fbpx

„BIEGA, krzyczy pan Hilary…” – czyli o biegaczu-okularniku słów kilka

Autor: Paweł Kowalik • 18.08.2014

Okulary. Fot. Istockphoto.com

Okulary. Fot. Istockphoto.com

Zimą, gdy zawieje śniegiem, mało co przez nie widzimy. Latem, kiedy robi się gorąco i parno, cały czas trzeba poprawiać je na nosie. O czym mowa? O okularach, tych korekcyjnych, rzecz jasna. Czterookich biegaczy jest całkiem sporo. Bez żadnych kompleksów „wdeptujemy” miejskie asfalty, ścigamy się po leśnych dróżkach czy pchamy się na pierwszą linię startu. Okulary na nosie to żadne ograniczenie, ale czy nie ma innego sposobu, żeby biegać i widzieć normalnie?

Sam jestem biegającym okularnikiem już od 14 lat, dlatego też wiem, z jakim pasztetem je się te bułki. Domyślam się, że wielu z Was czytając wstęp do tego artykułu pomyślało sobie: „wystarczy zainwestować w soczewki kontaktowe i po krzyku”. Niekoniecznie. Nie każdy może i chce nosić soczewki. Wielu spośród nas jest zwykłymi amatorami, biegającymi dla przyjemności. Godzinne wybiegania w okularach nie stanowią problemu („po co mam zakładać soczewki, skoro w okularach też się da biegać?”). Oczywiście, że się da! Dzisiejsze możliwości technologiczne dają nam, okularnikom, dużo większe pole manewru do tego, żeby biegać w pełni swobodnie. Coś, co jeszcze kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia albo trudne do zdobycia, dzisiaj jest na wyciągniecie ręki. I choćby właśnie z tego powodu warto się tym zainteresować.

Zalety „patrzałek” – tych na co dzień

Myślicie, że w bieganiu w okularach korekcyjnych nie można doszukać się niczego pozytywnego? I ja tak nieraz myślałem. Znalazłem jednak jedną zaletę.

Kto z Was wieczorami albo wczesnym rankiem biega po parku, ręka do góry? Większość. Często bywa tak, że obok ścieżki rosną drzewa, krzewy i tym podobne roślinki zielone. W ciemności łatwo o coś zaczepić. W szczególności, gdy biegamy na coraz większym zmęczeniu i coraz mniej widzimy. Pół biedy, gdy oberwiemy po nogach albo po rękach – do wesela się zagoi. Gorzej, jak matka natura da nam z „liścia” po twarzy. Nieraz mi się zdarzało wjechać głową w wystające gałęzie, które zatrzymywały się – dzięki Bogu – na okularach. Co to by było, gdybym nie miał ich na oczach? Czasem opłaca się być okularnikiem.

Okulary korekcyjne do biegania to jednak rozwiązanie raczej na krótką metę. Dlaczego? Jest kilka argumentów przemawiających za tym, że codzienne „patrzałki” do biegania się nie nadają.

Konstrukcja nie-sportowych okularów

Każdy, kto chodzi w okularach na co dzień, wybrał je z jakiegoś powodu. Bo było ładne, trendy, ekskluzywne albo wręcz przeciwnie – tanie i niczym niewyróżniające się. Mało kto zastanawiał się, czy będzie się w nich dobrze uprawiało sport. I słusznie. Biorąc pod lupę wytrzymałość i funkcjonalność okularów codziennych zauważymy, że zwykle będzie się to przekładało na ich wagę. Z bardziej delikatnymi, bez oprawek (tzw. patentami), trzeba obchodzić się jak z jajkiem. Kolejnym aspektem, na który trzeba zwrócić uwagę, są szkła. A dokładniej – ich grubość. Im większa nasza wada wzroku, tym grubsze „denka” nosimy. Szkła można „odchudzić” (chodzi o tzw. przycienienie szkieł), ale to dość droga sprawa. Dylematów związanych z bieganiem w okularach korekcyjnych jest całkiem sporo. Czy można ich uniknąć? Pewnie!

Okulary sportowe

Okulary stricte sportowe wraz z zamontowanymi do nich szkłami korekcyjnymi to duża wygoda dla biegacza. Te już nie będą takie ciężkie, wykonywane są z lżejszych materiałów. Są również bardziej wytrzymałe, co jest związane z elastycznością komponentów użytych do ich produkcji. Warto też zwrócić uwagę na kształt – są tak wyprofilowane, żeby pod szkła mało co się nam mogło dostać. W zwykłych okularach mamy dość duże przestrzenie pomiędzy okiem a szkłem, więc muszki i innego typu robactwo mają ułatwione zadanie, kiedy zechcą nam „wpaść w oko”. O tym, że okulary sportowe nadają nam bardziej sportowego wyglądu aniżeli zwykłe, wspominać chyba nie trzeba. Chyba, że jest się profesorem uniwersyteckim, któremu nie wypada biegać bez okularów, zważywszy na zajmowane stanowisko.

Ile to będzie kosztowało?

To zależy. Jeżeli znajdziemy odpowiednie oprawy okularów sportowych, to sprawny optyk będzie w stanie włożyć tam nam właściwe szkła. Nie mogą być za bardzo wygięte, łukowate. Im bardziej skomplikowana budowa, tym większe prawdopodobieństwo, że możemy nie znaleźć do nich pasujących szkieł. Porządne oprawy to średni koszt rzędu 100-200 złotych, ale można i próbować z tańszymi, które – de facto – mają prostszą konstrukcję.

Na rynku są też modele okularów, w których jest znalazło się miejsce na szkła korekcyjne. Wydaje się, że to najprostsze i najmniej czasochłonne rozwiązanie dla osób, którym nie za bardzo uśmiecha się „bieganie” po optykach. Cena takich okularów (bez szkieł korekcyjnych) waha się w granicach 120-250 złotych.

Okulary do biegania. Fot. Decathlon.com.pl

Okulary z miejscem na soczewki korekcyjne. Fot. Paweł Kowalik

Potrzebne nam będą jeszcze specjalne szkła. Najlepsze będą te plastikowe – lekkie i wytrzymałe. Do wyboru mamy na przykład soczewki fotochromowe, zabezpieczające przed działaniem promieni słonecznych (to te, które ciemnieją na słońcu). Dodatkowo możemy sobie dorzucić jakiś filtr UV i na lato – jak znalazł. A co na zimę? Świetnie sprawdzą się w trudnych warunkach soczewki optifog. Nie zaparują, kiedy zmienimy temperaturę otoczenia z niskiej na wyższą. Kolejny rodzaj szkieł to te bardziej odporne na stłuczenia. I na sam koniec – jeżeli mają to być okulary sportowe, to raczej musimy zapomnieć o zwykłych, szklanych soczewkach. Do sportu się nie nadają. Chyba, że ktoś ma naprawdę małą wadę wzroku, to może się  w nie bawić, gdyż są zdecydowanie tańsze niż wszystkie wyżej wymienione rodzaje soczewek.

Świat bez okularów

Można biegać też i bez okularów. Do jak dużej wady możemy się bez nich obyć? Myślę, że nie ma obiektywnego wyznacznika. Wszystko zależy od nas i od tego, ile i co chcemy widzieć. Chociaż oczywiście niejeden maratończyk może potwierdzić, że po 35. kilometrze i tak niewiele już się widzi. Na dłuższą metę wysilanie się przez cały czas w poszukiwaniu potencjalnych przeszkód jest uciążliwe.

Soczewki kontaktowe

To chyba najbardziej popularny sposób wybawienia się od problemu związanego z ułomnością naszych oczu. Krótko mówiąc, aplikujemy sobie „plastik” do oka i zapominamy o okularach. To rozwiązanie ma swoje plusy i minusy.

1) Soczewki miękkie

Zwykle, jeżeli ktoś już decyduje się na noszenie soczewek, to są to soczewki miękkie. Stały się bardzo popularne, dlatego też rynek jest bardzo rozbudowany. Mamy do wyboru soczewki jednodniowe, miesięczne, kwartalne czy roczne. Kolorowe lub zwykłe. Z taką, albo inną gazoprzepuszczalnością. Takim lub innym uwodnieniem czy promieniem krzywizny. Można się pogubić. Kwestię doboru odpowiednich soczewek pozostawiam okulistom.

Wydaje się, że soczewki od razu załatwiają sprawę. Trzeba się jednak liczyć z tym, że jest to ciało obce w oku. Często mi się zdarzało, że „plastiki”, kiedy biegałem, po prostu mnie uwierały. Nie dlatego, że były źle założone czy dobrane, o nie. Wynikało to z tego, że oko trzeba było zwyczajnie „dosmarować” jakimś żelem czy kropelkami. Przesuwanie się soczewki, gdy np. potrzemy oko, również się zdarza. Najgorzej, jeżeli przytrafi się to na jakimś dłuższym wybieganiu albo podczas maratonu – wtedy przestajemy delektować się pięknem biegania, a myślimy o tym, żeby jak najszybciej skończyć. Bywa, że coś wpadnie nam do oka (i nie jest to – niestety – jakieś piękne dziewczę biegnące przed nami…). Co robić w takiej sytuacji? Wyciągać. Łatwiej jest jednak wyciągać przykładową muszkę z „czystego” oka, aniżeli tej z „plastikiem”, o który boimy się, żeby nie wypadł. I tutaj należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden – nie mniej ważny – aspekt natury higienicznej. W takich przypadkach najczęściej ładujemy sobie w oko spocone i brudne ręce, co nie jest dobre ani dla samego oka, ani dla samej soczewki. I już na sam koniec – jeżeli soczewka nam wypadnie, to mamy problem. Tak duży, jak spora jest nasza wada wzroku. Na jednym oku daleko się nie pociągnie, także i z biegania raczej nici.

Często – gdy uprawiamy sport – po mocniejszych treningach brakuje nam sił, żeby zadbać o stan soczewek, gdy je zdejmiemy. A to bardzo istotne, ponieważ za jakiś czas znowu będziemy sobie ją „ładować” do oka. Oby tylko bez dodatkowych niespodzianek, z którymi nasze płyny czyszczące – niestety – mogą sobie nie poradzić…

Po co ten cały wywód? Ano po to, ażeby uzmysłowić niektórym, że i z soczewkami kontaktowymi trzeba odpowiednio się obchodzić. Jeżeli już biegać w soczewkach, to jednodniowych, jednorazowych. Te są najzdrowsze dla oka. Zrobiliśmy trening – możemy je wyrzucić do kosza. I nie zastanawiać się, gdzie nasz płyn do ich umycia. Polecam jednodniowe soczewki, zwłaszcza na starty. Nawet jeżeli zgubimy soczewkę w tzw. „ferworze walki”, to nie będzie nam jej szkoda. Dobrze mieć kilka dodatkowych par przy sobie. I na jakieś kropelki nawilżające do oczu też powinno się znaleźć miejsce.

Miękkie soczewki kontaktowe nie zawsze są najlepszym rozwiązaniem dla biegacza. Fot. Istockphoto.com

Fot. Istockphoto.com

2) Soczewki twarde

Zdecydowanie mnie popularne, a szkoda. Może wynika to z tego, że nie każdy o nich wie. Soczewki zakłada się wieczorem i się po prostu w nich śpi (jest to tzw. ortokorekcja). Wada wzroku jest niwelowana przez odpowiedni ucisk soczewki. Rano je zdejmujemy i możemy normalnie – bez okularów i soczewek w oku – funkcjonować. Dla osób aktywnych, a niechcących chodzić cały dzień w soczewkach miękkich, to naprawdę fajna alternatywa. Efekt prawidłowego widzenia utrzymuje się jeszcze przez jakiś czas nawet, jeżeli opuścimy jedną noc spania w nich. Minusem jest to, że same soczewki są dość drogie – jedna sztuka kosztuje średnio 500 złotych i służy nam przez jakieś 2 lata. Dodatkowo należy doliczyć standardowe płyny czyszczące. Nie każdy też będzie mógł ich używać, ponieważ trzeba się w takim przypadku „legitymować” określoną budową oka. Sam należę do tych 20-30% przypadków osób, u których wykryto przeciwwskazania do noszenia takich soczewek. Co więcej, samo ich zakładanie, przynajmniej na początku, to droga przez mękę. Płacze się w nich jak bóbr… Pierwszy tydzień jest naprawdę ciężki, potem jest już z górki (soczewki przestają „przeszkadzać”). To jednak bardzo atrakcyjna opcja dla osób, które np. nie chcą się decydować na operację korekcyjną wzroku.

Operacja laserem

Najbardziej inwazyjny ze wszystkich środek, dzięki któremu okularnik może widzieć na nowo normalnie (i w sumie – na zawsze). Średni koszt to około 3-4 tysiące za jedno oko. Czy są bezpieczne? Przy dzisiejszym poziomie techniki i wiedzy okulistycznej – raczej tak. Dlaczego tylko: raczej? Jest to jednak ingerowanie w bardzo czuły aparat zmysłu, a nie każdy chce podejmować nawet minimalne ryzyko. Bo zawsze coś może pójść nie tak. Poza tym, trzeba uwzględnić czas, po którym będziemy wracać do pełni sił (po zabiegu nie można się za bardzo przesilać, więc trzeba będzie na jakieś 2-3 miesiące odpuścić cięższe treningi). To zdecydowanie opcja dla osób, które nie chcą się bawić w żadne okulary, soczewki i tego typu podobne rzeczy.

Zamiast podsumowania

Może do znudzenia będę to powtarzał, ale okulary na nosie biegacza to żadne ograniczenie. Warto jednak zastanowić się, czy nie dałoby rady na coś ich zamienić, żeby w pełni móc się cieszyć „radochą”, jaką daje bieganie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger