fbpx

Wiadomości

[caption id="attachment_57336" align="aligncenter" width="1024"] (c) Wszelkie prawa zastrze¿one, www.sportografia.pl www.aktywer.pl, www.pzumaratonwarszawski.com[/caption] [h2]Nogi ogolone? Ogolone. Ramiona też! Magnez brałeś? Jasne, cały miesiąc. Torby z zakupami? No, co ty! Leżenie plackiem, wciskanie rodzinie kitu, że „coś mnie bierze”. Wiadomo, maraton. Ważna rzecz. Dla tatusia najważniejsza.[/h2] Na zrealizowanie biegowego celu na poziomie „ambitnie amatorskim” składa się cała masa czynników. Od oczywistych, jak forma biegowa czy waga, po drobniejsze, rzadko goszczące w arsenale biegacza. Wiadomo – im wyżej wchodzisz, tym większa dbałość o szczegóły. A więc szykuję się do Maratonu Warszawskiego. Wynik z wiosny daje poczucie graniczące z pewnością, że „dwójka z przodu” jest na wyciągnięcie ręki. Toteż zbroję się na maksa. Profesjonalny trener – bo sam sobie planu nie napiszę. Profesjonalny dietetyk – bo gdzie, jak gdzie, ale „przy zdrowiu majstrować nie będę”. Na lodówce plan treningowy i zalecenia, co i kiedy jeść. Zakomunikuj wszystkim swoją misję, a na pewno się dostosują. A przynajmniej zrozumieją. Bo przecież twój maraton jest najważniejszy. Postanawiam, że będę jak Kipchoge, który otoczył się fachowcami od wszystkiego. Piszczele obkleił taśmami, na chudy kenijski tyłek włożył gatki z aerodynamicznego, a jednocześnie przepuszczającego powietrze materiału, ogolił czaszkę (to już standard) i tak dalej. Ponieważ nie mogę pozwolić sobie na zakup butów za 250 dolców, sprawiam sobie nówki modelu, który lubię najbardziej. Wiadomo, że będą lepsze od poprzednich! Ze spodenkami też problem – jeśli przylegające, to bez kieszonki na żele. A żele najważniejsze, więc zostały te z kieszonką, choć dramatycznie stawiają opór. Jak tu żyć, panie trenerze. Łba golić nie musiałem, bo i tak jest łysy. Przez miesiąc dzielący mnie od startu do wypijanej codziennie wody (minimum trzy litry, a w tygodniu startowym nawet pięć) dodaję tabletkę magnezu (skurcze), a w ostatnim tygodniu wlewam w siebie litr soku pomidorowego dziennie (potas). Do tego izotonik (nawodnienie) i vitargo carboloader, żeby na starcie nie zabrakło glikogenu, a żołądka nie obciążać masą pokarmową. Ostatnie dni to unikanie angażowania się w prace domowe (regał z Ikei do dziś pozostaje nieskręcony), ubieranie się „jak na Syberię” (unikamy przeziębienia), motywacyjna playlista na Spotify i książki, dzięki którym wiem, że „jestem zwycięzcą”, bo wychodzę „poza strefę komfortu”. Standard. Jedyne, o czym zapominam, to wizualizowanie siebie przekraczającego metę z uniesionymi ramionami, całego we łzach, tuż pod zegarem wskazującym dwie godziny, pięćdziesiąt minut i cokolwiek za nimi… Zrozumiałą rzeczą jest wstrzymanie się w okresie przedstartowym od wszelkiej aktywności seksualnej (z masturbacją włącznie) i unikanie jak ognia używek (piwa i tabaki). Wstrzemięźliwość, asceza, pokuta. Jednym słowem – mnich. Mnich odziany w dres z nieszeleszczącego materiału. Z tego, co wolno, co należy i co bezwzględnie trzeba, mógłbym ułożyć listę, która weryfikowana przed zawodami dawałaby Wam stuprocentową pewność osiągnięcia celu. Wystarczyłoby odhaczać kolejne punkty. Piece of cake, jak mawiał Duke Nukem. Tylko czy lista taka cokolwiek by zagwarantowała? Być może sprawiłaby, że na linii startu stawalibyście w poczuciu zrobienia absolutnie wszystkiego, co – jak mówią związkowcy – w danej sytuacji zrobić można było. Rzeczywistość jest bowiem taka, że o ile nie dopuściliście się spektakularnego spieprzenia ostatniej fazy przygotowań, jak zarwanie nocy lub dwóch przed startem, odpuszczenie kilku treningów z rzędu czy założenie na start zupełnie nowego obuwia… niewiele z tych magicznych sztuczek Wam pomoże. Jeżeli jesteście w formie, to jesteście. A jak nie jesteście, to nie jesteście. I koniec. Kropka. Jeżeli zatem nie biegacie jak wspomniany zwycięzca z Berlina (lub Warszawy czy Torunia), nie dajcie się zwariować! Nie fiksujcie się na drobiazgach, które dla nawet próbującego łamać trójkę amatora nie mają żadnego znaczenia. Przygotowujcie się solidnie, ciężko trenując i dbając o higienę – zarówno w kuchni, jak i sypialni. I cieszcie się startem. W końcu to tylko… maraton. Tylko i aż ;-)
[h2]Z końcem sezonu plan treningowy każdego biegacza ulega zmianie. Częściowo modyfikuje się go z myślą o zawodach, których terminy przypadają na początek przyszłego sezonu, ale nie sposób zignorować fakt, że inaczej podchodzimy do treningów również z innych powodów. Być może odpowiedzią na te powody jest klasyczne roztrenowanie biegacza.[/h2] [h3]Roztrenowanie biegacza, czyli właściwie co?[/h3] Pojęcie roztrenowania to nic innego jak okres bez standardowych treningów biegowych. Zamiast biegać, zawodnik skupia się na regeneracji. Regenerację w tym sensie rozumie się oczywiście jako wykluczenie z planu dnia samego biegania, ale nie wyklucza się aktywnego odpoczynku – w tym wizyt na siłowni czy basenie. [h3]Czy taka przerwa jest konieczna?[/h3] Nie każdy biegacz musi decydować się na przerwę w treningach. Roztrenowanie biegacza jest konieczne, jeśli ten uprawia sport zawodowo lub jest bardzo ambitnym, intensywnie trenującym amatorem, ale w przypadku pozostałych biegających nie jest ono obowiązkiem. Istnieje jednak wiele przesłanek ku temu, by zrezygnować z treningów na jakiś czas. Ciągłe treningi i starty w zawodach to dla każdego organizmu ogromny wysiłek fizyczny. Oczywiście przy odpowiedniej ilości snu, liczbie dni wolnych od treningu i zabiegach wspomagających regenerację można zakładać, że organizm jest wystarczająco wypoczęty i gotowy do podjęcia kolejnego wysiłku. Niestety, łatwiej o tym powiedzieć, niż to wszystko zrobić. Dobry sen zakłócać może choćby stres, dni wolne od treningu bywają wypełniane zupełnie innym wysiłkiem (ale wciąż wysiłkiem, który również obciąża organizm biegacza), a o czynnościach takich jak chłodzenie, rolowanie czy rozciąganie każdemu zdarza się zapomnieć (przyznaj, uśmiechnąłeś się teraz do siebie, Czytelniku). Chcąc podreperować swój organizm warto zdecydować się na roztrenowanie biegacza. Przeżywając sezon intensywnie, biegacz męczy się nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Poczucie obowiązku i przemożna chęć wykonania wszystkich zaleceń trenera może powodować pewien dyskomfort psychiczny, zwłaszcza jeśli trzeba godzić treningi z innymi zajęciami, a czasem na rzecz treningów z nich rezygnować. Może to wywoływać coś w rodzaju „poczucia winy”, które każdy biegacz chyba zna. W ciągu sezonu niektórzy biegacze miewają nawet kilka mniejszych czy większych kryzysów, których przezwyciężanie również daje o sobie znać w obrazie całościowym. Roztrenowanie biegacza może być więc również doskonałym remedium na wszelkie psychiczne zawahania. [h3]Jak długo i kiedy – oto jest pytanie[/h3] O tym, jak długo powinno trwać roztrenowanie biegacza, powinien zadecydować on sam. Chociaż ta decyzja wymaga porozumienia z trenerem i fizjoterapeutą, to jednak biegacz wie najlepiej, czy przerwa jest mu potrzebna, a jeśli jest, to jak długo powinna trwać. Warunek jest jeden: musi być ze sobą absolutnie szczery. Niektórzy biegacze skracają okres swojego roztrenowania, bagatelizując konieczność pełnej regeneracji np. po przebytej kontuzji, inni zaś przesadnie wydłużają przerwę w cyklu treningowym. Każdy przypadek roztrenowania powinien być rozpatrywany indywidualnie, ale można przyjąć zasadę, że im bardziej intensywny był sezon (pod kątem startów, bardzo mocnych treningów i przebytych kontuzji), tym dłuższe powinno być roztrenowanie. W przypadku zawodowca więc może ono trwać do kilku tygodni, a amatorowi w zupełności wystarczy kilka do kilkunastu dni regeneracji. Czas odpoczynku powinno się planować względem przyszłego wysiłku, w domyśle następnych ważnych zawodów. Przyjmuje się, że roztrenowanie biegacza jest zwieńczeniem całego sezonu i jest to słuszne założenie. Od momentu roztrenowania (czyli końca sezonu) do pierwszego startu w następnym sezonie mija bowiem odpowiednio dużo czasu, by móc dobrze go wykorzystać i zmieścić w nim budowanie bazy tlenowej, wypracowanie odpowiedniej wytrzymałości i niezbędne do łamania nowych życiówek sesje szybkościowe.
[h2]Kenijczyk Abraham Kiptum, dopiero od trzech lat trenujący wyczynowe bieganie, pobił w Walencji rekord świata w półmaratonie, osiągając czas 58 minut i 18 sekund. Biegacze wykorzystali idealne warunki pogodowe. Poprzedni rekord wynosił 58:23 i należał do Zersenaya Tadese z Erytrei.[/h2] Jeszcze dzień przed biegiem sami organizatorzy nie mieli pojęcia o tym, że padnie tak znakomity czas. Nikt nie anonsował ataku na rekord. Wynik 58:23 Zerseaya Tadese z 2010 roku długo opierał się kolejnym zmasowanym próbom Kenijczyków i Etiopczyków. W Walencji "zające" mieli poprowadzić stawkę biegaczy z Kenii i Etiopii tylko na złamanie bariery 59 minut. Pierwszą dychę, osiągniętą w 28 minut i dwie sekundy pokonała stawka aż piętnastu biegaczy. Wtedy z grupy wyłamał się Abraham Kiptum, który ruszył samotnie w jeszcze szybszym tempie - równo po 2:44/km. 15 kilometrów osiągnął w 41 minut i 40 sekund, a 20 kilometrów w 55:18. Cały czas nadrabiał dystans do rekordowego wyniku Tadese. Na 15 km miał do niego 7 sekund straty, a na 20 km już 3 sekundy przewagi. Mimo samotnego biegu Kiptum był w stanie utrzymać mordercze tempo - drugą dychę pokonał w 27:16, co jest jedenastym w historii wynikiem na samo uliczne 10 kilometrów! Pomagał lekki wiatr w plecy na drugiej połowie trasy, a także idealna pogoda - temperatura wynosiła 11 stopni. Dodatkowo Walencja ma jedną z najszybszych tras półmaratońskich na świecie. Dzięki rekordowemu biegowi Kiptuma do tego hiszpańskiego miasta należą obecnie rekordy świata i wśród mężczyzn, i kobiet. Poprzedni rekord świata mężczyzn w półmaratonie był ustanowiony na innej szybkiej trasie - w Lizbonie. Kim jest 29-letni Abraham Kiptum? Jak się okazuje, to biegacz, który nie ma zarejestrowanego żadnego wyniku sprzed roku 2015. Przypomina w tym poprzedniego rekordzistę świata w maratonie, Denisa Kimmetto. Podobnie jak on, Kiptum pojawił się znikąd, niemal od razu uzyskując fenomenalne czasy. Jego pierwszy zarejestrowany wynik to maraton w Rabacie w 2015, gdzie osiągnął czas 2:11:36. W kolejnym roku skupiał się na półmaratonach, doprowadzając życiówkę do wyniku 59:36. W 2017 przebiegł trzy maratony - dwa powyżej 2:10, a na jesień strzelił świetny czas - 2:05:26 w Amsterdamie, gdzie zajął trzecie miejsce. Wreszcie ten sezon - Abraham Kiptum wiosną wygrał maraton w koreańskim Daegu, z czasem 2:06:29. Jesienią wziął udział w mocno obsadzonym półmaratonie w Kopenhadze, gdzie duża grupa biegaczy atakowała rekord świata. Już tam Kiptum pobiegł bardzo dobrze - zajął 2. miejsce z czasem 59:09. W międzyczasie wystartował jeszcze w przełajach w Kenii i wreszcie w Walencji wpisał się na listę rekordzistów świata na dystansie, na którym w przeszłości specjalizował się m.in. Haile Gebreselassie. Szybkie bieganie miało miejsce także wśród kobiet. 10 miejsce z trzecim w historii polskiego półmaratonu czasem 1:10:43 zajęła Karolina Nadolska. Zwyciężyła Etiopka Gelete Burka - 1:06:11. Kolejne trzy biegaczki także rozprawiły się z barierą 1:07. Wśród mężczyzn aż 10 zawodników pobiegło szybciej niż 60 minut. Najszybszym Europejczykiem był Brytyjczyk Callum Hawkins, który osiągnął równy czas 61 minut - dało to zaledwie 18. miejsce. Dla porównania, rekord Polski wynosi 61:35 i od czasu ustanowienia 18 lat temu nikt z naszych biegaczy nie był się w stanie do niego zbliżyć.
[h2]Suunto 9 to obecnie najbardziej zaawansowany zegarek fińskiego producenta. Zaprojektowany z myślą o wymagających użytkownikach, stworzony we współpracy z zawodowymi sportowcami. Efekt? Sami zobaczcie.[/h2] „Dziewiątka” to najdroższy, ale i najbardziej wypasiony model Suunto. Na pierwszy rzut oka trudno go odróżnić od Suunto Spartan Ultra, w którym wiele osób narzekało na działanie wyświetlacza dotykowego. Jednak najwyraźniej producent wziął to pod uwagę i w testowanym przeze mnie modelu Lime (wersja bez wysokościomierza barometrycznego) dotykowość działa już bez zastrzeżeń. Jedynie podczas nocnego biegania objawia się drobny mankament. Po dotknięciu wyświetlacza powinno się włączyć podświetlenie, nie zawsze tak się jednak działo. Czasem trzeba wręcz uderzyć palcem, a czasem wcisnąć przycisk. Wyświetlany obraz jest bardzo wysokiej jakości i nawet w mocnym słońcu dobrze czytelny. Prawie idealnie działa też parowanie zegarka z telefonem. Prawie, bo już zgrywanie długich (ponad siedmiogodzinnych) aktywności poprzez aplikację na telefonie czasem kończyło się problemami. Ato była widoczna niecała aktywność, a to nie odpalił się filmik. Nie zdarzało się to zbyt często, ale jednak. Problem rozwiązywał się, gdy zgrywałem dane bezpośrednio podłączając zegarek za pomocą kabla. [h3]Dokładność GPS[/h3] Dokładność GPS jest bardzo wysoka. Nieważne czy teren jest płaski czy górzysty, czy jest las czy otwarty teren, ślad jest dokładnie rysowany. Jak w każdym zegarku czasem się zdarzy jakieś odstępstwo, ale są to sporadyczne przypadki. Co ważne, zegarek szybko łapie sygnał. Jak przystało na model multisportowy, "dziewiątka" posiada możliwość nawigacji. Sam zegarek nie wyświetla mapy, ale na platformie movescount można wyznaczyć w banalny wręcz sposób trasę, wgrać ją do zegarka, a ten będzie nas po niej prowadził. [h3]Tempo chwilowe i pomiar tętna[/h3] Tempo chwilowe również działa całkiem poprawnie, bez większych skoków. Ponadto zmiana chipseta z Sirf'a na Sony wyszła zegarkowi na dobre. Niestety równie pozytywnie nie można się wypowiedzieć o pomiarze tętna z nadgarstka. Dokładność wskazań jest, łagodnie mówiąc, mizerna.Wartości w moim przypadku były notorycznie zawyżane i wychodziło, że stale biegałem na maksa. Używając opaski zamiast optycznego miernika miałem często średnie tętno biegu niższe o 8 do 10 uderzeń, a to jest przepaść. Optyka jednak całkiem poprawnie działa w czasie siedzenia na kanapie, do innych aktywności lepiej ją wyłączyć. Zegarek jest w stanie również poinformować nas, w jakiej strefie tętna aktualnie biegamy. Aby ta funkcja zadziałała jednak poprawnie, należy zegarek odpowiednio skonfigurować: W "dziewiątce", podobnie jak w większości innych modeli Suunto, zdecydowaną większość ustawień dokonuje się z poziomu komputera. Do wyboru jest wiele dyscyplin sportu, możemy też ustawić sobie poszczególne ekrany i pola zgodnie z własnymi potrzebami. Działa to sprawnie, ale serwis mógłby być nieco bardziej intuicyjny. [h6]Mimo bardzo gęstego lasu liściastego i górskiego terenu nie było problemów z sygnałem, a ślad został poprawnie wyrysowany[/h6] Bardzo mocną stroną zegarka jest bateria. Wraz z pomiarem tętna (czasem z nadgarstka, a czasem z opaski) służył mi przesz 19-20 godzin, przy czym aktywność była rozłożona na 4 dni. Pomiędzy treningami zegarek również był włączony, tyle że bez monitorowania tętna. Tak długi czas działania przy najlepszych ustawieniach pozwala na przebiegnięcie nawet bardzo długich biegów ultra. Czas ten można jednak nawet jeszcze wydłużyć, zmieniając częstotliwość próbkowania GPS z 1 s na 60 s lub 120 s, czy obniżając jakość pomiaru. Szczególnie, że technologia Fusedtrack dzięki zbieraniu informacji z czujników ruchu, umożliwia narysowanie śladu mimo braku zapisu na podstawie GPS. Owszem, ślad nie jest idealny, odbiega od rzeczywistego, ale jest znacznie bardziej do niego zbliżony niż linia prosta łącząca punkty co minutę. Również dystans dzięki takiemu rozwiązaniu jest znacznie bliższy prawdy. Suunto umożliwia także zaprogramowanie prostego treningu interwałowego. Funkcja ta nie jest szczególnie rozbudowana, co dla wielu jest największą bolączką tego zegarka. Suunto 9 Lime różni się od 9 Baro brakiem wysokościomierza barometrycznego. Ma to wpływ nie tylko na jakość wskazań wysokości i zliczania przewyższeń. Wersja Baro umożliwia wyświetlanie wysokości nawet gdy nie jest włączona rejestracja aktywności. [h3]Podsumowanie[/h3] Suunto 9 Lime to model stworzony przede wszystkim da miłośników biegów ultra, którzy docenią bardzo długi czas działania baterii. Zegarek jest dopracowany i działa bardzo stabilnie, a funkcje które są, po prostu działają. Ponadto co jakiś czas wychodzą aktualizacje, które stanowią dopracowywanie szczegółów. Szczerze mówiąc, gdyby Suunto 9 posiadał możliwość programowania bardziej rozbudowanych treningów, byłby w zasadzie zegarkiem kompletnym.
Kenijczyk Abraham Kiptun pobił w Walencji rekord świata w półmaratonie, wygrywając z czasem 58:18 (2:45/km). Poprzedni rekord należał do Zersenaya Tadese z Erytrei i wynosił 58:23.
[h2]Polskiej biegaczce i triathlonistce pod koniec września udało się wejść na ósmy pod względem wysokości szczyt Ziemi. Joanna Kozanecka opowiedziała w rozmowie z Jarkiem Więcławskim m.in. o zdobyciu pierwszego ośmiotysięcznika, doświadczeniu zdobytym w bieganiu i triathlonie, które może przydać się w górach oraz kolejnych planach.[/h2] Do tematu biegania na pewno wrócimy, ale nie mogę zacząć rozmowy inaczej niż od wspomnienia ostatniego sukcesu – zdobycia szczytu Manaslu wspólnie z Moniką Witkowską. Jakie to uczucie móc znaleźć się na wysokości 8156 metrów nad poziomem morza? To jest niesamowite uczucie, ale tak naprawdę satysfakcja i uczucie szczęścia przychodzi dopiero w bazie. Szczyt to dopiero połowa drogi. Trzeba pamiętać jeszcze o bezpiecznym zejściu. Podczas zejścia zdarza się najwięcej wypadków, dlatego trzeba być niezwykle skoncentrowanym i uważnym. Oczywiście była mała euforia na szczycie, przybiłyśmy sobie piątkę, szybko zrobiłyśmy zdjęcia, ale tak naprawdę cała radość i świętowanie było dopiero w bazie, gdy wiedziałyśmy, że jesteśmy już bezpieczne. A na szczycie wrażenie jest niesamowite. Widoki są zapierające dech w piersiach (wcale nie z powodu wysokości), poczucie spełnienia i świadomość, że dałam radę – to jest nie do opisania. Kiedy pojawił się pomysł wyprawy na Manaslu? Która z was była pomysłodawczynią? Pomysł pojawił się rok, półtora roku temu. Trudno powiedzieć, która z nas była inicjatorką. Ja chciałam pojechać i spróbować się na niższym ośmiotysięczniku, Monika rzuciła hasło, że może Manaslu. Nasze dwa cele idealnie się zgrały, więc decyzja została podjęta. To była nasza wspólna inicjatywa. Ile trwały przygotowania do tej wyprawy? Nie pytam o logistykę, ale kwestie treningowe. A może, gdy ktoś biega maratony, biegi ultra czy uprawia triathlon, to nie potrzebuje specjalnego przygotowania do takiej wędrówki? Wręcz przeciwnie. Wiele razy słyszałam, że u osób, które są bardzo mocne, wytrzymałe na nizinach, biegają maratony poniżej 3 godzin (ja biegam w granicach 3:45-3:50), nie przekłada się to na wspinaczkę w górach wysokich. Oczywiście są też wybitne jednostki, które świetnie radzą sobie i w górach i na nizinach. W przygotowanie do wyprawy włożyłam bardzo dużo pracy. W Warszawie, w której mieszkam, nie byłam w stanie przygotować się do wysokości. Jednym możliwym sposobem było wypożyczenie od znajomych triathlonistów namiotu tlenowego, w którym spałam przez miesiąc. Niestety w takim namiocie mogłam zaaklimatyzować się jedynie do wysokości 3900m., a baza, w której mieszkaliśmy, była na 4800m. Do swojego treningu biegowo-triathlonowego dołożyłam jeszcze siłownię – 2x w tygodniu, gdzie wzmacniałam przede wszystkim nogi, brzuch, grzbiet oraz pracowałam nad mięśniami głębokimi. Do tego dodałam jeszcze schody (12 pięter, 10-15 razy), które najbardziej oddają ruch i pracę mięśniową wykonywaną w górach. Chodząc po schodach stosowałam dodatkowe obciążenie w postaci zapakowanego plecaka – 20 kg. Do wyjazdu przygotowywałam się bardzo intensywnie przez ponad rok. Weźmy też pod uwagę, że od 10 lat biegam i od 5 lat uprawiam triathlon, więc miałam dobra bazę i wydolność, na której trzeba było „tylko” zbudować siłę. Zdobycie ośmiotysięcznika to dotychczas było największe wyzwanie? Da się to w ogóle zestawić z wyzwaniami jak triathlon, ultra czy Ironman? Trudno powiedzieć. W tym momencie dla mnie zdobycie Manaslu, ósmej góry świata jest największym wyzwaniem. Ale gdybyś mnie spytał po pierwszym Ironmanie w 2014 roku, mimo że miałam już zaliczone góry sześcio- i siedmiotysięczne, to powiedziałbym, że Ironman jest tym największym moim sukcesem. Zdecydowanie było to największe wyzwanie, ale szczerze nie wiem czy Ironman lub biegi na 150 km kosztowały mnie mniej i czy to był mniejszy wysiłek. To zdecydowanie były krótsze wyzwania, tutaj trwało to 3 tygodnie, a triathlony i biegi zajmują 12 czy 30 godzin. Zupełnie nie da się tego porównać. To, że wspinałyście się we dwie ułatwiało sprawę? Sportowiec, który zwykle startuje indywidualnie nie ma problemu ze współpracą? Zdecydowanie nie. Jeśli wszystko dobrze zaplanujemy, dobrze zorganizujemy, porozmawiamy z partnerem, jak ja widzę drogę na szczyt czy aklimatyzację, to wręcz to ułatwia wspólne funkcjonowanie w tak ekstremalnych warunkach. To jest niesamowity motywator do działania, a jednocześnie taki partner to bardzo duże poczucie bezpieczeństwa. Mogę to odnieść do biegu na 150 km. Gdy biegnie się już drugą noc, to szuka się kogoś, z kim można biec razem. Można z tą osoba nie rozmawiać całą noc, można nawet nie wiedzieć, jak ta osoba się nazywa, ale świadomość, że jest obok ciebie ktoś jeszcze, powoduje, że głowa inaczej funkcjonuje. Tak samo było tutaj. Dzięki drugiej osobie czułam się bezpieczniej. Pierwszy ośmiotysięcznik, ale nie pierwsza góra. Kiedy zaraziłaś się pasją chodzenia po górach? Od kiedy pamiętam zawsze marzyłam, żeby chodzić po górach. Gdy byłam mała, mama zabierała mnie w góry i wtedy zakochałam się w ich pięknie.. Podczas studiów w Warszawie, ukończyłam kurs przewodników beskidzkich. Tam nauczyłam się chodzić po górach i poznałam odpowiednich ludzi. Kolejne osoby, które spotykałam na swojej drodze, pchały mnie w wyższe góry. Dodatkowo zaczytywałam się w książkach na temat polskiego i światowego himalaizmu. Prawie wszystko, co ukazało się na temat polskich bohaterów w górach wysokich, zostało wnikliwie przeze mnie przeczytane. To rozbudziło moja wyobraźnię i marzenia. Musiałam tylko trochę poczekać, zdobyć doświadczenie i wytrzymać, żeby w końcu podjąć decyzję i ruszyć w góry. Piotr Pustelnik, gdy tłumaczył powody górskich wspinaczek mówił, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje: na tych, którym tej pasji nie trzeba tłumaczyć i tych, którym się jej nie wytłumaczy. Tłumaczenie powodów nie ma sensu, ale co decyduje o tym, że celem staje się konkretny szczyt? Niektórzy wręcz pewne góry traktują jak obsesję. To zależy od człowieka. Ja na początku chciałam zdobyć „jakiś” ośmiotysięcznik. Nie byłam zdecydowana na konkretną górę. Jednak w momencie, gdy podjęłyśmy decyzję, to rzeczywiście trochę „weszłam” na tę górę. Czytałam wszystko na jej temat, szukałam filmików, relacji. Przed samym wyjazdem znałam dokładnie trasę. Wiedziałam, gdzie leżą obozy, jak wyglądają te miejsce, gdzie mamy je zakładać itd. Gdyby ktoś po przyjeździe do Nepalu powiedział mi, że nie wchodzimy na Manaslu, tylko pójdziemy na inną górę, to miałabym z tym problem. Joanna Kozanecka to biegaczka, triathlonistka, która chodzi po górach czy alpinistka, która biega i bierze udział w triathlonie? Haha. To jest bardzo dobre pytanie. Szczerze mówiąc, jest mi trudno na nie odpowiedzieć. Chyba bardziej biegaczka i triahtlonistka, która chodzi po górach wysokich. Góry zdarzają się rzadziej, a bieganie i triathlon wiodą prym w moim kalendarzu. Aczkolwiek to niedługo może się zmienić. Co z biegania i triathlonu można wynieść w góry? Jakie elementy pomagają podczas wyprawy? Z biegania czy triathlonu wniosłam znajomość własnego organizmu, wiedzę jak reaguje na wysiłek. Dla przykładu – jestem astmatykiem i wiem, że każdy trening i wysiłek fizyczny muszę zaczynać powoli, aby moje płuca przyzwyczaiły się do zimnego powietrza bądź szybszej wentylacji. Taka wiedza powodowała, że w górach nie miałam żadnych ataków astmy i wszystko przebiegało bardzo bezpiecznie. Wiedziałam, jak mój organizm zachowuje się w momentach, gdy mam ścianę i wiem, co powinnam wtedy robić, jak powinnam się zachowywać, żeby przetrwać kryzys i wrócić do normalności. Dzięki triathlonowi i bieganiu wiedziałam, jak organizm funkcjonuje w kryzysowych sytuacjach. Z gór też można wynieść coś, co przydaje się w biegach? Z gór przenoszę przede wszystkim wytrwałość i cierpliwość. Gór nie zdobywa się szybko. Trzeba być bardzo cierpliwym. Zdarza się, że schodzimy na dół, jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani, obozy są założone, szykujemy się do ataku szczytowego, a nagle przychodzi załamanie pogody i trzeba czekać. Czasami nawet tydzień bądź dwa. Nie jesteśmy w stanie wtedy nic zrobić. To można przełożyć na treningi biegania i triathlonu. Gdy wydarzy się coś, co zaburzy plan treningowy i przygotowania, trzeba po prostu przeczekać, wrócić do zdrowia i wtedy ruszyć od nowa, aby osiągnąć swój cel. Możliwość podróżowania dzięki występom to dodatek czy może właśnie istotny element doboru tras, miejsc, w których startujesz? Dla mnie zdecydowanie jest to istotny element mojego kalendarza startowego. Startując w maratonach czy Ironmanach staram się nie powtarzać miejsc i tras. Lubię odkrywać nowe miejsca, poznawać ludzi, lubię niespodzianki i przygody. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że uprawiam turystyka triathlonowo-maratonową. Bieganie, triathlon, Ironman, rower, wspinaczka. Jest w tobie chęć sprawdzania się w ekstremalnych warunkach i podnoszenia coraz wyżej poprzeczki? Na pewno jest we mnie potrzeba adrenaliny. Oczywiście jest też chęć sprawdzenia własnych granic. Uwielbiam trenować, ale uwielbiam też startować. Najcudowniejsze jest uczucie, kiedy widzę, że ciężka praca, którą wkładam w poranne i wieczorne treningi, dzień w dzień, przynosi efekt. To niesamowity motywator do działania, do podnoszenia poprzeczki coraz wyżej i wyżej. Dreszczyk adrenaliny, który temu towarzyszy jest niesamowity. Triahtlon czy Ironman to sporty, które jest w stanie uprawiać każdy? Czy jednak to wymaga odpowiedniego przygotowania fizycznego, ale przede wszystkim psychicznego? I triathlon i bieganie jest zdecydowanie dla każdego, ale każdego, kto jest bardzo zmotywowany. Droga do mety jest wymagająca i czasami ciężka. Jeśli tylko nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, to każdy może mieć takie marzenie i do niego dążyć. Nie wygląda to tak, że pobiega się trzy razy w miesiącu i już można startować. To ciężki wysiłek organizacyjny, logistyczny i fizyczny. Jeżeli ktoś jest na taki wysiłek gotowy, to jest w stanie to zrobić. Zdecydowanie. Starty w triathlonie zaczęłaś dość późno. Twoja droga do biegania w ogóle jest dość nietypowa, bo dyscyplina, od której zaczynałaś, należy do tych, o których istnieniu wielu po prostu nie wie. Dokładnie. Dyscyplina, która trenowała to korfball. Zaczęłam ją uprawiać dość późno, bo dopiero na studiach. Szybko dostałam się do kadry Polski i przez 7 lat reprezentowałam ją na zawodach międzynarodowych. A co to jest korfball? To holenderska dyscyplina, w której drużyny są koedukacyjne. Celem jest zdobycie jak największej liczby koszy, z tym ze kosz jest bez tablicy, umieszczony jest 6 metrów od linii końcowej boiska, a więc można grać dookoła kosza. Korfball uprawiałam prawie przez 10 lat, do momentu kontuzji kolana i zerwania więzadła krzyżowego. Wtedy porzuciłam trenowanie i „przesiadłam” się na bieganie, a potem też na triathlon. Skoro udało się już zdobyć ośmiotysięcznik, to domyślam się, że jest już jakieś kolejne wyzwanie na horyzoncie. Są już jakieś konkretne plany? Plany są i to nawet konkretne, ale na razie nie chcę jeszcze o nich mówić. Daję sobie dwa lata na ich realizację. To coś, co będę chciała zrobić, jako pierwsza Polka, dlatego na razie nie chcę na ten temat rozmawiać. Najprawdopodobniej za pół roku zacznę konkretne przygotowania. Nie wchodząc w szczegóły, to coś związanego bardziej z triathlonem czy górami? Zdecydowanie z górami. Moje plany triathlonowe, są jawne i znane od dawna. Największym marzeniem jest występ na Mistrzostwach Świata na Hawajach i dlatego mój projekt nazywa się IRON PINK POWER – PROJEKT KONA 2026. Teraz w planach zdecydowanie jest to cel górski.
Przedłużenie współpracy potwierdza silne zaangażowanie Columbii w trail running oraz bliskie relacje z UTMB®, najważniejszym na świecie świętem biegów górskich. Columbia pozostanie partnerem prezentującym UTMB® i oficjalnym dostawcą ubiorów i obuwia. Wszyscy biegacze otrzymają koszulkę uczestnika, a dla tych, którzy ukończą wyczerpujący bieg firma zaprojektuje i dostarczy kultową kamizelkę FINISZERA. Columbia ubierze również organizatorów, wolontariuszy oraz oficjalnych gości. W ciągu minionych 16 lat UTMB® zyskało rozgłos daleko wykraczający poza bazę w Chamonix i stało się cenionym na całym świecie górskim wydarzeniem biegowym. UTMB® łączy społeczności z pasjonatami biegów górskich, prowadząc uczestników przez trzy kraje - Francję, Włochy i Szwajcarię - docierając do dziesiątek tysięcy lokalnych widzów oraz, dzięki transmisji internetowej na żywo, do milionów fanów na świecie. Zaangażowanie Columbii we współpracę z UTMB® w ciągu ostatnich czterech lat przyniosło wiele korzyści każdej ze stron. Wydarzenie będzie w dalszym ciągu miejscem pierwszej prezentacji i bazą do testów linii Columbia Montrail, w tym obuwia, odzieży i sprzętu do biegania w terenie, zaprojektowanego z myślą o amatorach i profesjonalistach w tej kategorii. W tegorocznym UMTB®, Columbia wystawiła zespół ponad 50 biegaczy Columbia Montrail z całego świata. W zespole tym znalazł się Marcin Świerc z Polski, tegoroczny zwycięzca biegu TDS®. Columbia deklaruje współpracę z tą elitarną grupą w czasie treningów i  zawodów, aby wykorzystać ich doświadczenia i uwagi dla zapewnienia najwyższej jakości produktów Columbia Montrail. "Partnerstwo Columbii z UTMB® odzwierciedla naszą wspólną misję łączenia ludzi aktywnych z ich pasjami” - powiedział Joe Boyle, prezes Columbia Brand. "Zaangażowanie założycieli UTMB® – Catherine i Michel’a Poletti, a także całej społeczności UTMB jest niezwykle inspirujące i jesteśmy dumni, że możemy uczestniczyć w tym wyjątkowym wydarzeniu. Elitarni biegacze są żródłem bezcennych informacji, dzięki którym możemy tworzyć coraz lepsze produkty". "Doceniamy zaufanie, jakim Columbia obdarzyła nas, odnawiając swoje zaangażowanie w UTMB®", powiedzieli Catherine i Michel Poletti, założyciele i dyrektorzy UTMB®. "Bliska współpraca, trwająca od 2015 roku, pozwoliła nam dzielić się wspólną pasją do outdooru, a konkretnie – do biegów górskich, z coraz większą liczbą pasjonatów. Dzięki wsparciu Columbii możemy stale udoskonalać UTMB®, pokazywać nasze zaangażowanie w wartości sportowe i okazywać szacunek wyjątkowej przyrodzie masywu Mont-Blanc. Przedłużenie partnerstwa oznacza pełne poparcie Columbii dla podjęcia nowych wyzwań i potwierdza, że UTMB® pozostanie globalnym świętem górskiego biegania, które łączy trzy kraje i fanów na całym świecie."
[h6]Wielokrotny mistrz Polski Tomasz Grycko będzie jednym z faworytów Międzynarodowego Biegu Warciańskiego.[/h6] [h2]Już w ten weekend odbędzie się jeden z najmocniej obsadzonych biegów na 10 km w Polsce. W 38. Międzynarodowym Biegu Warciańskim w Kole wystartuje wielu biegaczy ze ścisłej polskiej czołówki. Zawody odbędą się w niedzielę 28 października.[/h2] Grycko, Nowicki, Gardzielewski, Dobrowolski, Trzaskalska, Brzezińska, Jagielska, Lisowska, Andrzejczak, Pobłocka-Dobrowolska i Janasiak - to nazwiska biegaczy elity, którzy wystartują w ten weekend w 38. Międzynarodowym Biegu Warciańskim. Stawka prezentuje się imponująco, a szybka trasa w kole zapowiada możliwość osiągania naprawdę ciekawych rezultatów. Międzynarodowy Bieg Warciański od lat przyciąga czołowych polskich biegaczy. W ubiegłym sezonie w Kole świeżo po zwycięstwie w 39. PZU Maratonie Warszawskim wystartował m.in. Błażej Brzeziński. Zajął wówczas 3. miejsce, a ustąpił tylko wojskowemu mistrzowi świata w maratonie Arkadiuszowi Gardzielewskiemu i mistrzowi Polski na 10 000 m Tomaszowi Grycko, który okazał się wówczas bezkonkurencyjny z wynikiem 29:29 - jednym z najszybszych w ulicznej dyszce w Polsce w 2017 r. Wśród kobiet walka była pasjonująca do samego końca, a 3 pierwsze biegaczki przekroczyły metę w  przeciągu 10 sekund. Wygrała Ewa Jagielska przed Aleksandrą Brzezińską i Pauliną Kaczyńską. Wszystkie 3 panie złamały wówczas 34 minuty. W tym roku do Koła powracają najlepsi z ubiegłorocznej edycji - Ewa Jagielska i Tomasz Grycko. Wydaje się, że Grycko ma duże szanse na kolejne zwycięstwo, gdyż 10 km to jego specjalność. W walkę o tryumf włączą się zapewne 21. zawodnik Mistrzostw Europy w maratonie z tego roku Arkadiusz Gardzielewski i najlepszy Polak 40. PZU Maratonu Warszawskiego Adam Nowicki. Ten pierwszy startuje ostatnio regularnie w biegach ulicznych w Polsce, ale na 10 km nie złamał w tym sezonie 30 minut. Nowicki dokonał tej sztuki 2 tygodnie temu w Biegu Barbórkowym w Lubinie, zajmując 2. miejsce z rezultatem 29:49 i wyprzedzając m.in. Arkadiusza Gardzielewskiego (30:15). Grycko natomiast w ten sam weekend startował w Krakowie w 5. PZU Cracovia Półmaratonie Królewskim, gdzie zajął 3. miejsce i był najlepszym Polakiem z wynikiem 1:04:44. Jego pojedynek z Adamem Nowickim zapowiada się bardzo interesująco. Wśród kobiet ubiegłoroczna zwyciężczyni będzie miała jeszcze trudniejsze zadanie. Chociaż Ewa Jagielska prezentują równą, wysoką formę, to w stawce znajdują się 2 zawodniczki, z którymi ostatnio przegrywała. Są to 10. zawodniczka mistrzostw Europy w maratonie z tego roku Izabela Trzaskalska i świeżo upieczona wicemistrzyni Polski w biegu na 10 km Monika Andrzejczak (w tym biegu Jagielska zajęła 3. miejsce). Zwłaszcza ta pierwsza, legitymująca się tegorocznym rezultatem na 10 km 32:46 wydaje się być poza zasięgiem rywalek. Ponadto kandydatkami do podium będą na pewno 2 Aleksandry: Lisowska i Brzezińska - obie są w stanie pobiec 10 km poniżej 34 minut, a wydaje się, że złamanie tej bariery będzie konieczne, by znaleźć się w czołowej trójce w Kole. 38. Międzynarodowy Bieg Warciański wystartuje w niedzielę 28 października o godz. 11:30.
[caption id="attachment_22124" align="aligncenter" width="843"] Fot: PAP[/caption] [h2]Jak przejść od szybkiego biegania 5 km do maratonu? Mo Farah - największa gwiazda brytyjskiej, a może i światowej lekkiej atletyki po latach na bieżni odnosi nieco zaskakujące sukcesy w biegach ulicznych.[/h2] Najwyraźniej istnieje życie po Salazarze. Wydawało się, że z 35-letnim Mohamedem Farahem będzie już tylko gorzej. Długoletnią karierę na bieżni, okraszoną czterema złotymi medalami olimpijskimi oraz sześcioma mistrzostwami świata, zakończył porażką. 12 lat młodszy Etiopczyk Muktar Edris ograł go w najgorszy możliwy sposób - na finiszu, na ostatniej prostej. Czyli dokładnie tak, jak Farah przez lata załatwiał rywali. Co gorsza, Brytyjczyk po latach prasowego ostrzału i odpieraniu zarzutów o stosowanie dopingu, rozstał się z kontrowersyjnym, ale skutecznym amerykańskim trenerem, Alberto Salazarem. Opuścił też najmocniejszą biegową grupę świata - Oregon Project. Osiadł w Londynie, aby spędzać więcej czasu z rodziną i kształcić liczne potomstwo w brytyjskich szkołach. Wydawało się, że pod względem sportowym czeka go emerytura, tym bardziej, że pierwsza próba maratońska nie wypadła najlepiej. W 2014 Farah pobiegł w maratonie w Londynie, zapowiadając co najmniej poprawienie rekordu Wielkiej Brytanii, licząc na zwycięstwo, a docelowo mówiąc nawet o złamaniu dwóch godzin. Skończyło się na rozczarowującym ósmym miejscu i wyniku 2:08:21 - dużo słabszego niż amatorski rekord Wielkiej Brytanii sprzed trzydziestu lat. Dla kandydata na najlepszego biegacza długodystansowego w historii był to zimny prysznic i na trzy kolejne lata dał sobie spokój z maratonami. Gdy jednak wybuchła rzekoma afera dopingowa związana z Alberto Salazarem, a wraz z wiekiem nastąpił spadek szybkości biegacza, Farah zrozumiał, że musi coś zmienić. Po przeprowadzce na Wyspy podjął współpracę z mężem i byłym trenerem Pauli Radcliffe, rekordzistki świata w maratonie kobiet - Garym Loughem. Efekty przyszły szybko i zaskoczyły cały biegowy świat. Mohamed Farah - który najpierw ogłosił, że rezygnuje ze skrótu "Mo", a potem nie spełnił tej obietnicy - mimo samobójczego tempa i trzymania się Eliuda Kipchoge dobiegł w Londynie na trzecim miejscu, z nowym rekordem życiowym i rekordem Wielkiej Brytanii - 2:06:22. Udowodnił tym samym, że nie boi się ani mocnych rywali, ani biegania w biegach, które nie są "ustawkami". Londyn tradycyjnie gromadzi na starcie najmocniejszą elitę ze wszystkich światowych maratonów. Jesień była jeszcze lepsza. Farah pobiegł w maratonie w Chicago, rywalizując m.in. ze swoim dawnym kolegą z grupy i podopiecznym Salazara, Galenem Ruppem. Bieg był wielkim sukcesem - Mo wygrał, pobiegł negative-splitem i ustanowił życiówkę oraz rekord Europy - 2:05:11. Zwycięstwo to jedno, a drugie - świetny styl. Farah biegł cały czas na luzie, kontrolował tempo, a gdy zaatakował kilka kilometrów przed metą, strząsnął z siebie rywali jak natrętne muchy. Od ostatniego przeciwnika uwolnił się w kilka sekund, momentalnie zmieniając rytm biegu i połykając ostatnie kilometry z dużym luzem. Na mecie powiedział, że czuł zapas mocy na wynik 2:03, nie boi się w maratonie nikogo i ma zamiar pobiec w przyszłorocznych mistrzostwach świata. Co więcej - nie wykluczył powrotu na bieżnię. Jego trener stwierdził, że czasy na treningach wyglądają tak dobrze, iż możliwe jest wywalczenie kolejnego tytułu na dystansie 10 000 metrów na bieżni. Niedawno internet obiegł przykład treningu Mo Faraha, a konkretnie ostatnie dwa tygodnie przed maratonem. Jak się okazuje, do sukcesu w maratonie wystarczyły drobne korekty. Brytyjczyk zwolnił na niektórych rozbieganiach, ale nadal biega dużo i szybko. 192 kilometry w tygodniu, i to z jednym dniem wolnym! W niedzielę długi bieg - 40 kilometrów w tempie 3:26/km, biegany narastająco. Niektóre rozbiegania w tempie wolniejszym niż 4:00/km, co nie zdarzało się u Salazara. Jako łącznik z bieżnią zostały bardzo szybkie interwały - 6x1km, najszybszy pokonany w zaledwie dwie minuty i 26 sekund. Oprócz tego praca na nieco bardziej komfortowych prędkościach i krótszych przerwach, czego nie robił w przeszłości - 15x1km w 2:45, z przerwą 2 minuty truchtu. Okazało się, że talent biegacza plus lekkie skorygowanie treningu wystarczyły do sukcesu w maratonie. Jest bardzo prawdopodobne, że Faraha zobaczymy także na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio w 2020. Fachowcy już ostrzą sobie zęby na jego potencjalny pojedynek z Kenijczykiem Eliudem Kipchoge, rekordzistą świata. Tempowiec Kipchoge czy świetnie finiszujący Farah? Do tego morderczy upał w Tokio - to może być pojedynek dekady!
[h2]Jesień i zima to czas, w którym biegacze zazwyczaj budują tzw. bazę. Co jednak, gdy zmienna pogoda uniemożliwia nam realizowania kolejnych treningów? Oprócz diety i odpoczynku, mogą nam przyjść z pomocą suplementy. Jakie? O tym rozmawiamy z Radosławem Czaplejewiczem – prezesem firmy Genoscope.[/h2] Sezon jesienno-zimowy sprzyja obniżeniu odporności. Szczególnie, jeśli intensywnie trenujemy. Co robić, jeśli odpowiednio długi sen i zbilansowana dieta nie wystarczają? Jak sobie z tym radzą zawodowi sportowcy, którzy wykonują po kilkanaście treningów w tygodniu? Nie znam profesjonalnych sportowców, w szczególności uprawiających sporty ekstremalne i wyczynowe, którzy nie przykładają dużej wagi do regeneracji. Zawodowcy bardzo dobrze wiedzą, że po osiągnieciu szczytowej formy lub w okresie roztrenowania, tym bardziej, gdy przypada on na sezon jesienny, znacząco spada nasza odporność. Właśnie colostrum jest unikalnym, bioaktywnym surowcem, który najsilniej regeneruje organizm ludzki. Zawiera wszystkie występujące w przyrodzie czynniki wzrostu oraz pełen łańcuch aminokwasów. Dlatego, w laboratorium Genoscope, stworzyliśmy Colostrum Sport, dzięki któremu również inne suplementy są lepiej przyswajane i zagospodarowywane przez organizm. Można powiedzieć, że jest to produkt typu „must have” dla każdego biegacza Jaki jest skład suplementów na bazie colostrum? Colostrum jest całkowicie naturalnym produktem, a zawarte w nim substancje nie występują w żadnym innym produkcie, w tak wysokiej koncentracji. W skład Colostrum Sport wchodzi ponad 250 substancji. Są to między innymi, właśnie czynniki wzrostu i hormony, ale również enzymy, poliamidy, laktoferyna, pochodne kwasów nukleinowych oraz pochodne aminokwasów. Coraz więcej sportowców docenia siarę (jak potocznie nazywa się colostrum), wiedząc, że zawiera ona aktywne składniki, które dodają energii na co dzień, zmniejszają zmęczenie, wspomagają sprawność fizyczną i psychiczną oraz wzmacniają układ immunologiczny. Jest to efektem wysokiego współczynnika zawartości immunoglobulin (IgG), wynoszącego minimum 60%. Czy stosowanie tego typu suplementów wiąże się ze skutkami ubocznymi? Nasze produkty poddawane są najbardziej rygorystycznym badaniom i spełniają najostrzejsze normy. Colostrum Sport zostało przebadane pod kątem czystości oraz zawartości substancji szkodliwych jak pestycydy, metale ciężkie, antybiotyki, sterydy i substancje modyfikowane genetycznie. Jest również certyfikowane jako wolne od BSE, BHV1 i BVDV. Dla zapewnienia maksymalnej efektywności działania, tabletki są powlekane specjalną powłoką dojelitową, dzięki czemu rozpuszczają się w jelicie cienkim a nie w żołądku, jak inne tego typu produkty. Umożliwia to zaplanowanie momentu, kiedy proces wchłaniania ma się rozpocząć (np. w trakcie treningu lub tuż po). Do kogo są skierowane suplementy zawierające colostrum? Z naszych produktów bardzo często korzystają profesjonalni sportowcy. Wśród biegaczy i triatlonistów, wymienić należy chociażby Rafała Hermana, którego pozytywne opinie na temat Colostrum Sport, bardzo nas cieszą. W praktyce colostrum polecamy nie tylko zawodnikom w cyklu treningowym, ale też wszystkim osobom, które prowadzą intensywny tryb życia, szukają codziennej dawki energii oraz odczuwającym zmęczenie i chcącym wspomóc swoją sprawność fizyczną i psychiczną.
Advertisment ad adsense adlogger