fbpx

Blogi > Blogi > Marta Tittenbrun

Bob Graham Round okiem supportu

Magda i Krzysiek Dołęgowscy zrobili Bob Graham Round w 21 godz. 58 min (tutaj ich relacja). Miałam okazję obserwować ich postępujące zmęczenie – razem z Olkiem wspieraliśmy ich na trasie. Jak to wyglądało z naszego punktu widzenia?

00:30, Moot Hall

Mają wyruszyć o pierwszej. Przyjeżdżamy wcześniej, żeby mogli zrobić rozgrzewkę. Steve też już jest na miejscu. Czuję duże napięcie. Stresuję się, mimo że to przecież nie ja mam przebiec 105 km! Strasznie bym chciała, żeby im się udało. Jest za piętnaście. Jeszcze zdjęcia przed biegiem. Marzniemy. Magdę i Krzyśka rozgrzewają emocje. 10… 9… 8… three… two… one… Biegniemy w piątkę, Olek kręci film. Steve pędzi jak strzała – Keswick nie ma dla niego tajemnic. Biegniemy między budynkami – o tych przejściach Magda z Krzyśkiem nie mieli pojęcia. Tempo jest niezłe. Ja się zdyszałam po 5 minutach biegu. Powodzenia!

4:31, Threlkeld

Nasz budzik dzwoni o 4:30. Zostawiliśmy sobie sporo czasu na przebudzenie – według rozpiski Magda z Krzyśkiem powinni tu być o 4:53. Jednak ledwo zdążyliśmy przetrzeć oczy, a przez zaparowane szyby samochodu widzimy światło czołówki. Są 20 minut przed czasem! Zrywamy się. Nie ma z nimi Steve’a – mówią, że chłopak zaczął zwalniać, więc na ostatnim szczycie się od niego odłączyli. W tabelce mają na postój przewidziane piętnaście minut, ale nie spędzają tu nawet pięciu. Szybko zrzucają z siebie ciuchy („Rozbieraj się żono, będzie gorąco w ch…”), ładują jedzenie do plecaka i lecą dalej. Typowo rajdowy klimat. Krzysiek krzyczy jeszcze, żebyśmy przeprosili od nich Steve’a. Czekamy na niego z cup of tea z termosu – pije duszkiem, mimo że zegarek nie wskazuje piątej po południu. Steve miał plan zrobić Bob Graham Round w przyszłym roku. Po dzisiejszej nocy wie, że przed nim jeszcze sporo pracy…

8:25, Dunmail Raise

Według początkowego planu mieli tu być o 9:49, ale już wiemy, że są co najmniej godzinę do przodu, więc nastawiamy budzik na 8:00 – na wszelki wypadek! O 8:11 dzwonią, że zeszli już ze szczytu i zaraz będą. Pięknie, zapas czasu coraz większy. Bolą ich nogi, Magdę bolą mięśnie brzucha (ale wątpię, żeby bolały od śmiechu), Krzysiek zmienia buty, bo brakuje mu przyczepności. „Magda, łyknij jeszcze dwie” – mąż pilnuje żonę, żeby uzupełniła braki soli w organizmie. „Krzysiu, opierdol sobie bananka” – żona pilnuje męża, żeby miał siłę na dalszy bieg. Smarują się kremem przeciwsłonecznym – już czas, bo – mówiąc eufemistycznie – mróz jakby zelżał. Niechętnie patrzą w kierunku stromego, wysokiego i nasłonecznionego podejścia. Olek poniesie im pod górę plecak – to jedyne pocieszenie. Ruszają powoli, a owce rozproszone na zboczach nawet nie przerywają śniadania. Ja zostaję poczytać książkę. Piękny mamy dzień.

14:36, Wasdale

Gdy dojeżdżamy na przepak, czuję potworną senność. Właściwie zasypiam w trakcie własnej wypowiedzi. Nie udało mi się porządnie przespać, gdy wcześniej czekaliśmy na Magdę i Krzyśka, bo ciągle się stresowałam, że za chwilę przybiegną. Nawet na trzy godziny przez planowanym czasem… Takie były emocje! Ale teraz nie ma czasu na drzemkę – Olek postanawia wyjść Magdzie i Krzyśkowi naprzeciw, zaczyna wdrapywać się pod górę. Ja idę nad rzeczkę umyć zęby i spłukać z twarzy niewyspanie. Od razu mi lepiej. Wracam do samochodu po puste butelki, ale kiedy znów jestem przy rzeczce, widzę nadbiegającego Olka. Co jest?! Zaraz tu będą! Już biegną! Cholera, a mieliśmy im zagotować wodę, żeby mogli zjeść coś ciepłego. Pięknie. Rzucam się sprintem do samochodu. Palnik, ogień, garnek, woda. Mamy chwilę – Magda z Krzyśkiem są zmęczeni, chcą chwilę odpocząć. Magdę bardzo bolą stopy, czas na maść. Smarują oboje. Krzysiek zmienia skarpetki, bo z tych, które ma na nogach, zrobił się szwajcarski ser. Chociaż pachną raczej pleśniowym. Dziubią wszystkiego po trochu – kluski ze szpinakiem, gorące kubki, trochę kanapki, żel, baton (właśnie – wiecie jak się nazywa materiał, z którego zrobiony jest biegacz zdobywający Bob Graham Round? Odpowiedź: żel-baton). Już wiedzą, że musiałoby stać się coś bardzo nieprzewidzianego, żeby nie udało im się zmieścić w 24 godzinach. Mimo to jeszcze nie czas na radość – jeszcze sporo godzin napierania przed nimi. Teraz najtrudniejsze podejście – 550 m w górę. Stromo. Mają na to 50 minut. Idziemy we czwórkę. Pomyślałam, że nie poruszają się już zbyt szybko, bo cisną po górach od 14 godzin. Utrzymanie ich tempa nie powinno być zatem problemem. Really? Po jakichś dziesięciu minutach wspinaczki mam dość. Dyszę jak… właściwie co tak przerażająco dyszy? Nieważne. Po dwudziestu minutach umieram. Okazuje się, że wyczerpani mocarze to nadal mocarze. Siadam na kępce trawy, odwracam się w kierunku pięknej panoramy i płaczę. Nie dam rady. Chyba wracam do samochodu. A potem myślę: cholera, jak ja mam ich dopingować, mówić „Ej, kaman, ciśniecie, dacie radę, to się tylko wydaje, że boli!”, skoro sama poddaję się w połowie jednej górki. Wstaję i zaczynam iść jeszcze szybciej niż oni, muszę ich dogonić, bo wiem, że na szczycie nie zatrzymają się ani na chwilę. Chcę poczuć, o czym mówi Magda, gdy po różnych wyścigach opowiada: ”…no i wtedy przez łzy krzyczałam za Krzyśkiem, że już nie dam rady, że już nie chcę… i biegłam dalej”. Wypluwam płuca, zatrzymuję się na kilka sekund jeszcze dwa razy, ale na czubku tego cholernego Yewbarrow zdążam jeszcze poklepać Krzyśka po ramieniu. Za Magdą, która czmychnęła już dalej, krzyczę, że jest zaje… że jest bardzo super. Cała czerwona siadam na kamieniu, obejmuje mnie drugi supporter i razem patrzymy na przepiękną panoramę, która nigdzie nie zdradza śladu działalności człowieka. Takie widoki najlepiej ogląda się przez mgłę spływającego z czoła potu. Naprawdę było warto.

19:52, Honister Pass

Do górskiego schroniska dojeżdżamy krętymi drogami z 30-procentowym nachyleniem. Olek świetnie się bawi jako kierowca, ja jako pasażer czuję, że zaraz ponownie zobaczę wszystkie kanapki, które dziś zjadłam. Myślę, że Magda z Krzyśkiem to jednak mają przyjemniej tam na graniach… Przygotowujemy dla nich piknik na kocyku i wypatrujemy dwóch czarnych punkcików na zboczu. Szkoda, że nie mamy lornetki. Co za stres! Woda na palniku dopiero zaczęła się grzać, a oni mogą tu być w każdej chwili! Przybiegają akurat w momencie, kiedy mamy już wrzątek. Uff, zdążyliśmy. Ale państwo nie mają ochoty jeść nic ciepłego. Magda za to napiłaby się herbaty. No tak, nieco spóźnione five o’clock. Niestety ta w termosie się już skończyła, a torebek z herbatą nie mamy. Udaje się kupić herbatę w schronisku. Magda pije trzy łyki i więcej nie daje rady. Tak właśnie wygląda wyczerpanie – masz na coś ochotę, a po chwili okazuje się, że tylko ci się tak wydawało. Nie wiesz, czego chcesz. Chcesz tylko, żeby było już po wszystkim. Magda trzęsie się z zimna. Przed nimi ostatnie 3 godziny napierania. W skali całego biegu to pikuś, ale wcale tak tego nie czują.

36

ok. 22:00, Little Town

Little Town jest naprawdę małe. Parkujemy w miejscu, gdzie na mapie jest białe „P” na niebieskim tle, ale w rzeczywistości tylko blaszana skarbonka i namazane „£3” informuje o tym, że to obszar przeznaczony do postoju samochodów. Siedzimy chwilę w aucie, ale zaczynamy już czuć wieczorny chłód. Postanawiamy wybiec Magdzie i Krzyśkowi naprzeciw i spotkać ich na początku ostatniego, asfaltowego odcinka. Mamy trochę pod górę – dyszę, ale cieszę się, że jak oni będą za chwilę biec w drugą stronę, to grawitacja im pomoże. Długo nie musimy czekać, na zboczu widzimy całkiem duże czarne plamki bujające się nierównomiernie. Po jakimś czasie plamkom wyrastają ręce i nogi, z czego tym ostatnim daleko już do synchronizacji. Ale biegną – to najważniejsze. Magda i Krzysiek są zmęczeni, zmemłani, przeżuci i mocno sfatygowani – Bob dał im popalić, ale jeszcze się z nim ostatecznie nie rozliczyli. Dobiegamy do samochodu – Magda pije upragnioną Coca-Colę, a Krzysiek idzie w krzaczki. Mina Magdy wyraża sponiewieranie pomieszane z „mamoooo, chcę do dooooomu”. Ostatnie 8 kilometrów, 8 kilometrów asfaltu, 8 kilometrów wchodzących w tyłek. Ale co zrobić!

8 kilometrów na godzinę

Postanawiam przebiec ten ostatni morderczy (po asfalcie i w dół – tak, morderczy) odcinek razem z nimi. Olek jedzie przed nami samochodem, podając czasem picie. Ale już mało co wchodzi do wymęczonych i wytrzęsionych żołądków. Wszystko ich boli, faza lotu jest bardzo subtelna, Krzysiek kręci biodrami bardziej ponętnie od swojej żony. Zmieszczą się w czasie – nie ma już żadnych wątpliwości. Mogliby właściwie przejść do żwawego marszu. Ale to są Magda i Krzysiek Dołęgowscy. Oni po 100 kilometrach biegania po górach nie przechodzą do marszu bez powodu. Każde delikatne wzniesienie terenu katuje zbolałe stopy. Ale biegną po swoje zwycięstwo.

Krzysiek żywo opowiada wrażenia z całego dnia i nocy. Do rynku, czyli mety, została nam już ostatnia mila. I 8 minut, żeby skończyć Bob Graham Round w 22 godziny. A noga wlecze się za nogą. Magda mówi, że nie da rady. Nieco ją wyprzedzam i delikatnie przyspieszam. Jeszcze nigdy nie byłam pacemakerem, ale mam nadzieję, że to zadziała. Jesteśmy już w Keswick, znamy drogę. Jest szansa na te dwadzieścia dwie godziny – Magda o tym wie, ale kompletnie nie ma już sił, żeby przyspieszyć. W takich wypadkach najlepiej jest… przyspieszyć, więc przyspiesza. Trochę się rozpada na kawałki, dyszy do Krzyśka, żeby pobiegł do przodu sam, to chociaż on zdąży. Ale mąż nie zostawi swojej dzielnej żony: „Nie, chcę z tobą!” – i biegnie tuż za nią. Wbiegamy na początek rynku, ostatnie kilkadziesiąt metrów, jest trochę pod górę, Magda krzyczy, dyszy, jęczy, ludzie na nią patrzą, ale to nieistotne. Dobiegają do tych cholernych drzwiczek Moot Hall i stopują zegarek. 21:58 – to ich czas. Udało się. Dotrze to do nich dopiero za jakiś czas. Teraz jeden z najszczęśliwszych małżeńskich uścisków. „Chodź tu, dzielna żonko. Dzielniejszych żonek nie robią”.

mm
Marta Tittenbrun

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

Pandemia koronawirusa spowodowała, że w naszym życiu zaszło wiele zmian. Nie ominęły one również środowiska biegowego, bo obostrzenia wprowadzone przez rząd zablokowały organizację zawodów. Nawet po ich zluzowaniu nie jest tak jak dawniej, a wiele […]

Czy warto bronić się przed biegami wirtualnymi?

Przeciążenie w połowie przygotowania do ważnego biegu to koszmar każdego biegacza i każdej biegaczki. Co wtedy robić, jak reagować na różne objawy bólowe?

Przeciążenia w treningu – jak reagować?

Rosnąca liczba odwołanych imprez oraz próby organizacji biegów wirtualnych sprawiła, że miałem ostatnio przerażającą senną wizję przeszłości. Przyszłości, w której bieganie miało zupełnie inny wymiar i w której stałem się jednym z tych, którzy opowiadali […]

Biegowe science-fiction, czyli kilka słów o tym, jak to się drzewiej startowało w zawodach… [Felieton]

Biegacze lubią wyzwania i chętnie je podejmują. Start w maratonie, czy biegu ultra kusi wielu, bo dystans… ma znaczenie. Jednak bywają zawody, w których liczba kilometrów stanowi zagadkę. Tak zdarza się podczas zawodów o określonym […]

Jak przygotować się do biegu 24-godzinnego? Radzi Patrycja Bereznowska

Uchwalono nowe przepisy dotyczące dozwolonych butów biegowych. Koniec z dowolnością producentów.

Nowe regulacje dotyczące butów dozwolonych na zawodach

Jak co roku, w środku lata wielu biegaczy zmaga się z upałem i wysokimi temperaturami. Jak przetrwać ten okres bez większego uszczerbku dla naszych treningów? Poznaj 5 podstawowych zasad trenowania w upalne dni! Chociaż każdy […]

5 podstawowych zasad treningów w upalne dni

Ze względu na trwającą epidemię koronawirusa SARS-CoV2, 21. PKO Poznań Maraton zostaje przełożony na 17 października 2021 roku. – W organizacji naszych Imprez zawsze na pierwszym miejscu stawialiśmy na bezpieczeństwo. Nadal w tej kwestii nic […]

21. PKO Poznań Maraton przełożony na rok 2021!

Patrycja Bereznowska znów wprawiła w zdumienie biegowy świat. Nasza specjalistka od biegów ultrawytrzymałościowych wygrała rywalizację w portugalskim PT281+ Ultramarathon, bijąc przy okazji rekord trasy! Ile czasu potrzeba, by przebyć 281 kilometrów o własnych nogach? Pokonując […]

Patrycja Bereznowska znów wygrywa! Tym razem ultramaraton w Portugalii!