fbpx

Zrozumieć trenażer

tacx

Fot. tacx.com

Przez ostatnie dziesięć lat trenażer przeszedł prawdziwą metamorfozę od mechanicznego kołowrotka do urządzenia treningowego sterowanego komputerem o niezliczonej liczbie funkcji. Dla przeciętnego klienta właściwy wybór staje się tym samym coraz trudniejszy.

Zamiast rozpisywać się na temat właściwości najnowszych udogodnień, spróbujmy zrozumieć na czym polega istota treningu pod dachem i co będzie do jego realizacji potrzebne. W większości przypadków, jeżeli nie startujemy w triathlonie w marcu lub kwietniu, zimą prawdopodobnie spędzimy czas w niskich intensywnościach, bez ambitnych treningów o podwyższonych wymaganiach sprzętowych. To czas spokojnej pracy tlenowej nie bez powodu. Nie tylko kształtujemy strukturę mięśniową i bardziej wydajne systemy energetyczne. Tworzymy również pewien rodzaj głodu cięższych zadań przed wiosną i latem. Utrzymanie przyjemności z wymagającego treningu przez pół roku przygotowań może być wyzwaniem nie tylko trudnym fizycznie, ale również psychicznie. Nawet kolarze, którzy sezon rozpoczynają już w marcu nie śpieszą się z ciężką pracą zimą. Nie oznacza to leniwego kręcenia przez okrągłą godzinkę – urozmaicenia są nie tylko dopuszczalne, ale wręcz zalecane. Jest to zwykle jednak rodzaj zabawy podobnej do biegowego fartleka niż typowy interwał.

Wychodząc z tego założenia, wystarczy nam prosty model z kilkustopniową regulacją obciążenia, a jeżeli musimy się liczyć z opinią sąsiadów, dobrze aby był to jak najcichszy sprzęt. Jednak jeśli mamy w planach przygotowania zawierające jakościowe treningi pod dachem, będziemy musieli podnieść wymagania w stosunku do przyszłego zakupu. Interwały i odcinki tempowe da się zrobić tylko na trenażerach posiadających odpowiedni potencjał oporu. Powinien to być również opór stabilny w czasie, charakterystyka użytych materiałów nie może zmieniać się wraz z długością trenowanych odcinków. Jeżeli tego typu treningu będziemy mieli dużo, warto będzie zasięgnąć opinii sprzedawcy lub innych użytkowników, które modele są najmniej awaryjne. Tak jak do bazowego treningu wystarczy prawie wszystko, tak przy bardziej zaawansowanych planach jakość produktu powinna być podstawowym kryterium.

Względnie tania moc

Trenażer może być również jednym z najtańszych sposobów na trening z pomiarem mocy. Nie zabierzesz tego miernika na drogę, ale w domu można wykonać bardzo precyzyjną pracę, a największe korzyści będzie można odnieść, gdy stworzymy już sobie bazę danych do porównań w przyszłości. Dane mogą być dostępne na prostym wyświetlaczu LCD, a także coraz częściej na ekranie komputera. Standardem w najwyższych modelach staje się możliwość jazdy na wirtualnych trasach z odwzorowaniem trudności związanych z jej profilem oraz wspólne treningi z innymi użytkownikami. Jeżeli kusi nas ta ostatnia funkcja, zróbmy wcześniej rozeznanie na ilu zawodników na ekranie możemy liczyć w godzinach naszego treningu. Na przykład niewiele skorzystamy na bardzo popularnym amerykańskim serwisie, jeżeli nie mamy zwyczaju jeździć nocą. Nie kierujmy się więc ilością fajerwerków, lecz ich faktyczną funkcjonalnością. Próbę czasu słabo znoszą także wszystkie dodatki oparte na systemach abonamentowych. W praktyce rzadko korzysta się z nich dłużej niż jeden sezon.

Walka z nudą

Czy dodatkowe funkcje pozwolą pokonać nudę związaną z kręceniem w jednym miejscu? Na chwilę – na pewno. Na dłuższą metę znacznie lepsze rezultaty przynosi uświadomienie sobie po co robione są poszczególne elementy treningu i skupienie się na doskonaleniu tych małych części składowych. Nie jest tu nawet istotne, czy jest to 20-minutowy FTP, 10-sekundowy sprint, czy minuta kręcenia jedną nogą. Nawet dość długi trening złożony z wielu krótkich zadań, które będziemy starać się wykonywać coraz lepiej zleci szybko i całkiem przyjemnie.

Czy trenażer to „gumowa lala”?

Wpinając tylne koło w mocny i stabilny uchwyt trenażera skupiamy się jedynie na rytmicznym przepychaniu kolejnych obrotów korbą. Bez problemu możemy w tym czasie przeczytać książkę, obejrzeć film, zjeść kolację czy zadzwonić do znajomego. Oznacza to, że podczas takiego treningu rzadko kiedy przyjmujemy typową pozycję kolarską, a także całkowicie pomijane są elementy szkolenia obejmujące prawidłową równowagę i tzw. „czucie roweru”. Właśnie dlatego wielu kolarzy pogardliwie nazywa tego typu sprzęt „gumową lalą”. Potwierdzenie tego powinniśmy znajdować wiosną i latem, gdy przygotowujący się różnymi metodami amatorzy spotykają się na wspólnych treningach i zawodach. Praktyka amatorskiego treningu triathlonowego  nie potwierdza jednak takich różnic. Oczywiście nie wszyscy przystępują do sezonu na podobnym poziomie, lecz jest to związane raczej ze strukturą planu, nie z wyborem formy przygotowań. Wpływ na to mają dwa główne czynniki. Pierwszy z nich to specyfika tras na zawodach, gdzie rzadko kiedy wymagane są wysokie umiejętności techniczne. Długie proste, mało zakrętów, zakaz draftingu pozwalają na duże zaległości w tym temacie. Trzeba jednak pamiętać, że wystarczy trudniejsza trasa z licznymi zakrętami, techniczne zjazdy czy możliwość jazdy w grupie, a brak kilometrów wypracowanych w terenie może nas sporo kosztować. Drugi z wspomnianych czynników to różnorodność treningu w triathlonie. Większość opinii niechętnych trenażerowi bierze się z kolarskiego świata, gdzie zdecydowaną większość czasu spędza się na rowerze. W triathlonie ewentualne niedoskonałości tego typu treningu neutralizowane są przez pływanie i bieganie. Szczególnie to ostatnie zimą zawiera dużo elementów sprawności ogólnej.

Co kupić?

Dominować powinny dwa podejścia. W wersji oszczędnej (lub rozsądnej) powinniśmy zdecydować się na model z niezbędnymi nam zimą funkcjami. Jeżeli nas na to nie stać – nie kupujmy wcale. Półśrodki to tylko jedna z lepszych metod marnowania czasu i pieniędzy. Możemy w tym czasie pojeździć na zewnątrz na gruchocie za grosze (tak robi wielu kolarzy), pobiegać, zapisać się na zajęcia spinningowe. Drugie podejście to zakup dla przyjemności, gdzie kupujemy to, na co mamy ochotę. Uważam, że każdy wybór powodujący większą przyjemność z uprawiania sportu jest usprawiedliwiony bez względu na cenę i teoretyczne pozycjonowanie na rynku. Jeżeli opcja wspólnego treningu online ze znajomymi lub wirtualna przejażdżka po trasie słynnego wyścigu skłoni nas do wysiłku, to świetnie. Jeżeli będziemy mieli przy okazji trochę zabawy to jeszcze lepiej. Wystarczy, że zachowamy przy tym świadomość, że to nie jest jedyny czy kluczowy element rozwoju – ten leży zawsze w treningu.

Artykuł pochodzi z magazynu “Triathlon” będącego częścią miesięcznika “Bieganie”, listopad 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger