fbpx

Zofia Turosz: „Urodziłam się, żeby biegać”

Autor: Redakcja • 26.09.2014
Zofia Turosz Fot Tadeusz Zaręba
Zofia Turosz. Fot.Tadeusz Zaręba

„Nie miałam za bardzo u siebie gdzie i kiedy trenować. Żeby ludzie nie mówili, że stara baba wyszła na wioskę i kręci tyłkiem”. O swoim bieganiu opowiada Zofia Turosz – rocznik 1938. Wywiad z 2008 roku.

Zofia Turosz
Rok urodzenia – 1938. Maratonka, uczestniczka biegów na dystansach ultra, chodziarka. Rekordzistka Polski w chodzie na 50 km (5:13:49), posiadaczka najlepszego wyniku w historii w Polsce na dystansie 100 km (8:18:04) i w biegu 24-godzinnym (210,51 km)*.

*dane z 2008 roku

Skąd się bierze w Pani ta siła i pasja do biegania?

– To było takie moje pierwsze hobby. Urodziłam się w Żołyni, do szkoły miałam 6-7 kilometrów. Przemierzałam tę trasę na piechotę, bo autobusów wtedy nie było. Nic, żadnych środków lokomocji. Byłam wybiegana po prostu. Najpierw były szkolne zawody, to się wtedy nazywało Biegi Narodowe. Zakwalifikowałam się do biegów wojewódzkich i zajęłam tam 3. miejsce na 500 metrów. Pierwszy mój dyplom, pierwsza sportowa radość. Jak ja się wtedy cieszyłam. Od tamtej pory wrodziło się jakoś we mnie to bieganie.

Jakie ma Pani pierwsze wspomnienia związane ze startami?

– Marzyłam, żeby skończyć ogólniak i iść na AWF ale rodzice, wtedy na wsi, byli za biedni. Musiałam iść do pracy.

W Włókniarzu Rakszawa załapałam się na treningi i zostałam wysłana na bieg na 800 metrów w przełajach. Wygrałam, pojechałam do Rzeszowa na finał wojewódzki, tam też wygrałam i zgłosili mnie na mistrzostwa Polski do Sopotu. Jako jedyna biegłam na bosaka. Nawet sfilmowali mnie, że biegnę boso. Zajęłam 3 miejsce  i zdobyłam brązowy medal.

A jak to było z Pani mężem?

– Po startach, jak się jechało pociągiem i wracało do domu, to dojeżdżałam tylko do Łańcuta.

Po zawodach z Łańcuta do domu na piechotę 14 km. Nieraz mój tatuś koniem wyjeżdżał do połowy drogi. W tym czasie poznałam przyszłego męża. Pracował i trenował w Sarzynie, a do klubu ściągnął go jego kolega, który biegał też z żoną. Tak powstały 2 małżeństwa biegowe. Fleszarowe i Turoszowie. Trochę sportowo ze sobą rywalizowaliśmy. Razem też trenowaliśmy i ta rywalizacja dawała nam motywację do treningów. Przez bieganie poznaliśmy się i bardzo dobrze się złożyło, bo biegacz biegacza potrafi najlepiej zrozumieć. Podobna pasja, podobne zainteresowania i tak 2 lata później w 1957 roku wyszłam za mąż.  Potem trenowałam w ZKS Unia Nowa Sarzyna, głównie na bieżni. 400, 800, a później pod koniec lat 60-tych 1500 metrów. To był najdłuższy wtedy dystans dla kobiet.

Potem urodziło się dziecko. Nie zapomnę jak miałam pół godziny na bieganie, więc biegałam po lesie z obciążeniem. To był taki uszyty pas wypełniony piaskiem, żeby jak najlepiej, z jak największym obciążeniem wykorzystać ten czas.

Czy ma Pani jakieś niezapomniane zawody, które na całe życie zapadły Pani w pamięć?

– To były moje drugie mistrzostwa Polski w przełajach na 1000 metrów w Warszawie na błoniach Stadionu. Tam już startowały najlepsze zawodniczki, kadrowiczki, elita. Tego to ja nigdy nie zapomnę, bo dostałam pierwszy dres z klubu i spodenki. Za długie były to wzięłam od mamy gumki od weków i spięłam. ZKS Unia Nowa Sarzyna miałam ładnymi literami napisane na dresie. Cieszyłam się, że w takim stroju wystartuję. Nawet nie myślałam jak wypadnę. Biegłyśmy jedno koło po trawie obok Stadionu X-lecia. Startowało nas ponad 100. Przed rozgrzewką nastąpił moment, który zapamiętam to do końca życia. Cieszyłam się, że reprezentuję swój klub a obok mnie stały eleganckie dziewczyny z kadry. Widać było po ruchach, gestach, sposobie gimnastyki, że czują się lepsze. Śmiały się i docinały mi.

Postanowiłam coś im udowodnić. Jak ja to zrobiłam, jak ja ukończyłam ten bieg – do dzisiaj tego nie wiem. Wystartowałam i z miejsca rura. Do przodu. Od razu za nimi. Pięć nas biegło, wśród nich ja. Popychały mnie. Gdy zostało 150 metrów prostej miałam ciemno przed oczami. Nie wiedziałam czy dobiegnę. Ale skończyłam. Cucili mnie przez kilkanaście minut. Nie wiedziałam która byłam. Wokół wszyscy mi gratulują, a do mnie nic nie dociera. A ja wygrałam złoty medal! I wtedy popełniłam błąd. Podszedł do mnie trener Krzyszkowiak i zaproponował, żebym trenowała biegi przełajowe w jego klubie w Bydgoszczy. Powiedziałam – nie mogę, mam męża, rodzinę i dziecko. Trener na to, że im to nie przeszkadza, żebym w ciągu 2 tygodni dała znać. Ale się nie zdecydowałam.

Żałuje Pani teraz tej decyzji?

– Trochę.

Pani wyuczony zawód to technik włókiennik. Cały czas pracowała Pani w Cepelii trenując bieganie.

– Tak. Jak liga i klub w Nowej Sarzynie się rozleciały to ja założyłam klub spółdzielczy w swoim zakładzie. Był Start Rzeszów, a pod niego podlegały wszystkie kluby spółdzielcze.

Chcąc się dostać do Startu założyłam taki klubik w Leżajsku – Start Cepelia. Zaangażowałam młodzież, chłopaków i dziewczyny oraz rodziny pracowników do tego stopnia, że przez 3 lata byliśmy najprężniejszym tego typu klubem spółdzielczym w regionie. Organizowaliśmy spartakiadę, reprezentowaliśmy nasz region na mistrzostwach Polski spółdzielców. Dyscypliny były różne – od siatkówki po pływanie. Nie tylko biegałam i wygrywałam zawody ale musiałam też na przykład pływać.

W tym czasie nastąpił pewien kryzys w bieganiu i przerwa, która była tylko zapowiedzią Pani drugiej młodości biegowej. Drugiej i nie ostatniej.

– Tak, to prawda – pobiegłam w maratonie górskim jako jedyna kobieta. Rozłożyłam siły tak, żeby ukończyć ten maraton w dobrym czasie. A tu nagle na 30. kilometrze – a miałam wtedy 2 godziny 17 minut – podjeżdża do mnie samochód i mówią: „Turoszowa schodzić”. Ja na to, że nie zejdę, dajcie mi dobiec do końca. „Proszę schodzić” – mówią oni. Odpowiadam, że przyjechałam tu po to, żeby dokończyć ten bieg. Najstarszym uczestnikiem był Heniu Braun, a ja biegłam przed nim. Jemu dali skończyć, a ja biegłam jeszcze z kilometr i wyszli z samochodu, złapali mnie za ręce i do samochodu. Jak ja ryczałam w tym samochodzie! Pojechałam na drugi rok i zrobili już mistrzostwa Polski kobiet. Ukończyłam, ale to już nie było to. Potem był jeszcze Tomasz Hopfer, dzięki któremu znalazłam motywację do biegania. Pierwszy raz usłyszałam go w ogóle w radiu. Zaprosił mnie na warszawski Maraton Pokoju w 1979 roku i zajęłam tam 5. miejsce z czasem 3:22:47.

Po Maratonie Pokoju w Warszawie były supermaratony.

– Z supermararonem było tak, że przeczytałam tytuł wielkimi czerwonymi literami w Przeglądzie Sportowym: „A może by tak 100 km?” To było w 1981 roku, w listopadzie, jeszcze przed stanem wojennym. Co ja wtedy wymyślałam, żeby pojechać? Przecież mężowi bym się nie przyznała, bo by mnie nie puścił. Powiedziałam, że pojadę kupić buty na zimę do Czechosłowacji, do Koszyc. Jak biec też nie wiedziałam. Myślałam, że sobie przetruchtam. Biegłam z dwoma Polakami, których spotkałam w autokarze jadącym do Koszyc. Bardzo mi pomogli.

Jak się Pani biegło w tym supermaratonie w Koszycach?

– Rekord biegu kobiet należał do Czeszki i wynosił ponad 10 godzin. Myślę sobie, że chyba da się to poniżej 10 godzin przebiec. Biegłam z tymi chłopakami, którzy mówili: „Wolniej pani Zosiu, wolniej. To jest 100 km.” Redaktor Martynkin, który miał za rok organizować podobne zawody w Polsce, też mnie ostrzegał, żebym wolniej biegła. Czekał na 50 km, a ja miałam tam 5 godzin. W trakcie biegu ktoś mi podał napój, a to piwo było! Jak ja po tym piwie odżyłam niesamowicie! Jak dobiegałam do stadionu ściemniało się. Nie mogłam znaleźć bramy stadionu. Pobłądziłam i straciłam z 10 minut. Wpadłam na stadion, a tu wynik poniżej 9 godzin. Lekarze i sędziowie nawet zastanawiali się i pytali wszystkich czy ktoś mnie nie podwiózł samochodem. Lekarz, który mnie badał mówił, że nigdy nie spotkał się z taką wydolnością organizmu. Na drugi rok pobiegłam w Kaliszu i wygrałam mistrzostwo Polski w supermaratonie z wynikiem 8.26.25.

Proszę powiedzieć jak to było z tym słynnym „pajacykowaniem” i rekordami, które Pani biła?

– Zaczęło się od trenera Krausa. Na początku mówiłam mu, że ja się do chodu zupełnie nie nadaję. Pojechałam na Śląsk na bieg na 10 km, a on po biegu pokazał mi technikę chodu sportowego, potem zabrał na obóz sportowy. Nie miałam za bardzo u siebie gdzie i kiedy trenować. Żeby ludzie nie mówili, że stara baba wyszła na wioskę i kręci tyłkiem. Nocami starałam się „pajacykować”. Z Sarzyny do Leżajska miałam 6 km i z powrotem 6 km. Przez te 12 km próbowałam załapać o co w tym chodzi. Po jakimś czasie nogi zaczęły mi nachodzić. W Stalowej Woli były mistrzostwa Polski młodzików. Najlepsze chodziarki były wtedy z Mielca i Stalowej Woli i ja je tam podpatrywałam. Potem porozmawiałam z nimi, one mi pokazały trochę technikę i to mi dużo dało.

No i ten chód na 50 km w Warszawie na stadionie Polonii. Najgorszy jest dla mnie taki dziennikarz, który napisze coś w gazecie przed faktem dokonanym. Syn Mirek przynosi gazetę i mówi: „Mamusiu, przeczytaj co napisali”. A tam stoi jak wół: „Zofia Turosz bije rekord świata na 50 km”. Nie mogłam sobie tego darować – jak tak mogli napisać? Przecież jeszcze zawody się nie zaczęły. Ale staję na starcie i idę, bijąc po drodze te rekordy na 35, 40 i 50 km. A ja szłam dalej. Były jeszcze 2 srebrne medale na mistrzostwach Europy weteranów w Malmoe w 1986 roku na 5 i 10 km w chodzie w grupie wiekowej powyżej 45 roku. Wcześniej na mistrzostwach świata weteranów w Perpignon były dwa brązowe medale za biegi na 10 i 25 kilometrów.

Wielkie osiągnięcia, ale przed Panią była jeszcze trzecia sportowa młodość, która cały czas trwa.

– Rodak zza oceanu, pan Aleksander Polański przysłał mi zaproszenie i pod koniec 1986 roku wyjechałam do USA. Moim marzeniem było przebiegnięcie w stanach maratonów w Nowym Jorku, bo jest najliczniejszy, w Bostonie, bo jest najstarszy i w Los Angeles, bo to maraton olimpijski. Proza życia była jednak taka, że jak większość Polaków musiałam ciężko pracować. Dzięki pomocy udało mi się zdobyć pracę. Sprzątałam, zmywałam, a do pracy miałam kilkanaście kilometrów i znowu miałam czas na trening. Drogę do pracy i z pracy pokonywałam biegnąc.

Najpierw był Boston w kwietniu 1987 roku i wynik 2.57.21, który był rekordem trasy w mojej kategorii wiekowej. Potem były kolejne starty i Maraton Nowojorski w 1989, który przebiegłam z synem wówczas studentem AWF w Białej Podlaskiej. Razem wbiegliśmy na metę choć Mirek mógł biec szybciej. Byłam piąta w swojej kategorii wiekowej. Za nami około 24 tysięcy biegaczy. W międzyczasie były jeszcze tytuły mistrzyni USA w biegach na 10 km w swojej kategorii wiekowej. Wygrałam półmaraton na Brooklynie z czasem 1.30.29.

Startowałam w wielu różnych biegach, biłam rekordy, wygrywałam, ale dopiero w 1991 roku wystartowałam w olimpijskim maratonie w Los Angeles, na który zostałam zaproszona po tym jak New York Road Runners Club przyznał mi tytuł „Biegaczka Roku 1990”. To jest taki biegowy Oskar.

A Jak się Pani biegło maraton w Mieście Aniołów?

– To był wymarzony start, a to był mój czterdziesty maraton. Stałam w pierwszym rzędzie z elitą biegaczy przed grupą 20 tysięcy zawodników. Biegnąc podziwiałam ten cudowny zakątek świata. Na finiszu minęłam wielu, bardziej ode mnie zmęczonych zawodników. 3.13.29, 53. miejsce w kategorii kobiet  i pierwsze w mojej grupie wiekowej, czyli supermasters. Byłam bardzo szczęśliwa. Gdy odbierałam medal na stadionie olimpijskim czułam się jak medalistka olimpijska.

Jak długo zamierza Pani jeszcze biegać?

– Po maratonie w Los Angeles zapytał mnie o to pewien kibic z Polski. Powiedziałam, że ostatni maraton chcę ukończyć z moją wnuczką. Kibic zapytał mnie ile lat ma wnuczka odpowiedziałam, że 3 miesiące. Oniemiał z wrażenia. Mam już 70 lat, wnuczka prawie 18 i można o tym pomyśleć. Ale tym razem powiem panu, że z biegania i tak nie zrezygnuję. Będę biegała krótsze dystanse na mistrzostwach weteranów.

A może w 30. Maratonie Warszawskim wystartują 3 pokolenia rodziny Turoszów? Pani, Pani syn i wnuczka?

– Byłoby cudownie. Podsunął mi Pan pomysł i kolejne marzenie sportowe. Zwłaszcza, że dla mnie byłby to chyba pięćdziesiąty maraton. Muszę jeszcze policzyć.

Rozmawiał: Kamil Dąbrowa

Wywiad pochodzi z książki „Maraton Warszawski. 30 lat wielkiego biegu” wydanej w 2008 roku przez Fundację „Maraton Warszawski”.

W 2008 roku Zofia Turosz przebiegła ze swoją wnuczką Iwoną jubileuszowy 30. Flora Maraton Warszawski! Uzyskały czas 4:41:03. Pani Zofia zajęła pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej (70+).

Zofia i Iwona Turosz Fot Fotomaratonpl

Zofia Turosz z wnuczką Iwoną podczas 30. Flora Maratonu Warszawskiego. Fot. Fotomaraton.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger