fbpx
Zespół adidas Terrex Poland na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

Wydarzenia > Biegi zagraniczne > Wydarzenia > Relacje z biegów > Wydarzenia

Rajd przygodowy Endurance Quest: 4 doby w krainie muminków

Zespół adidas Terrex Poland na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

98 godzin walki na trasie, niekończące się kilometry na kajakach, wśród setek, a może i tysięcy wysepek szkierowego wybrzeża Finlandii, wiele kilometrów pod górę i w dół na rowerach, rolkach i pieszo. To będzie opowieść o jednym z najdziwniejszych wyścigów, jakie można sobie wyobrazić. Czwórka zawodników, setki kilometrów i zaledwie kilka godzin snu.

Nigdy nie przypuszczałem, że kilka kliknięć może tak dramatycznie zmienić plany na ten rok. Kuba wszedł na stronę, wklepał nasze nazwiska, dodał nazwę świeżo pozyskanego sponsora i byliśmy niczym Twardowski w drodze do karczmy. Do karczmy co Rzym się nazywa…

Nasz cel znajdował się kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Helsinek. 15 godzin jazdy autem od Warszawy – przez płaskie jak stół kraje bałtyckie z których najważniejszym wspomnieniem będą zdjęcia z radarów, gdy gnaliśmy na prom. Bo kto by pamiętał o przekraczaniu strefy czasowej o jedną głupią godzinę, gdy w aucie leżą 4 skrzynie sprzętu którego spis zajął by cały ten artykuł. Od lampy stroboskopowej obowiązkowej na morskich odcinkach kajakowych, poprzez specjalne plastry zapobiegające otarciom stóp, aż do ultralekkich karabinków które przydadzą się gdy będziemy zjeżdżać na linach.

Jechaliśmy cały czas rozmyślając o czekającej nas trasie i o tym czego mogliśmy zapomnieć. Miejsce, które organizator wskazał na mapie wyglądało na zamieszkałe. Ale raczej przez łosie i wiewiórki. Z bazy zawodów do najbliższego sklepu było 10km. Do Helsinek 40. Według fińskich norm – trafiliśmy w samo centrum weekendowego wypoczynku mieszkańców stolicy. Bo według nich na określenie „las” zasługuje dopiero zielony obszar który da się zauważyć na globusie, a dobre bagno to takie w którym dało by się zatopić całą Łódź wraz ze Skierniewicami. A więc mieliśmy się ścigać po… nadmorskim parku z kilkoma kałużami.

Przeskalowanie

Musieliśmy się trochę przestawić. I to nie tylko na mapę 1:30 000, o kolorach co najmniej dziwnych. Po pierwsze: Ten rajd ma 600km, a organizatorzy nie zamierzają nas pieścić. Petri Forsman – szef przedsięwzięcia (i rajdowy mistrz świata na emeryturze) na większość pytań uczestników odpowiada „It’s up to you”. – Ale mamy biegać przez kilkanaście godzin po lesie z plecakami, z przypiętymi rolkami i w kapokach, żeby przejechać potem 20 km i przepłynąć 50 metrów? – It’s up to you. Brać wiosła na 200km etap rowerowy? – It’s up to you. Pływać kajakiem nocą po morzu?…itd. Generalnie – Macie sobie poradzić. A my się będziemy przyglądać z chłodnym fińskim uśmiechem.

Na odprawie dostajemy 29 map formatu A3. Wraz z nimi rozpiskę etapów z której budujemy schemat trasy. Wydawało się Wam, że triathlon ma skomplikowaną logistykę? A co powiecie na 15 etapów o nie znanej dokładnie długości 6 dyscyplin i 4 doby w trasie? Coś takiego zaczęło się wynurzać z kartki… nos jak patyk, kurzą nogę i krogulcze ma paznokcie… cholerny fiński diabeł. Niby mieliśmy o nim pojęcie, ale z każdą chwilą poznawaliśmy nowe szczegóły i dostawaliśmy zmarszczek. Dopisywaliśmy uwagi, adnotacje, przedmioty które trzeba zabrać ze sobą na etap, opinie na temat pory dnia/nocy, kiedy będziemy docierać na dany punkt.

O północy byliśmy gotowi. Przed nami stało 5 skrzyń wypełnionych jedzeniem, piciem, ubraniami i całym bazarem, a budzik był ustawiony na trzecią rano. Zarwana nocka numer jeden. A właściwie numer dwa. Bo jadąc autem nie zmrużyliśmy oka.

DSC_5044.jpg

Jakub Wolski na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

Początek w nerwach

Tak jak bieg uliczny zaczyna się od rwania tempa i lekkiej przepychanki, tak początek rajdu wyliczony na 100 godzin też nosi piętno nerwówki. Zwłaszcza gdy morze jest wzburzone, a pierwsza konkurencja nazywa się coasteering.

To rodzaj biegu na orientację, robionego zwykle na skalistych nadmorskich terenach. Część się biegnie, część pokonuje wpław. Skandynawia nie jest ciepłym krajem, a Bałtyk Zatoką Meksykańską. Czujemy się niepewnie, zwłaszcza lekko rozmiękczeni nieprzespanymi nocami i godziną oczekiwania na start, gdy tuliliśmy się do siebie by utrzymać ciepło.

Po strzale startera peleton ruszył jak śrut z lufy. Roztrysnęliśmy się wzdłuż brzegu, wybierając najróżniejsze warianty. Jedni bardziej po linii brzegu, inni po skałach. Część po drzewach. Oczywiście za szybko. Kamienie były śliskie, czasem omszałe. Aż prosiły się o wybicie zębów. Potem krótki kontakt z morską wodą. Na początek płytką. Dopiero na końcu pierwszego etapu zobaczyliśmy kilkumetrową skałę, z której trzeba się rzucić. – Im dłużej stoisz, tym bardziej się boisz. – Mówi Magda i zachęcony tymi słowami zawieszam swoje ciało w powietrzu. Potem winda grawitacji ściąga je gwałtownie w dół i rzuca o powierzchnię wody. Brrrrr!!! Widzę chmurę bąbli, zanim zdążę wrócić na powietrze. Pobudzające!

Za chwilę dołącza Magda i Łasuch. Tylko Kuba coś nie kwapi się. Nauczył się pływać w maju i do tej pory miał raczej do czynienia z basenami i błękitnymi kafelkami na dnie. I liną której można się złapać. Tu czekało go pływanie w ubraniu, a najpierw skok z drugiego piętra. W końcu poleciał.

….kurczy się i krztusi, Aż zimny pot na nim bije; Lecz pan każe, sługa musi,
Skąpał się biedak po szyję….

DSC_5463.jpg

Magda Ostrowska-Dołęgowska na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

Kuba naprawdę nie lubi wody. Ale nie jest z tych miękkich. Spiął się i przepłynął. Choć wyglądał jak diabeł w wodzie święconej. To był zresztą początek kłopotów. Pierwsze kilka godzin składało się z ciągłych przesiadek z wiosłowania na bieg, na pływanie. Gdy odcinki pływackie miały po 20-30 metrów – o.k. Można było wyjść z morza, przebiec się kawałek i rozgrzać. Gorzej się działo, gdy chłodziliśmy się na dłuższych kąpielach. Kuba skurczył się do połowy. On pływał najwolniej i najdłużej poddawał się zimnej wodzie. Po kilku przeprawach tułów mu się skrócił, łapy wydłużyły i mieliśmy w teamie trzęsące się zombie. Gdy Magda próbowała go rozcierać – wypadał jej z rąk. Hipotermia. Niewiele rozumiał co do niego mówimy, ale co najważniejsze – biegał. Póki się ruszał, wiadomo było że wydobrzeje. Przejąłem nawigację, choć też szczęki wystukiwały mi melodie na klawiszach zębów. Traciliśmy już sporo czasu do prowadzących zespołów, ale w pierwszym dniu mało nas to interesowało. Szykowaliśmy się na kilka dni, a nie kilka godzin.

Nasze morze?

Bałtyk polski i fiński to dwie strony ręcznie robionego swetra. Po jednej stronie jest gładki i ułożony ze swoimi Władysławowami, Kołobrzegami – co najwyżej z wyciągniętą nitką Helu. Gdy się go odwraca na lewą stronę pokazuje chropowatą powierzchnię węzełków wysepek kosmyków półwyspów i zmechaceń okrągłych skałek Finlandii. Do tego brzeg porośnięty jest lasem, mchami i trzcinami. Gdy wypływasz na niego kajakiem, wydaje Ci się że jesteś na niewielkim zbiorniku – cały horyzont pokrywa labirynt wysp. Nawigacja na tym przypomina robienie na drutach. Najpierw kanalik, potem przesmyk, pętelka i punkt, potem znów – od wyspy do wyspy odliczając oczka. Godzina wiosłowania po prostej, potem zakręt za szóstą skałą, minięcie z autostradą dla motorówek. Dwie godziny na azymut i znów wąskie przesmyki. Dzień piękny – słońce praży. Mapa wygląda jak plecy piegowatej plażowiczki.

Nawet jak byliśmy na stałym lądzie – nigdy nie mieliśmy pewności czy woda do której wchodzimy to lokalne jezioro, czy jakaś głęboka zatoka. Jeziora były trochę cieplejsze. Nie wiem ile razy w ciągu tych dni wchodziłem w ubraniu do wody. I czy nie warto by napisać testu butów biegowych pod kątem ich przystosowania do kraula czy żabki. „Adizero XT – bieżnik idealny na wodę słodką, nieco gorszy na słoną” Po raz pierwszy pływałem też z rolkami. Przydawały się nam na odcinkach asfaltowych. Ale często mieliśmy je ze sobą gdy trzeba było przedostać się np. na wyspę. Organizator tak zaplanował rywalizację, że w wielu miejscach mogliśmy ułatwiać sobie zadanie przejeżdżając monotonne odcinki na rolkach. To bardzo pomagało i przyspieszało rajd. Lubimy bieganie, ale gdy trzeba pokonać kilka setek kilometrów, warto mieć jakieś urozmaicenie. Zwłaszcza gdy i tak jest sporo trudnego terenu i mozolnego posuwania się tempem żółwia po chaszczach i bagnach. Sześć setek kilometrów to nie przelewki. To nawet pisze się długo.

Zespół adidas Terrex Poland na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

Zespół adidas Terrex Poland na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

Szczypta psychodeli

To co się działo później było konsekwencją pierwszych niedospanych nocy przed rajdem. I kolejnych czterech w czasie których biegaliśmy, pedałowaliśmy, wiosłowaliśmy wyrywajać gryzy snu z rzeczywistości która czasem zmieniała się w ustach w miękki sernik i gdy rower okazywał się konikiem na karuzeli między rozsądkiem a obłędem. Wymieniali się w proporcjach jak dzień i noc. Przez dwadzieścia godzin umysł był jasny, ale przez pozostałe cztery przechodził serię zaćmień albo gęstego mroku. I to niezależnie od rzeczywistej pory dnia i nocy. Ale problemy częściej dopadały nas po ciemku.

Gdy patrzę z perspektywy innych startów – ten był całkiem niezły pod względem naszej kondycji. Byliśmy w stanie truchtać z plecakami ważącymi po 6kg mając za sobą ponad dwie doby wysiłku. Utrzymywaliśmy niezłą prędkość na rowerze. Ale jak zaczynało się dziać źle to było po całości. Gdzieś koło pierwszej po północy pedałując przestałem widzieć sensowne postaci. Był szuter, prosta jazda, ale plecak Kuby nagle zmienił się w wielką zieloną biedronkę. Próbowałem spojrzeć w innym kierunku, ale trafiałem albo w mrok, albo na kształty które nie pomagały się ogarnąć. Była Matka Boska zrodzona ze snopu światła na asfalcie, był Łasuch który zdawał się jechać na deskorolce zamiast na rowerze. Kształty tańczyły i migotały. Próba skupienia uwagi zdawała się na nic. I to w pierwszą noc zawodów. Postanowiliśmy przespać 20 minut w krzakach przy drodze przykryci foliami NRC. To dobre lekarstwo. Działało do rana. Dopiero o świcie „senny potwór” wrócił i tym razem skupił się na Kubie – naszym nawigatorze.

Przejąłem więc mapę i kompas. Biegliśmy przez przepiękny las. Kożuchy z mchów, skały niczym gigantyczne bochenki chleba, podmokłe polanki z dywanami roślin przykrywającymi niewidoczne jeziorka. Plątanina wzgórz i zagłębień. Ścieżki wydeptane przez zwierzęta. Nawet bez halucynacji dziwiłem się za każdym razem gdy wychodziłem za wzgórze. Pamiętacie plastykowe mapy dla niewidomych, gdzie najwyższe szczyty wystają dwa centymetry w górę i można je pomacać? Na takiej mapie Finlandia by była szorstka pod dłonią. Jest pełna pagórków, skałek, oczek wodnych. Jadąc na rowerze nie byliśmy w stanie ustawić szyku i siedzieć sobie na kole. Cały czas przyspieszaliśmy na zjazdach i redukowaliśmy biegi na górkach. Żartowaliśmy, że najbardziej zużytym elementom roweru będzie manetka.

DSC_6174

Krzysztof Dołęgowski na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

Dmuchany piesek

Taki rollercoaster z ciągłymi podjazdami przynajmniej utrudniał zaśnięcie za kierownicą. Co jakiś czas trafiały się utrudnienia – jakieś piesze przejścia z rowerem przez krzaki, pływania z rowerem, ale mieliśmy kontrolę nad sytuacją. Doganialiśmy słabnące zespoły i nastawialiśmy na walkę w dwóch ostatnich dobach. Błędy nawigacyjne już złagodniały. Po 120 kilometrach roweru miał przyjść etap nazwany „ultimate swimming”. I już czekał na nas grzejąc się w słońcu trzeciego dnia, gdy….

Telep, telep, telep…

Kuba złapał gumę. Zwykły laczek. Magda z Krzychem od razu położyli się spać przy drodze. Wpadli natychmiast w fazę REM, a ja z Kubą wymienialiśmy dętkę.ł kilometra dalej był zjazd. Kuba rozpędzony do 40km/h znów usłyszał to piekielne trzaśnięcie i nagle poczuł twardo pod kołem. Opona zeskoczyła i wypluła dętkę, która na kręcącym kole zwinęła się w pompowanego pieska ze straganu. Nawet nie zeszło powietrze. I byłoby nawet śmiesznie gdyby nie to, że obręcz uderzyła pare razy po kamieniach przygniatając cienką wyścigową oponę i porwała ją jak starą szmatę. Dwie dziury w które zmieści się dłoń i dwie mniejsze.

Zaczęliśmy improwizowaną operację chirurgiczną. Specjalna łatka do opon? Mieliśmy taką. Jedną. Wystarczyła zresztą tylko na najmniejszą dziurę. Coś jeszcze? Słabo. Może numer startowy wepchnąć między dętkę a oponę? Nieźle. Ale ma sztywne zalaminowane krawędzie i może pociąć dętkę. Musimy jeszcze zrobić co najmniej 20km, do najbliższej strefy zmian. Potem się zobaczy.

To może chusta trójkątna? Git. Jest nieelastyczna i dobrze zatrzymuje dętkę w oponie. Nie radzi sobie tylko z największą dziurą. Tam stosujemy bandaż. Zrobiony ze starej dętki. Chyba po godzinie operacji znów jesteśmy w grze. Jedziemy. Tylko że ze względu na opóźnienie organizator puści nas na skróconą trasę. Spadamy na 15 pozycję pośród 25 zespołów.

Brzoza

Jedną z większych zagadek postawionych przed nami był odcinek wodny o długości 6 km ustawiony gdzieś po środku etapu rowerowego. Żeby tam dojechać trzeba było pokonać ponad 120km, a po nim jeszcze 80 km. Do plecaka oprócz sprzętu obowiązkowego, jedzenia, dodatkowych ubrań należało spakować uprząż i sprzęt wspinaczkowy, dorzucić jeszcze kapok. I tak obładowanym ruszyć w noc.

Wiedzieliśmy, że na brzegu rzeki będą czekać na nas tratwy zrobione z pianki ociepleniowej. Ale nie byliśmy pewni jakiej są wielkości i jak szybko da się na nich płynąć. Na szczęście zanim trafiliśmy na ten „mamuci” odcinek, musieliśmy wcześniej w ten sam sposób przeprawić się przez jezioro o szerokości niecałego kilometra i tam sprawdzić nasze „stateczki”. Okazało się, że po załadowaniu roweru na tratwę i odpięciu od niego koła, zostaje sporo miejsca, ale gdy wiosłuje się gołymi rękami to prędkość jest żenująco mała. Mielisz, mielisz rękami i czujesz że jedyny ruch to ten gdy przez przypadek zaczynasz się obracać. Aż strach się odwracać. Po kilku minutach machania brzeg oddalił się ledwie o kilkaset metrów.

Jechaliśmy więc główkując nad rozwiązaniem. Krótkie wiosła zostały w bazie, mieliśmy natomiast ze sobą pianki neoprenowe na wypadek gdyby groziło nam wychłodzenie w wodzie.

Niestety popełniliśmy błąd – dzień okazał się upalny i pianki tylko przejechały się na naszych grzbietach. Natomiast wiosła byłyby zbawieniem.

Ale, ale… Polaków główną narodową cnotą jest kombinowanie. Zatem gdy tylko zobaczyliśmy na wyrębie duże płaty brzozowej kory – mieliśmy rozwiązanie. Zaadaptowaliśmy je jako wiosełka i żwawo ruszyliśmy rzeką osiągając niesamowitą prędkość około 3km/h. Śledzący nas na ekranie komputera, widzieli jak kropka mknie dużo szybciej niż w przypadku pozostałych zespołów. Mimo to dwie godziny wiosłowania kawałem drewna odcisnęły piętno na naszej nadwyrężonej psychice. Nigdy więcej brzozy!

DSC_6324.jpg

Zespół adidas Terrex Poland na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

Słowo na U

Miałem problem z językiem angielskim. A właściwie ze słowem ‘ultimate’, którego znaczenie zawsze mi uciekało. Gdy widziałem w rozpisce rajdu określenie ‘ultimate kayak’ – tylko czułem ducha tego wyrażenia. Teraz już wiem: ‘Ultimate’ oznacza ‘taki, że się zesrasz’. Więc ‘ultimate kayak’ miał w sumie około setki kilometrów przedzielonych tylko nic nie znaczącym biegiem na orientację. ‘Ultimate kayak’ zaczął się w nocy z przyczepionymi żaglami. Połączyliśmy dwa kadłuby w katamaran, doczepiliśmy dostarczony przez organizatora maszt i ruszyliśmy w morze. Zupełnie spokojne. Rozłączyliśmy więc wiosła i zrobiliśmy z nich pagaje. Przewiosłowaliśmy tak dwie godziny śpiewając „Deszcze nieeeespokojneee” To była trzecia noc zawodów i odkryliśmy, że najłatwiej jest opanować senność śpiewając. Cokolwiek. Więc była Ira, Maanam, Chłopcy z Placu Broni, a potem Bielije Rozy. A nawet gorzej. Byle ruszać mózgiem i nie dać mu odpłynąć.

Nad ranem rozłączyliśmy katamaran i skierowaliśmy dzioby na wschód. Bez nawigacyjnej filozofii. Karbonowe łychy w dłoń i 28 kilometrów do miejsca biegu na orientację. Nawet nie wiem kiedy on minął. Chwilę (czyt. w tych warunkach 2 godziny) potem siedziałem znów na tylnim siedzeniu z wiosłem w garści, a Kuba miał na kadłubie zestaw czterech map które dzieliły nas od końca etapu. Tych piegowatych map, gdzie liczy się każdą wysepkę i ogląda pod lupą, analizując jej kształt. Włożyłem wiosło w wodę i było południe. Włożyłem drugie – minęła szesnasta. Znów śpiewaliśmy ratując się przed snem. Problem z dętką i wcześniejsze straty spowodowały, że nie byliśmy już w stanie gonić zespołów przed nami. Jednak cały czas byliśmy na trasie, a nasi rywale wykruszali się po kolei.

Gdy zachodziło słońce – mogłem wreszcie wyjść na ląd i przespacerować się. Ze względu na limity czasowe (minęło już ponad 80 godzin od startu) skierowano nas na krótszy wariant – z ominięciem zdradliwego odcinka canoe i kilkudziesięciu kilometrów pedałowania. Po gorącym słonecznym dniu mieliśmy trochę oparzeń od słońca i może dobrze że nocą nie pozwolono nam pływać. Temperatura spadła do kilku stopni. Zawinięci w adidasowe gore-texy Terrexy kręciliśmy na rowerach w kierunku mety. W dolinach snuła się lodowata mgła. Kuba i Krzychu odpierali kolejny atak „sleepmonstera”. Próbowali go oszukać wyprzedzając na chwilę peletonik i zasypiając na moment na asfalcie. Gdy zrobiliśmy jeden postój na 60km odcinku, Krzychu zapadł w y sen tak twardy, że ciężko było go sprowadzić do realnego świata.

DSC_7373.jpg

Zespół adidas Terrex Poland na rajdzie Endurance Quest w Finlandii. Fot. Piotr Dymus

W końcu meta!

Po 98 godzinach w końcu dotarliśmy na metę. Sklasyfikowani na 13 miejscu z 25 zespołów cieszyliśmy się przede wszystkim z pięknej imprezy. Sportowo – bez rewelacji, raczej przetarcie z fińskimi mapami, zasadami gry. Do poprawki, ale pod względem wspomnień – rzecz piękna.

Może wrócimy. Tylko te 2000 euro wpisowego…

Endurance Quest

Logistyka i koszty

Dojazd: samochodem przez kraje bałtyckie. Około 15 godzin wliczając przeprawę promową Tallin – Helsinki (koszt promu: od 120 euro za auto z 2 osobami). Lot samolotem mało opłacalny ze względu na duży nadbagaż.
Wpisowe: 2000 euro od osoby (rejestracja około 6 miesięcy przed startem).
Konieczny urlop: około 8 dni
Sprzęt: Cała pryzma
Dyscypliny: bieg/trekking na orientację, kolarstwo górskie, kajakarstwo, canoe, zadania linowe, rolki, pływanie, kickbike, żeglowanie
Język imprezy: angielski – również dla lokalnych teamów (znajomość bardzo wskazana)

Informacje: www.endurancequest.com

mm
Krzysztof Dołęgowski

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

Lead: W zimowych miesiącach apetyt na surowe warzywa i sałatki zazwyczaj spada, a zaczynamy odczuwać potrzebę dodania do naszej diety czegoś ciepłego, często dużo bardziej kalorycznego, z wysoką zawartością tłuszczu i węglowodanów. Ta zmiana nastawienia […]

Dieta biegacza: co jeść zimą?

Kolejne źródła donoszą, że rozegranie w 2021 Igrzysk Olimpijskich w Tokio stoi pod znakiem zapytania. Nawet jeśli się odbędą, to nie wiadomo, w jakiej formie. Patrząc szerzej: nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak po pandemii wygląda przyszłość masowego sportu.

Czy odbędą się Igrzyska Olimpijskie w Tokio?

Na zamkniętej prezentacji Adidas pokazał najnowszą odsłonę swojego flagowego buta biegowego – Ultraboost 21. Dzięki rozmowie z głównym projektantem tego modelu, Moritzem Hollemullerem, mogliśmy dowiedzieć się, jak odbywająca się na naszych oczach rewolucja sprzętowa w sposób praktyczny wpłynie na życie przeciętnego biegacza.

adidas pokazuje nowe buty Ultraboost 21!

Świat nadal stoi w obliczu pandemii, a globalne społeczeństwa odczuwają jej negatywne skutki między innymi w zakresie zdrowia psychicznego. ASICS, jako marka odpowiedzialna społecznie, wraca do swoich korzeni, aktualizując logotyp i uruchamiając globalną akcję charytatywną […]

ASICS uderza sportem w pandemię – rusza akcja charytatywna #SunriseMind!

Początek stycznia to dla wielu osób okazja do podjęcia nowego postanowienia. Dość popularnym wyzwaniem jest rozpoczęcie swojej biegowej przygody. To doskonały pomysł. Warto jednak robić to z głową i właściwym planem. Osoby początkujące często zadają […]

Bieganie dla początkujących: jak często trenować?

Kontuzja, przedłużone roztrenowanie, dłuższy okres lenistwa czy jakikolwiek inny powód mogą wyeliminować nas z biegania na kilka tygodni, a nawet miesięcy. Chcąc wrócić do treningów zaczynamy niemal od zera. Jeśli jednak wcześniej biegaliśmy regularnie, nasze […]

Jak wrócić do biegania po przerwie? Plan treningowy

Rok 2020 nie był tak zły, jak go przedstawiają – przynajmniej w bieganiu. Owszem, nie odbyły się Igrzyska Olimpijskie, odwołano sporo imprez, inne przesunięto… ale sprzyjało to bieganiu szybko. Rewolucja sprzętowa oraz zmiany w kalendarzu dały wysyp nowych rekordów. Pod tym względem miniony rok był wyjątkowy!

Rok 2020 był… dobrym rokiem!

Niezwykły i niekoniecznie najszczęśliwszy dla pasjonatów biegania rok 2020 dobiegł końca. Na horyzoncie już mamy kolejny sezon. Wielu biegaczy zastanawia się nad tym, czy warto w ogóle szykować formę na jakiekolwiek starty w tym roku. […]

Szykować formę na sezon 2021 czy nie? Oto jest pytanie [Felieton]