fbpx

TransGranCanaria 2014 okiem debiutanta [RELACJA]

Autor: admin • 06.03.2014

Transgrancanaria 2014 fot. archiwum organizatora 01

Trasa 125 km wystartowała o północy. Zawodnicy na początku musieli zmagać się z chłodem, by potem w ciągu dnia rozpływać się w palącym słońcu. Fot. archiwum organizatora.

Łukasz Małek jakiś czas temu postanowił zadebiutować w biegu dłuższym od maratonu. Na swoje pierwsze ultra wybrał – a, co mu tam! – TransGranCanarię, czyli 125 km z jednego końca Gran Canarii na drugi, z przewyższeniem +7500 m. W trakcie zawodów sam nie był przekonany, czy je w ogóle ukończy.

„Od morza do morza”

Będąc w zeszłym roku latem na wakacjach pod namiotem na Sardynii pomyślałem, że fajnym pomysłem byłby bieg z jednego końca wyspy na drugi (od morza do morza). Niespełna miesiąc później dowiedziałem się, że tego typu impreza jest organizowana m.in. na Gran Canarii. Bieg ma 125 km, w tym 7500 m przewyższenia, a trasa prowadzi „od morza do morza” – z północnej części wyspy (z Agaete) na południe, w okolice wydm Maspalomas. W tym okresie przygotowywałem się do Maratonu Warszawskiego, po raz drugi od 10 lat, a regularnie, niezbyt intensywnie biegałem od około 1,5 roku, a więc perspektywa pokonania 125 km wydawała się początkowo zupełnie nierealna. Co prawda w ramach cyklu biegów Transgrancanaria dostępne były krótsze trasy (od 15 do 82 km), ale jadąc tak daleko z całą rodziną postanowiłem zapisać się na pełny dystans.

Transgrancanaria 2014 for. Krzysztof Dołęgowski 01

Sporą przewagę nad resztą zawodników mieli ci, którzy wcześniej zapoznali się choć z częścią trasy. Nie brakowało trudnych technicznie dragmentów. Fot. Krzysztof Dołęgowski.

Słodka niewiedza

Intensywne treningi pod okiem trenera rozpocząłem pod koniec listopada, biegając w szczytowym momencie do 110 km tygodniowo na dwa tygodnie przed startem. W sumie w tym okresie przebiegłem około 850 km. Informacje o ultramaratonach czerpałem z rozmów ze znajomymi, biorącymi udział w podobnych biegach oraz z książek Scotta Jurka (który zresztą startował w tegorocznym TGC) oraz Killiana Jorneta. Wydaje mi się, że – paradoksalnie – nieświadomość tego, co mnie czeka w trakcie i po biegu, pomogła mi psychicznie przed startem. Jak się później dowiedziałem, „bukmacherzy” nie dawali mi wielkich szans na ukończenie wyścigu.

Krew, pot i łzy

Bieg rozpoczynał się o północy z 28 lutego na 1 marca na plaży w Agaete. Na starcie zgromadziła się grupa około 500 zaprawionych biegaczy, którzy już samym swoim wyglądem i sprzętem robili duże wrażenie. Na twarz kapały nam krople wody z fal rozbijających się o przybrzeżny falochron. Było dosyć zimno, ale adrenalinę czuć było nawet w powietrzu. Wystartowałem spokojnym truchtem, mięśnie powoli rozgrzewały się do biegania. Trasa rozpoczynała się od prawie 10-kilometrowego wzniesienia z poziomu morza na 1200 m. Zgodnie z radą znajomych wszystkie tego typu przewyższenia podchodziłem, nie starałem się ich nawet wolno podbiegać. Bardzo pomocne w czasie całego biegu okazały się kijki, bez których nie wiem, czy ukończyłbym zawody. Stanowiły one dodatkową parę nóg na podejściach i zejściach. Już po około dwóch kilometrach opuściłem szybciej podchodzących znajomych, bo czułem, że utrzymywanie ich tempa może mnie później dużo kosztować.

Transgrancanaria 2014 fot. archiwum organizatora 04

Jeden z  punktów odżywczych na najdłuższej trasie. Na punktach można było zjeść świeże owoce, słodycze, słone przekąski, do picia była czysta woda, izotonik, Coca-Cola, można też było schłodzić się kostkami lodu. Na zdjęciu Timothy Olson – znany amerykański ultramaratończyk, na metę dobiegł jako trzeci. Fot. archiwum organizatora.

Do pierwszego punktu kontrolnego dotarłem z prawie godzinnym zapasem i w ten sam sposób starałem się czynić na kolejnych punktach. Przez cały bieg koncentrowałem się głównie na dotarciu do najbliższych punktów kontrolnych, a nie na samym celu wyścigu. Myślałem o tym, co wypiję i co zjem na danym punkcie, sprawdzałem kolejny odcinek oraz limit czasu i biegłem dalej. Zbyt szybko pokonałem pierwszy zbieg między 10. a 20. kilometrem, co całkowicie wyczerpało moje mięśnie ud. Od tego momentu każdy zbieg łączył się z bólem tej okolicy. Od stóp do głowy byłem też mokry od potu. Na 30. kilometrze wpadłem w kałużę i przez chwilę niepotrzebnie martwiłem się, że mokra stopa doprowadzi do szybkiego powstania pęcherzy. Tymczasem po kolejnej godzinie biegu cały but był już suchy. Dużym, ale krótkim zastrzykiem energii było nadejście dnia. Pierwszy kryzys złapał mnie na 40. kilometrze. Wiedziałem, że prędzej czy później tak będzie. Czułem się słaby, wyczerpany, bez sił. Na kolejnym punkcie zatrzymałem się zatem na dłużej. Na szczęście wszystkie one były dobrze zaopatrzone. Zjadłem i napiłem się więcej niż poprzednio, wziąłem też ibuprofen, co szybko mnie zregenerowało. Psychicznie pomagała mi świadomość, że nie jestem na końcu stawki, mam zapas czasu, a ludzie biegnący koło mnie, siedzący lub nawet drzemiący z boku trasy, wydają się podobnie zmęczeni.

Około południa zrobiło się całkiem gorąco, co przeszkadzało szczególnie na podejściach. Baterie z GPS-a wystarczyły tylko na 10 godzin, a potem, bez dokładnej kontroli pokonanej odległości, każdy kolejny odcinek dłużył się w nieskończoność. Mimo to na 60. kilometrze poczułem już, że mogę ukończyć bieg, ale starałem się nie szarżować, przeczuwając, że kolejny kryzys może przyjść w dowolnym momencie i to bez żadnego ostrzeżenia. Każde podejście było coraz bardziej męczące. Nie rekompensowały tego nawet zapierające dech w piersiach widoki całej wyspy oraz sąsiedniej Teneryfy z majestatycznie wyglądającym wulkanem Pico del Teide, rozciągające się z wysokości ponad 1600 m. Pomagał za to żywiołowy doping ludzi zgromadzonych w miasteczkach wzdłuż trasy oraz myśl o odpoczynku nad basenem hotelowym następnego dnia. Okrzyki kibiców (venga, venga!) i ich autentyczny podziw dla naszych wyczynów sprawiał, że można było poczuć się niczym antyczny heros uczestniczący w igrzyskach. Momentami, biegnąc po wąskiej ścieżce na szczycie pasma górskiego, czułem się tak lekko, jakbym to robił codziennie.

Transgrancanaria 2014 for. Krzysztof Dołęgowski 04

Jeden z najgorszych fragmentów trasy, ok. 35 km przed metą. Długi zbieg po czymś w rodzaju bruku mocno wchodził w mięśnie nóg, cierpiały też stopy. Fot. Krzysztof Dołęgowski.

Na 82. kilometrze przebrałem się, korzystając z dostarczonych tam przez organizatorów  własnych rzeczy przekazanych w trakcie odbierania pakietu startowego. Zjadłem też pierwszy tego dnia posiłek, stanowiący coś innego niż batony, żele, bułka i banany, a mianowicie makaron. Po opuszczeniu punktu odżywczego strasznie zmarzłem ze względu na panujący w okolicy chłodny mikroklimat. Największe zwątpienie przyszło chwilę później, po ostatnim dużym podejściu, na największą w czasie biegu wysokość (Pico de las Nieves, 1938 m n.p.m.). Było już ciemno, brakowało mi tchu z powodu zmęczenia i wysokości. Od startu minęło 20 godzin, a do pokonania został jeszcze dystans całego maratonu i kolejna nieprzespana noc. Od początku biegłem też sam, co nie pozostawało bez znaczenia. Co jakiś czas mijały mnie dwu- lub trzyosobowe grupy biegaczy rozmawiających najczęściej w języku hiszpańskim lub francuskim. Na szczęście na 90. kilometrze spotkałem Polkę, z którą biegłem do końca trasy. Rozmowa pomagała walczyć z nieustępującą sennością oraz sprawiała, że czas do mety szybciej płynął.

Transgrancanaria 2014 for. Magda Ostrowska-Dołęgowska 01

Roque Nublo – nie najwyższy, ale chyba najciekawszy szczyt na dłuższych trasach. Fot. Magda Ostrowska-Dołęgowska

Na początku wyścigu starałem się jak najszybciej wyjmować kamienie z butów, potem ze względu na brak sił czekałem z tym do kolejnego punktu. Był to błąd, ponieważ po ich usunięciu nie czułem już żadnej poprawy, ze względu na powstałe w międzyczasie rany na podbiciu stopy. Sporo czasu zajęło nam zejście po rumowisku skalnym do punktu na 110-kilometrze. Zdenerwowaliśmy się, że możemy nie zmieścić się w limicie czasu całego biegu, wynoszącym 30 godzin. To obudziło nas w pełni i dodało sił. Nigdy bym nie przypuszczał, że ostatnie 15 km będę biegł prawie non-stop, aby nadrobić stracony czas. A potem po ciągnącym się w nieskończoność dłuższym odcinku wzdłuż gór pojawiły się przedmieścia Playa del Ingles. Pokonałem jeszcze 3 km korytem rzeki z widoczną w oddali latarnią koło Maspalomas i ostatnie 2 przebiegłem w kierunku linii mety na plaży, przekraczając ją po 29 godzinach i 14 minutach od startu. Trudno opisać emocje towarzyszące temu momentowi. W ciągu tych 30 godzin przeżyłem bardzo dużo i przede wszystkim osiągnąłem swój cel. Czułem się wspaniale, mimo bólu dosłownie całego ciała.

Do hotelu wróciłem taksówką. Żona musiała mnie umyć, bo sam nie dałbym rady. Potem nie mogłem ułożyć się w łóżku. Następnego dnia jeszcze nie byłem pewny, czy zdecyduję się na podobny wysiłek w przyszłości, ale już kolejnego wiedziałem, że na pewno będę za tym tęsknił, mimo wciąż towarzyszącego mi bólu mięśni, obrzęków stawów skokowych i kolanowych, spalonej skóry oraz kilku pęcherzy na stopach.

Informacje o autorze:

Transgrancanaria 2014 fot. Łukasz Małek

Łukasz Małek – doktor habilitowany, kardiolog pracujący w Instytucie Kardiologii w Warszawie. Zajmuje się rezonansem magnetycznym serca. Ma trójkę dzieci. Poza bieganiem interesują go podróże z namiotem, narciarstwo i pływanie.

Transgrancanaria 2014 for. Marta Szewczuk

Widok z Pico de las Nieves – najwyższego szczytu na trasie wyścigu (1938 m n.p.m.). Fot. Marta Szewczuk

Parę słów o Transgrancanarii

Dobre wyniki Polaków

Najlepszym Polakiem na najdłuższej trasie był Piotr Hercog, który 125 km pokonał w czasie 16 godz. i 19 min, zajmując 12. miejsce.
Najlepszą Polką została redaktor naczelna naszego serwisu, czyli Magda Ostrowska-Dołęgowska – z czasem 20 godz. i 27 min zajęła 7. miejsce wśród kobiet i 57. miejsce w klasyfikacji generalnej!
Dobre miejsce zajął też Krzysztof Dołęgowski, który na długiej trasie uzyskał czas 18 godz. i 34 min, co dało mu trzydzieste pierwsze miejsce.
W pierwszej pięćdziesiątce trasy Advanced (ok. 84 km) znalazł się kolejny nasz rodak – Aleksander Tittenbrun. Z czasem 11 godz. i 18 min i zajął równo 50. miejsce.
W imprezie, na różnych trasach, wzięło udział jeszcze kilku Polaków, którzy zajęli odleglejsze miejsca.

Piotr Hercog, najszybszy wśród Polaków na trasie 125 km, po zakończeniu imprezy napisał na Facebooku:

Lekko nie było! Wielkie przewyższenia (+8500), zróżnicowany teren i skrajne temperatury powodowały, że był to jeden z trudniejszych biegów, w jakich brałem udział. Było też małe zderzenie z… kaktusem. Choć tym razem obeszło się tylko z małymi zadrapaniami na głowie.
Świetna impreza, choć myślę że dla nas, Polaków, trochę za wczesna pora na walkę o dobre czasy. Organizmu nie oszukasz!

Formuła i trasy

Organizatorzy imprezy proponowali zawodnikom aż 5 tras do wyboru: oprócz Transgrancanarii (125 km, +7500 m) można było wybrać trasę Advanced (ok. 84 km, +4700 m), Maraton (44 km, +1365 m), Starter (30 km, +818 m) i Promo (15 km).
Na wszystkie trasy było zapisanych łącznie prawie 3000 uczestników, a ukończyło 2351.

Główna trasa biegła z północy na południe wyspy, a pozostałe zaczynały się w którejś z jej części (np. trasa Adcanced startowała 84 km przed metą najdłuższej trasy, maraton startował 44 km przed metą itd.) – tak aby wszystkie trasy miały metę w jednym miejscu, przy latarni morskiej w Maspalomas. Poszczególne trasy startowały o różnych godzinach – najdłuższa o północy, Advanced dopiero po ośmiu godzinach, gdy już było jasno, kolejne trasy jeszcze później. Organizatorzy imprezy starają się, aby co roku trasa była nieco inna. Tym razem do mety prowadził 17-kilometrowy banalny technicznie i niebyt wymagający mięśniowo (cały czas delikatnie w dół lub po płaskim) odcinek. Dla uczestników dłuższych tras było to być może zbawienie, jednak ci ścigający się na krótszych dystansach (od maratonu w dół) niekoniecznie byli zachwyceni. 17 km to dość duży procent trasy liczącej 44 km, a jeśli ktoś przyjechał na górski maraton, to raczej nie po to, by smażyć się na płaskich szutrach. Pogoda nie sprzyjała Polakom – odczuwalna temperatura w ciągu dnia oscylowała w okolicy 30 st. i nie wszędzie można było liczyć na zbawienne podmuchy wiatru.

Światowe sławy na Gran Canarii

Jeszcze przed startem imprezy jej organizatorzy głośno chwalili się, że na starcie stanie kilku słynnych ultramaratończyków. Pojawiły się nazwiska: Scott Jurek, Sebastien Chaigneau, Timothy Olson, Ryan Sandes, Francesca Canepa, Nuria Picas, Nerea Martínez i Fernanda Maciel. Jak ich wyniki?
Scott Jurek nie ukończył trasy 125 km. Poddał się na punkcie żywieniowym na 71. kilometrze.
Sebastiena Chaigneau nie widać w wynikach.
Timothy Olson zajął trzecie miejsce na najdłuższej trasie, uzyskując czas 14 godz. 39 min.
Ryan Sandes (125 km) początkowo został zdyskwalifikowany za braki w wyposażeniu obowiązkowym, jednak po jego odwołaniu dyskwalifikację cofnięto i zawodnik z południowej Afryki został zwycięzcą Transgrancanarii 2014 z czasem 14 godz. 18 min.
Francesca Canepa dobiegła na metę Transgrancanarii jako druga kobieta, zajmując 21. miejsce w klasyfikacji generalnej (czas: 17 godz. 21 min).
Nuria Picas zwyciężyła rywalizację kobiet na najdłuższym dystansie – z czasem 16 godz. 44 min zajęła 14. miejsce w generalce.
Nerea Martínez z czasem 19 godz. 21 min zajęła 5. miejsce wśród kobiet na 125 km.
Fernanda Maciel przybiegła na metę 2 min po Francesce Canepie, co dało jej 3. miejsce wśród kobiet i 22. w klasyfikacji generalnej.

Transgrancanaria 2014 fot. archiwum organizatora 02

Ryan Sandes – zwycięzca Transgrancanarii 2014. Fot. archiwum organizatora.

Relację najszybszej Polki na dystansie 125 km, a jednocześnie redaktor naczelnej portalu MagazynBieganie.pl, Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej, będziecie mogli przeczytać w kwietniowym numerze miesięcznika Bieganie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger