fbpx

Jak zrealizować postanowienia noworoczne? Znani biegacze dzielą się swoimi sposobami

28.09.2019 Katar Doha Khalifa International Stadium Mistrzostwa Swiata w Lekkoatletyce 2019 N/z Malgorzata Holub-Kowalik, Rafal Omelko Fot. Lukasz Szelag/REPORTER IAAF World Athletics Championships Doha 2019

28.09.2019 Katar Doha Khalifa International Stadium Mistrzostwa Swiata w Lekkoatletyce 2019 N/z Malgorzata Holub-Kowalik, Rafal Omelko Fot. Lukasz Szelag/REPORTER IAAF World Athletics Championships Doha 2019

Jak biegać na treningach, żeby w czasie zawodów czuć euforię, a nie ból? Jak nie rezygnować zbyt szybko z realizacji swoich noworocznych postanowień? Swoimi receptami dzieli się z nami sprinterka ze światowej czołówki oraz dwoje popularnych blogerów sportowych.

Sylwester to tradycyjnie okres, kiedy podejmujemy postanowienia noworoczne, w tym także te sportowe. Kanapowcy obiecują sobie, że wstaną z kanapy i zaczną biegać, początkujący biegacze, że pokonają maraton, początkujący maratończycy, że złamią czwórkę, a ci bardziej doświadczeni, że złamią trójkę lub też ukończą jakiś bieg ultra.

Szlag zamiast szlaku

Z realizacją tych postanowień potem już bywa różnie. Wiele osób próbuje biegać przez kilka tygodni w styczniu, no może jeszcze tydzień w lutym, ale później zdyszani wracają na kanapę. Początkujący biegacze ściągają sobie z sieci plan treningowy pod maraton, ale potem nie wychodzą na pierwszy, drugi i trzeci trening. Bo zła pogoda, bo zmęczenie, bo niewyspanie, bo dużo pracy. Maratończycy nadal wprawdzie biegają kilka razy w tygodniu po 10 km i raz 20-25 km, bo przecież bez tego źle by się czuli, no ale jakoś nie znajdują czasu na przebiegnięcie dłuższych dystansów. A potem nie stawiają się na starcie opłaconych już zawodów ultra, bo są na tyle doświadczeni, że doskonale zdają sobie sprawę, że nie mają szans na dotarcie do mety.

Problemem, jak widzicie, bywa brak wystarczająco silnej motywacji. Jak się zatem skutecznie zmotywować, żeby wyznaczone cele osiągnąć?

Zawodowi sportowcy mają trenerów, którzy pilnują, by ich podopieczni systematyczne, ciężko pracowali. A amatorzy? Może powinni związać się z kimś, kto podziela ich pasję i biegać dla tej drugiej osoby? To powinno jakiś czas działać, ale co, jeśli związek się skończy? Przecież całą motywację traf szlag i biegacz może już nie powrócić na biegowy szlak.

Jeszcze jedna cegła w ścianie

Zapytaliśmy o tę motywację troje sportowców i piszących o sporcie blogerów.

– Dla mnie celem numer jeden jest złoty medal na przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich – nie ukrywa Małgorzata Hołub-Kowalik, sprinterka, która w tym roku wraz z koleżankami ze sztafety zdobyła złoto w biegu 4×400 m na halowych mistrzostwach Europy w Glasgow, a w roku poprzednim złoto na mistrzostwach Europy w Berlinie, również w sztafecie. – Na tym celu obecnie skupiam się najbardziej.

Fot: Małgorzata Hołub

Fot: Małgorzata Hołub/facebook.com/MalgorzataHolubFanPage/

A motywacja? Rzeczywiście w przypadku zawodowego sportowca wystarczy opieka trenera?

– Zawodowi sportowcy również miewają problemy z motywacją – uśmiecha się nasza rozmówczyni. – Jaka na to rada? Zarówno zawodowcowi, jak i amatorowi dałabym taką samą: skoncentrować się na celu cząstkowym, który możemy zrealizować w najbliższej przyszłości.

– Na przykład na tym, żeby jutro wstać wcześniej, wyjść z domu i pobiec? – odgaduję jej myśli. – Nawet, jeśli pogoda nie będzie sprzyjała? A nie na tym, żeby za kilka miesięcy wygrać maraton? – żartuję.

– Ani nawet nie na tym, żeby za te kilka miesięcy przebiec maraton w konkretnym czasie – odpowiada mi całkiem poważnie. – Jeśli już biegasz, skup się na tym, żeby jutro przebiec zaplanowany dystans. Jeśli dopiero chcesz zacząć biegać, skoncentruj się na tym, żeby zrobić jutro marszobieg. W ten sposób nasz trening będzie przypominał wznoszenie budowli. Będziemy dokładać cegiełkę po cegiełce i dzięki temu cały czas piąć się w górę – mówi obrazowo.

Joanna Kowalczyk-Bednarczyk na mecie Piekła Czantorii. Na zasłużony medal zapracowała litrami potu na treningach. Fot: Fot. Magdalena Późniewska, za Bieganizm.com

Joanna Kowalczyk-Bednarczyk na mecie Piekła Czantorii. Na zasłużony medal zapracowała litrami potu na treningach. Fot: Fot. Magdalena Późniewska, za Bieganizm.com

Zamknąć krąg

A co z bieganiem z drugą osobą? Warto, nie warto?

– Z pewnością warto mieć biegowego przyjaciela lub grupę przyjaciół – nie ma wątpliwości Joanna Kowalczyk-Bednarczyk, ultramaratonka górska i autorka strony Bieganizm.com, bloga o bieganiu i wegańskim jedzeniu. – Zresztą biegacze w sposób naturalny lgną do innych biegaczy i napędzają się nawzajem. Potrzebujemy wokół siebie takich pozytywnie zakręconych, biegowych świrów – śmieje się.

Joanna Kowalczyk-Bednarczyk mówi, że sama powoli wraca do biegania po ciąży i porodzie.

– Bardzo motywują mnie inne matki, bo widzę, że po powrocie do biegania mają już swoje osiągnięcia, a przede wszystkim są pełne radości – wskazuje.

Nasza rozmówczyni rodziła dopiero cztery miesiące temu, nie biega więc jeszcze bardzo intensywnie. Raczej koncentruje się na porannej gimnastyce, na ćwiczeniach wzmacniających mięśnie głębokie.

– Poza tym staram się codziennie ruszać w taki sposób, na jaki pozwala mi moje ciało – dodaje. – Spaceruję, chodzę z kijkami, pływam, jeżdżę na rowerze. Bo po prostu źle się czuję, kiedy się nie ruszam. Mam dobre samopoczucie, kiedy moje ciało jest elastyczne.

Pływanie pływaniem, rower rowerem, ale Joanna ma też już dość konkretne plany biegowe na przyszły rok. Chciałaby w kwietniu wystartować w półmaratonie w Szczawnicy. Oczywiście, jeśli pozwoli jej na to organizm.

– Byłoby to dla mnie symboliczne zamknięcie okręgu, bo początkiem mojego górskiego biegania było właśnie pokonanie półmaratonu – wyznaje.

Herbatka z przypominajką

Wróćmy jednak do naszej motywacji. OK, z niewielką pomocą biegowych przyjaciół można zdziałać cuda. Michał Bieliński, organizator koszalińskiego maratonu i półmaratonu o dźwięcznej nazwie Nocna Ściema, co tydzień zaprasza truchtających koszalinian na Biegowe Herbatki Poniedziałkowe. W każdy poniedziałek u stóp porośniętej lasem Chełmskiej Góry spotyka się około dwudziestu osób. Grupa ta niespiesznym tempem pokonuje potem pięć kilometrów, a nagrodą za wysiłek, jest wspólne picie gorącej herbaty z termosu.

Ktoś powie, że 5 km raz w tygodniu to trochę mało. I słusznie, nikt przecież jednak nie mówi, żeby w pozostałe dni tygodnia wylegiwać się na tapczanie. Trenować można też samotnie. Jak się jednak zmotywować do wybiegnięcia z domu, skoro na zewnątrz nikt na Ciebie nie czeka?

– Może warto spisać sobie plan na kartce albo włączyć przypominajkę w telefonie? – zastanawia się głośno Joanna Kowalczyk-Bednarczyk. – Dla mnie słowo dane samej sobie jest najważniejsze, co jednak nie znaczy, że mamy się załamywać, jeśli coś się nie uda i opuścimy jeden dzień treningowy. Należy wtedy zacisnąć zęby i wyjść na trening kolejnego dnia.

Piękne są tylko chwile

Byle tych opuszczonych dni nie było zbyt wiele, bo zapłacimy za to wysoką cenę podczas zawodów. Coś o tym wiem, bo mój ostatni półmaraton górski w Beskidzie Śląskim przemęczyłem zamiast go pokonać. Oczywiście cieszyłem się, kiedy dotarłem na metę, ale nie czułem radości z samego biegu.

Na krótkie chwile przyjemności podczas zawodów pracuje się długo, systematycznie trenując – kiwa głową moja rozmówczyni. – Brak tej pracy oznacza potem ból na zawodach. Włóżmy w treningi przynajmniej tyle wysiłku, żeby mieć pewność, że dobiegniemy do mety w limicie czasu, o ile oczywiście nie przydarzy nam się jakaś trudna do przewidzenia sytuacja. Kiedy jesteśmy solidnie przygotowani, stres, który odczuwamy stojąc na linii startu, jest zupełnie inny – kończy z uśmiechem.

Niektórzy potrzebują planu treningowego, by zmusić się do ciężkiej pracy. Inni, wręcz przeciwnie, mogą dzięki odpowiedniej rozpisce w końcu pobiegać nie tylko powoli, ale i krótko. Ja należę do tej drugiej grupy”. Fot: Grzegorz Soczomski/Facebook.com/wluznejformie/

Niektórzy potrzebują planu treningowego, by zmusić się do ciężkiej pracy. Inni, wręcz przeciwnie, mogą dzięki odpowiedniej rozpisce w końcu pobiegać nie tylko powoli, ale i krótko. Ja należę do tej drugiej grupy”. Fot: Grzegorz Soczomski/Facebook.com/wluznejformie/

Racjonalizowane nieracjonalnego

A czy uwierzycie, że są też biegacze, którzy nie potrzebują jakiejś specjalnej motywacji? Należy do nich Grzegorz Soczomski, prowadzący blog „W luźnej formie”, pod adresem facebook.com/wluznejformie/.

– Uprawianie sportu ma w moim wydaniu bardzo kompulsywny charakter, nie potrzebuję wiec zewnętrznych motywatorów, by zabrać się do działania, a raczej sensownego planu, by nie przedobrzyć – zaskakuje nas. – Ten wewnętrzny mus odnosi się także do celów na każdy kolejny sezon. Nie planuję ich ściśle i szczegółowo, starając się przez kilka miesięcy trzymać na tyle wysoką formę, by być w stanie realizować każdy, najgłupszy nawet pomysł, jaki przyjdzie mi do głowy.

Nasz rozmówca następnie dodaje ostrożnie, że na pewno nie jest to plan działania, jaki mógłby polecić innym. Czy jednak słowa blogera nie współbrzmią ze słowami Joanny, która doradzała pot na treningach, by nie czuć potem bólu na zawodach?

– Jakkolwiek nierozsądny może się wydawać mój schemat działania, to właśnie po to nieustannie poszerzam swoją wiedzę, by możliwie rozsądnie do tych nierozsądnych działań podchodzić – kontynuuje Grzegorz Soczomski.
I odsyła na swoją stronę, gdzie w tym roku umieścił serię wpisów treningowych zatytułowanych „Racjonalizowanie nieracjonalnego”. – Tak właśnie wygląda moje bieganie – podsumowuje.

A jak wygląda Wasze?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger