fbpx

Athena Project – kobiety po przejściach

Robyn Benincasa z drużyną (po prawej) na Primal Quest. Robyn Benincasa na Primal Quest. Fot. Corey Rich / www.coreyrich.com

Robyn Benincasa na Primal Quest. Fot. Corey Rich / www.coreyrich.com

Wyobraź sobie, wypadek, po którym lekarze mówią, że dobrze, jeśli będziesz chodzić, ale o sporcie zapomnij. Albo chorobę, z której być może nigdy nie wyjdziesz. To opowieść o kobietach z odzysku, które wróciły do świata i sportu. I odniosły sukces.

Danelle

Zimna noc na pustyni, miliony gwiazd na niebie, każda świecąca potężnym blaskiem, jak nigdy dotąd. Niedawno odszedł przyjemny, ciepły dzień. Słońce oświetlało czerwone skały kanionu, wiał delikatny wiaterek. Można godzinami leżeć i rozmyślać nad sensem istnienia, swoją rolą na świecie a błahostki, które działy się rano albo wczoraj, wydają się teraz takie nierealne. Danelle Ballengee, 35-letnia mistrzyni świata w rajdach przygodowych, biegaczka, rowerzystka górska leżała, patrząc na rozgwieżdżone niebo i oglądała ostatni widok w swoim życiu.

W poszukiwaniu granic

Już jako dziecko uwielbiała sport. Była z nim związana przez całe życie. Biegała po górach, także w rakietach śnieżnych, startowała w rajdach przygodowych i w ciągu ostatniej dekady osiągnęła mistrzostwo świata w każdej z tych dyscyplin. Jej zespół wygrał rajd Primal Quest Expedition w 2004 roku. Danelle wielokrotnie znajdowała się w sytuacjach, w których większość z nas usiadłaby, rozpłakała się i krzyczała: niech mnie ktoś stąd zabierze. Podczas siedmiu a nawet dziesięciu dni rywalizacji non stop w górach, na pustyni, biegając, jeżdżąc na rowerze, pływając na kajaku, pokonując trudne zadania linowe można doświadczyć wszystkiego. Często jest tak zimno, że trzęsie się całe ciało, często strasznie chce się spać, bywa i tak, że pojawiają się halucynacje albo zasypia się, jadąc na rowerze i ląduje się w rowie obok drogi. Niekiedy trzeba podpiąć się do kolegi z zespołu linką holowniczą, żeby móc iść i spać jednocześnie. Zdarza się także, że trzeba kogoś ponieść i że ktoś podnosi nas. Danelle nie raz stawała twarzą w twarz z sennością, upiornym zmęczeniem i bólem. Ale to, co przytrafiło jej się w grudniu 2007 roku podczas zwykłego treningu, zaprowadziło ją daleko poza jej granice wytrzymałości.

Zwykły trening

Dzień był pochmurny, ale ciepły i przyjemny, w sam raz na trening. Założyła biegowe spodenki, bluzkę i cienką kurtkę, wzięła psa i zabierając butelkę wody i żel energetyczny, wyruszyła z domu. Postanowiła wybrać się na 13-kilometrowy bieg kanionami nieopodal Moab, w którym mieszka. Wąska ścieżka prowadziła ją zboczem kanionu, w uszach rozbrzmiewała muzyka. Wspaniały dzień na bieganie. Danelle myślała o chłopaku, którego poznała ostatnio na zawodach. Ich krótka znajomość pozostawiała szansę na coś więcej. Kilka godzin później tamta ścieżka, muzyka i wspomnienia były dla niej wręcz nierzeczywiste. Jak to wszystko mogło się stać? Jak znalazła się na dnie kanionu, połamana, obolała, nie mogąc się poruszyć? Z dala od cywilizacji, od domu, tu, gdzie nikt jej nie znajdzie i nie usłyszy? Danelle nie pamiętała już, jak to się stało. Nie wiedziała na czym się poślizgnęła, jak długo spadała, ile razy uderzyła o skały. Pierwsza myśl, która zawładnęła jej myślami – nie dać się zwariować, sprawdzić, czy może się ruszać. Poruszyła rękami, dotknęła nóg, wzięła kilka oddechów i z ulgą stwierdziła, że żyje i nie jest sparaliżowana. „Oj, długo zajmie mi wydostanie się stąd” – pomyślała, a zaraz później stwierdziła, że nie może wstać, nie da rady zrobić ani kroku. Skończyła się zabawa.

Spadające gwiazdy

Nie zwracając uwagi na zakradającą się powoli panikę, postanowiła za wszelką cenę przetrwać, doczołgać się do miejsca, w którym ktoś będzie mógł się na nią natknąć. Trzeba się chociaż wyczołgać z kanionu. Powoli zaczęła się przesuwać, rękami przekładając nogi kilka centymetrów dalej, później na łokciach i znowu nogi. Po wielu godzinach męki i cierpienia, które przynosił każdy „krok”, zorientowała się, że udało jej się pokonać zaledwie około 400 metrów. Doczołgała się do niewielkiej kałuży na dnie kanionu. Woda, którą zabrała ze sobą, już się skończyła. Nadciągała noc. Rozgwieżdżone niebo zwiastowało, że czeka ją bardzo zimna noc. Po raz pierwszy w życiu widziała tak dużo spadających gwiazd. Gdyby nie ból i to, że nikt nie wie, że coś jej się stało i nikt nie zacznie jej szukać, to byłaby piękna i romantyczna noc. Danelle myślała o tych wszystkich, którym zapomniała powiedzieć, że ich kocha, o niedoszłym chłopaku, z którym mogło być tak pięknie, o rodzinie i przyjaciołach, których nie może zostawić. Przecież jest taka twarda, robiła w życiu tyle niebezpiecznych rzeczy i ma tu umrzeć, nie mogąc się poruszyć w tą zimną noc? Nie, to nie mogło się tak skończyć. Postanowiła walczyć. Starała się ciągle poruszać, masować nogi, zjadła żel energetyczny i była dobrej myśli. Taz, jej pies, położył się tej nocy przy niej. Ogrzewał ją, lizał po twarzy. Myślała o tym, jaka była głupia, że nikomu nie powiedziała, gdzie się wybiera. Czy ktokolwiek zacznie się martwić? Przecież tak często wyruszała na trening sama, tylko z psem. Jej znajomi, sąsiedzi i rodzina wiedzą, czym się zajmuje. Nie mogą się byle czym martwić, bo musieliby to robić przez cały czas. W nocy zrobiło się naprawdę zimno. Aby nabrać wody do picia Danelle, musiała roztłuc butelką warstwę lodu, która ścięła kałużę.

Danelle postanawia umrzeć

Kolejny dzień nie dawał jej pocieszenia. Było ciepło, ale wiedziała, że noc znowu będzie nie do wytrzymania. Starała się czołgać, ale przychodziło jej to z coraz większym trudem. Czuła, że jest połamana, że ma wewnętrzny krwotok. A w dodatku pies gdzieś znikał. Biegł i wracał po wielu godzinach. Powoli Danelle zaczynała tracić cierpliwość i spokój. Krzyczała, płakała i błagała, by ktoś ją znalazł. Druga noc była gorsza od pierwszej. Znowu było potwornie zimno, woda w kałuży zamarzała, a na niebie nie było już gwiazd, tylko białe pasy chmur. Taz nie chciał już z nią spać. Zastanawiała się, o co mu chodzi. Czy to intuicja zwierzęcia, które nie chce być blisko umierającej osoby? Tej nocy straciła wiarę. Oto wielka Danelle Ballengee, mistrzyni świata w rajdach przygodowych, wielka ekstremistka umiera na dnie kanionu w podłą, pochmurną noc. Przez wiele lat sprawdzała swoje możliwości, szukała ich granic, a tej nocy je znalazła. Przygotowała się na śmierć. Przestała robić cokolwiek, by się ogrzać. Wiedziała, że nikt jej nie uratuje. Psa nie było. Głosy, które słyszała w głowie, przez dłuższy czas kazały jej się nie poddawać, masować i ogrzewać nogi. Zrobiła to z trudem i nie wiedząc, po co to robi. Rano przybiegł Taz. Zaczął pić wodę z jej kałuży. Zezłościła się na niego i skrzyczała go. „Nie możesz sobie pić wody z innej kałuży?” Ona umierała, a pies wypijał jej ostatnią nadzieję wraz z wodą z kałuży.

Powrót

Gdy po kilku godzinach leżała na noszach i czekała na helikopter, który zabierze ją z tego miejsca, w którym gotowa była umrzeć, nie była już zła na psa. To on doprowadził do niej ekipę ratowniczą, którą zawiadomiła sąsiadka Danelle. Mistrzyni świata w rajdach przygodowych po dwóch dniach wędrówki w zaświatach wróciła do żywych. Przez wiele tygodni w szpitalu śniła jej się ta noc. Czasami bała się zasypiać, żeby nie przeżywać tego na nowo. Długo nie mogła chodzić. Upadek ze skały poważnie ją pokiereszował. Miednica złamana w czterech miejscach, krwotok wewnętrzny, odmrożenia, których nabawiła się podczas zimnych nocy. Przeszła ciężką operację rekonstruującą pogruchotaną miednicę. Lekarz poinformował ją, że odmrożonych palców szczęśliwie nie trzeba będzie amputować, ale zanim znowu zacznie chodzić, minie przynajmniej od dwóch do sześciu miesięcy.

Bardzo szybko postanowiła wrócić do sportu i rywalizacji. Jeszcze w tym samym roku zajęła pierwsze miejsce w kategorii kobiet solo na rajdzie Adventure Xstream w Moab, gdzie mieszka.

Boginie wojny i mądrości

Podobny los spotkał inne mocne zawodniczki: Florence Debout i Louise Cooper, które zachorowały na raka piersi, Robyn Benincasa, która przeszła operację wymiany stawu biodrowego i Melissę Cleary, która cierpiała na reumatoidalne zwyrodnienie stawów. Nauczone własnym doświadczeniem, świadome jak trudno jest wrócić do siebie i nie poddać się losowi, postanowiły stworzyć fundację, która będzie pomagać innym kobietom, w których życiu nastąpił zwrot. Założycielki fundacji mają już to wszystko za sobą. Tym, co teraz robią, pomagają przekonać kobiety dotknięte rakiem i ciężkimi urazami, że nadal mogą realizować swoje sportowe marzenia. Fundacja nie tylko pomaga kobietom przetrwać ciężkie dla nich chwile, ale także zapewnia im możliwość startowania w imprezach na całym świecie. Zapewnia sprzęt, pomoc w treningach, podróżach, opłaty wpisowe. Niekiedy najważniejsze jednak okazuje się ośmielanie i inspiracja kobiet w ich sportowych dążeniach. Ktoś, kto wiele wycierpiał, może po prostu nie wierzyć, że jego życie znowu może być normalne. Nazwa fundacji pochodzi od imienia greckiej bogini wojny i mądrości.

Pora na nowe

Każda kobieta, w której życiu nastąpił ciężki moment, borykała się z chorobą lub miała ciężki wypadek, po którym straciła pewność siebie i wiarę w normalne życie, może się zwrócić do fundacji Project Athena. W tym roku wsparcie fundacji otrzymały Lonni Kinch – pracująca w straży pożarnej, która przezwyciężyła drugie stadium raka piersi i Kerrie Larson-Kerkman, która przez całe życie borykała się z problemami z fatalnym stanem kręgosłupa. Marzeniem Kinch była wędrówka w Wielkim Kanionie, Larson-Kerkman pragnęła przebiec maraton na Wielkim Murze Chińskim.

Założycielki fundacji trenują wspólnie i wspomagają się wzajemnie. Dziewczyny zarabiają pieniądze dla fundacji, startując razem w wybranych zawodach, pomagają im także sponsorzy i indywidualni darczyńcy, przyjaciele i rodziny. Na początku 2009 roku założycielki fundacji Project Athena zamierzają wystartować razem na Kostaryce w The Coastal Challenge Rainforest Expedition Run.

Żelazo nie klęka

Robyn Benincasa to twarda jak stal kobieta-strażak z San Diego i postać kultowa w świecie rajdów przygodowych. Startowała w ponad 35 długich rajdach przygodowych (od 7 do 10 dni non stop), wygrała ze swoją drużyną Eco Challenge na Borneo w 2000 roku i Raid Gauloises w 1998. O jej niezwykłej sile charakteru niech świadczy fakt, że na placach jednej ręki można policzyć zespoły rajdowe, w których to kobieta jest kapitanem. Wielu mężczyzn może też wprowadzić w zakłopotanie zdjęcie z Primal Quest, na którym Robyn podpiera kolegę, który nie ma już siły iść, a dwaj pozostali członkowie zespołu snują się za nimi. 14 lat trudnej kariery Robyn w rajdach przygodowych doprowadziły do zwyrodnienia stawu biodrowego. W zeszłym roku poddała się operacji wszczepienia sztucznego, chromowego stawu. Nikt nie spodziewał się, że z nowym biodrem mogłaby chociaż spróbować biegać wcześniej niż po 11 miesiącach. Przewidywano, że w ciągu 6 tygodni może uda jej się przejść kilometr. Czasami zastanawiała się kogo próbuje oszukać, chcąc wrócić do startowania w rajdach przygodowych. Myślała, że może to znak, że wszystko mówi jej: czas najwyższy, żeby odejść. Ale nie zrezygnowała. Znowu zaczęła biegać, z początku ostrożnie, starała się zrobić wszystko, żeby zejść poniżej 7 minut na kilometr. Obecnie Benincasa wróciła do rywalizacji, startuje w zespole Merrell/Zanfel Adventure i pracuje jako strażak w San Diego. Prowadzi także firmę zajmującą się team buildingiem. Uważa się teraz za najsłabszy element zespołu, mówi, że jest zbyt wolna. Ale najbardziej podoba jej się najbardziej w rajdach brak pewności, że najwięksi, najsilniejsi i najszybsi zawodnicy wygrają albo skończą zawody. Tu chodzi o zgranie drużyny, o współpracę i wspólne zrozumienie.[/notice]


Melissa Cleary

Kiedy kilka lat temu Cleary została przykuta na kilka miesięcy do łóżka po wypadku samochodowym. Przysięgała sobie setki razy, że kiedy wydobrzeje, nigdy już nie będzie bezczynnie siedzieć. Od kiedy wróciła do zdrowia, przebiegła ponad 40 maratonów, włączając w to Hillary/Tenzig Marathon na Mount Everest w Nepalu i chiński Great Wall Marathon. Zwyciężała także maratony na międzynarodowych olimpiadach strażaków w 1994, 1996 i 1998 roku. Mimo, że 1996 roku dorobiła się jeszcze reumatoidalnego zwyrodnienia stawów, biega codziennie. Pracuje z Robyn Benincasa w straży pożarnej w San Diego.


Louise Cooper

Louise szukała przygód przez całe swoje życie. Na początku były maratony, później dystanse ultra, aż w końcu rajdy przygodowe. W 1998 roku zdiagnozowano u niej raka piersi i to stało się dla niej największym wyzwaniem. Udało jej się pokonać chorobę. Od tamtej pory ukończyła siedem triatlonów na dystansie Ironman i wiele rajdów przygodowych. Zajęła drugie miejsce w Badwater Ultramarathon w Dolinie Śmierci i ukończyła słynny marokański Maraton Piasków. Planuje zdobyć koronę świata – najwyższe szczyty na siedmiu kontynentach. Cooper pracuje jako nauczycielka w szkole podstawowej w Południowej Kalifornii.


Florence Debout

Mieszka w Cardiff w Kalifornii i jest fizjoterapeutką. Sport towarzyszył jej od najmłodszych lat. Jej ojciec pokazał jej, że każde, nawet najbardziej szalone przedsięwzięcie, jest możliwe. Jednak najsilniejszą walką, jaką w życiu stoczyła była potyczka z rakiem, na którego zachorowała aż dwa razy. Lekarze dawali jej tylko kilka miesięcy życia, jednak Florence poddała się leczeniu, dostępnemu w tym czasie tylko w Europie i została cudownie uleczona. W 2008 roku była pierwsza na mecie triatlonu o dystansie połowy Ironmana w Północnej Kalifornii.

Kerrie Larson-Kerkman

Mam listę miejsc, do których chciałabym się wybrać w życiu. Wielki Mur Chiński  zawsze był w pierwszej trójce. Moim marzeniem jest przebiec The Great Wall Marathon. Uwielbiam biegać, chociaż nie jestem dobrą zawodniczką. Przez wiele lat borykałam się z ogromnymi problemami z kręgosłupem. 3 lata temu miałam operację polegającą na połączeniu kręgów, aby zlikwidować ból, powstały w wyniku ich nieprawidłowego przemieszczania się względem siebie. Mimo, że operacja przebiegła pomyślnie, ciągle nie było dobrze. Przed operacją już 10-minutowy spacer był dla mnie męczarnią, po niej mimo bólu i pewnych ograniczeń zdołałam powoli odzyskać moc i kondycję. Teraz nawet prowadzę lekcje fitnessu. Bieganie nadal sprawia mi trudność, ale nigdy nie przestanę tego robić. Częściowo dlatego, że po operacji lekarz powiedział mi, że nie będę w stanie, a częściowo dlatego, że to po prostu kocham. W zeszłym roku ukończyłam maraton, chociaż w związku z bólem w nodze musiałam przejść jego część i wynik mnie nie usatysfakcjonował. Bardzo bym chciała skończyć maraton z satysfakcją i na wyjątkowym miejscu. Bardzo chciałabym zachęcać ludzi do przełamywania barier w ich życiu.

Danelle Ballengee – biegaczka, zawodniczka rajdów przygodowych, przed wypadkiem dwukrotnie triumfowała ze swoją drużyną w mistrzostwach świata w Adventure Racing. Jest trenerką fitness, szefową Moab Trail Marathon. Ma na swoim koncie m.in. zwycięstwa w zawodach Ironman, ekspedycyjnych rajdach przygodowych, wyścigach w rakietach śnieżnych i biegach górskich.

Magdalena Ostrowska-Dołęgowska, „Żelazo nie klęka”, Bieganie, listopad 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger