fbpx

Podążanie za pasją

Boulder w śniegu. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Boulder, Kolorado. Fot. Krzysztof Dołęgowski

Wkrótce przyjdzie nam po raz ostatni spojrzeć na Flairons, pokryte teraz białą warstwą lukru. Do Boulder zawitała zima, prawdziwa, sroga. Miasto tonie w śniegu, zimne powietrze gryzie nosy, biegacze i spacerowicze pochowali się w domach. Podczas 6 tygodni spędzonych u podnóża Gór Skalistych mieliśmy okazję rozmawiać z Joe Grantem, Tonym Krupicką, Scottem i Jenny Jurek. Były to rozmowy o życiu z pasją. Wyjedziemy z bagażem przygód i mądrych słów, które usłyszeliśmy w mekce biegaczy.

Brzmi to trochę pompatycznie, prawda? Zbierając materiał do książki, naszej pierwszej, poświęconej ultramaratonom, nie skupialiśmy się na treningu, tabelkach, diecie i poradach. Mieliśmy okazję porozmawiać z ludźmi, którzy tak jak my – próbują łączyć w życiu pasję z codziennością. Żyć pasją, po prostu. Oni są starsi. Nie zawsze wiekiem, na pewno doświadczeniem. Żyją w kraju, w którym w bieganiu większość rzeczy wydarzyła się już wcześniej – wcześniej urosło, zrobiło się łakomym kąskiem dla sponsorów, ukształtował się rynek sprzętu. Są na innym poziomie zaawansowania, przez co mieli większe możliwości. Sprawdzili na swoich skórach to, na co my w Polsce musimy jeszcze poczekać.

Anton Krupicka jest najbardziej skrajną postacią, którą tu spotkaliśmy. Zwyciężał w amerykańskich prestiżowych imprezach, m. in.: Leadville 100, Miwok 100, w Europie przybiegł pierwszy w Lavaredo Ultra Trail. Przyznał, że nie jest najlepszym przykładem łączenia pasji z codziennością. On nie musi chodzić na żadne kompromisy. Wszystko poświęca bieganiu. To jego żywioł. Wstać rano i pójść pobiegać. To go kręci. Do tego stopnia, że na parę miesięcy co roku wyprowadza się do samochodu. Parkuje przy szlaku i gdy rano wystawi nogi z bagażnika już jest gotowy na trening. Nie musi się przejmować pieniędzmi. Ma 5 sponsorów. Dzięki temu może mieszkać w Boulder – drogim i lanserskim mieście, rzut beretem od fantastycznych szlaków w Górach Skalistych. Wstydziłam się zapytać czy ma dziewczynę. Ale zapytałam Scotta. Potwierdził moje przypuszczenia. W życiu Tony’ego nie ma miejsca na takie sprawy. Czy kiedykolwiek będzie? Czy musi być?

Joe Grant jest gdzieś pomiędzy. Też ma sponsorów, ale może nie tak łaskawych jak Tony. Mieszka w Gold Hill, bo tam jest taniej. To małe miasteczko, w którym żyje zaledwie 230 osób. Żeby dostać się do Boulder trzeba przejechać kilka kilometrów krętą drogą szutrową a potem jeszcze kilkanaście asfaltem w kanionach, w których zimą droga pozostaje biała. Nikt jej nie soli, więc dojazd się wydłuża. Joe ma żonę, która pracuje na Uniwersytecie Kolorado. Muszą się utrzymywać razem, jest też trochę spraw wymagających kompromisów. Obydwoje są pochłonięci swoją pasją. Dla Joe to nie tylko bieganie, ale i pisanie, praca trenera. Odnajduje się w tym świetnie i łączenie tych rzeczy pozwala mu się spełniać na wielu polach. Jeździ po świecie na zawody, pisze o nich na blogu, utrzymuje kontakty ze swoimi zawodnikami przez Skype. Dużo rozmawiają o samopoczuciu. Widzieliśmy go w akcji gdy tłumaczył jednemu biegaczowi jak dobrze zbiegać. Słuchaliśmy urzeczeni. Joe zbudował swoją markę. I nawet jeśli nie będzie już w stanie walczyć w czołówce, pozostałe, około biegowe poletka będą miały się dobrze.

Scott Jurek najlepsze lata kariery biegowej ma już za sobą. Był na najwyższym poziomie, lista jego osiągnięć zajmuje kilka ostatnich kartek książki, którą napisał. Teraz patrzy już na wszystko z perspektywy. On nie miał takich możliwości jak Anton Krupicka. Sponsorzy nie walili drzwiami i oknami, gdy on wygrywał Western States i Badwater Ultramarathon. Nie dało się z tego utrzymać. Musiał pracować. Wstawał o piątej, szedł na trening, potem do roboty w sklepie sportowym. I spać. Wiele rzeczy w życiu poświęcał swojej pasji. Starał się dbać o zachowanie równowagi, choć nie zawsze to się udawało. Rozpadło się jego poprzednie małżeństwo, trudno mu było dogadać się z ojcem. Patrząc na wszystko z dystansu, z czterdziestką na karku, uważa, że to może lepiej, że nie mógł się zająć tylko bieganiem. Mieszkają z Jenny w Boulder, blisko Pearl Street, głównej ulicy w centrum. Znają chyba wszystkich ludzi związanych z bieganiem ultra w mieście. Utrzymują z nimi bliskie relacje, bo dla nich funkcjonowanie w społeczności to ważna i ogromna część całego tego hobby.

Ludzie, których tu spotkaliśmy niosą ze sobą pasjonujące historie. Są zakręceni na punkcie biegania i znaleźli sposób by nie musieć wybierać niewygodnych kompromisów. Dobrze było posłuchać jak opowiadają o swoim życiu. Bił od nich duży spokój. Pewność siebie. Gdy pytaliśmy o trening, słyszeliśmy dużo o radości, przyjemności i zabawie. I nie chodzi o to, że nie trenują na poważnie. Coś ich przecież zaprowadziło na najwyższy poziom. Ale wspólny pozostaje fakt bawienia się treningiem. Gdy Tony chodzi na swoje 3-4 godziny lubi poszaleć z tempem. To nie są wymęczone kilometry, bo tak trzeba żeby znaleźć się tam, na szczycie podium. Gdy pytaliśmy o odpuszczanie sobie, podejście do roztrenowania – słyszeliśmy, że to nie szkodzi, że przez kilka tygodni czy miesięcy będziesz zajmował się czymś kompletnie innym. Oni robią długie przerwy, wspinają się, jeżdżą na rowerze, nie liczą kilometrów ani godzin. Bo kiedy trenują pod zawody robią to intensywnie, ich ciała długo nie wytrzymałyby takiego reżimu. Ale nie martwią się, że forma ucieknie na zawsze. Skoro lubisz biegać i masz z tego radość – wrócisz.

Spędziliśmy fantastyczny czas w Boulder. Nie skupialiśmy się na treningach. Czasem wybieraliśmy się pobiegać na krótko, jeździliśmy na rowerze, chodziliśmy po górach. Robiliśmy tylko to, co sprawiało nam przyjemność, a i tak spędzaliśmy aktywnie choć niewielką część praktycznie każdego dnia. Inaczej się tu chyba nie da. Mieliśmy okazję poczuć jak to jest pomieszkać w górach, mieć je na wyciągnięcie ręki. Te same szlaki, na których trenują nasi bohaterowie.

I dochodzę do wniosku, że stali się naszymi idolami nie dlatego, że przybiegali na metę jako pierwsi. Ale dlatego, że nas inspirowali, robiąc ciekawe rzeczy. Że opowiadali o bieganiu tak, że sami chcieliśmy wyjść na trening. Ich zdjęcia, filmy, opowieści przywiodły nas tu. Po przygodę, jedną z najfajniejszych w naszym życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger