Kiedy amator ma lepiej niż zawodowiec?

Autor: Marcin Nagórek • 15.12.2014

Joe Pavey w Helsinkach. Fot. Getty Images

Jo Pavey. Fot. Getty Images

Podobno tylko absolutni profesjonaliści są w stanie osiągać sukcesy w wyczynowym sporcie. Zawodowi biegacze nie robią wiele oprócz tego, że trenują, jedzą i odpoczywają. Tym bardziej zaskakują sukcesy takich, którzy prowadzą normalne życie – mają pracę, rodzinę i niewiele czasu na trening. Oni są prawdziwą inspiracją dla mas.

W ostatnich dwóch latach uwagę kibiców przyciągnął Yuki Kawauchi. Japończyk niemal co tydzień dokonuje rzeczy niesamowitych. Startuje w kilkunastu maratonach w ciągu roku, mieszając te biegi z okazyjnymi występami na dystansach tak różnych, jak 1500 metrów na bieżni czy 50 kilometrów w górach. Co więcej, dni spędza w regularnej 8-godzinnej pracy jako administrator szkolny. Czasami rozbawia reporterów stwierdzeniami, że nie ma czasu na wywiad po maratonie, bo musi szybko wracać na rozpoczynające się następnego dnia szkolne egzaminy. Typowo amatorskie podejście i wydawać by się mogło, niemogące procentować wynikami. Tym bardziej zaskakuje rekord życiowy Japończyka w maratonie – 2:08:14! Do tego liczne zwycięstwa i rekordy tras. Do podobnych osiągów nie doszedł przez ostatnie 30 lat żaden z polskich zawodowców, może poza Henrykiem Szostem. Ale nie tylko polskich – nawet tak mocni w biegach Amerykanie czują się mocno zawstydzeniu Kawauchim. Jego średnie wyniki maratońskie z poprzedniego roku są lepsze niż całej amerykańskiej czołówki razem wziętej. A przecież wielu z nich to wyczynowcy, sponsorowani przez bogate koncerny, otoczeni lekarzami, masażystami i psychologami.

Farmaceuta z elity

W Polsce kilka lat temu najgłośniejszym przypadkiem był Michał Smalec. Biegacz z Ełku zdobył w 2008 roku wicemistrzostwo Polski na 10 000 metrów, osiągnął też czas 13:50,45 na 5000 metrów, jeden z najlepszych w Polsce w ostatnich kilkunastu latach. Kibice trzymali kciuki, bo regularnie ucierał nosa faworytom, których głównym zmartwieniem było to, czy kolejny obóz przygotowawczy spędzić we Francji czy w Stanach Zjednoczonych. Michał Smalec w tym czasie pędził na nocne dyżury w aptece. Faworyci zamykali się w sterylnych pokojach i nie spotykali ze znajomymi zdradzającymi jakiekolwiek objawy kataru, żeby nie zachorować i nie stracić formy. Wicemistrz Polski z Podlasia cierpliwie wysłuchiwał w aptecznym okienku narzekań emerytek chorych na wszelkie możliwe dolegliwości, przyjmując na siebie wraz z kichnięciami najbardziej egzotyczne kombinacje zarazków. Po pracy drzemał godzinę i pędził na trening. Drugi, bo przed otwarciem apteki z samego rana, także wydeptywał kilometry w lesie. Prowadząc taki rytm życia wykręcał 200 i więcej kilometrów tygodniowo.

Sklep, dziecko i 29:48 na dychę

Michał nadal startuje, chociaż jego forma jest w ostatnich latach nieco słabsza. Rolę naczelnego outsidera polskiego biegania, regularnie lejącego czołówkę, zajął teraz Artur Kern, zawodnik z Hrubieszowa. Po studiach w USA znudzony bieganiem myślał o zakończeniu kariery, ale zamiast tego zdecydował się godzić je z normalną pracą. Przez rok siedział za biurkiem w urzędzie w Hrubieszowie. Obecnie prowadzi sklep biegowy w Lublinie, a jego rytm dnia może budzić przerażenie profesjonalisty. Artur biega rano, przed pracą, potem spędza dzień w sklepie, po nim znowu leci na trening. W domu czeka dwumiesięczne dziecko, a weekendy to często wyjazdy na zawody. Jedynym relaksem jest butelka piwa wypijana od czasu do czasu przed snem – oczywiście wbrew radom profesjonalnych dietetyków. Mimo to Artur jest w czołówce praktycznie każdego biegu, w jakim bierze udział. A startuje często, czasami dwukrotnie w ciągu weekendu. Nie mają dla niego znaczenia dystanse – odnosi sukcesy na 3000 metrów na bieżni, a kilka miesięcy później biegnie w Comrades Marathon na dystansie 90 kilometrów. Na koncie ma także halowy rekord Polski na piątkę.

Najstarsza Mistrzyni Europy

W Wielkiej Brytanii najpopularniejszą lekkoatletką stała się ostatnio Jo Pavey. Brytyjka podczas Igrzysk w Londynie była najszybszą Europejką na 5000 i 10 000 metrów, a w 2014 zdobyła tytuł mistrzyni Europy – krótko przed ukończeniem 41. roku życia. Została tym samym najstarszą w historii biegową mistrzynią Starego Kontynentu. Historia Pavey jest nieco inna niż Kawauchiego czy Kerna. Biegaczka przez lata była profesjonalistką w pełnym tego słowa znaczeniu. Osiągnęła fantastyczne wyniki, np. 14:39,96 na dystansie 5000 metrów czy 4:01,39 na 1500 m. Nigdy nie miała jednak szczęścia do medali. Trudno powiedzieć, czy to pech, czy może kwestia nastawienia psychicznego, ale zawsze lądowała bliżej lub dalej podium, nigdy na nim. Zajęła m.in. czwarte miejsce podczas mistrzostw świata. Ciągle była nękana kontuzjami, mimo że prowadziła życie profesjonalnej zawodniczki, zajmującej się jedynie treningiem i odpoczynkiem. Sytuacja zaczęła zmieniać się po tym, gdy urodziła pierwsze dziecko – syna. Miała już 36 lat, ale kilka miesięcy później udanie zadebiutowała w maratonie, osiągając czas 2:28:23 w Londynie. Jesienią pobiegła niemal identyczny czas na trudnej trasie w Nowym Jorku. W 2011 r. zmagała się z kontuzją, ale w 2012 przyszło najpierw wicemistrzostwo Europy, a potem udane Igrzyska w Londynie. Tam, w wieku 39 lat, Pavey ustanowiła swój rekord życiowy na 10 000 metrów – 30:53,20. W roku po Igrzyskach urodziła córkę i był to wstęp do najlepszego sezonu w jej karierze. Jo Pavey przekroczyła „40”, i nikt nie spodziewał się, że w Igrzyskach Wspólnoty Brytyjskiej powalczy z mocnymi Kenijkami. Udało się, zajęła trzecie miejsce. Parę tygodni później największy sukces w karierze – mistrzostwo Europy na 10 000 metrów. „To było niewiarygodne” – powiedziała w wywiadzie. „Jeszcze w kwietniu karmiłam córkę piersią, czułam się bardzo słaba i nie spodziewałam się, że w ogóle pojadę na te mistrzostwa, nie wspominając o wygrywaniu”. Jeśli spojrzeć na sukcesy Pavey chłodnym okiem profesjonalisty, trzeba by uznać, że to nie miało prawa się zdarzyć. Podczas zwycięskich mistrzostw Europy Brytyjka spędzała czas z mężem i dziećmi. Nie miała dostępu do pralki, więc w ramach odpoczynku przed zawodami prała ręcznie wszystkie ubranka, susząc je potem na oknie hotelowego pokoju. „Macierzyństwo chyba uczyniło mnie twardszą” – stwierdziła Pavey. „Na co dzień jestem tak zmęczona opieką nad dziećmi, że nie mam czasu zastanawiać się, czy trening pójdzie dobrze, czy źle. Idę na stadion, robię, co mam do zrobienia, i wracam. Nie zastanawiam się, czy biegłam odpowiednio szybko czy wolno. Robię to, co jestem w stanie”.

Profesjonalny robot

Trenerzy i fizjologowie od lat przekonują, że warunkiem uzyskiwania wyników światowej klasy jest odpowiednia regeneracja. Na obozach profesjonalistów osiąga to niemal karykaturalną postać – zawodnicy wychodzą na trening, po powrocie biorą prysznic, idą na posiłek, który ktoś dla nich przygotowuje, potem lądują znowu w łóżku. Po południu sytuacja się powtarza, a jedynym odstępstwem do rutyny są wyjścia na odnowę biologiczną lub sesja ćwiczeń rozciągających. Do tego worek suplementów, a często także regularne uzupełnianie minerałów pod kroplówką. Biegacz zmienia się w robota, który jedynie biega, leży lub je. Sęk w tym, że nauka do tej pory nie jest w stanie zdefiniować, czym dokładnie jest zmęczenie, a czym odpoczynek. Okazuje się, że dla wielu profesjonalistów leżeniu w łóżku i myślenie o treningu jest dużo bardziej obciążające niż wykonywanie jakiejkolwiek innej aktywności. W profesjonalnym sporcie odpoczynek sprowadzono do leżenia plackiem w łóżku, zapominając, że wytchnienie należy się także umysłowi. To jednak wynalazek obecnych czasów. Starzy trenerzy, np. twórcy własnych, oryginalnych szkół – Węgier Mihaly Igloi czy Niemiec Ernst van Aaken – mocno akcentowali potrzebę duchowego rozwoju biegaczy. Obaj uważali, że wszechstronny sportowiec powinien czytać, interesować się sprawami bieżącymi, słuchać muzyki czy medytować.

Percy Cerutty. Fot. Getty Images

Percy Cerutty. Fot. Getty Images

Słynny Percy Cerutty, propagujący w latach 50. XX wieku postawę, którą nazywał „stotan”, trening biegowy stawiał wręcz na odległym miejscu. Główny nacisk kładł na rozwój duchowy, w tym czytanie poezji i uprawianie filozofii, oraz na wszechstronny rozwój fizyczny. Wydawać by się mogło, że tak egzotyczne podejście nie sprawdzi się w sporcie. Tymczasem jego najlepszy zawodnik, Herb Elliot, nie tyko został mistrzem olimpijskim, ale na 1500 metrów osiągnął czas, który do dzisiaj jest marzeniem większości profesjonalistów – 3:35,6. Oczywiście bez „zająców”, w finale olimpijskim, biegnąc pod presją, zmęczony biegami eliminacyjnymi. Wygląda na to, że trenerzy sprzed kilkudziesięciu lat, a także dzisiejsi profesjonalni amatorzy wiedzą o regeneracji coś, co nie przychodzi do głowy fizjologom. Te podejrzenia potwierdza Artur Kern: „Największym zyskiem w moim podejściu do sportu jest luz psychiczny. Nie mam czasu myśleć o tym, czy to, co robię, ma sens, albo jak bardzo jestem zmęczony. Panuje dyscyplina – mam tylko tyle i tyle czasu na trening, robię swoje i od razu o tym zapominam. Kiedy nie myślę o zmęczeniu, okazuje się, że odczuwam je w mniejszym stopniu”. Podobną myśl zawarł w swojej książce młody amerykański trener, Steve Magness, który przez dwa lata miał okazję współpracować z Alberto Salazarem. Uważa, że profesjonalnych zawodników dopada syndrom nadmiernej regeneracji. Są tak skupieni na własnym treningu i wynikach, że cały czas odczuwają potrzebę robienia „czegoś”. Nie są w stanie się odprężyć i wykonać aktywności, która nie ma głębszego celu. Jeśli nie trening, to regeneracja jest tym, za czym w danym momencie gonią. W efekcie są zmęczeni i fizycznie, i psychicznie. Regeneracja staje się taką samą jednostką treningową jak bieganie czy siłownia, co niepotrzebnie obciąża umysł.

Amatorzy nie mają takich problemów. Wyzwaniem jest samo wciśnięcie treningu w napięty grafik dnia. Na zastanawianie się nad nim brakuje już czasu. To samo dotyczy stresu przed zawodami, zżerającego profesjonalistów. Oddajmy znowu głos Jo Pavey: „Kiedyś strasznie stresowałam się startami i samymi treningami. Myślałam o nich wiele dni wcześniej, co paraliżowało mnie na bieżni. W tej chwili jako żona i matka jestem po prostu szczęśliwa. Nie martwię się tym, co się może zdarzyć, po prostu staję na linii startu i daję z siebie wszystko”. Wbrew pozorom życie profesjonalnego biegacza nie jest tak proste i przyjemne, jak mogłoby się wydawać. Teoretycznie ktoś, kto może nie robić nic, tylko poświęcić się bieganiu i odpoczynkowi, wiedzie szczęśliwe życie. Ludzka psychika kryje jednak w sobie masę niespodzianek. Monotonia takiego trybu życia, nadmiar oczekiwań wobec siebie i presja wyniku to tylko jedna strona medalu. Drugą jest zmaganie się z poczuciem, że to, co się robi, nie ma sensu i nie jest społecznie akceptowalne. Wyczynowy sportowiec z jednej strony zmaga się ze stereotypem, że jego praca nie ma sensu i nikomu nie niesie pożytku, a z drugiej, jeśli odnosi sukces – że dostaje pieniądze za nic”. Niedawna historia depresji Justyny Kowalczyk tylko to potwierdza. Zanim odniesie się sukces, sportowiec jest postrzegany jako ktoś, kto marnuje czas. A gdy uda się – pojawia się zazdrość i złość, że taka Kowalczyk czy Radwańska dostaje ogromne pieniądze nie wiadomo za co.

Biegacz w typie Yukiego Kawauchiego żyje w zupełnie innym świecie. Na co dzień wykonuje odpowiedzialną pracę, co zapewnia mu nie tylko szacunek otoczenia, ale i poczucie, że robi coś pożytecznego. Nie musi startować dla pieniędzy. Wręcz przeciwnie – zdarza się, że do startów musi dołożyć. Japończyk postępuje według własnej etyki, wywodzącej się z kodeksu samurajów. Nie przyjmuje premii za to, że biegnie w jakimś biegu, zadowala się nagrodami za miejsce – jeśli oczywiście wygrywa. Nie ma poczucia, że od udanego startu zależy jego dalszy byt, co pozwala na komfort psychiczny przygotowań. A to, że startując, nie biegnie dla pieniędzy, daje jeszcze większy szacunek rywali i kibiców. Gdyby takie same wyniki osiągał jako profesjonalista, byłby jednym z wielu. Być może wręcz krytykowano by go za to, że mógłby biegać szybciej. Jako amator nie odczuwa presji zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej – każdy dobry czas przyjmowany jest jak cud, coś niezwykłego.

Paradoks zawodowca

Mamy tu prawdziwy paradoks – ci, którzy ze względu na stworzone warunki powinni cieszyć się komfortem i bezstresowym przygotowaniem, doświadczają czegoś wręcz odwrotnego. A zaganiani amatorzy tylko zyskują w tych obszarach, dzięki wyzwaniom codziennego życia. Michał Smalec w swoim najlepszym sezonie ujął to prosto: „Nie wiem, jak to się dzieje, ale dopiero pracując zawodowo mam poczucie, że na wszystko starcza mi czasu. Muszę lepiej planować dzień. Śpię mniej, ale bardziej regularnie, czuję się bardziej wypoczęty. Uważam, że wtedy, kiedy miałem więcej czasu, za bardzo go trwoniłem i marnowałem. Moje życie było nieregularne, za dużo spałem i czułem się ciągle zmęczony”.

Michał Smalec

Michał Smalec. Fot. Robert Przepiórka

Sfera psychiczna to jedno, ale pozostaje ważne pytanie: czy zawodowcy mają nad amatorami przewagę w samym treningu? Mogą przecież zrobić więcej, częściej, trening planują o określonej porze, mogą go przesunąć, gdy np. spadnie deszcz. Okazuje się jednak, że to, co wydaje się być zaletą, równie łatwo staje się wadą. Amator zwykle nie ma problemów z przetrenowaniem. Ba, to nie Yuki Kawauchi czy Artur Kern zmagają się z kontuzjami, ale ich koledzy, którzy cały swój czas poświęcają na trening i regenerację. Mając do dyspozycji cały dzień, łatwo zrobić za dużo. Wspominał o tym Kawauchi, który na początku kariery próbował swoich sił jako biegacz w profesjonalnie zorganizowanej drużynie uniwersyteckiej. Jak stwierdził, był wtedy ciągle albo kontuzjowany, albo przemęczony. To skłoniło go do szukania własnej drogi w przygotowaniach i odrzucenia ofert popularnych w Japonii zespołów sponsorowanych przez wielkie korporacje. Nawet regeneracja ma nie tylko pozytywny wpływ na formę. Okazuje się, że ten, kto ma do dyspozycji najbardziej wyrafinowane metody odnowy biologicznej… przetrenowuje się łatwiej. Jest bowiem bardziej skłonny, żeby biegać zbyt szybko, zbyt dużo, zbyt wcześnie po mocnym treningu. Kilka lat temu szczytem mody były wśród wyczynowców kąpiele lodowe. Okazało się jednak, że ich głównym efektem jest to, że dzień po akcencie biegacze czują się po nich zbyt dobrze i biegają zbyt mocno, co wpływa destrukcyjnie na formę. Poczucie zmęczenia to naturalny sygnał z organizmu hamujący nadmierną aktywność. Amator nie może pobiec treningu zbyt mocno, bo następnego dnia nie będzie w stanie wstać do pracy. Uczy się więc słuchać bardziej własnego organizmu.

Jo Pavey: „Kiedy po tych wszystkich szalonych dniach codziennej walki przyjeżdżam na zawody mogę w końcu odpocząć, czuję w sobie przypływ dodatkowej energii”. Podobnie dla Artura Kerna czy Michała Smalca – start jest w pewnym sensie odpoczynkiem, oderwaniem od kołowrotka codziennych obowiązków. To przyjemność, a nie coś, czym należy się nadmiernie stresować. Zawsze znajdują się malkontenci, którzy twierdzą, że każdy z wymienionych biegaczy mógłby jako profesjonalista pełną gębą biegać szybciej. Co ciekawe, sami zainteresowani są zwykle innego zdania. Artur Kern uważa, że być może mógłby poprawić wynik w maratonie, bo obecnie nie ma czasu na prawdziwie objętościowe bieganie. Ale z drugiej strony zauważa, że kiedy podczas studiów biegał piekielnie dużo, wyniki miał słabsze. Godzenie treningu z pracą nauczyło go wiele o własnym organizmie. Obecnie na wiele treningów nie zakłada w ogóle zegarka. „Mam swoje stałe trasy, biegnę na samopoczucie. Nie ma dla mnie znaczenia, czy rozbieganie zrobię po 5:00 czy 4:00 min/km. Wiele zależy od tego, na ile jestem zmęczony. Gdy czuję sie dobrze, biegnę szybciej, gdy słabiej – zwalniam. To cała filozofia”.

Kawauchi przez pierwsze lata był ciągle zasypywany ofertami dołączenia do wielkich teamów. Obietnica wielkich premii finansowych nie robiła na nim wrażenia. „Mam swoją pracę, jestem tu potrzebny, mam znajomych, partnerów do treningu. Nie widzę powodu, dlaczego miałbym to zmieniać. Skupiając się tylko na treningu, nie byłbym tym samym człowiekiem i prawdopodobnie szybko bym się wypalił”. Podobnie postrzegał bieganie Michał Smalec, który czerpał zadowolenie z faktu, że jest niezależny finansowo i w pełni samowystarczalny. Uodparnia go to na stres i wszelkiego rodzaju naciski. W wyczynowym bieganiu to ważne, co Artur Kern kwituje anegdotką: „Przyjechałem na mistrzostwa Polski po studiach w USA. Rozgrzewam się wraz z rywalami, a nagle na bieżnię wpada jakiś facet i zaczyna instruować, kto ma w biegu gdzie się ustawić, bo wszystkich prowadzi „zając”. Nie wiedziałem, co jest grane. Facet okazał się trenerem kadry i chciał mi ustalać taktykę biegu. Przerażeni zawodnicy podporządkowali się, bo od trenera zależą powołania do reprezentacji, obozy i stypendia. Ja mogłem to olać. Sam za siebie płacę, biegam dla własnej przyjemności. Na starcie zasunąłem „zającowi” z łokcia, żeby się nie przepychał i pobiegłem po swojemu”.

Jo Pavey widzi to podobnie: „Nie jeżdżę na obozy kadrowe, bo nie mam czasu. Biegam dla przyjemności, dla zwiedzenia świata, bo daje mi to możliwość przebywania z mężem i dziećmi. Z wykształcenia jestem fizjoterapeutką, mogę zacząć pracę w każdej chwili. Nie mam niczego do stracenia, byłam czterokrotnie na igrzyskach olimpijskich, osiągnęłam, co chciałam. Startuję bez żadnych obciążeń… i to działa!”

Jest mało prawdopodobne, że wyczynowi biegacze rzucą swoje obozy i zapukają do działu HR najbliższej korporacji, szukając progresu wynikowego. Mimo wszystko wydaje się nieuniknione, że prędzej czy później pewne wnioski zostaną wyciągnięte. W profesjonalnych amerykańskich grupach treningowych jest coraz więcej lekkoatletek, które w trakcie kariery rodzą dzieci i nie widzą w tym niczego dziwnego. Alysia Montano, biegająca na 800 metrów, wystartowała nawet w mistrzostwach kraju, będąc w zaawansowanej ciąży. Nie walczyła o zwycięstwo, chciała tylko pokazać, że bycie wyczynowym sportowcem to coś więcej niż jedzenie, spanie i trening. „Można biegać i prowadzić normalne życie, założyć rodzinę. Nie zawsze jest to łatwe, ale na pewno wskazane dla zachowania równowagi” – powiedziała po biegu.

Jaki z tego wniosek dla amatora? Wieczny brak czasu, stres i praca zawodowa to niekoniecznie przeszkoda w realizacji marzeń.

Tekst pochodzi z numeru grudniowego Biegania 2014. Zobacz więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger