fbpx

Wiadomości

[h6]Fot. Getty Images[/h6] [h2]W sobotę w Krakowie odbyły się przełajowe mistrzostwa Polski - ostatnia większa krajowa impreza mistrzowska w tym roku. Największą uwagę zwracała mizerna ilość uczestników oraz kibiców.[/h2] Mistrzostwa Polski w Biegach Przełajowych odbywają się w Polsce najczęściej nietypowo - na wiosnę. W Europie tradycyjna pora na biegi po błocie to jesień i wczesna zima. Ponieważ w tym roku w Polsce na początku marca imprezą numer jeden były Halowe Mistrzostwa Świata w Sopocie, przełaje przeniesiono z tradycyjnej wiosny na późną jesień. Czyli już za niecałe 4 miesiące czeka nas kolejna impreza mistrzowska z tej serii. Obecne mistrzostwa były jednocześnie eliminacjami do mistrzostw Europy, które odbędą się w grudniu oraz mistrzostw świata, będących zwieńczeniem sezonu przełajowego i rozgrywanych na wiosnę. W Krakowie nie zachwyciła frekwencja. Właściwie można było na własne oczy przekonać się, jak wygląda w praktyce upadek polskich biegów, sterowany dzielnie przez mający ostatnio złą prasę Polski Związek Lekkiej Atletyki. Długi dystans przełajowy tradycyjnie uważany jest za jedną z najbardziej prestiżowych konkurencji lekkoatletycznych. To jedyna możliwość, żeby na starcie stanęli obok siebie przedstawiciele wszystkich dyscyplin wytrzymałościowych, od biegów średnich po maraton. Zdarzają się nawet 400-metrowcy i chodziarze. Tym bardziej może zaskoczyć frekwencja podczas mistrzostw Polski. W biegu głównym kobiet - 11 uczestniczek. W biegu głównym mężczyzn - 17 biegaczy. Liczba zawodników była tak mizerna, że organizator zdecydował się na bardzo ryzykowny manewr. Na kilometrowej pętli puścił równocześnie trzy męskie biegi - juniorów, młodzieżowców i seniorów. Każdy z nich miał inne kolory numerów startowych oraz inny dystans. Na szczęście kibice nie zostali zdezorientowani - bo ich nie było. Oprócz rodzin biegaczy, trenerów i samych zawodników trudno byłoby na miejscu znaleźć chociaż pięciu widzów. Ostatecznie mistrzami Polski zostali zarówno rutyniarze, jak i niespodziewani triumfatorzy. W biegu na 8 km kobiet Iwona Lewandowska wygrała z Katarzyną Kowalską. Na 10 km mężczyzn triumfował nieznany wcześniej Krzysztof Gosiewski. W biegach krótkich seniorów, na dystansie 4 km, wygrał przeszkodowiec Mateusz Demczyszak oraz startująca ostatnio głównie w biegach ulicznych, ale również mająca za sobą karierę na przeszkodach - Mariola Ślusarczyk. Pełne wyniki, wraz z biegami juniorów i młodzieżowców dostępne po kliknięciu w link.
[h2]Wielu triathlonistów poza sezonem regularnie odwiedza siłownię, aby wzmocnić swoje słabe strony i popracować nad tym, na co w sezonie nie ma już czasu. Warto jednak dokładnie przyjrzeć się swojemu planowi ćwiczeń i zastanowić się, czy nie warto wrócić do jeszcze bardziej podstawowych zadań. Im mocniejsze fundamenty, tym lepszy efekt końcowy.[/h2] [h6]fot. Przemysław Ciężkowski[/h6] W ubiegły weekend, tj. 22-23 listopada, odbyła się pierwsza edycja warsztatów "Trening siłowy w pływaniu" poprowadzona przez Pawła Ruraka i Piotra Safrończyka. Paweł jest byłym zawodnikiem pływania, uczestnikiem Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata, a obecnie trenerem, szkolącym zwłaszcza dorosłych pływaków Masters i triathlonistów. Razem z Piotrem Safrończykiem, wicemistrzem Polski seniorów w stylu klasycznym, ścigają się i wspierają we własnym treningu.. lądowym. Inspirowani między innymi Ido Portalem doskonalą swoje umiejętności ogólnorozwojowo-siłowe i postanowili część swojej wiedzy przekazać innym. Teoria na warsztatach była od razu łączona z praktyką. Zaraz po zaprezentowaniu danego ćwiczenia mogliśmy spróbować w nim swoich sił, słuchając jednocześnie o jego zamyśle i właściwym sposobie realizacji. Większość ćwiczeń odbywała się w parach, co pozwalało na podwojenie, a właściwie potrojenie kontroli nad jego techniką. Suma samokontroli, stałej obserwacji partnera i wskazówek prowadzących pozwalała na dokładne zrozumienie ćwiczenia i dokonanie wszelkich potrzebnych poprawek. Warsztaty odbywały się przez dwa dni, po cztery godziny dziennie. Pierwotnym zamysłem było przeprowadzenie jednodniowych, 8-godzinnych warsztatów, ale pomysłodawcy stwierdzili, że w ten sposób zwyczajnie "zamęczą uczestników". Rozplanowanie warsztatów w efekcie wyszło idealnie. W sobotę wieczorem kończyliśmy warsztaty z delikatną zmęczeniową głupawką i kiełkującymi w mięśniach zakwasami. Od niedzielnego poranka niezmiennie zastanawiałam się, czy każdego wszystko boli tak jak mnie, a jeśli tak, to jakim cudem będziemy przez kolejne cztery godziny robić te wszystkie zaplanowane ćwiczenia, o których nawet myślenie teraz boli? Wielu z nas nawet przykucnięcie, wyprostowanie pleców i podniesienie ręki ponad głowę przypominało boleśnie o wykonanej dzień wcześniej pracy. Jednak kiedy już dotarliśmy w niedzielę na miejsce, przebraliśmy się w tempie kontuzjowanych żółwi i stawiliśmy na sali, atmosfera (i solidarność zakwasów) rozwiała wszystkie wątpliwości. Znowu było bardzo intensywnie i bardzo inspirująco. Warsztaty były podzielone na cztery bloki: budowanie umiejętności (na przykładzie stania na rękach), siła i mobilność nóg, siła i mobilność ramion, lokomocja. Na dobry początek pracowaliśmy nad czuciem własnego ciała i kontrolą poszczególnych elementów, zazwyczaj rozumianych jako nierozłączna całość, takich jak odcinki kręgosłupa. Poznaliśmy między innymi sposób na trudniejsze i ciekawsze wykonywanie popularnych podporów, metody mobilizacji i rozciągania stawów skokowych i nadgarstków, a efektem końcowym zmagań z pierwszych dwóch godzin pracy było stanie na rękach przy ścianie. Drugi blok to przede wszystkim prawidłowy przysiad - zwykły (nie tak łatwy do zrobienia!) i kilka jego wariantów, wypady z różnymi modyfikacjami, mobilizacja kolan i rozcięgna podeszwowego. Pierwszy dzień warsztatów zakończyliśmy zabawą w parach i przy użyciu kijka pcv - ćwicząc refleks swój i partnera, przez kilka minut niepostrzeżenie udało nam się zrobić niemałą ilość przysiadów i wypadów. Mam tylko nadzieję, że na sali Crossfit MGW nie ma monitoringu, bo zapis z tegoż mógłby stać się hitem na YouTube'ie - widok kilkunastu osób miotających plastikowymi kijkami w różne strony i powtarzających swojemu koledze lub koleżance komendę  "WYPAD!" jest chyba dość niecodzienny. [h6]fot. Przemysław Ciężkowski[/h6] W niedzielę już na samym początku do pracy zostały przywołane nasze mięśnie i mózgi. Szukanie i kontrola własnych słabości motorycznych, ćwiczenia mobilności i aktywnej gibkości to elementy, które są szczególnie ważne w pływaniu. Każdy, kto ma problem z rotacją lub wysokim łokciem, powinien włączyć te ćwiczenia do swojego codziennego zestawu treningowego. Następnie zajmowaliśmy się siłą prostych rąk, ćwicząc pasywne i aktywne wiszenie na drążku, podpór na pudłach, wstęp do german hanga (niemieckiego zwisu z przewrotem)  i - ponownie - podchodzenie do stania na rękach. Pierwszy blok drugiego dnia zakończyliśmy treningiem złożonym z czterech szlifowanych uprzednio ćwiczeń. Ostatni blok warsztatów - lokomocja - najbardziej dał nam w kość. Najkrócej ujmując, ćwiczyliśmy poruszanie się naprzód w pozycjach, które nasze ciała być może widywały kilkanaście lat temu na lekcjach WFu.. i tyle nam zostało z tej znajomości. Zaczęło się niewinnie, od przechodzenia po sali wypadami w przód. Później jednak pojawił się małpi chód, przysiady kozackie bokiem; podporem (!) z ciężarkiem umieszczonym na plecach w okolicy miednicy (!!); poruszanie się w pozycji psa z głową w dół, tak żeby noga poszła do przodu jednocześnie z ręką, lub aby biodra szły w innym kierunku niż ręce.. Drugi dzień zakończyliśmy z poczuciem dobrze wykonanej pracy, zmęczeni i zadowoleni. [h6]fot. Przemysław Ciężkowski[/h6] Podsumowując - jeśli ktoś z czytelników sądzi, że na siłowni bez użycia ciężarów, hantli, sztang i innych "pomocy dydaktycznych" nie ma co robić, a już na pewno nie da się poćwiczyć tak, aby następnego dnia ledwo dało się wstać z łóżka - niech przejdzie się na drugą edycję warsztatów. Sprzęt, którego używaliśmy podczas ćwiczeń to w większości elementy, które możemy zastąpić nawet akcesoriami dostępnymi w każdym domu - kijek od mopa zamiast rurki pcv, dwa krzesła zamiast boxów - no i ściana, której nikomu nie brak. Niepotrzebne są maszyny i ciężary, za które każdy początkujący bywalec siłowni automatycznie próbuje się łapać. "Praca u podstaw" jest niezwykle inspirująca i satysfakcjonująca, a w dalszej perspektywie pozwoli nam pływać szybciej, lepiej i bardziej świadomie.
W sobotę na krakowskich Błoniach zostaną rozegrane Mistrzostwa Polski w Biegach Przełajowych. To ostatnia krajowa impreza mistrzowska w tym roku.
[caption id="attachment_48207" align="alignnone" width="787"] pixabay.com[/caption] [h2]Dla większości z nas – amatorów, bieganie jest tylko dodatkiem do życia, nie jego głównym celem. Może warto zatem dowiedzieć się, jakich sprawności emocjonalnych możemy nabyć dzięki bieganiu?[/h2] Czego można nauczyć się biegając? Systematyczności, konsekwencji, umiejętności radzenia sobie ze stresem. Na dobrą sprawę podanie podczas rozmowy kwalifikacyjnej informacji, że się biega, powinno podwoić nasze szanse na przyjęcie do pracy albo podnieść proponowaną pensję o 25%. Poszukajmy jednak rzeczy mniej oczywistych. [h3]Organizacja[/h3] Bieganie wymusza na nas lepszą organizację życia – trzeba znaleźć czas na trening, regenerację. Wiedzieć, kiedy można pozwolić sobie na wyjście z koleżankami na symboliczną lampkę wina, a kiedy lepiej zostać w domu. Żeby dobrze organizować swój czas, potrzebna jest umiejętność hierarchizowania celów. Na tydzień przed ważnym startem nie powinno się prowadzić bogatego życia towarzyskiego, ale rezygnacja z niego na stałe doprowadzi do tego, że z czasem bieganie ze źródła radości stanie się mordęgą. [h3]Motywacja[/h3] „Problemy, których dawniej rozwiązanie z góry zakładałem jako bardzo trudne lub wręcz niemożliwe, teraz stały się łatwiejsze lub wręcz błahe. A niepowodzenia zamiast dołować motywują”, stwierdza Sławomir Naskręt, biegacz z Poznania, znany jako popularyzator kijków do automasażu. Po zakończeniu kariery sportowej Michael Johnson, mistrz olimpijski i rekordzista świata na 200 m prowadził szkolenia właśnie na temat znajdowania motywacji – jednego z najważniejszych źródeł sukcesów. Umiejętność znalezienia w sobie siły w trudnych momentach, podnoszenia się po kolejnych porażkach jest szalenie ważna. Tak w sporcie, jak i w życiu. A bieganie jest znakomitą okazją do jej budowania. [h3]Pokora[/h3] Rafał Wójcik stwierdził kiedyś: asfalt uczy pokory. Biegnąc, możemy namacalnie poczuć granice swoich możliwości, przekonać się o tym, że nie wszystko jest dla nas możliwe. Po co nam pokora? Precyzyjnie pokazał to Karol Wiszniewski: „Przykładem niech będzie Cracovia Maraton 2008. W biegu wystartowałem z pacemakerem, po 10 km postanowiłem pobiec szybciej. Na szczęście posłuchałem wtedy bardziej doświadczonego maratończyka, poczekałem i nie przyspieszyłem, dzięki czemu kończyłem maraton z życiówką i uśmiechem na ustach”. Pokora sprawia, że podejmujemy się działań, które mają szanse powodzenia, że do rzeczy trudnych podchodzimy z odpowiednim respektem. Pokora sprawia, że większość z naszych działań kończy się sukcesem. Nie dlatego że podejmujemy się mniejszych wyzwań. Powodem jest spokojne, konsekwentne i cierpliwe czekanie na efekty. Osoby, którym brak pokory, dość szybko rezygnują z biegania. [h3]Zasady[/h3] Najważniejsza to szacunek dla zasad. W bieganiu objawia się to na dwóch płaszczyznach – startujemy w zawodach i jeśli ktoś łamie zasady, widać to. Na forach często można przeczytać: „Zrobiłeś życiówkę, ścinając trasę po chodnikach? Co to za życiówka?”. Szacunek do zasad, a dokładnie świadomość faktu, że obowiązują one także mnie, z czasem przynoszą sukces. Każdy sport uczy, że szacunek do zasad jest czymś ważnym. Startując na zawodach, uczymy się też empatii. „Na zawodach nauczyłem się dzielić emocjami z innymi, a także współdzielić emocje innych. Stałem się bardziej otwarty na ludzi”, mówi Sławomir Naskręt. Bieganie jest postrzegane jako forma aktywności, w której jesteśmy nakierowani do środka, na swoje wnętrze. Okazuje się, że to taki stereotyp, bo na starcie biegu stajemy się częścią grupy i razem z tą nią przeżywamy bieg, coś, co jest ważne dla nas wszystkich. [h3]Poczucie własnej wartości[/h3] W gruncie rzeczy ważniejsze jednak od sprawności czy umiejętności emocjonalnych jest to, jak bieganie zmienia naszą osobowość. „Kiedy skończyłem swój pierwszy maraton, poczułem, że wszystko jest dla mnie możliwe, że jeśli coś sobie zamierzę, z całą pewnością to osiągnę”, opowiada Michał Stachyra. Ale przecież takie doświadczenie pojawia się nie tylko na mecie biegu maratońskiego. Po każdym cięższym treningu, patrząc na zrealizowany konsekwentnie cykl, przekonujemy się o własnej konsekwencji i systematyczności. Wszystko to sprawia, że budujemy poczucie własnej wartości. Z tego bierze się większa pewność siebie i świadomość własnej atrakcyjności. Patrząc na zachowanie osób, które zaczynają biegać, widać wyraźną zmianę. Wynika ona z wielu czynników – zdajemy sobie sprawę z własnych możliwości, wchodzimy w nowe środowisko, doświadczamy czegoś zupełnie nowego. To dlatego stajemy się bardziej konsekwentni, uporządkowani, lepiej radzimy sobie ze stresem czy mamy większą łatwość w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. [h3]Nie każdy się uczy[/h3] Uczę dzieci, że objętość nie zależy od kształtu. Przelewamy kolorowy płyn z butelki do szerokiej szklanki, i później do wysokiej, ale wąskiej. Jedno łapie od razu i zaczyna zafascynowane tym przelewać i kolejny raz potwierdzać swoją obserwację, drugie nie jest w stanie zrozumieć, że ta sama herbata raz może tworzyć słup wysokości pięciu, a za chwilę piętnastu centymetrów. Oboje doświadczyli tego samego – jedno nauczyło się czegoś, drugie nie. Za jakiś czas, kiedy doświadczy czegoś podobnego, pewnie zrozumie. Tak samo jest z bieganiem – trenując i startując, doświadczamy podobnych rzeczy, większość z nas rozwija to, część przechodzi obok takich doświadczeń. Ale dla większości każdy kolejny, choćby i trzydziesty rok biegania jest doświadczeniem, które może nas czegoś nauczyć. Biegamy nie po to, żeby być lepszymi mężami, ojcami, pracownikami. Ale gdzieś przypadkiem, dzięki bieganiu tak się dzieje. Tekst z archiwum magazynu Bieganie, z maja 2010.
[h2]Prezentowane na filmie mobility drills to nic innego jak zestaw ćwiczeń poprawiających mobilność w kluczowych dla biegaczy i triathlonistów obszarach. Więcej na temat sposobów i metod pracy nad mobilnością i stabilnością znajdziecie w grudniowym numerze Miesięcznika Bieganie.[/h2] Start w zawodach triathlonowych to dla naszego układu ruchu spore wyzwanie. Jednym z popularnych zaleceń dotyczących okresu przygotowawczego jest poświęcenie czasu na pracę nad rozwojem ogólnym i sprawnością. Natomiast jednym z lepszych sposobów na wykorzystanie tego czasu efektywnie jest spojrzenie na motorykę naszego ciała w dwóch wymiarach: mobilności i stabilności. https://www.youtube.com/watch?v=56A3oYZWIcU&feature=youtu.be MOBILITY DRILLS - prezentują Tomasz Kowalski i Artur Lubas: 1. Odcinek piersiowy 2. Wypady 3. Wymachy 4. Staw skokowy 5. Wznosy rąk przy ścianie
Fot. Hotel Marriott Pierwszy raz w życiu najwyższa góra Ziemi będzie na wyciągnięcie ręki. Pierwszy w Polsce 24-godzinny bieg po schodach umożliwi zdobycie dowolnej góry świata. Aby wspiąć się na Mount Everest trzeba 42 piętra pokonać 65 razy. Ale można wyznaczyć sobie dowolny inny cel! [su_highlight background="#236f5b" color="#ffffff"]Podstawowe informacje:[/su_highlight] Termin: 24-25 stycznia 2015 r. (sobota – niedziela); start w sobotę o godz. 8:00 Miejsce: Warszawa, Hotel Marriott Limit czasu: 24 godziny Dystans jednego wejścia: 42 piętra (136,5 m w pionie) Formuła: wchodzisz tyle razy, ile dasz radę w ciągu 24 godzin; bieg pozbawiony jest rywalizacji czasowej – ma charakter wyzwania; określona liczba wejść pozwala ci zaliczyć określony szczyt Zapisy: od 1 grudnia przez stronę organizatora Wpisowe: min. 100 zł (jeśli ktoś chce – może wpłacić więcej) – cała kwota każdego wpisowego zostanie przekazana na rzecz Fundacji Wsparcia Ratownictwa RK, organizatora imprezy Więcej informacji: www.everestrun.pl oraz na Facebooku Pomysł zrodził się w głowie Gabriela Matwiejczyka, autora bloga runyourlife.pl: Od jakiegoś czasu marzy mi się maraton na Mount Everest. Podczas rozmowy po jednym z treningów rzuciłem pomysł, by może biegnąc po schodach doświadczyć Everestu – i, jak widać, zarówno Fundacja, jak i Marriott pomysł podchwycili. Tak narodził się Marriott Everest Run. Tak mamy w Warszawie – nie ma gór, ale są wieżowce! Gabriel regularnie uczestniczy w treningach grupy „Biegamy po schodach”, o której pisaliśmy w artykule „Bieganie po schodach – uzupełnienie treningu i terapia dla kolan?”. Inicjatorem treningów jest Fundacja Wsparcia Ratownictwa RK, która podjęła się organizacji imprezy. To niepowtarzalna szansa na to, żeby zdobyć dowolną górę świata w samym centrum Warszawy! Z obliczeń organizatorów wynika, że 24 godziny wystarczą, żeby zaliczyć Mount Everest. Góra ma 8850 m, a Hotel Marriott (42 piętra) – 136,5 m. Żeby osiągnąć najwyższy szczyt, trzeba wejść na górę – bagatela – 65 razy. Gabriel już zadeklarował podjęcie tego wyzwania. Czy znajdą się inni śmiałkowie? Na szczęście można też sobie obrać bardziej realny cel. Organizatorzy przygotowali listę szczytów z wyliczeniem, ile razy trzeba wejść na ostatnie piętro, żeby zaliczyć daną górę. I tak możemy się zasadzić na Kilimandżaro (43 wejścia), Mont Blanc (36 wejść), Rysy (19 wejść), Łysicę (5 wejść) czy Górę św. Anny (3 wejścia). Po skończeniu swojego wyzwania każdy z uczestników otrzyma imienny certyfikat z potwierdzeniem zaliczenia danego szczytu. Fot. Hotel Marriott Limit uczestników to 200 osób. Wszyscy będą poruszać się po tej samej klatce schodowej (w górę po schodach, w dół windą). Do dyspozycji biegaczy będą dwie strefy odpoczynku (na górze i na dole), w których będzie można sobie robić dowolnie długie przerwy. Częściowe wyżywienie i picie zapewni organizator, a w każdym pakiecie startowym znajdzie się talon na jeden ciepły posiłek regeneracyjny. Przy zapisach trzeba będzie wstępnie zadeklarować planowaną liczbę wejść. Według tej deklaracji uczestnicy zostaną podzieleni na strefy startowe (ci, którzy planują wejść na niższy szczyt, wystartują później). Oczywiście ostatecznie można wejść mniej lub więcej razy, niż się początkowo zadeklarowało, jednak trzeba mieć świadomość tego, że startuje się z późniejszej strefy startowej, to nie ma się pełnych 24 godzin na swoje przejścia (impreza dla wszystkich kończy się w niedzielę 25 stycznia o godz. 8:00). Tak wygląda klatka schodowa, po której będą się poruszać zawodnicy. Na całej długości są poręcze, klatka jest prawoskrętna. Fot. Jakub Obuch Zapowiada się impreza o wyjątkowej, świeżej formule. Tego jeszcze w Polsce nie było! Grupa „Biegamy po schodach” realizuje swoje treningi m.in. w Hotelu Marriott i najbardziej wytrwali biegacze robią jednorazowo ok. 10-12 wejść na górę. Ale żeby tak przez 24 godziny?! [su_highlight background="#236f5b" color="#ffffff"]Portal MagazynBieganie.pl objął patronat medialny nad biegiem.[/su_highlight]  
[h6]Badania naukowe - którym zaufać? Rys. Bartek Różycki[/h6] [h2]Podparcie teorii badaniami naukowymi znacząco podnosi jej wiarygodność, bardzo też pomaga budować marketing firmom produkującym sprzęt. Ale co myśleć gdy trafimy na sprzeczności, za którymi będą stały zupełnie różne wnioski z różnych badań?[/h2] Jakiś czas temu rozmawiałem z Peterem Kernem, jednym z najlepszych irlandzkich trenerów triathlonu, o skutecznym marketingu. Trochę półżartem Peter powiedział, żebym jak najczęściej wciskał wszędzie słowo „scientific” (ang. naukowy - tutaj stosuję ten termin w znaczeniu „oparty na badaniach naukowych”). Poza codzienną pracą trenera prowadzę również firmę. W Trinergy zajmujemy się szeroko rozumianą opieką trenerską – m.in. układamy indywidualne plany treningowe, organizujemy zajęcia grupowe i obozy triathlonowe. Jestem w stałym kontakcie z trenerami z różnych krajów, którzy prowadzą działalność o podobnym profilu i wymieniamy się doświadczeniami, zarówno w kwestiach czysto trenerskich, jak i biznesowych. Gdy przegląda się reklamy przeróżnych produktów i usług dla sportowców podpieranie się badaniami naukowymi wyraźnie rzuca się w oczy. W zasadzie w promocji każdej rzeczy, nowatorskiej idei czy sposobu pracy na pewnym etapie do potencjalnych użytkowników dociera komunikat o badaniach, które stoją za daną koncepcją. Wyniki badań zazwyczaj dowodzą skuteczności i unikalności promowanego rozwiązania. Często dochodzi do paradoksów. Jedna z firm produkujących odzież kompresyjną stosuje stopniowanie ucisku od bardziej oddalonych do bliższych sercu części ciała, konkurencja proponuje rozwiązanie zupełnie odwrotne. I obie firmy przywołują równie poważnie brzmiące badania naukowe. I jak tu być mądrym? Podpieranie się nauką i paranaukowymi terminami rzeczywiście działa – gdy próbujemy sprzedać produkt, gdy przekonujemy zawodnika do odmiennej z jego zapatrywaniami koncepcji treningowej, gdy promujemy nowatorską ideę. Większość z nas nie ma ani wiedzy, ani „wbudowanego” filtra pozwalającego wyłapać wartościowe koncepcje w zalewającym nas morzu informacji. Dobra wiadomość jest taka, że możemy sobie taki filtr samemu stworzyć. Na co warto zwracać uwagę? [h3]Jakiej jakości są badania?[/h3] Najistotniejszą kwestią jest jakość badań. Tutaj zazwyczaj zwracam uwagę na skład i liczebność grup badawczych oraz czas prowadzonej obserwacji. W dziedzinie nauk o sporcie przeważają badania na, moim zdaniem, mało reprezentatywnych grupach badawczych oraz o zbyt krótkim czasie trwania, by teorię w prosty sposób przekładać na praktykę. Często zdarza się, że badania wykonuje się na grupach liczących dosłownie kilka osób, więc margines błędu jest ogromny. W sytuacji, gdy o medalu olimpijskim decydują sekundy, programowanie treningu na podstawie badań przeprowadzonych na grupie 6 okazjonalnie ruszających się osób obarczone jest sporym ryzykiem. Podobnie jest w sporcie amatorskim – badanie przeprowadzone na kilku studentach, zawodnikach kadr olimpijskich czy osobach umiarkowanie aktywnych fizycznie (co często oznacza, że jeżdżą raz do roku na narty, a latem czasem pojadą na wycieczkę rowerową) jest po prostu mało przydatne. Osobnym zagadnieniem jest czas trwania badania. W sporcie wytrzymałościowym formę buduje się nie w 4 tygodnie, proces trwa latami. Dlatego ciężko w rzetelny sposób ocenić efektywność różnych programów treningowych opierając się na badaniach trwających miesiąc lub dwa. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że organizm przyzwyczaja się do stosowanych bodźców. W sporcie wytrzymałościowym ponad 50% adaptacji do danego bodźca zachodzi w około 6 tygodni. Z czasem, aby zachodziła dalsza adaptacja, należy wykonywać odmienne, zazwyczaj po prostu mocniejsze treningi. Jeśli zbyt wcześnie wykorzystamy mocne bodźce, w dłuższym okresie zahamujemy sportowy rozwój, a sufit naszych sportowych możliwości będzie się wyraźnie obniżał. Z drugiej strony, zdajemy sobie sprawę, że długotrwały trening o wysokiej intensywności niesie za sobą duże ryzyko kontuzji i przetrenowania. Mimo to nie brakuje badań pokazujących przewagę intensywnych interwałów nad spokojną, systematyczną pracą. Problem w tym, że zazwyczaj trwają kilka tygodni i nie da się ocenić ich długofalowego wpływu na zawodnika. Praktyka pokazuje, że w dłuższej perspektywie inne rozwiązania są skuteczniejsze i bezpieczniejsze. Nie przeszkadza to specom od marketingu promować metod HIIT (High Intensity Interval Training), na których opiera się m.in. crossfit czy popularne programy fitnessowe. Jednak analizując praktyki treningowe najlepszych zawodników wytrzymałościowych znajdziemy tam zupełnie inne podejście, dalekie od bazowania na HIIT. [h3]Czy to jest zrozumiałe?[/h3] Światełko alarmowe powinno się zapalić, gdy odbierany komunikat jest mocno skomplikowany. Większość zjawisk da się wyjaśnić w prosty i czytelny sposób, zrozumiały dla każdego. Jeśli na proste pytania dostajemy skomplikowane odpowiedzi, pełne naukowo brzmiących sformułowań oraz przywoływania badań amerykańskich naukowców, trzeba zachować szczególną czujność. Dobrzy wykładowcy akademiccy i dobrzy trenerzy potrafią wytłumaczyć złożone zagadnienia w sposób jasny dla zdecydowanej większości. Jeśli odbierany komunikat składa się przede wszystkim z naukowych pojęć, z których ponad połowy nie rozumiecie, mocno trzymajcie się za portfele! [h3]Uwaga na liczby[/h3] Łatwo nas nabrać używając statystyk i liczb. Rzadko zastanawiamy się, skąd te cyfry rzeczywiście się wzięły i co tak naprawdę oznaczają – statystyk przecież się nie kwestionuje, one mają być tylko obrazem i odzwierciedleniem rzeczywistości. Problem w tym, że mogą być tylko niereprezentatywnym wycinkiem rzeczywistości, efektem niepraktycznie dobranej grupy docelowej czy wyboru niepraktycznej formy testowania. Osobnym zagadnieniem jest wpływ przyjętego rozwiązania na efekty w realnym świecie. Istotną kwestią jest sposób przedstawiania wyników badań, chociażby kwestia przyjętej skali i użytych jednostek. Gdy zobaczymy ładne zestawienia, potężnie wyglądające liczby w groźnie wyglądających tabelkach i kolorowe wykresy nasz wytresowany przez lata edukacji mózg głupieje. Akceptujemy przedstawianą rzeczywistość, nie kwestionujemy, nie dociekamy, nie pytamy. [h3]Test stołka[/h3] Steve Magness, trener na University of Houston, proponuje tzw. „test stołka”. Aby stać stabilnie, stołek musi stać na trzech nogach – gdy jednej z nich brakuje, stołek się po prostu wywraca. Pierwszą nogą ma być praktyka. Proponowane rozwiązanie musi działać w realnym świecie, wiele osób zdążyło je już wypróbować i zobaczyć pozytywne efekty. Warto spojrzeć w stronę profesjonalnych zawodników, którzy stale poszukują przewagi nad konkurentami. Jeśli pojawi się cokolwiek, co tę przewagę zapewnia, w okamgnieniu adaptuje to cała rzesza zawodników. Nieważne, czy mówimy tu o zastosowaniu kolców lekkoatletycznych, czy zmianie techniki w skakaniu wzwyż, mechanizm jest ten sam. Zapewne da się znaleźć kilku całkiem szybkich biegaczy, którzy np. wychwalają crossfit czy metodę POSE, ale nas interesuje szersze spojrzenie, przede wszystkim powszechność zjawiska. Drugą nogą są właśnie rzetelne badania naukowe, które potwierdzają skuteczność innowacyjnego rozwiązania. Trzecią nogą jest rzetelna teoria, która tłumaczy dlaczego dane rozwiązanie może być skuteczne i przekłada się na poprawę wyników sportowych. Spróbujcie przez „test stołka” przepuścić zarówno sportowe dogmaty – takie jak rozciąganie czy periodyzację, jak i najnowsze trendy – takie jak bieganie naturalne czy stosowanie kompresji. Gwarantuję ciekawe wnioski. Artykuł pochodzi z numeru grudniowego Biegania 2014.
Krakowski Bieg Świetlików 2013. Fot. Karolina Drogoszcz To jeden z tych biegów, gdzie walor estetyczny i towarzyski ma dużo większe znaczenie niż sportowy. Najlepsze nagrody zgarną nie najszybsi, ale najbardziej kreatywni uczestnicy. 13 grudnia na krakowskich bulwarach będzie się działo!  [su_highlight background="#236f5b" color="#ffffff"]Podstawowe informacje:[/su_highlight] Termin: 13 grudnia 2014 r. (sobota); start o godz. 18:00 Miejsce: Kraków, okolice d. Hotelu Forum, bulwar Wołyński Dystans: 10 km (bieg i nordic walking) Limit czasu: 120 min Trasa: dwie pętle po 5 km; utwardzone ścieżki miejskie Zapisy: do 8 grudnia przez formularz on-line oraz osobiście w dniu zawodów do godz. 17:00 Wpisowe: do 30 listopada - 60 zł; 1-8 grudnia - 70 zł; w dniu zawodów - 80 zł Więcej informacji: www.krakowskibiegswietlikow.pl oraz na Facebooku Nazwa biegu podpowiada, co będzie się działo w Krakowie w ten grudniowy wieczór. Kilkaset biegaczy (w zeszłym roku edycję zimową ukończyło 605 osób) zapełni bulwary wiślane. Utworzy się świetlisty korowód, który dwukrotnie pokona 5-kilometrową pętlę. Dzięki takiej konstrukcji trasy (przebiega ona po obu stronach Wisły) uczestnicy będą widzieli tych, którzy podczas biegu znajdują się po drugiej stronie rzeki. Wrażenia estetyczne – niezapomniane! Iluminacja z nagrodami Element świecący nie jest określony w regulaminie jako obowiązkowy, ale jest zdecydowanie wskazany. Zresztą po to przecież jest ten bieg! Dla umysłów mniej kreatywnych rozwiązaniem będzie zwykła latarka. Ci bardziej pomysłowi wezmą świecące rogi, skrzydełka, czapki, świecące całe ubrania. Absolwenci politechniki zechcą zapewne sami skonstruować wymyślne iluminacje, wykorzystując diody czy światło stroboskopowe. Ograniczeniem jest tylko wyobraźnia! No, i zakaz używania otwartego ognia. Organizator wybierze trzy najlepsze iluminacje i nagrodzi je lepiej niż najszybszych biegaczy. I miejsce - 500 zł (w gotówce lub bonach sponsorskich), II miejsce - 300 zł, III miejsce - 100 zł. Krakowski Bieg Świetlików 2013. Fot. Karolina Drogoszcz Odważ się! Organizator wymyślił nietypowy sposób klasyfikacji. Oprócz kategorii open z podziałem na płeć nagrody będą przyznawane także w kategoriach... wagowych! Wśród kobiet będą to kategorie: K1 - do 52 kg, K2 - 53-70 kg, K3 - powyżej 70 kg. Wśród mężczyzn: M1 - do 70 kg, M2 - 71-90 kg, M3 - powyżej 90 kg. Dzięki temu biegacze spowolnieni przez większą masę będą mieli szansę na powalczenie o podium! Najlepsi zawodnicy open (bieg i nordic walking) zostaną nagrodzeni finansowo lub w bonach sponsorskich, a pierwszych trzech zawodników z każdej kategorii wiekowej otrzyma pamiątkowy puchar i dyplom. Krakowski Bieg Świetlików 2013. Fot. Karolina Drogoszcz
[h6]Jan Huruk. Fot. Łukasz Capar[/h6] [h2]Zdecydowanie najwybitniejszy człowiek w historii polskiego maratonu. Człowiek, który zajmował czołowe miejsca w maratonach w Londynie, Berlinie, Tokio czy Wiedniu. Jedyny w historii Polak, który na igrzyskach olimpijskich zaliczał się do faworytów do złota na dystansie maratońskim. Po prostu – człowiek legenda.[/h2] [h4]Z Janem Hurukiem rozmawiał Maciej Janicki.[/h4] [h5]Jak zaczęła się Pana przygoda z bieganiem? To zawsze ciekawi...[/h5] – Zaczęło się w szkole średniej w 1977 r. Namówili mnie moi nauczyciele wychowania fizycznego, Pan Regliński, a drugiego nazwiska niestety nie pamiętam. W każdym razie to oni namówili mnie, bym zgłosił się do Gryfa Słupsk. Tam spotkałem Czesława Bedkę i to on był moim pierwszym trenerem. [h5]Kiedy po raz pierwszy wystartował Pan w zawodach?[/h5] – Mój pierwszy oficjalny start na bieżni miał miejsce w 1979 r. w Białogardzie. Dokładnie trzydziestego kwietnia przebiegłem 1000 m z czasem 2:39,5. [h5]Na czym opierał się Pana trening?[/h5] – Zacząłem biegać stosunkowo późno. Dziś chyba żaden trener już by mnie nie chciał w wieku dziewiętnastu lat. Wtedy tak na poważnie zacząłem biegać, więc nie byłem wyeksploatowany, będąc jednocześnie dorosłym facetem. Miałem jakiś tam potencjał i na początku mój trening to była zabawa w sport. Tego nie można było nazwać treningiem. Teraz juniorzy biegają po 14 min dystans 5 km. Jeśli chodzi jednak o moją maratońską karierę, to trening opierał się na drugich i trzecich zakresach. Mój cykl przygotowawczy zaczynał się dziesięć tygodni przed maratonem. Wtedy biegałem od 140 do 220 km. Większość zawodników popełnia błąd, że trzymają ten kilometraż do tygodnia przed startem. Moim zdaniem powinno być tak, co zresztą przetestowałem na sobie, że po dwóch tygodniach intensywnego treningu schodzimy z 220 kilometrów do 140–150 kilometrów i wtedy wprowadzamy elementy szybkościowe. Potrafiłem też w międzyczasie startować biegi pośrednie od 5 km do półmaratonu. [h5]Kiedy uświadomił Pan sobie, że bieganie może być sposobem na życie?[/h5] – Było to w 1980 r. po maturze. Miałem wtedy dylemat, czy rozpocząć studia, czy rozliczyć się z armią. W tamtym czasie służba wojskowa trwała dwa lata. Wiedziałem, że niektórzy koledzy zostali odesłani do klubów wojskowych lub milicyjnych. Pojawiła się wtedy szansa oddelegowania do Wojsk Ochrony Pogranicza w Koszalinie i skorzystałem z niej. Posiadałem wtedy tylko II klasę sportową, więc ciężko było to załatwić, ale jakoś się udało. Zostałem wcielony do służby na dobrych warunkach i aby ich nie stracić, musiałem zrobić I klasę sportową w przeciągu roku... Niestety, co miałem zrobić w rok, zrobiłem w ciągu dwóch. W roku 1983 zacząłem poważnie myśleć o tym, że warto zacząć biegać na poważnie. Wtedy zostałem stypendystą Gryfa Słupsk i trafiłem pod skrzydła Janusza Rolbieckiego. W 1986 r. ożeniłem się i żona delikatnie naciskała na zakończenie kariery sportowej, biegałem jednak dalej. Pamiętam, że w 1988 r. pojechałem na małe tourné do Niemiec. Tam wygrałem bieg godzinny, startowałem też w kilku innych na półtora i trzy kilometry. Przywiozłem wtedy sporo niemieckich marek i razem z żoną ustaliliśmy, że warto podporządkować nasze życie karierze sportowej. [h5]Pamięta Pan pierwszą znaczącą kwotę zarobioną dzięki nogom?[/h5] – Jasne. Było to tysiąc marek. Doszedł do tego również mały bonus. Jeden z kibiców po biegu podarował mi od siebie pięćdziesiąt marek. Jak twierdził, był pod wielkim wrażeniem mojego biegu, ponieważ zdublowałem zwycięzcę z poprzedniego roku o dwa okrążenia. Był to bieg godzinny na bieżni w Remsheid. [h6]Fot. Archiwum Jana Huruka[/h6] [h5]Traktował Pan bieganie jak pracę, czy jak pasję z korzyściami?[/h5] – Na wysokim poziomie nie ma już pasji. Trzeba treningowi podporządkować całe swoje życie. Dla mnie była to praca, mój zawód, który bardzo lubiłem, a przynosił korzyści nie tylko mnie, ale klubowi, miastu i Polsce. [h5]Jak wyglądał Pana debiut na dystansie maratońskim?[/h5] – Rok 1988, wrzesień, Duisburg, Niemcy. Wygrałem z czasem 2:17:21. Po tym maratonie definitywnie wiedziałem, że bieganie to jest to, a uświadomiłem to sobie wieczorem ,,po odejściu od kasy”, mimo że zmęczony i z ,zakwaszonymi mocno mięśniami ud i łydek. W tym czasie konsultowałem się już z Ryszardem Marczakiem. [h5]Wielka kariera to i wielkie biegi. Niech Pan coś o nich opowie.[/h5] [h3]Londyn[/h3] Wspaniały maraton. W moim debiucie w Londynie w 1991 r. zająłem trzecie miejsce. W roku 1992 byłem drugi, a mogłem to wygrać dzięki wspaniałemu finiszowi. Zabrakło może sto metrów, a to ja byłbym zwycięzcą. Pamiętam jak komentator Eurosportu krzyczał: „Great finish by Huruk!”. Wtedy ostatnie dwa kilometry pobiegłem poniżej 6:20. Wynik 2:10:07 to mój rekord życiowy. [h3]Mistrzostwa świata[/h3] W Tokio popełniłem poważny błąd. Ustawiłem się „na medal”, zamiast myśleć o zwycięstwie. Na 38. kilometrze mocno zaatakował Japończyk – Hiromi Taniguchi, a za nim ruszył Hussein Ahmed Salah z Djibouti. W tym momencie miałem chwilę zwątpienia i zostałem razem z innym Japończykiem Futoshi Shinoharą. Nie wiedziałem wtedy, że goni nas Amerykanin Steve Spence. Na 40. kilometrze doszedł nas i zaatakował... przybiegłem czwarty, pięć sekund za Stevem. [h3]Berlin[/h3] Był to mój drugi maraton w życiu. Przybiegłem szósty, chociaż mogło być lepiej. Biegłem razem z moim kolegą Karolem Dołęgą. Był jednym z debiutantów, jak ja. Nastawiałem się na wynik w okolicach 2:12. Były takie momenty, że czułem się mocniejszy. Czekałem wtedy na Karola, aby biec razem. To był błąd. Trzeba było biec i na nikogo się nie oglądać. Do czwartego miejsca zabrakło naprawdę niewiele. Wyszło z tego 2:13:12. [h5]Jak to było z igrzyskami olimpijskimi w Barcelonie?[/h5] – Teraz już wiem, że wtedy nie dorosłem do roli faworyta. Moja skuteczność była dobra, a jednak nie uwierzyłem do końca w to, że mogę wrócić z medalem. Każdy zawodnik musi być przekonany, że wygra. Jeśli nie ma takiej pewności, nigdy nie zwycięży. Doszła do tego duża presja ze strony misji olimpijskiej z prezesem na czele. Polska zdobyła wtedy dziewiętnaście medali, a maraton to ostatnia konkurencja z szansą na medal. Naciskali, żebym to ja zdobył ten dwudziesty. Mimo że byłem silny psychicznie, nie wytrzymałem. W Barcelonie pasował mi klimat. Było wilgotno i gorąco. To było coś dla mnie. Niestety po 23. kilometrze rozerwała się grupa biegaczy. Ja byłem w tej drugiej. Do tego w okolicach 25. kilometra na punkcie żywieniowym miałem przygotowane sklejone dwie butelki. W jednej były minerały, w drugiej woda. Niestety wypadły mi one z ręki i musiałem kawałek wrócić. W tym samym momencie rywale bardzo mocno przyśpieszyli i skończyłem na siódmym miejscu. Liczyłem na więcej... [h6]Fot. Archiwum Jana Huruka[/h6] [h5]A igrzyska w Atlancie? Dlaczego Pan nie pojechał?[/h5] – W 1995 r. pobiegłem 2:11:25 w Tokio. Minimum PZLA wynosiło 2:11, więc kazano mi się eliminować. W 1996 r. znowu w Tokio pobiegłem 2:13:14. Po tym biegu Henryk Piotrowski – ówczesny szef szkolenia biegów długich, poinformował mnie, że zarząd PZLA zdecydował o tym, że muszę pobiec 2:11. Potem była kolejna próba w Bostonie i wynik 2:13:12. Bardzo chciałem pojechać, ponieważ wiedziałem, że będą tam warunki dla mnie. Ponieważ Boston był załatwiany na ostatnią chwilę, to za startowe dostałem bardzo małe pieniądze. Nie starczyło nawet na przygotowania, więc była to dla mnie strata. Zadzwoniłem po tym biegu do PZLA i dowiedziałem się, że oni też jeszcze nic nie wiedzieli. Powiedzieli, że porozmawiają ze mną po moim powrocie. Od szefa szkolenia związku, Pana Łukaszewskiego dowiedziałem się wtedy, że muszę napisać podanie o wyjazd z klauzulą, że przygotuję się do igrzysk. Miała tam być również opisana przyczyna nieuzyskania minimum. Wszystko opisałem. Zostałem nawet przez PKOL zgłoszony w szerokiej kadrze. W rozmowie z kierownikiem PKOL-u dowiedziałem się, że nie ma nic przeciwko mojemu wyjazdowi, ponieważ na imprezach mistrzowskich byłem skuteczny. Powiedział, że jeśli PZLA nie będzie miało nic przeciwko, to wszystko będzie dobrze. Normalnie przygotowywałem się do igrzysk, a w tym samym czasie PZLA kazało mi napisać kolejne podanie. Powiedziałem wtedy „stop”. Jedno podanie napisałem, drugiego już nie mam zamiaru. Menedżer załatwił mi maraton w Sydney tydzień po igrzyskach. Łudziłem się, że jeszcze ktoś z PZLA się odezwie – stąd ten termin maratonu. Wynikiem w Sydney udowodniłem, że PZLA zrobiło błąd. Od startu do mety biegłem sam. Gdybym osiągnął taki sam czas w Atlancie, byłbym trzeci. Potem w prasie pojawiły się artykuły: „dlaczego nie pojechał na igrzyska, a pojechał na komercyjny maraton”? Wieszano na mnie psy, a to nie ja byłem winny. [h5]Co uważa Pan za swój największy sukces, a co za największą porażkę?[/h5] – Największy sukces to zdecydowanie Londyn w 1992 r.. Największa porażka bez wątpienia Barcelona, mimo że to szczególny sukces w mojej karierze. Stać mnie było na medal. [h5]Czego zabrakło, aby złamać 2:10?[/h5] – Wielokrotnie brałem udział w biegach, w których można było pobiec szybciej. Między innymi w Tokio i Fukuoce, gdzie na połówce miałem ok. 1:03:25. Niestety byłem zawodnikiem przygotowanym na bardzo równe tempo. Myślę, że moim maksimum możliwości był wynik w przedziale 2:08 – 2:09. [h5]Był Pan gwiazdą w Japonii, zaś w Polsce nie. Dlaczego tak było?[/h5] – Po pierwsze, w Polsce nigdy nie biegałem maratonu. Po drugie, w Polsce na krótszych dystansach przegrywałem ze słabszymi zawodnikami. Na zakończenie kariery chciałem pobiec w Maratonie Solidarności. Niestety w trakcie przygotowań nie wytrzymała moja łydka. Jeśli chodzi o Japonię, to stało się tak za sprawą menedżera – Felippe Louis Posso. Podpisałem z nim kontrakt w 1991 r. po mistrzostwach świata w Tokio. Moim sponsorem została firma Mizuno, organizowała ona wiele imprez w Japonii, na które byłem zapraszany. Tak się składało, że zajmowałem tam czołowe miejsca w bardzo dobrych stawkach biegaczy i wyszło jak wyszło. [h5]Jak zakończył Pan karierę?[/h5] – Było to w 2000 r. W 1999 były jeszcze próby przygotowań do Maratonu Solidarności, lecz w trakcie startu kontrolnego tydzień przed maratonem złapałem kontuzję łydki i nie wystartowałem. Jesień i zimę spędziłem na leczeniu kontuzji. Następnie wiosną 2000 r. przygotowałem się do maratonu w Bordeaux. Niestety po około 30 km odezwała się łydka i zszedłem. Potem startowałem jeszcze w mniejszych biegach, ale 2000 r. to czas zakończenia kariery międzynarodowej. W Polsce biegałem do 2004 r. [h5]Jak ocenia Pan teraz polskich maratończyków? Ich wyniki, biorąc pod uwagę nawet Europę, nie mówiąc o świecie, są delikatnie mówiąc słabe. Dlaczego tak się dzieje?[/h5] – Powiem szczerze, że nie orientuję się, jak teraz wygląda system szkolenia maratończyków. Jeśli mogą skupić się tylko na sporcie, są typowymi zawodowcami, to błąd musi leżeć w podejściu do tego, co robią. Maraton to nie tylko trening. To odżywanie, odpoczynek. Maraton to sposób życia i nie ma w nim miejsca na półśrodki. Poza tym uważam, że nasi zawodnicy za dużo trenują, za mocno. Trzeba umieć nad tym zapanować. W naszym kraju często zawodnicy, gdy dobrze czują się na treningu, biegają szybciej niż było to zaplanowane. Powiedzmy np., że mam zaplanowany trening ciągły, 10 km po 3:15. Po kilku kilometrach okazuje się, że super się czuję i przyśpieszam do 3:05. Nie na tym polega trening. [h5]Czy widzi Pan sens inwestowania teraz w biegi długie w Polsce skoro Afryka zgarnia wszystko, co się da?[/h5] – Zawsze mówiłem: „W Afryce jest olbrzymi potencjał, dajcie tam tylko białego z wiedzą o treningu”. Jeśli chodzi o inwestowanie w Polsce myślę, że ma to sens. Przykład Włocha Baldiniego pokazuje, że warto. Niestety uważam również, że w naszym kraju nie ma świeżego narybku, poza małymi wyjątkami. Wystarczy zobaczyć, ile osób trenuje w klubach biegi średnie i długie. Bardzo mało. Jest to zaniedbanie jeszcze z lat 90. Oprócz tego świat bardzo się skomercjalizował. Młody zawodnik w wieku szesnastu lat myśli o tym, jak będzie mógł żyć z biegania. Gdzie tu zarobić. Trzeba w tym wieku stwarzać takie warunki młodym adeptom biegania, aby mieli szansę zarobienia pieniędzy. Kiedyś było tak, że człowiek chciał się wyrwać z domu, pieniądz nigdy nie stał na pierwszym miejscu. Teraz niestety góruje nad wszystkim. [h5]Jak żyje teraz Jan Huruk? Czym się zajmuje?[/h5] – Jeszcze w trakcie kariery zainwestowałem w Ośrodek Wczasowy „Słowiniec” w Poddąbiu, z biegiem lat przemianowałem go na rehabilitacyjno-wczasowy. Po zakończeniu kariery na poważnie zająłem się prowadzeniem tego obiektu i trwa to do dziś. [h5]Jakie marzenia ma teraz Jan Huruk?[/h5] – Zafundować sobie urlop i wyjechać jak przeciętny Kowalski... A szczerze to wyjechać na dwa tygodnie na jakiś obóz sportowy do Szklarskiej Poręby i pobiegać z kolegami. To moje marzenie na dziś. [h4]Rekordy życiowe:[/h4] 1000 m – 2,25,10 1500 m – 3,44,86 3000 m – 7,55,05 3000 m przeszkody – 8,38,63 5000 m – 13,34,63 10 000 m – 28,18,42 półmaraton – 1:02,17 maraton – 2:10:07, Londyn 1992 [h4]Progresja:[/h4] 1988 – 2:17:21 Duisburg 1989 – 2:13:12 Berlin 1990 – 2:10:16 Wiedeń 1991 – 2:10:21 Londyn 1992 – 2:10:07 Londyn 1993 – 2:11:57 Otsu 1994 – 2:14:27 Helsinki 1995 – 2:11:25 Tokio 1996 – 2:11:58 Pekin 1997 – 2:14:24 ? 1998 – 2:16:33 Tokio Maciej Janicki, "1000 niemieckich marek", Bieganie listopad 2009
Japończyk Yuki Kawauchi przebiegł jedenasty maraton w tym roku, wygrywając z czasem 2:12:59 i rekordem trasy w biegu w Fukuchiyamie. Najwolniejszy tegoroczny bieg Kawauchiego to 2:16:41 z wietrznego maratonu w Nowym Jorku.
Advertisment ad adsense adlogger