miał wtedy 36-37 lat, ja 25. Grzegorz zawsze był raczej pewny siebie, nie chodził nigdy ze spuszczoną głową.

Na bieżni biegało się w ten sposób, że ustawiasz się przy wewnętrznym krawężniku i trzymasz jak najbliżej, żeby jak najmniej stracić. Później, w końcówce, trzeba ruszyć, szarpnąć i tyle. W maratonie trzeba być większym taktykiem, cały czas myśleć. Niektórym wydaje się, że maratończycy po prostu stają na starcie i bezmyślnie biegną do mety. A tak naprawdę w czasie biegu maratońskiego podejmuje się wiele trudnych decyzji. Przez głowę przelatuje tysiąc różnych myśli. Obserwuje się każdego zawodnika, modyfikuje scenariusze, zmienia plany. To nie jest tak, że biegnie się instynktownie. Jeśli nie mamy pomysłu na bieg, dystans maratonu szybko to zweryfikuje. Często jestem w stanie nawet po czyimś niewielkim ruchu czy po jednym szczególe dostrzec co będzie się działo z zawodnikiem. Po dziesiątym km w maratonie mam już opracowanych wszystkich w czołówce albo swojej grupie. Widzę często po nietypowym ruchu rąk czy delikatnym spięciu, czy ktoś chce przyspieszyć. Innym razem widać też czyjeś słabości. Na wszystko trzeba zwracać uwagę.

Bardzo trzeba zwracać uwagę na czas, czy nie jest za szybko albo za wolno. Kontrolować to szczególnie na początku. Jeżeli pobiegnie się o parę sekund za szybko początek, cały plan runie. Warto podkreślić, że wyczynowe bieganie maratonu bardzo różni się od biegania amatorskiego. Amator może pomyśleć, że przecież on też staje i biegnie. Chodzi też o to, żeby rozłożyć siły, odcierpieć swoje i dobiec do mety. Tak jest w biegu maratońskim, ale u obu grup, wyczynowców i amatorów, taktyka powinna być inna i uwzględniać specyfikę biegacza. Jeżeli trzymasz się odpowiednich założeń, osiągasz swój sukces.

Będąc dobrym maratończykiem można być dobrym na wielu dystansach, biegaczem kompletnym, a nie wąsko wyspecjalizowanym. Dlatego bieganie maratonów chodziło mi już wtedy bardzo po głowie. Wiedziałem, że takim właśnie chcę być – biegaczem wszechstronnym. Potrzebowałem tylko czasu, by się dobrze przygotować do maratonu, a w głowie powoli klarował się kolejny cel.

W tekście użyto fragmentów z książki pt.”Rekordzista”. Autorzy – Jakub Jelonek i Marta Kijańska-Bednarz ukazali w niej historię sportową Henryka Szosta, począwszy od dzieciństwa, aż do obecnych startów. Książkę możesz kupić przez stronę wydawnictwa ksiazkidlabiegaczy.pl

rekordzista_okladka-poprawiona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger