fbpx

Łokcie, kolce i zające – czyli przepychanki na bieżni

Autor: Marcin Nagórek • 24.07.2014

Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce w Osace w 2007 roku. Fot. Andy Lyons/Getty Images

Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce w Osace w 2007 roku. Fot. Andy Lyons/Getty Images

Czy wyobrażacie sobie bieg, w którym zawodnicy okładają się łokciami, przepychają, walczą brutalnie o miejsce, rozdzierają łydki do krwi butami uzbrojonymi w metalowe kolce, szarpią bezustannie tempo, czasami upadają, depcząc siebie nawzajem? Myślicie pewnie, że w cywilizowanym świecie to niemożliwe, że na pewno ktoś by tego zabronił – ONZ, Kościół czy Sanepid? Otóż bardzo się mylicie.

Tego typu rozrywkom oddają się niemal codziennie, ku uciesze widzów, dziesiątki tysięcy biegaczy na całym globie. Pozwólcie, że wprowadzę Was w fascynujący, emocjonujący świat… wyścigów na tartanowej bieżni.

Dla kogoś, kto biega w parku czy nawet startuje w biegach ulicznych, wyścig na tartanowym stadionie to coś odrealnionego, zarezerwowanego dla nieosiągalnych wyczynowców. W Polsce nie ma za bardzo kultury oglądania mityngów lekkoatletycznych. Ani nie pokazuje tego telewizja, ani kibiców na nich nie widać. Nawet wielkie, światowe imprezy traktuje się u nas po macoszemu – ot, czasami późno w nocy mignie jakaś krótka relacja z niekompetentnym sprawozdawcą w tle. Tymczasem wyścigi na stadionie to niesamowita rozrywka, z zupełnie innymi zasadami rozgrywania, innym sprzętem i emocjami nieporównywalnymi do biegów ulicznych. Wspólne jest tylko jedno: i tu, i tam liczy się, kto pierwszy będzie na mecie.

Zębiska szarpiące łydki

Pierwsze, co warto wiedzieć o bieżni, to sprzęt. Tam nie biega się w łapciach, które można kupić w każdym sklepie sportowym. Wyczynowcy startują w specjalnych butach z metalowymi wkrętami w podeszwie. To tzw. kolce. Nie ma w nich żadnej amortyzacji, żadnego wsparcia, liczy się tylko lekkość i prędkość. Najlżejsze kolce ważą mniej niż 100 gramów. Metalowe wkręty mają długość 6 mm i zapewniają piekielnie dynamiczne odbicie. Jest tylko jeden problem – potrzeba do tego niesłychanie silnych mięśni. Amator, który przebiegnie się w kolcach po bieżni, musi się liczyć albo z kontuzją, albo przynajmniej z koszmarnym bólem łydek. Ale efekty? Żaden rekord świata na ulicy nie dorównuje temu z bieżni. Etiopczyk Kenenisa Bekele pokonał 10 000 metrów na bieżni w czasie 26:17 – to tempo trochę szybsze niż 2:38 min/km! To oznacza każde okrążenie na stadionie pokonywane w tempie niecałych 64 sekund. Aby wyobrazić sobie tę prędkość, zapraszam na stadion.

Realia rozgrywania wyścigu są zupełnie inne niż na ulicy. Na ulicy jest szeroko, na bieżni wąsko. Dlaczego, skoro typowy stadion ma aż osiem, dziewięć torów? Bo każdy centymetr dalej od wewnętrznej krawędzi bieżni to dodatkowy dystans do przebiegnięcia. Biegnąc dookoła po drugim torze, można na jednym okrążeniu nadrobić 4 metry. To jest pół sekundy na okrążeniu. Tymczasem różnica między pierwszym a drugim zawodnikiem podczas biegu na 5000 m w w mistrzostwach świata w 2013 roku wyniosła… 0,28 sekundy. Na innych dystansach jest podobnie, często jeszcze mniej. Dlatego żaden zawodnik nie chce nadrabiać dystansu, każdy chce biec tuż przy krawędzi. To zaś powoduje tłok. A jeśli połączymy tłok z butami uzbrojonymi w kolce – pojawia się krew.

Chyba każdy, kto startował w wyścigu na bieżni, poznał, co znaczy zderzenie z pędzącym butem uzbrojonym w metalowe wkręty. Rozcięte łydki, golenie, czasami nawet uda – to norma. Bardziej drastyczne – rozerwanie ścięgna achillesa, przebicie stopy. Zawodnicy nie robią tego specjalnie, to efekt walki o miejsce. Na bieżni biegnie się w ciągłym kontakcie z rywalami, łokcie ocierają się o łokcie, ciało dotyka ciała. Wszystko to przy prędkości około 30 km/h, nieco szybciej lub wolniej, zależnie od dystansu.

Gra w szachy

Na bieżni dużo większą rolę niż na ulicy odgrywa taktyka. Przede wszystkim dlatego, że wszyscy rywale są zwykle na podobnym poziomie. Tak jest szczególnie w finałach większych imprez – od mistrzostw Polski do Igrzysk Olimpijskich. Poza tym – nikt nie chce prowadzić takiego biegu. W komercyjnych mityngach sprawa jest prosta – organizator wynajmuje specjalnego „zająca”, czyli biegacza, którego zadaniem jest biec na przedzie, nadając tempo. Reszta zawodników po prostu pruje za nim z całej siły. W walce o medale jest to zakazane.

Prowadzenie biegu to duży wysiłek. Trzeba pokonywać opór powietrza i opór wiatru. Jest to też trudne psychicznie – łatwiej biec za kimś, tempo mniej wtedy męczy. Dlatego prowadzący ma utrudnione zadanie. Kiedy nie ma „zająca”, nikt nie chce być na czele biegu. Ale nikt nie chce być również na końcu. Ponieważ poziom zawodników jest wyrównany, na finiszu, żeby mieć szanse, nie można zostać z tyłu. Jeśli w biegu na 1500 m startuje dwunastu zawodników i każdy biegnie przy krawędzi bieżni, to ostatni ma nawet 12 metrów straty do lidera – ponad sekundę. Na to nikt, kto walczy o zwycięstwo, nie może sobie pozwolić. Dlatego na bieżni trwa ciągła walka o najlepsze pozycję, tuż za prowadzącym. Peleton przypomina rój – jest to kula biegaczy tłoczących się na kilku metrach kwadratowych, przepychających nawzajem, a wszystko w pełnym biegu. Czasami zwycięzcę od ostatniego dzieli mniej niż sekunda – i te ułamki sekund oznaczają sławę lub zapomnienie, ogromne pieniądze lub puste konto.

Łokcie idą w ruch

W walce często przekracza się zasady fair play, czasami nawet nieświadomie, albo z musu. Kiedy jeden zawodnik wyprzedza drugiego i usiłując dostać się do krawędzi, zabiega mu drogę, cały peleton musi przyhamować. Broniąc się przed upadkiem, przy pełnej szybkości wszyscy odpychają się od siebie rękami. Do tego żeby nie pozwolić na zabiegnięcie drogi, zawodnicy „przesuwają się” nawzajem łokciami. Zdarza się też, że łokieć ląduje w oku lub na żołądku rywala. Ach, ilu faworytów przegrało w ten sposób bieg, tracąc oddech po ciosie w żołądek? Do tego dochodzą upadki, wskutek przepychanki lub przypadkowego podcięcia nóg. Myślicie, że to rzadkie? W Halowych Mistrzostwach Świata w 2012 roku upadek przekreślił szanse Marcina Lewandowskiego. Potknął się i przewrócił na początku ostatniego okrążenia w biegu eliminacyjnym.W 2009 roku finale 1500 m kobiet upadła główna faworytka, Etiopka Gelete Burka. Podczas finału mistrzostw Polski w biegu na 1500 m mężczyzn w 2009 roku upadło dwóch zawodników…

Ten tłok i upadki powodują, że czasami to, co wcześniej było nieopłacalne, zaczyna przynosić nieoczekiwane zyski. Kiedy tempo biegu spada i zaczyna się walka o pozycję, nagle ten, kto biegnie na czele, ma największy komfort – nikt go nie rozpycha, nikt nie zabiega mu drogi, bo nikt nie chce prowadzić biegu. Dlatego taktyka biegu jest inna w każdym wyścigu – czasami opłaca się biec z przodu, czasami w środku, a czasami z tyłu – i w odpowiednim momencie znienacka zaatakować. Nie ma więc dwóch takich samych biegów – i to jest piękno zawodów rozgrywanych na stadionie.

Spektakularne widowisko

Dodajmy do tego dodatkowe atrakcje – np. ciągłe zmiany tempa, stosowane w celu szachowania rywali czy zmiany pozycji. Na imprezach mistrzowskich często tempo jest spokojne, ale w zamian można podziwiać zapierający dech w piersiach finisz. Np. w biegu na 5000 m zawodnicy potrafią ostatnie okrążenie pokonać w 52 sekundy, a ostatni kilometr w 2:24 – niewiele wolniej niż biegnie się samo 400 m czy 1 km. Do tego potrzeba i wytrzymałości, i siły, i szaleńczej szybkości oraz umiejętności nagłego przyspieszenia.

Do historii przechodzą biegi takie jak finał 3000 m z przeszkodami podczas mistrzostw świata w Paryżu w 2003 roku. Kenijczyk Shaheen ku zaskoczeniu wszystkich ruszył w tempie na fantastyczny rekord świata, widzowie z niedowierzaniem zerkali na zegarki. Zaskoczeni rywale nawet nie próbowali go ścigać. Kiedy wydawało się, że wszystko jest wyjaśnione, Shaheen nagle… przeszedł do truchtu. Pozwolił się dogonić, biegł razem z kilkoma innymi zawodnikami i ostatecznie zwyciężył po niesamowitej końcówce, sprinterskim finiszu na ostatnich 200 m. Po biegu stwierdził, że chciał pokazać rywalom, że jest lepszy zarówno w szybkim biegu na tempo, jak i w wolnym na finisz. Dzięki tej niecodziennej (ale skutecznej) taktyce bieg był pełen sensacyjnych zwrotów akcji, przetasowań, zmian tempa.

W biegach na bieżni mamy więc emocje, szybkość, krew, pot i łzy – czyli wszystko to, co stanowi o popularności sportu. Warto więc wybrać się na stadion czy w telewizji obejrzeć lekkoatletyczny miting. Co jest bowiem piękne, podobny poziom emocji i walkę obejrzymy zarówno w zawodach 15-latków na poziomie lokalnym, jak i w finale Igrzysk Olimpijskich.

Marcin Nagórek, “Łokcie, kolce i zające”, Bieganie maj 2010. Artykuł uaktualniony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger