Heroiczna porażka Polaków w Mistrzostwach Europy [Felieton]

Autor: Marcin Nagórek • 11.12.2017

biegi przełajowe

Mistrzostwa Europy w przełajach, które odbyły się w miniony weekend na Słowacji, pokazują, że sabotowanie biegów długich to najbardziej udany projekt Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Tradycyjna klęska biało-czerwonych jest tym razem wyjątkowo imponująca.

Mistrzostwa Europy w biegach przełajowych to impreza dogorywająca. Trudno się temu dziwić, skoro po raz czwarty z rzędu mistrzem kontynentu zostaje Kenijczyk w barwach Turcji. Obecność Turcji w mistrzostwach Europy nie powinna nikogo szokować, skoro do rywalizacji, ze względu na sytuację polityczną w Azji, dopuszczono także Izrael. A ponieważ Turcja hurtowo i w dobrych cenach sprowadza z Kenii tamtejszych biegaczy, od wielu lat dominują oni w mistrzostwach Starego Kontynentu. Powtórzmy, bo możliwe, że nie do wszystkich to dotarło: w mistrzostwach Europy w przełajach od lat zwyciężają głównie Kenijczycy z tureckim paszportem.

Sytuacja ta nie bardzo podoba się innym federacjom oraz samym biegaczom, dlatego ranga mistrzostw Europy od lat systematycznie spada. Najbardziej znani zawodnicy nie przyjeżdżają na te zawody, a ich organizację powierza się tylko desperatom, których nie stać na żadną porządną imprezę. W ostatnich latach te wyjątkowe mistrzostwa odbywały się w takich metropoliach jak Samokow w Bułgarii, Velenje na Słowenii czy – w tym roku – w Samorinie na Słowacji.

Doprowadzenie do klęski w zawodach, które lekceważą wszyscy, nie jest zadaniem prostym. Potrzeba do tego wyjątkowych fachowców i Polski Związek Lekkiej Atletyki wywiązuje się z tej roboty doskonale. Banda krwiożerczych Hunów ani naloty dywanowe nie zdemolowałyby polskich biegów długich tak skutecznie, jak robią to nasi powszechnie szanowani działacze. Strategia sprawdza się od lat. Wszyscy pamiętamy ten profesjonalizm – a to kogoś nie powołano, a to komuś utrudniono, tego dyskretnie utrącono, tamtemu przeszkodzono… Efekty są fenomenalne. Czołówka polskich długodystansowców z PZLA nie chce mieć nic wspólnego. Większość z nich poszła służyć w wojsku, dla armii biega na cały etat i nawet w szczycie sezonu nasi najlepsi zawodnicy długodystansowi startują nie w prawdziwych mistrzostwach, tylko w rywalizacji mundurowych. I w sumie bardzo dobrze, bo ostatnie, czego potrzeba w Polskim Związku Lekkiej Atletyki, to biegacze. Wszyscy radzą sobie doskonale bez nich, a zadowolone są obie strony. Biegacze mają święty spokój i mogą zdobywać medale w rywalizacji z amatorami, zamiast męczyć się w prawdziwych mistrzostwach z Kenijczykami, a działacze nie muszą się z nikim użerać.

Wieloletnia ciężka praca u podstaw przyniosła obfite owoce w tegorocznych kwalifikacjach do przełajowych Mistrzostw Europy. Bo żeby wszystko wyglądało jak należy, przeprowadzono kwalifikacje krajowe. Wygrywasz, jedziesz, musi być przecież sprawiedliwie. Doszło, co prawda, do tradycyjnej małej aferki w biegach młodszych kategorii wiekowych, że nie pojechał ktoś z lepszego miejsca, tylko z gorszego, ale umówmy się – te kwalifikacje widziały już gorsze rzeczy. Takie drobiazgi nikogo nie ruszają.

Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się dla ułatwienia roboty sportowcom przemęcza Polski Związek Lekkiej Atletyki. Tam ciągle pracują! Wszystkiego przypilnują, a jeszcze niektórzy wtykają im szpilki. To nie ludzie, to wilki. Tegoroczne kwalifikacje do mistrzostw Europy w przełajach przeprowadzono w Kwidzynie. I to z jakim rozmachem! W biegu seniorek wystartowały całe dwie zawodniczki. Dwie, aż dwie, wyobrażacie to sobie? Tyle lat rzucania kłód pod nogi, a i tak znalazły się dwie desperatki, które postanowiły się kwalifikować. Strach się bać, bo za rok podobno przyjazd zapowiedziały aż trzy Polki i nie wiadomo, czy PZLA organizacyjnie da radę. W biegu męskim także odnotowano prawdziwy tłum – w kwalifikacjach wzięło udział czterech biegaczy. Cały kwiat naszego narodu zjawił się w Kwidzynie, aby pod okiem nieugiętych działaczy bić się o miejsca w reprezentacji.

Operacja „Sabotaż” poszła bardzo dobrze, chociaż nie idealnie. Bo, po pierwsze, najlepsza polska biegaczka, wyłoniona z dwóch, była w biegu głównym 31. na 77 zawodniczek. To nie jest zły wynik i widać, że ktoś w PZLA czegoś tu nie dopilnował. W biegu męskim duża ulga. Najlepszy Polak, wyłoniony z czterech, był 71. wśród 74, którzy dobiegli do mety. W młodszych kategoriach większość wypadała tradycyjnie, czyli blado, ale gdzieś tam udało się wyszarpać miejsce 77. na 83 finiszujących. I prawdziwy sukces w drużynie – biegacze U-23, czyli młodsi niż 23 lata, zajęli zaszczytne 16. miejsce wśród 16 zespołów, przegrywając również z Izraelem, prawdziwą potęgą biegów długich. Byłyby to perfekcyjne mistrzostwa, gdyby nie duży zgrzyt w rywalizacji biegaczek U-23. Tutaj Polka zajęła wysokie, ósme miejsce. Jest to ewidentna wpadka działaczy, która mogła wywrócić całą operację „Sabotaż”. Trudno jednak mieć do nich pretensje – nasza najlepsza reprezentantka trenuje na co dzień w USA i nie zjawiła się na kwalifikacjach krajowych. Dzięki temu, że nie biegała, wygrała i dlatego została wysłana. Nikt nie mógł przewidzieć, że pod okiem amerykańskich trenerów zdradliwie przyszykuje wysoką formę. Miejmy nadzieję, że taka sytuacja już się więcej nie powtórzy. Podczas gdy Państwo czytacie, oni, w sztabie polskich biegów długich, już nad tym pilnie pracują. Za rok kolejne mistrzostwa w przełajach – tym razem w Holandii.

Wyniki mistrzostw Europy w przełajach dostępne po kliknięciu w link

14 przemyśleń nt. „Heroiczna porażka Polaków w Mistrzostwach Europy [Felieton]

  1. brawo,w krótkim komentarzu zawarłeś cały obraz biegów długich w Polsce,gdyby nie mundurówki to byśmy ,,leżeli,,i jak przed kilkunastoma laty zawodnik {JB}wygrywa Mistrzostwa Polski na 10000m a na drugi dzień jedzie do Jarosławca żeby zarobić na życie,dzisiaj jest to samo i mistrzyni Polski prosto z Mistrzostw jedzie na bieg do Holandii zeby zarobić na życie bo mistrzostwo to nic ważnego,można by długo ale moja rada dla ambitnych biegaczy -poczytajcie sobie książki np.Maratończyka B>Rodgersa albo Sztukę zwycięstwa twórcy Nikea i jednocześnie wielkiego filantropa z Oregonu-tam jest wszystko a nasi ,,wspaniali ,,biegacze ze swoimi 30 minutami/10km mogą porywalizować na żużlowej bieżni najwyżej wirtualnie z Kusocinskim,gratulacje Marcin ,od dawna w prawdziwym biegowym mainstreamie jesteś nr 1

  2. Najgorsze że to nie ironia i nie bez przyczyny cytaty z filmów Bareji, który tylko lekko koloryzował rzeczywistość. Tutaj dokładnie tak samo żeby nie było przykro – fakty kolorowane ironią co nie zmienia przecież stanu faktycznego… i apropos wspomnianych eliminacji drobna nieścisłość Marcin. Pojechała zawodniczka z USA ale oficjalnie najlepsza w kwalifikacjach pani S.Ś nawet nie została zapytana o chęć wyjazdu (czyt. zwyciężczyni kwalifikacji oraz jednocześnie mistrzyni polski w U-23). Róbmy swoje póki jeszcze ciut się chce – karma wraca 🙂 – miejmy nadzieję 😛

  3. smutno, że że zawodnicy na polskim wysokim poziomie nie mają marzeń ,mając 20 lat nie myślą i nie wierzą już na początku w bieganie na wysokim poziomie,tak jest np. w Stanach gdzie najpierw trzeba zrobić wynik a potem można dopiero czegoś oczekiwać,tam w latach 70-tych i 80-tych wszyscy biegacze i maratończycy mieli normalną pracę i trenowali dwa razy dziennie w spartanskich warunkach a o obozach w górach nie mieli pojęcia, bez problemu biegali 27-28 minut /10 i 2.09-,2.10 maraton,co ma do zrobienia 20-23 letni biegający już coś młody chłopak ,wystarczy studiować, trenować i wierzyć że się uda.Ostatnio rozmawiałem z kolegą{życiówka 2.12}przeglądając jego zeszyty treningowe z najlepszego okresu i zapytałem go czemu nigdy nie zaryzykował i i nie próbował przygotować się na 2.09,odpowiedział:wiesz że nawet o tym nie myślałem ,miałem stabilizację życiową i to wystarczało,zakończyłem rozmowę:kto nie ryzykuje ten szampana nie pije[w owym czasie na Mistrzostwach Polski w Dębnie 2godz.22.minuty wystarczyło na 42 miejsce

  4. Tak 2:09 w latach 70-tych. To tylko w USA możliwe 🙂 Byle chłopak z podwórka wtedy biegał szybciej niż ówczesny rekord świata. 27 min na 10 km to słyszałem, że po drodze w maratonie biegali. No i spartańskie warunki! Pewnie dlatego wizy mają dla Polaków, żeby z tego naszego dobrobytu nie uciekali…
    Ironia, ironią, ale już nie przeginajcie z tymi komentarzami. Nie ma dobrych zawodników w biegach długich, to i wyników nie ma, a w konsekwencji pieniędzy. Byle kulomiot jest na wyższym poziomie, niż nasi biegacze na 10 km, to niby dlaczego mamy ładować pieniądze jako państwo w słabiaków, jak możemy w perspektywicznych zawodników w innych konkurencjach?

  5. Zupełna i totalna niekompetencja,zdziwienie że w USA w latach 70_tych biegali 2.09,przecież już w 1967 Derek Clayton bodajże w Fukuoce nabiegal 2.09 i regularnie biegał 27 minut na 10 km,człowieku-przecież to takie proste kliknąć i sprawdzić a nawet tego w swojej nonszalancji nie potraficie zrobić i wstyd że piszesz takie bzdury,zaznaczam że ja to już 25 lat temu zauważyłem bez Internetu a komuś nie chce się kliknąć ,żal i przykro

    1. Nie wspominając o tym, że Ron Clark pobiegł dychę w 27:39 już w 1965 roku. Ale to do niektórych nie dociera i dlatego w Polsce dzisiaj 29 minut na dyszkę uważa się za dobry wynik, podczas gdy na świecie od dawna biegają na tym poziomie kobiety…

  6. Derek Clayton – typowy Amerykanin 🙂 „człowieku – jakie to proste kliknąć i sprawdzić”, na pęczki tych Amerykańców tyle biegało. Może mniej Harnasia?

  7. Lapiesz za słówka ,wiadomo że Clayton to Australijczyk,chodzi o idee a Ty czepiasz się szczegółów,chodziło ogolnie o to jaki był poziom wynikow na świecie,ale cieszę się że kliknąłeś,o to mi chodzilo-gdybys nie kliknal to byś nie wiedział ze ktos taki istniał w moich zeszytach treningowych z 1984 roku miałem wtedy cytaty z jego książki,gdyby była potrzeba to służę cytatami bo tego nie dasz rady wyklikac,pozdrawiam i proponuje pojedynek na żywo bez Internetu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger