fbpx

Czytelnia > Ludzie > Historie biegaczy > Ludzie > Polecane

Jacek Gardener i sklep w bagażniku [Fragment “Kto zarabia na bieganiu”]

Jacek Gardener

Fot. Rafał Nowakowski, Beata Czarnecka. Sportografia.pl

W “Bieganiu” styczeń-luty 2016 znajdziecie obszerny tekst “Kto zarabia na bieganiu”. Przedstawiliśmy w nim blaski i cienie z życia tych, którzy zdecydowali się żyć ze swojej pasji. Trenują ludzi, sprzedają buty biegowe, organizują imprezy, a częściej chwytają kilka prac na raz. W magazynbieganie.pl przedstawiamy historię Jacka Gardenera – trenera, właściciela sklepu, organizatora obozów, który obserwował zmiany rynku biegowego w Polsce.

To tylko fragment artykułu z miesięcznika Bieganie numeru styczeń-luty 2016. Możesz go kupić w dobrych kioskach, Empikach i on-line w e-wydaniu.

Na metę Grand Prix Warszawy – dyszki po Lesie Kabackim, jednego z najstarszych biegów w Warszawie, wpadał na czele stawki. Łapał trzy oddechy i leciał, żeby otworzyć bagażnik samochodu, w którym leżały sprowadzane, głównie z Niemiec, nowiuśkie buty biegowe. Rarytas na polskim rynku, który pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku był w Polsce prawie nie do dostania. Niczym prawdziwa kiełbasa w PRL. Tak wyglądał jeden z dwóch pierwszych sklepów biegowych na mapie Warszawy, ba, na mapie całej Polski!

Jacek Gardener, znany również jako Jacek Biega, zaczynał swój biznes w 1997 roku od niewielkiego składu butów w jednym z pokoi w mieszkaniu. W ciągu tygodnia odbierał telefony od biegaczy składających zamówienia. – Obsługiwałem głównie rynek mazowiecki, ale było też sporo wysyłek w kraj – mówi Jacek. „Internetów” jeszcze nie było. – Biegów też nie było tyle co teraz, trzeba było jeździć po Polsce, żeby co tydzień startować, a ja to lubiłem. Zawsze jechałem samochodem i miałem pełny bagażnik. Bywało tak, że brałem 100 par, a wracało ze mną 20. O biegowych butach to niektórzy śnili po nocach i czekali aż przyjadę. Często miałem już gotowe zamówienia na konkretny bieg – opowiada. Wspomina, że w tamtym okresie w kraju był właściwie jeden raczkujący przedstawiciel New Balance’a. Resztę marek – Nike, adidas, Reebok, ASICS, przywoził z Zachodu. Wybierał modele, które już się tam nie sprzedawały, wychodzące z mody. Mógł je kupić taniej i sprzedać w dobrej cenie u nas. Zresztą, w Polsce nikt nie myślał o nowych kolekcjach. „Są, i to w moim rozmiarze? – znaczy ładne”. Na pieńku sprzedawały się startówki – prawdziwy towar luksusowy. – Do dziś pamiętam bosego biegacza, bardzo mocnego, wygrywającego zawody, który poprosił mnie, żebym będąc w jego rodzinnych stronach zabrał na imprezę startówki. Po biegu, jak zwykle przy moim bagażniku przymierza i… okazują się za małe. Przekonywałem go, że jego rozmiar jedzie, ale on spojrzał na mnie i mówi: „Wiesz co, ja wezmę te mniejsze i wytnę sobie dziury”. W końcu go przekonałem i za kilka dni pojechała do niego paczka z odpowiednim rozmiarem, ale do tego stopnia ludzie byli zdeterminowani! – śmieje się.

Jacek na GP Warszawy. Fot. Facebook.com/Biegam

Jacek na GP Warszawy w Lesie Kabackim, gdzie kiedyś wystawiał swój kram z bagażnika. Fot. Facebook.com/Bieganie

Obwoźny kram Gardenera był weekendową pracą dorywczą przez 6 lat. Z wykształcenia jest mechanikiem lotniczym, wcześniej pracował przy samolotach, między innymi Tupolewach. Zrezygnował po tym, jak brygadzista postawił mu warunek, że albo podpisze legitymację partyjną, albo nie pójdzie na kolejne szkolenia. Znalazł pracę w firmie zajmującej się obsługą wydruków w bankach. Na moje pytanie o to, czy to była dobra pensja, odpowiada: „Zbyt dobra”. – Trzy, cztery średnie krajowe.

Takich Jacków Gardenerów była w Polsce garstka. Z początków Jacek pamięta tylko jednego „konkurenta”. – Był kolega z Gliwic, który zdaje się jako pierwszy wprowadził ASICS-a do Polski, Jacek Bednarek. W tej chwili buduje stadiony lekkoatletyczne, więc poszedł chyba w lepszy biznes – śmieje się. W Warszawie asortyment dla biegaczy miał jeszcze sklep na Żoliborzu. Można w nim było kupić głównie buty do siatkówki, koszykówki, ale ci sami ludzie dopytywali o buty biegowe, więc wprowadził je do oferty. Później, około 2003 roku, zaistniała sprzedaż internetowa, aukcje na Allegro, które szybko przyciągnęły więcej ludzi chcących zarobić na handlu towarami dla biegaczy. W tym czasie buty Jacka przeprowadziły się z pokoju do magazynu koło Warszawianki, a on sam zdecydował się rzucić pracę i zająć się od początku do końca swoją firmą. Zainwestował z myślą, żeby zacząć się z biegowego rynku utrzymywać. Wyznaczył godziny urzędowania w magazynie, a w weekendy nadal wyjeżdżał na imprezy. Wystawiał stoisko na czymś, co już można było nazwać targami, których narodziny na polskich biegach również miał okazję obserwować. – Organizatorzy dzwonili, żeby przyjechać do nich z butami, bo zauważyli, że to pociąga za sobą przyjazd zawodników. Wystawialiśmy się za darmo, a organizatorów dzwoniło coraz więcej – opowiada. Obecnie największe biegi liczą sobie za stoisko do 400 zł za metr kwadratowy i ceny rosną. Sensowne stoisko to co najmniej sześć metrów. Zatem jeśli zastanawialiście się, dlaczego na maratonach jest coraz mniej lokalnych sklepów – macie odpowiedź. I chyba już nie jest dla was zagadką, czemu sprzedawca nie jest chętny do dania rabatu. Expo w Warszawie czy Poznaniu ewoluowało. Teraz chodzi o pokazanie nowych modeli butów przez duże marki, a jak ktoś szuka szybkiego pieniądza – przywozi stertę batonów, żeli, pokrowców na komórki.

Sklep Jacek Biega współcześnie

Współczesny sklep Jacek Biega na Okaryny 7 wyewoluował z małego magazynku z butami w jednym z pokoi mieszkania Jacka. Fot. Archiwum Jacek Biega

ZOSIA SAMOSIA

Jacek śmieje się, gdy pytam, kiedy jego zarobki wyrównały się z tymi z poprzedniej pracy. – Na to nie było szans. Ale byłem usatysfakcjonowany tą zmianą od samego początku. Wcześniej miałem poczucie, że zarabiam dla kogoś. Zawsze byłem indywidualistą. To nie jest kwestia pieniędzy, czy będę zarabiał 2 czy 5 tysięcy. Pewnie, że staram się zarobić najwięcej, ale zawsze satysfakcjonowało mnie to, że pracuję na swój rachunek. Nie musiałem prosić o urlopy, zastanawiać się, kiedy zrobię trening. Poczułem wiele wygody w życiu. Robiłem w końcu to, co chciałem – opowiada. Kosztem takiego trybu życia był rozwód. I nie chodziło o to, że Jacek zaczął przynosić do domu znacznie mniej pieniędzy. Problemem był czas. I to, że Jacka wiecznie ciągnie do kolejnych przedsięwzięć. Nadal jeździ na wiele biegów w Polsce. Od lat już z profesjonalnym stoiskiem. Jeśli nie ma go w sklepie, jest na treningu z grupą, których prowadzi kilka. Albo siedzi przed komputerem i rozpisuje plany. Albo po kolana w błocie rozwiesza trasę Ultramaratonu Bieszczadzkiego. Robi obozy treningowe, jeździ na zawody, angażuje się w organizację imprez. Nie jest w stanie oszacować swojego wymiaru pracy. Umie raczej na palcach jednej ręki wymienić sytuacje, w których nie myśli o bieganiu, o pracy. Wakacje w kraju nigdy mu się nie udają, zawsze jest jakiś problem, który trzeba rozwiązać. – Ale ja się dobrze z tym czuję. Rzadko potrzebuję zaszycia się – twierdzi.

Jacek Gardener i oboz biegowy

Jedną z działalności Jacka jest organizowanie obozów biegowych. Fot. Aleksander Senk / ObozyBiegowe.pl

Działka trenerska również kiełkowała w czasach „bagażnikowych”. – Trenowaliśmy się sami. Spotykaliśmy się na obozach, wymienialiśmy doświadczeniami. Byli trenerzy od biegów krótkich – Piotrowski czy Wieczorek w Legii. Konsultowałem się z nimi. Darek pomagał mi rozpisywać pierwsze treningi – mówi. Do Jacka zaczęli się zgłaszać nowi w tym światku biegacze, na których robił wrażenie wynikami i doświadczeniem. Przychodzili do „starszego kolegi”. Przez długi czas działał tylko po koleżeńsku. Został zauważony przez trenera, który zajmował się pięciobojem nowoczesnym. W 2005 roku zaprosił go do współpracy z UKS-em Żoliborz, gdzie większość zawodników była w kadrze Polski. – Od tamtej pory sumienie pozwoliło mi już na zewnątrz rozgłaszać, że jestem w stanie rozpisywać treningi. Miałem już doświadczenie, wiedzę i ukończone kursy trenerskie, instruktorskie i wychowawcze, bo zajmowałem się też młodzieżą – mówi. To były jego pierwsze zarobione na trenowaniu ludzi pieniądze. Stawki na początku były takie, że nie starczyłoby na zaproszenie koleżanki do restauracji. Za rozpisany plan brał między 20 a 30 zł. – Ludzi, którzy się do mnie zgłaszali traktowałem po koleżeńsku, nie potrafiłem na nich zarabiać. Do dziś nie mam wygórowanych stawek. Niedawno podniosłem stawkę za rozpisanie treningu miesięcznego do 70 zł. W pewnym momencie musiałem podnieść ceny, bo chętnych było tak wielu, że się nie wyrabiałem.

Jacek Gardener Fot Piotr Skrzypczak

Jacek współorganizuje również Bieg Rzeźnika. Fot. Piotr Skrzypczak

SILNIK SIEDZI GDZIE INDZIEJ

Co dziś jest motorem napędowym firmy Jacek Biega? – Współpraca z firmami – przyznaje. Są też grupy indywidualne. – Wczoraj bardzo się spieszyłem do jednej wracając z wyjazdu. Koledzy, którzy razem chodzili do szkoły, później przez wiele lat się nie widzieli i stwierdzili, że muszą coś z tym zrobić. Wynajęli trenera, spotykam się z nimi od roku. Dołączają do nich kolejne osoby, koledzy i koleżanki. To tak wesoła i bawiąca się bieganiem grupa, że jadę tam z wielką chęcią. Nawet zmęczony chcę tam być i uczestniczyć w treningu. To najbardziej pasjonująca mnie gałąź mojej działalności w tej chwili – opowiada. To również działka, która najlepiej zarabia. – W usługi nie trzeba dużo inwestować, towar się nie psuje – śmieje się. Jacek postrzega to również jako gałąź nadal bardzo perspektywiczną. Wiele firm dopiero zaczyna inwestować w sportowy rozwój swoich pracowników. Pierwszą firmą, która odezwała się do Jacka z propozycją pracy trenerskiej, było Accenture. W 2007 roku. – To była chyba w ogóle pierwsza firma, która zatrudniła trenera dla grupy zwykłych ludzi zza biurka. Wykorzystali to przy ściąganiu kolejnych pracowników, jako zachętę, że mają swój klub – mówi. Jacek nie odbiera rosnącej na rynku konkurencji jako problem. – Oczywiście zawsze zastanawiam się, kto jest dla mnie konkurencją. Ale nie myślę, że ktoś zabierze mi klientów. Liczba biegaczy rosła, pojawiało się więcej biegów, a rynek rósł razem z nimi. Bardziej skupiałem się na tym, żeby mieć stałych odbiorców, niż żeby zastanawiać się, co mi zrobi konkurencja – mówi. Jednak na pytanie czy na biegowym rynku jest jeszcze miejsce na sklepy biegowe odpowiada zdecydowanie „nie”. – Myślę, że teraz trwa weryfikacja. Otworzyło się za dużo nowych miejsc, ktoś tego nie wytrzyma. Biegowe produkty pojawiły się w marketach. Sklepy profesjonalne zaczęły padać, a to nie jest koniec zwijania się. Rynek musi się ustabilizować – twierdzi. Podobnie jest z rynkiem trenerów, mediów, blogerów, niemal każdej typowej działki związanej z bieganiem. Jacek wierzy, że zostaną najlepsi, z profesjonalnym podejściem, wiedzą. – To kwestia kolejnych dwóch lat – szacuje. Jako najbardziej prężnie rozwijającą się część biegania (i najbardziej perspektywiczną) postrzega organizację biegów. – Tego może powstać drugie tyle i ludzie będą jeździć. Bo lubią odkrywać nowe regiony i startować w różnych miejscach. Dobre biegi nie mają problemu w zapełnieniu listy startowej. Kto zostanie? Albo kto ma szansę wejść na rynek? – Ludzie z pomysłem na coś nowego. Albo ci, którzy przyjdą i zrobią to, co inni, tylko lepiej – kończy.

To tylko fragment artykułu z miesięcznika Bieganie numeru styczeń-luty 2016. Możesz go kupić w dobrych kioskach, Empikach i on-line w e-wydaniu.

mm
Magda Ostrowska-Dołęgowska

Podoba ci się ten artykuł?

0 / 5. 0

Przeczytaj też

WIELKI TEST BUTÓW DO BIEGANIA – dla biegaczy o wyższej wadze

Biegowy plan odchudzający poziomu 2 – dla biegaczy o poziomie zaawansowania pozwalającym na 30-40 minut biegu. Jest oparty o interwały.

Plan odchudzający, odchudzanie poziom 2

Wilson Kipsang - zwycięzca London Maraton 2012. Fot. PAP

Były rekordzista świata jest w nie lada tarapatach. Nie dość, że oficjalnie został zdyskwalifikowany na 4 lata za naruszenie przepisów antydopingowych, to jeszcze może mu grozić odsiadka… Wilson Kipsang to jeden z bardziej utytułowanych maratończyków […]

Wilson Kipsang zdyskwalifikowany na 4 lata! Czy pójdzie siedzieć?

W biegowym świecie mówiło się już o tym od kilku tygodni, choć wciąż pojawiały się wątpliwości. Obecnie wszystko wskazuje na to, że wkrótce Caster Semenya będzie miała dziecko. A niektórzy twierdzą, że już je ma! […]

Caster Semenya będzie mamą? A może już nią jest?

Polski Związek Lekkiej Atletyki wyprodukował kompletnie absurdalne zalecenia sanitarne, dotyczące rozgrywania zawodów na stadionie.

Koronawirus. Dzięki PZLA nie zarazimy się na stadionie!

Najwięksi organizatorzy masowych imprez sportowych w Polsce łączą siły i przedstawiają rządowi gotowy plan stopniowego odmrożenia sektora. Powstaje także Polskie Stowarzyszenie Organizatorów Imprez Sportowych i Rekreacyjnych, mające na celu reprezentację całego środowiska i rozwój branży w przyszłości.

Co z imprezami biegowymi? Organizatorzy przemówili jednym głosem

Systematycznie trenując głównie zależy nam na tym, żeby biegać coraz szybciej i jak najdłużej móc wytrzymać w zakładanym tempie. Jednak często w dążeniu do tego celu popełniamy wiele błędów. Przez to szybko możemy nabawić się […]

Metoda POSE – na czym polega?

Już niebawem, bo 11 lipca rusza M LIGA CROSS RUN! A wszystko to w południowo-wschodnich okolicach Warszawy w rejonie Otwocka, Józefowa i Wiązowny. Kilka kilometrów od miejskiego zgiełku na biegaczy czekać bedą malownicze ścieżki w […]

Rusza M Liga Cross Run! Pierwszy bieg już 11 lipca