fbpx

Liczą się geny czy mądry trening?

Ciężka praca wygrywa z talentem, gdy talent nie pracuje ciężko. Gdy na jednej szali położymy geny, a na drugiej wiarę w sukces, to języczek u wagi może runąć z hukiem przytłoczony niezwykłym pierwiastkiem ludzkim – talentem do ciężkiej pracy.

Mięśnie biegacza. Fot. istockphoto.com

Chyba że uwierzymy genetykom…

„Ludzie mają siłę, której nie można zmierzyć. Tu John Connor. Jeśli tego słuchacie, jesteście ruchem oporu”.

Terminatory zalewają świat. Będzie ich coraz więcej: wyselekcjonowanych przez antropologów zgodnie z genotypem, przetworzonych według zaleceń biologów molekularnych, wyszkolonych przez „biotrenerów”. Zaprogramują ich neurolingwiści, lekarze utrzymają w strefach szybkiego wzrostu retikulocytów. Rozpełzną się po światowych tabelach. Odbiorą nam wiarę w zwycięstwo. A wtedy nastąpi koniec. Ty i ja zejdziemy do podziemia bez nadziei na pokonanie Terminatorów. Złamani oddadzą swoje dzieci genetykom, którzy zwrócą je z tabliczką znamionową i przydziałem do konfrontacji na wyspecjalizowanej pozycji. Jeśli jeszcze jednak posiadasz nadzieję, pamiętaj: ludzie mają siłę, której nie można zmierzyć. Jeśli to czytacie….

Gdy ta apokaliptyczna wizja przyszłości bardziej kojarzy ci się wyłącznie z filmem „Terminator”, a nie spowodowała choćby milisekundowego błysku w hipokampie krzyczącym: „sport!”, to za dużo siedzisz w kinie. Może to i lepiej, bo dzięki temu wiesz, że John Connor nie poddał się dyktatowi maszyn. Jeśli jednak twój czytnik RSS w komputerze zasysa naukowe doniesienia dotyczące selekcji w sporcie i optymalizacji procesu treningowego, to pierwszy akapit jawi się jako nieuchronna wizja jutra.

geny czy trening

Coraz częściej na ustach trenerów pojawia się słowo „genetyka”. I to niekoniecznie w związku z mitycznym dopingiem genetycznym. Biolodzy molekularni rozbierają nasze chromosomy i wyłuskują z nich informacje o tym, do czego jesteśmy zdolni. Nie tylko w szerszym wymiarze, jak podróżowanie na księżyc, czytanie książek nocą bez latarki lub zjedzenie 12 papryczek piri-piri na surowo, ale i w węższym – czy powinniśmy biegać na 100 metrów, czy raczej nasze geny pchają nas cichutko w objęcia maratonu.

Brzmi to jak odhumanizowany bełkot dr. Jekylla poszukującego cudownej mikstury zapewniającej sukces? Wszystko tak naprawdę sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, co jest ważniejsze: talent czy praca? Czy wszystko mamy zapisane w genach, jesteśmy niewolnikami determinizmu środowiskowego?

Otwórz oczy, pozwól sobie na szok, by uwierzyć, że świat jest jednak nieobliczalny. Człowiek nieutalentowany nie jest skazany na porażkę. Człowiek utalentowany nie ma gwarancji sukcesu. Geny są naszym atutem. Piosenkarka Stacy Jones powiedziała kiedyś, że „Ciężka praca wygrywa z talentem, gdy talent nie pracuje ciężko”.

Ciężka praca

– Może to zabrzmi strasznie, ale ja za wiele talentu nie posiadam. To nie kokieteria. Nie byłam zdolną juniorką, której wszystko przychodziło łatwiej niż koleżankom – kto to mówi? Mówi to magazynowi BIEGANIE brązowa medalistka mistrzostw świata w Berlinie, Kamila Chudzik. Najlepsza obecnie polska siedmioboistka nie kryje, że fizjologicznie nie jest stworzona przez naturę do odnoszenia wielkich sukcesów w sporcie.

– Gdy do mnie trafiła, panowała opinia, że to dziewczyna bez wielkiego talentu. Jej wyniki badań czasem są poniżej przeciętnej, a jednak jest brązową medalistką mistrzostw świata. To nie talent jest najważniejszy w jej przypadku, ale pragnienie odniesienia sukcesu i dobry jakościowo trening – analizuje tajemnicę sukcesu Chudzik jej trener, Sławomir Nowak.

Przez zeszyt treningowy Nowaka przewinęły się wielkie gwiazdy sportu. I te o niezwykłych predyspozycjach, i te o niezwykłej wierze w to, że bez nietuzinkowych predyspozycji fizjologicznych, świetnych genów, też można wygrywać.

– Według mnie są trzy czynniki, które decydują o sukcesie: silne nerwy, talent i chęć do pracy. Z tym, że ten talent to nie jest tylko zbiór cech motorycznych i fizjologicznego potencjału, ale i talentu do pracy. Znam wielu zawodników, którzy mieli talent, a jednak nic nie osiągnęli w sporcie. Ich warunki predestynowały ich do wyników, ale bali się ciężkiego treningu. Są tacy, którzy pomimo fizjologicznych predyspozycji i odwagi na treningu tracili wszystko pod wpływem stresu. Znam jednak przypadki wielu osób, które osiągnęły nieprzeciętne wyniki, choć teoretycznie były przeciętne. Dwie z nich sam trenowałem i związałem się z nimi. Teresa Nowak i Małgorzata Nowak w pewnym momencie swojej kariery słyszały, że przeciętność stoi na ich drodze do sukcesów. Nauczyły się jednak trenować – nie kryje szkoleniowiec i dorzuca przykład niesamowitego Wilsona Kipketera.

– Miał przeciętne wyniki badań analitycznych. Jego wielkość nie tkwiła wyłącznie we krwi, układzie kostno-stawowym, mięśniach. On mistrzostwo miał w głowie. Zapracował na nie, nie zostało mu ono zesłane, tylko sam je wyrwał ciężką pracą. Co ciekawe, na początku kariery mówiono o nim, że brakuje mu talentu. Nie zdobył medalu na mistrzostwach świata juniorów, choć dwa razy próbował. Dla Kenijczyków był to dowód, że nie jest wybitny.

Dlaczego zatem Chudzik potrafiła wgryźć się w podium mistrzostw świata?

– Chciałam coś osiągnąć. Znalazłam więc kogoś, kto mi pomógł: trenera Nowaka. Czasem potrzebna jest właśnie druga osoba, która wyzwala w człowieku jakieś pokłady ambicji, chęci do pracy. Są takie okresy w roku, gdy trenuję tak ciężko, że wszystkiego mi się odechciewa. Przeważnie okres zimowy jest najtrudniejszy. Nie raz stałam przed lustrem i mówiłam sobie: to ostatni raz. Kończę te przygotowania, startuję do końca roku i już więcej tego sobie nie zrobię. Potem przychodzi wiosna, pierwsze starty, satysfakcja. Ważne jest też środowisko. Wieloboiści to ludzie, którzy nie kokietują się słowami: mało ostatnio trenowałem. Wszyscy harują. I wszyscy mają świadomość, że to podstawa.

Talent

Gdyby Chudzik znała Katarzynę Durak, mogłaby stracić wiarę w sens pracy.

– O tym, że mam talent, nauczyciele wychowania fizycznego mówili mi już w podstawówce. Miło było to słyszeć, ale nie traktowałam całkiem serio ich słów. Biegałam dla przyjemności. Czasem na jakichś zawodach i wtedy przychodzili ludzie, którzy namawiali mnie do treningu. Rany! Ja i trening? Trudno mi się było zorganizować – nie kryje Durak. – Dopiero w zeszłym roku dałam się przekonać. Po sześciu tygodniach treningu pobiegłam w Maratonie Wrocławskim. Gdy zatrzymałam się za metą, zobaczyłam wynik: 2:50:31. Byłam w szoku. Wtedy otrzymałam pierwszy poważny sygnał, że naprawdę mam talent. Czy go wykorzystuję? Z pewnością nie mam profesjonalnego treningu. Gdy rozmawiam z konkurentkami i słyszę, ile one przebiegają rocznie, to nie dowierzam. Ja nawet sobie jeszcze nie wyobrażam, że można tak pracować – snuje dalej swoją opowieść Katarzyna.

Po roku treningów jej pozycja w polskiej elicie biegaczek długodystansowych przypomina wulkan Eyjafjallajokull. Trudno jej nie zauważyć w tabelach wyników, w powietrzu unosi się zapowiedź doskonałych rezultatów, ale jej przyszłość wciąż otaczają drobinki wirujących znaków zapytania.

– To oszałamiający talent. Moim zdaniem ona już w przyszłym roku może biegać maraton w granicach 2 godzin 30 minut. Szkoda tylko, że zaczęła tak późno. Teraz jej wyniki to efekt talentu, z pracą jest gorzej. Organizm nie jest jeszcze przygotowany do dużych obciążeń – analizuje trener Zbigniew Siemaszko.

Pisanie o tym, że Durak nie pracuje ciężko, jest jednak półprawdą. W tym roku zalicza około 110 km tygodniowo w okresach przygotowawczych. Pracuje jednak na dwa etaty, gdzie zostawia masę energii, którą jej rywalki mogą przeznaczyć na bieganie. Jej obecny rekord życiowy 2:43:34 jest i tak ewenementem na skalę światową.

(…)

To jedynie fragment szerszego materiału autorstwa Oskara Berezowskiego. Całość można przeczytać w miesięczniku BIEGANIE – grudzień 2011

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger