Maraton w Bostonie – historia najstarszego biegu na 42,195 km

Autor: Marek Tronina • 18.04.2014

Boston Maraton. Fot. Getty Images

Boston Maraton. Fot. Getty Images

Maraton w Bostonie – to tutaj Geoffrey Mutai w 2011 roku najszybciej na świecie (w owym czasie) przebiegł 42,195 km. 2:03:02 nie mogło jednak stać się rekordem, bo trasa nie spełnia kryteriów IAAF. To najstarsza, organizowana od 1897 roku impreza na tym dystansie. W 2015 roku odbędzie się 20 kwietnia. Przedstawiamy jego historię.

Wieczorem 18 kwietnia 1897 roku sześciu raczej żylastych i silnie skoncentrowanych nowojorczyków siedziało w zajeździe Central House w Ashland w stanie Massachussets. Przed każdym stał talerz wypełniony po brzegi jedzeniem – i bynajmniej nie był to makaron. Jedli, jakby miał to być ostatni posiłek w ich życiu. Prawdę mówiąc, nie wykluczali tego. Następnego ranka mieli stanąć na starcie biegu maratońskiego, a pokonanie 25 mil biegiem było czymś, co może i sprawiało, że autor takiego czynu wyrastał ponad przeciętność, ale niewątpliwie nie mogło pozostać bez pływu na zdrowie człowieka. W końcu czasem taki dystans okazywał się morderczy dla koni. A żaden z sześciu dżentelmenów nie przyjechał do Bostonu po to, by go pokonać. Oni przyjechali tu, by wygrać. Jesienią poprzedniego roku, zainspirowani nowym biegiem (którego międzynarodowa premiera nastąpiła podczas I igrzysk ery nowożytnej) nowojorscy biegacze zorganizowali podobną rywalizację na trasie między Stamford w stanie Connecticut a Manhattanem. Na trasie o długości 24 i pół mili wystartowało trzydziestu, do mety dobiegło dziesięciu. Wygrał John J. McDermott, nowojorczyk. Ale biegacze z Bostonu, którzy od lat rywalizowali o palmę pierwszeństwa z nowojorczykami, postanowili zorganizować rewanż na własnym terenie. Dlatego jednym z mężczyzn posilających się w zajeździe w Ashland był McDermott. Jadł tyle co inni. Dużo. Nazajutrz czekała go bitwa. I – co niewykluczone – śmierć.

Olimpijska reprezentacja Stanów Zjednoczonych na premierowe igrzyska ery nowożytnej w Atenach składała się w dużej mierze z członków Boston Athletic Association. Thomas E. Burke (złoto na 100 i 400 m), Ellery Clark (złoto w skoku w dal i w skoku wzwyż), William W. Hoyt (złoto w skoku o tyczce), Sumner Paine (złoto i srebro w strzelectwie), John B. Paine (złoto w strzelectwie), Arthur Blake (srebro na 1500 m) oraz trener Thomas P. Curtis i menedżer John Graham – wszyscy oni byli bostończykami. I właśnie Graham wraz z kilkoma innymi osobami kierującymi klubem podjął decyzję o zorganizowaniu biegu i o jego trasie.

To ostatnie zadanie nie było takie proste. Chodziło o znalezienie punktu odległego o około 25 mil od centrum miasta, który jednak byłby dogodnie z nim skomunikowany. Bryczkę czy dojazd na koniu wykluczono jako środek transportu, zaś samochody nie były jeszcze brane poważnie pod uwagę – było ich za mało. Dlatego po rozlicznych rowerowych wycieczkach wokół miasta zdecydowano, że powinno to być miejsce położone przy torach kolejowych – oczywiście blisko jakiejś stacji. Wybór padł na Ashland, a punktem startu uczyniono drogę wiodącą obok Metclaf’s Mill – trzypiętrowego budynku, w którym mieściła się fabryka obuwia. Organizatorzy byli nawet zadowoleni z tego, że ukształtowanie terenu nieco przypomina trasę z Maratonu do Aten – około osiemnastej mili biegacze mieli zmierzyć się z poważnym podbiegiem, co czyniło całą rywalizację jeszcze bardziej elektryzującą. A rozkochany w sporcie Boston takich rywalizacji oczekiwał.

Mapa maratonu w Bostonie. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Mapa maratonu w Bostonie. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Pozostała jeszcze kwestia daty. Tu poszło ciut łatwiej. W purytańskiej Ameryce poluzowano akurat gorsety i od roku 1894 Boston świętował Patriots’ Day – poniedziałkowe obchody bitew pod Lexington i Concord. Zastąpiły one obowiązujący jeszcze do niedawna Dzień Postu, w czasie którego chodziło się do kościoła, a wszelkie zajęcia niesakralne były zabronione. Nowe święto pełne atrakcji, zabaw sportowych i festynów idealnie nadawało się na dzień maratonu.

Tom Burke, podwójny złoty medalista olimpijski, oraz John Graham przyjechali do Ashland pociągiem o 9:12. Na piaszczystej drodze Burke narysował nogą linię startu, po czym zaczął wywoływać wszystkich zgłoszonych zawodników po nazwisku. Razem: piętnastu śmiałków. O godzinie 12:19 wszystko było gotowe do startu, łącznie z kolumną pojazdów mających towarzyszyć zawodnikom i wiozących licznych obserwatorów, którzy wcześniej zdążyli obstawić końcowe wyniki, a teraz chcieli zobaczyć jak ich dolary znikają w kurzu i pyle piaszczystej drogi do Bostonu. Nie zabrakło też Kompanii B 2. Regimentu, który miał pomagać zawodnikom w potrzebie. Bieg nazwano skromnie – Mistrzostwami Ameryki i Świata. Jak na światowy czempionat to start był nader cichy – organizatorzy nie mieli pistoletu i sygnałem do startu stał się okrzyk „Go!” wydany przez Toma Burke’a. Zaczął się bieg. Zaczęła tworzyć się legenda.

Faworytów było kilku, ale pierwszym liderem został nowojorczyk Hamilton Grey, do którego przyłączył się także pochodzący z tego miasta Hamilton Gray. Za nimi, w odległości około 30 m biegli McDermott i J.J. Kiernan. Dalej, w odległości jakichś 10 m – Pettee, Rhell i Manson, za którymi z kolei znajdowali się Enright, Eggleston i Morrill. Jasne było, że nie wszyscy mają szanse na wygraną. Ostatni na mecie A.T. Howe (czas – 4:10), od samego początku wlókł się kilkaset metrów za resztą. A na samym końcu – kawalkada pojazdów wszelkiej maści na bieżąco komentująca sytuację na trasie, a przede wszystkim wzniecająca spod kół tumany kurzu, który wciskał się wszędzie i coraz bardziej lgnął do mokrych od potu biegaczy. Po dziesięciu milach wszyscy wyglądali jak górnicy schodzący z szychty. Tym bardziej, że słońce nie chciało być tego dnia gorsze od biegaczy i postanowiło pokazać się z jak najlepszej strony… Piaszczyste drogi stanu Massachusetts (innych nawierzchni wtedy nie było) stały się terenem walki żywiołów.

Po około trzydziestu minutach zawodnicy zbliżyli się do miejscowości South Framingham. Liderem był samotny Grant, który jako jedyny w stawce nie miał opiekującego się nim indywidualnie rowerzysty. Po Framingham przyszła kolej na Natick – rolniczą gminę nad jeziorem Cochituate, które widoczne było z trasy biegu (i do którego w czasie zwycięskich dla siebie biegów, w latach 1936 i 1939 miał wedle reporterskich – i nie nieprawdziwych relacji wskoczyć ich późniejszy triumfator Ellison „Tarzan” Brown). Grant reprezentował Harvard, a na koszulce nosił dumnie wielką literę H.

Ale taki bieg nie mógł odbywać się bez odpowiedniej dramaturgii, a Grant nie był jedynym, który mierzył w pierwsze miejsce. Za jego plecami – na tyle blisko, by nie stracić kontaktu – znajdował się wciąż John J. McDermott – triumfator podobnego biegu w Nowym Jorku. McDermott spokojnie biegł równym tempem, ale gdy stawka znalazła się na pofałdowanych terenach między Wellesley a Newton – przyspieszył. Na jednym z podbiegów wyprzedził Granta, który na chwilę przeszedł do marszu. Pierwszy bieg maratoński w Bostonie zaczął wkraczać w fazę bezpośredniej walki charakterów.

Grant się nie poddał. McDermott gnał co prawda na zbiegach ile sił w nogach, ale i Grant odzyskał siły i niemal (jak donosiły gazety szeroko rozpisujące się o tej rywalizacji) „przykleił się do pięt nowojorskiego lotnika”. Szybkości mu nie brakowało, więc mając przed sobą darmowego zająca zaczął czuć się bardziej komfortowo. Wiedział, że jeśli pozwoli sobie na chwilę słabości, to strat już nie odrobi. Dlatego utrzymanie się za rywalem stało się dla niego sprawą życia i śmierci.

Nie wiedział jednak o jednym – że McDermott zaczął bieg wolno. Jako jedyny w stawce zawodnik z maratońskim zwycięstwem na koncie wiedział doskonale to, co teraz wie każdy chyba amator na świecie – że maraton zaczyna się na dziesięć kilometrów przed metą. Właśnie dlatego poprosił swojego asystenta na rowerze Eddiego Heinleina, by ten dał mu znak, gdy miną 20. milę.

39 lat później w roku 1936 na jednym ze wzgórz znajdujących się na trasie bostońskiego maratonu Ellison „Tarzan” Brown dogonił Johnny’’go Kelleya i – jak napisały nazajutrz gazety – „złamał mu serce”. Wzgórze nazwano Wzgórzem Złamanego Serca (The Heartbreak Hill). Ale wówczas ani McDermott ani Grant nie mogli mieć o tym pojęcia. Wiedzieli natomiast dobrze, że podbiegi jak ten zadecydują o końcowym wyniku. I właśnie na Wzgórzu Złamanego Serca zakończyła się przygoda Granta z premierowym Bostonem. Niemal cały podbieg pokonał idąc, a kiedy znalazł się na szczycie, zobaczył już tylko znikający punkt. To był McDermott. O wiele bliżej był natomiast znajdujący się wtedy w powszechnym użyciu beczkowóz, którym polewano piaszczyste drogi celem złagodzenia następstw wszechobecnego kurzu. McDermott zatrzymał beczkowóz, położył się na ziemi i poprosił woźnicę, by polał go wodą. Po takiej szybkiej kuracji regenerującej Grant podjął wysiłek jeszcze raz. Ale pęcherze, jakie po trzydziestu kilometrach biegu pojawiły się na jego stopach, wyczerpały możliwości dalszego działania. Grant zakończył bieg, choć do Bostonu wracał jeszcze wiele razy, obsesyjnie pragnąc sięgnąć po triumf.

Profil trasy maratonu bostońskiego. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Profil trasy maratonu bostońskiego. Rys. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Tymczasem przewaga McDermotta nad drugim zawodnikiem wzrosła do bezpiecznych 7 minut. Od rywali groźniejsze było jednak co innego – samotność. Newton to miejscowość, która ciągnie się w sumie przez 8 mil i jest synonimem kryzysu. Od startu minęło już na tyle dużo czasu, by się mocno zmęczyć, ale do mety jest jeszcze na tyle daleko, że nie sposób myśleć o niej, jak o czymś osiągalnym. To właśnie w Newton z trasy schodzi najwięcej osób. McDermott był pierwszym człowiekiem w historii, który miał doświadczyć samotności długodystansowca w Newton. W dodatku towarzyszył mu ten wszechobecny kurz wzbijany w górę przez jadące za nim i obok niego pojazdy.

Kryzys dopadł go obok Evergreen Cemetery. Zaczął iść. I rozmyślać. Wiedział, że rywale są chyba dość daleko (nie widział nikogo za sobą), ale i wiedział, że idąc traci przewagę. Pamiętał też doskonale smak zwycięstwa i bardzo chciał poczuć go ponownie. Ale czy da radę? Do wyczerpania zaczął z wolna dołączać strach, który sprawił, że McDermott po 200 m pokonanych marszem znów zaczął biec. Tyle, że po kolejnych 200 m zatrzymał się gwałtownie, bo nogę przeszył mu gwałtowny kurcz. Nie mógł się ruszyć! Do akcji błyskawicznie wkroczył jego asystent Heinlein, który zaczął masaż obkurczonego mięśnia. Całej dramatycznej sytuacji towarzyszyły okrzyki kibiców, którzy zachęcali sanitariusza do jak najszybszego doprowadzenia swego podopiecznego do pionu. Ale w serca obserwatorów zaczęła wkradać się wątpliwość. Czy McDermott nie podzieli przypadkiem losu Granta? A może tego biegu nie ukończy nikt?

Wysiłki Heinleina w końcu odniosły rezultat i samotny lider ruszył przed siebie. Ale to nie był już ten sam McDermott co jeszcze pięć mil wcześniej. Buty boleśnie raniły i tak obtarte już stopy, a tam, gdzie nie było obtarć znajdowały się pęcherze. Mimo to parł przed siebie, bo wiedział, że każdy krok przybliża go do zwycięstwa. Na Massachussetts Avenue w samym Bostonie wpadł między szeregi żałobników idących w kondukcie pogrzebowym, a w innym miejscu jego widok tak przeraził dwóch kierowców aut elektrycznych, że ci zatrzymali maszyny. Wypełniony po brzegi Irvington Oval był coraz bliżej, a tłum kibiców obserwował w międzyczasie zmagania uczestników bardzo widowiskowej rywalizacji, w której słabsi zawodnicy startowali z handicapem czasowym.

Wpadając na stadion, McDermott ważył już o 4 kilogramy mniej niż na starcie. I tak ważył niewiele (przed startem – 56 i pół kilograma), ale wycieńczenie spowodowane dystansem i warunkami dodatkowo sprawiły, że nie wyglądał jak bohater. Mimo to dla tysięcy osób na stadionie był bohaterem i każdy chciał uścisnąć mu dłoń. Policja szybko straciła kontrolę nad wydarzeniami i tłum porwał go na ramiona. Jakimś niewyjaśnionym sposobem udało mu się jednak schronić w klubowym budynku, który nie był – jak sobie wielu może wyobrażać – skromnym baraczkiem, lecz solidną, piętrową budowlą, w pełni odzwierciedlającą potęgę jego fundatorów – finansowych liderów Bostonu.

Nazajutrz gazety ogłosiły „nowy rekord świata” (McDermott pokonał dystans o 10 sekund szybciej niż rok wcześniej w Atenach uczynił to Spyridon Luis). Po raz pierwszy – i ostatni – zwycięzca maratonu bostońskiego miał na mecie przewagę ponad mili. A McDermott powiedział: „To chyba mój ostatni start na tak długim dystansie. Na pewno nazwiecie mnie tchórzem, ale popatrzcie na moje stopy”. Ciekła z nich krew, a spod skóry wyzierało żywe mięso. Ale nowojorski biegacz nie wiedział chyba do końca, że to niewielka cena za sławę, jaką zyskał.

Oficjalna strona maratonu bostońskiego.

Historia Bostonu

1918

To był wyjątkowy rok w historii maratonu bostońskiego, gdyż bieg się… nie odbył. Raz jedyny w historii imprezy dokonano wyłomu, a przyczyną była trwająca właśnie I wojna światowa. Rywalizacji nie przeprowadzono, by wyrazić solidarność z żołnierzami na froncie. Zamiast tego zorganizowano sztafetę wojskową. Dlatego właśnie Boston może wciąż szczycić się mianem najstarszego dorocznego maratonu na świecie. Kiedy w latach 80. XX stulecia Boston kontynuował beznadziejną walkę z rosnącą komercjalizacją (wciąż nagradzając zwycięzców pucharem i uściskiem ręki dyrektora biegu), wielki mistrz maratonu nowojorskiego i jeden z kreatorów finansowych trendów w wielkich biegach Fred Lebow powiedział: „Mogę mieć nie wiadomo ile kasy, a tradycji i tak nie kupię”.

1911 - Clarence DeMar na trasie. Fot. www.BAA.org

1911 – Clarence DeMar na trasie. Fot. www.BAA.org

1930

Tamten maraton przeszedł do historii z dwóch powodów: zwycięzca miał 41 lat i, co ważniejsze, w Bostonie wygrał po raz siódmy. Nazywał się Clarence DeMar i najprawdopodobniej jego wynik w postaci siedmiokrotnego zwycięstwa nigdy nie zostanie poprawiony. Co ciekawe, pierwszy raz wygrał 19 lat wcześniej. Clarence DeMar stał się pierwszą wielką legendą Bostonu. Zadebiutował w imprezie wieku 22 lat i ukończył bieg na drugim miejscu. W tym samym roku lekarze stwierdzili u niego szmery w sercu i nakazali zerwanie z bieganiem. W roku 1911 DeMar ponownie stanął na starcie w Bostonie i ponownie poradzono mu, żeby w razie gorszego samopoczucia zszedł z trasy. De mar wygrał ustanawiając nowy rekord trasy – 2:21:39. Rok później wystąpił na igrzyskach olimpijskich, ale zajął dopiero dwunaste miejsce. Po igrzyskach przerwał treningi na pięć lat i wrócił do sportu w roku 1917, kończąc bieg na trzecim miejscu. Zaraz potem trafił do wojska (trwała I wojna światowa) i znów miał przerwę do roku 1922. Wtedy to wygrał Boston po raz drugi (2:18:10 – rekord trasy). Wygrał też w dwóch kolejnych latach, a w roku 1924 po raz drugi wystąpił na igrzyskach i zdobył brązowy medal. W kolejnym roku w Bostonie był drugi, a w 1926 – trzeci. Wygrał za to w 1927 i 1928 i po raz trzeci pojechał na igrzyska, gdzie jednak zajął zaledwie 27. miejsce. W Bostonie wygrał jednak raz jeszcze – właśnie w roku 1930.

1936. Ellison Tarzan Brown podczas maratonu bostońskiego. Fot. www.BAA.org

1936. Ellison „Tarzan” Brown podczas maratonu bostońskiego. Fot. www.BAA.org

1936

W tym roku narodziła się nazwa The Heartbreak Hill (Wzgórze Złamanego Serca), tutaj bowiem Ellison „Tarzan” Brown dogonił Johnny’ego Kelley’a (nazajutrz gazety podsumowały to wydarzenie pisząc, że Ellison „złamał mu serce”). Johnny Kelley Starszy, (bo w historii biegu był i drugi o tym samym nazwisku) wygrał maraton bostoński dwukrotnie (1935 i 1945), siedmiokrotnie był drugi, piętnastokrotnie kończył bieg w pierwszej piątce, a cały maraton bostoński przebiegł 58 razy (ostatni jego start miał miejsce, gdy Kelley miał 84 lata). Był też dwukrotnym uczestnikiem igrzysk olimpijskich. O tym, kim był dla bostońskiej imprezy niech świadczy fakt, że setki tysięcy kibiców gromadzący się przy trasie biegu zawsze stali przy trasie do momentu, aż nie minął ich wielki Johnny. A w swoim ostatnim starcie w roku 1992 pokonanie dystansu zajęło mu 5 godzin i 58 minut. Johnny Kelley był symbolem imprezy i, jak sam twierdził, tylko w Bostonie biegało mu się dobrze. Do końca życia (zmarł w wieku 97 lat) był związany z biegiem, pełniąc już głównie funkcje reprezentacyjne.

John Kelley - zwycięzca w 1935 roku, jedna z legend maratonu bostońskiego. Między 1934 a 1950 rokiem 15 razy kończył bieg w pierwszej piątce, regularnie biegając poniżej 2:30. Fot. www.BAA.org

Johnny Kelley – zwycięzca w 1935 roku, jedna z legend maratonu bostońskiego. Między 1934 a 1950 rokiem 15 razy kończył bieg w pierwszej piątce, regularnie biegając poniżej 2:30. Fot. www.BAA.org

1946

Pierwszy powojenny maraton przyniósł chyba najbardziej polityczne przesłanie w historii. Zwycięzcą biegu został Stylianos Kyriakides – Grek, który przyjechał do Bostonu tylko po to, by wygrać albo zginąć, próbując wygrać. Miał prosty cel – sprawić, by świat usłyszał o tym, co dzieje się w jego kraju: najpierw znajdującego się pod hitlerowską okupacją, a następnie uwięzionego w spirali głodu i nędzy oraz zagrożonego komunizmem, który doprowadził do wojny domowej. Kyriakides był olimpijczykiem z roku 1936, który postanowił zrobić dla swego kraju to, co umiał najlepiej – szybko pobiec. I wygrał, pokonując… Johnny’ego Kelleya, który zajął jedno ze swoich siedmiu drugich miejsc. Niezwykła historia i misja Greka tak poruszyła Amerykanów, że bohater wrócił do ojczyzny statkiem wyładowanym żywnością, lekarstwami i innymi artykułami pierwszej potrzeby podarowanymi Grekom przez jankesów. W Atenach na Kyriakidesa czekało niemal milion osób. W roku 2004 odsłonięto w Bostonie jego posąg.

1966 - Roberta Gibb na trasie maratonu w Bostonie. Fot. www.BAA.org

1966 – Roberta Gibb na trasie maratonu w Bostonie. Fot. www.BAA.org

1966

Legenda zrodzona tego roku nie była i nie jest legendą sensu stricto, ale całe zdarzenie ma charakter niezwykły. Oto po raz pierwszy na trasę biegu w Bostonie wyruszyła kobieta. Bez numeru startowego, bez rejestracji – po prostu przyłączyła się do mężczyzn. Nazywała się Roberta Gibb i postanowiła przebiec maraton. Tak jak legendarna Melpomena w roku 1896 podczas igrzysk ateńskich (choć tamto zdarzenie niektórzy poddają w wątpliwość), tak i ona postanowiła pokazać światu na co ją stać. Dobiegła do mety w czasie 3:21:40, choć oczywiście nie została sklasyfikowana. I o ile światową ikoną wojującego maratońskiego feminizmu została rok później Katherine Switzer (głównie za sprawą szarpaniny, jaką miała na trasie biegu z jego dyrektorem), która jako pierwsza pokonała dystans z numerem startowym, to gdyby nie determinacja Roberty Gibb Bingay, nie byłoby ani Switzer, ani pierwszej oficjalnej kobiecej zwyciężczyni biegu Niny Kuscsik.

1967

Cóż, skoro była Gibb, to nie może zabraknąć i Switzer. Dla porządku – Switzer postanowiła pójść krok dalej niż Gibb i ukończyć Boston oficjalnie. Dlatego zgłosiła się jako K.V. Switzer, nie wpisując w rubryce „płeć” niczego, bo… takiej rubryki nie było (bo nie była potrzebna). Po kilku kilometrach biegu zauważono, że z „tym Switzerem” jest coś nie tak. Poinformowany o wszystkim dyrektor biegu Jock Semple postanowił na siłę usunąć ją z trasy. Zapobiegł temu biegnący obok Switzer jej narzeczony i zawodniczka spokojnie dotarła do mety. Nowozelandczyka Davida McKenzie, który wygrał ten bieg, pamięta dziś mało kto. Katherine Switzer przeszła zaś do historii, a jej starcie z Semplem uczyniło dla promocji żeńskiego biegania o wiele więcej niż najlepsze nawet akcje promocyjne.

1972 rok - po raz pierwszy kobiety mogą startować oficjalnie w maratonie. ina Kusciak, Katherine Switzer, Elaine Pederson, Ginny Collins, Pat Barrett, Frances Morrison, Sara Mae Berman (na zdjęciu nie ma jeszcze jednej - Valerie Rogosheske). Fot. www.BAA.org

1972 rok – po raz pierwszy kobiety mogą startować oficjalnie w maratonie. ina Kusciak, Katherine Switzer, Elaine Pederson, Ginny Collins, Pat Barrett, Frances Morrison, Sara Mae Berman (na zdjęciu nie ma jeszcze jednej – Valerie Rogosheske). Fot. www.BAA.org

1975

To był pierwszy z czterech triumfów ukochanego dziecka Ameryki i Bostonu w szczególności – Billy’ego Rogersa. Billy był niesfornym chłopakiem z przydługimi blond włosami i zdecydowanie antywojennymi poglądami. Odmówił służby wojskowej w Wietnamie (był zadeklarowanym objektorem) i ze swoim zwycięstwem był krajowi bardzo potrzebny. Uzyskał najlepszy wynik w historii Stanów (2:09:55), biegnąc w koszulce z ręcznie wymalowanymi literami GBTC, rękawiczkach malarskich i hippisowskiej opasce na głowie. Najciekawsze w tej opowieści o sukcesie niesfornego chłopaka jest to, że Boston Billy, jak nazwali go szybko Amerykanie, pięciokrotnie zatrzymywał się po drodze, by skorzystać z punktów z napojami oraz poprawić rozwiązane sznurowadło. Jego wygrana w tym roku w takim samym stopniu przyczyniła się do narodzin biegowego boomu w Ameryce jak olimpijski triumf Franka Shortera trzy lata wcześniej. Rogers wygrał Boston jeszcze trzykrotnie: w 1979, 1980 i 1981.

1982 - Alberto Salazar i Dick Beardsley w Bostonie. Pojedynek w słońcu. Fot. www.BAA.org

1982 – Alberto Salazar i Dick Beardsley w Bostonie. Pojedynek w słońcu. Fot. www.BAA.org

1982

W powszechnej opinii obserwatorów bostońskiej imprezy walka, jak rozegrała się pomiędzy Alberto Salazarem i Dickiem Beardsleyem w roku 1982 na trasie między Hopkington a Bostonem, plasuje tę edycję maratonu na samym szczycie listy najbardziej pamiętnych jego edycji. Na taką opinię złożyło się kilka elementów. Po pierwsze, Ameryka była w samym środku biegowego boomu i zainteresowanie takimi imprezami jak maraton bostoński było olbrzymie. Po drugie, o wygraną walczyło dwóch Amerykanów, co pozwalało niemal każdemu mieszkańcowi USA identyfikować się przynajmniej z jednym z nich. Po trzecie, rywalizacja toczyła się na znakomitym poziomie przy kapitalnej (niestety, tylko dla kibiców) pogodzie. 2:08:52 i 2:08:54 – to czasy zawodników na mecie. Po raz pierwszy w historii dwóch zawodników uzyskało w jednym biegu wynik poniżej 2:09, a gdyby warunki były lepsze (panował nieznośny upał) to oba czasy byłyby pewnie jeszcze lepsze. Smaczku całej historii dodaje fakt, iż dwaj wielcy rywale zostali po tym biegu przyjaciółmi.

1983 - Greg Meyer - ostatni Amerykanin, który zwyciężył w Bostonie. Fot. www.BAA.org

1983 – Greg Meyer – ostatni Amerykanin, który zwyciężył w Bostonie. Fot. www.BAA.org

1983

W rok po elektryzującym pojedynku Salazar– Beardsley trudno było liczyć, że wydarzy się coś równie pasjonującego. Cóż, sport jest nieprzewidywalny. Tym razem znów na ustach wszystkich byli „amerykańscy chłopcy” – zajęli trzy pierwsze miejsca, przy czym cała trójka złamała granicę 2 godzin i 10 minut. Ostateczna kolejność: Greg Meyer, Rob Tabb, Benji Durden. To był i jest jedyny Boston, w którym wszystkie miejsca na podium zgarnęli Amerykanie. Ale prawdziwe emocje wzbudziła też rywalizacja kobiet, a w zasadzie – bieg Joan Benoit. Dzień wcześniej Grete Waitz uzyskała najlepszy wynik w historii (rekordów świata jeszcze wtedy nie uznawano). To, co zrobiła Benoit w dzień później przeszło jednak wszelkie wyobrażenia. Czas 2:22:43 był nie tylko nowym rekordem świata, ale i wynikiem lepszym od dotychczasowego o blisko 3 minuty! W rok później Joan Benoit została pierwszą w historii mistrzynią olimpijską w maratonie.

1988 - Ibrahim Hussein - Kenijczyk stał się pierwszym afrykańskim zwycięzcą maratonu w Bostonie i dużego maratonu w ogóle. Fot. www.BAA.org

1988 – Ibrahim Hussein – Kenijczyk stał się pierwszym afrykańskim zwycięzcą maratonu w Bostonie i dużego maratonu w ogóle. Fot. www.BAA.org

1988

W maratonie rozegranym w roku olimpijskim po raz pierwszy w historii imprezy zwycięzcą został zawodnik czarnoskóry. Na najwyższym stopniu podium stanął Kenijczyk Ibrahim Hussein, który po zapierającym dech w piersiach finiszu pokonał Tanzańczyka Jumę Ikangeę. Ikangaa zajął drugie miejsce także w roku 1989 i 1990, a Hussein wygrał jeszcze w latach 1991–1992.

1991

Może dla świata ten rok nie miał szczególnego znaczenia, ale dla nas w Polsce owszem. Rywalizację wśród Pań w Bostonie wygrała Wanda Panfil (która w tym samym roku zdobyła też złoty medal mistrzostw świata). Co tu jeszcze można powiedzieć? Może – to se ne wrati…

1996. 38708 osób stanęło na starcie setnego bostońskiego maratonu i przez siedem lat ten rekord frekwencji nie został pobity przez żadną inną imprezę.  Fot. www.BAA.org

1996. 38708 osób stanęło na starcie setnego bostońskiego maratonu i przez siedem lat ten rekord frekwencji nie został pobity przez żadną inną imprezę.  Fot. www.BAA.org

1996

Wyjątkowy, bo setny (z uwagi na nietypową edycję z roku 1918 sam bieg maratoński odbywał się po raz dziewięćdziesiąty dziewiąty). Pobito przy okazji rekord frekwencji (38708 uczestników uczyniło Boston największym maratonem na świecie). Od strony sportowej elektryzowała wszystkich perspektywa czwartego kolejnego zwycięstwa Kenijczyka Cosmasa Ndetiego (byłby to wyczyn bez precedensu w historii imprezy). Ale szybszy od Ndetiego okazał się jego rodak Moses Tanui i w tej sytuacji na pierwszy plan wysunęła się Niemka Uta Pippig, która po gigantycznym kryzysie i olbrzymich problemach żołądkowych zdołała na milę przed końcem dogonić Teglę Loroupe i wygrać bieg po raz trzeci z rzędu.

2000 - Catherine Ndereba w maratonie bostońskim. Fot. www.BAA.org

2000 – Catherine Ndereba w maratonie bostońskim. Fot. www.BAA.org

2000

Pierwszego i trzeciego zawodnika na mecie dzieliły zaledwie cztery sekundy, w dodatku bieg wygrał najmniej utytułowany z trójki. Elijah Lagat z Kenii nie miał przed tym biegiem szczególnych sukcesów na koncie, natomiast ani Gezahegne Abere ani Moses Tanui nie potrzebowali dodatkowej prezentacji. Pierwszy już za kilka miesięcy miał zostać mistrzem olimpijskim, zaś Moses Tanui miał na koncie dwa zwycięstwa w bostońskiej imprezie, no i medale z największych mistrzowskich imprez na koncie. Warto wspomnieć, że wśród kobiet wygrała Katerine Ndereba, która w Bostonie wygrywała w sumie czterokrotnie.

2011 - Geoffrey Mutai pobiegł maraton w 2:03:02, pokonując dystans najszybciej w historii. Fot. www.BAA.org

2011 – Geoffrey Mutai pobiegł maraton w 2:03:02, pokonując dystans najszybciej w historii. Fot. www.BAA.org

2011

2:03:02 – ten wynik zelektryzował biegowy świat. Kenijczyk Geoffrey Mutai ustanowił nowy rekord trasy i pokonał 42,195 km w najszybszym czasie w historii. Wynik ten nie mógł się stać rekordem świata, ponieważ trasa maratonu bostońskiego nie spełnia wymagań.

„Staruszek Boston”, Bieganie kwiecień 2010

Przeczytaj również:

Magia wielkich liczb, największe maratony na świecie

World Marathon Majors – poker za milion dolarów

Początki kobiecego maratonu. Amazonki długiego dystansu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger