fbpx

Buty do biegania: jak to się kiedyś obuwie kupowało?

Autor: Jakub Karasek • 18.06.2019

Buty do biegania - wygoda przede wszystkim Fot. Istockphoto.com

Fot. Istockphoto.com

Współczesny biegacz ma ogromny komfort wyboru butów do biegania. Startowe, treningowe, trailowe, minimalistyczne, z ogromną amortyzacją, pośrednie, za mniej niż 200 zł, za więcej niż 500 zł, itd. – do wyboru do koloru. Chociaż wciąż uznaję się za osobę dość młodą, pamiętam czasy, gdy zakupy butów do biegania wyglądały zupełnie inaczej.

Kupiłem niedawno kolejną parę butów do biegania. Niby nic nadzwyczajnego, ale przy tej okazji wzięło mnie na wspominki. Okazało się bowiem, że minęło 20 lat odkąd nabyłem swoją pierwszą parę butów, które miały służyć mi wyłącznie do biegania. Kawał czasu. Przez te 2 dekady zabiegałem już kilkadziesiąt par. Nie pamiętam wszystkich, ale wciąż pamiętam swoje pierwsze “przełomowe” modele.

Cokolwiek, byle nie korki

Swoją przygodę z bieganiem zaczynałem w podstawówce, trenując w lokalnym klubie. Nie pamiętam w jakich butach przyszedłem na pierwszy trening, ale obstawiam, że wziąłem zapewne “korkotrampki”. Wcześniej grałem w piłkę nożną, zresztą chyba każdy chłopak na moim osiedlu miał jakieś korki. Bo jak nie było smartfonów, nie każdy miał komputer, a osiedla były tak budowane, by znalazło się miejsce na kawałek zieleni, to grało się w piłkę. Piękne czasy…

Mój pierwszy trening polegał na przebiegnięciu 5 okrążeń wokół stadionu. I to po trawie. Tej wewnątrz bieżni. Czyli do pokonania miałem jakieś 1600 m. Dzisiaj same rozgrzewki robię dwukrotnie dłuższe. Ale dla niespełna 10-letniego chłopaka wówczas wydawało się to ogromnym dystansem. Złapałem bakcyla i postanowiłem, że będę trenował w klubie. To jednak oznaczało, że musiałem znaleźć jakiś bardziej profesjonalny zamiennik dla swoich korków.

Bieganie w klubie ma to do siebie, że biega się w grupie. W ten sposób można posłuchać porad starszych i bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów. W kwestii doboru butów każdy miał jakieś cenne wskazówki. “Podeszwa nie może być za sztywna, żeby stopa dobrze pracowała”. “Buty powinny być lekkie”. “Weź Asics, to bardzo dobre buty. Drogie, ale najlepsze!”. Ta ostatnia porada nie wchodziła w grę. Po pierwsze nie wyobrażałem sobie wówczas, jak można przeznaczyć na buty więcej niż 100 zł, po drugie wiedziałem, że i tak po kilku miesiącach będę musiał zmienić buty, bo szybko z nich wyrosnę.

Udałem się do lokalnego sklepu obuwniczego. Pamiętam nawet niebieskie logo “Ambra” na pomarańczowym tle nad drzwiami. Znalazłem buty, które w moim mniemaniu idealnie nadawały się do biegania. Były lekkie, miękkie i kosztowały chyba 40 zł. Strzał w dziesiątkę! Po prostu cud. Nie zwracałem uwagi na to, że nie mają żadnej siateczki i są zupełnie pozbawione wentylacji. Amortyzacja? Kto o tym wówczas słyszał. Wydawały się wygodne i były miękkie. A przecież to mi doradzano!

Z dzisiejszej perspektywy nigdy w życiu nie pomyślałbym, że w czymś, co wówczas uznałem za ideał butów biegowych można trenować. Niestety, nie mam zdjęć tego modelu, ale wystarczy, że porównam ich wygląd do szkolnych trampek typu “Warrior”. Tyle, że nie były szmaciane, a wykonane z jakieś materiału przypominającego skórę, który zupełnie nie przepuszczał powietrza. No i podeszwa była jednak minimalnie grubsza. Na szczęście.

Pierwsze kroki w bieganiu. Fot. Istockphoto.com

Fot. Istockphoto.com

Przejście na “profesjonalizm”

W swoich “nołnejmach” biegałem przez 2 miesiące. Nie pamiętam, czy były wygodne i czy dobrze mi się biegało. Byłem zbyt zaaferowany tym, że w ogóle zacząłem treningi. Szybko jednak musiałem rozglądać się za kolejną parą, bo, co dzisiaj oczywiste, buty, które kupiłem, nie najlepiej znosiły treningi biegowe i po kilku tygodniach zaczęły się rozpadać…

Mądrzejszy o to doświadczenie postanowiłem, że tym razem kupię porządne buty. To oznaczało, że przygotowałem się na wydanie nawet 100 zł! Niełatwo było przekonać rodziców, że to ma sens, ale zrozumieli moją pasję. Poszukiwania trwały ładnych kilka dni. W końcu udało mi się znaleźć wymarzony model. Buty, które kosztowały całe 85 zł, marki Sprandi. Wyglądały jak typowe buty biegowe, miały siateczkę i były całe szare. Jak na ówczesne standardy – ideał.

W zakupionym obuwiu biegałem chyba przez kolejny rok, ba kupiłem jeszcze 2 inne pary butów tej samej marki i w każdych trochę potrenowałem. Za ostatnią zapłaciłem nawet 149 zł, bo miały w podeszwie jakiś system, który, o ile pamięć mnie nie zawodzi, nazywał się Domo. Nie miałem pojęcia za co odpowiada i czy ma jakikolwiek sens. Pamiętam jedynie, że w śniegu, czy błocie w śladzie podeszwy pozostawało wybrzuszenie przypominające jajko. Podobało mi się to, więc szarpnąłem się na ów model. Kolega miał podobne buty i też sobie chwalił to “jajko”.

Lata mijały, mój poziom sportowy rósł. W związku z tym nadszedł czas, by sięgnąć po obuwie z teoretycznie najwyższej półki. Dlatego przy okazji wizyty w centrum handlowym w jednym z większych miast spojrzałem w końcu w kierunku Asicsa. Wybrałem oczywiście te najtańsze (149 zł), ale to nie miało znaczenia, znaczenie miał znaczek. W tych butach trenowałem przez kolejne 2 czy 3 sezony. Nie pamiętam, czy były wygodne, czy nie, ale nawet, gdyby mi nie przypasowały, to przecież otwarcie bym tego nie przyznał.

Wyborowy zawrót głowy

To był ostatni model w mojej “pierwszej biegowej karierze”. Później przez kilka lat grałem w siatkówkę (gdzie nauczony doświadczeniem z biegania od razu sięgałem po droższe buty), aż w końcu w 2010 r., kiedy postanowiłem wrócić do biegania nadszedł czas na poszukiwania kolejnych butów.

I co ciekawe, model wyboru butów był już wówczas zupełnie inny. Zanim zdecydowałem się na konkretny model spędziłem kilka godzin wertując sieć w poszukiwaniu recenzji, testów i opinii o wybranych przeze mnie butach. Wcześniej co najwyżej zapytałbym kogoś ze starszych kolegów, co polecają.

Kolejna nowość była taka, że buty kupiłem przez internet. Byłem zapewne jednym z prekursorów nabywania butów biegowych online, obecnie wszystkie kupuję właśnie w ten sposób. Dzięki kontaktowi ze sprzedawcą udało mi się odpowiednio dobrać rozmiar.

Trzecia zmiana dotyczyła natomiast samych butów. Nagle okazało się, że nawet te tańsze modele mają tajemnicze, opracowane w laboratoriach NASA systemu, które powodują, że ma mi się biegać szybciej, wygodniej, bardziej sprężyście, bezpieczniej, jednym słowem zdecydowanie lepiej. Obecnie patrzę na te “systemy” z lekką dozą sceptycyzmu, ale początkowo byłem zachwycony tym, że moje buty mają specjalny mostek o tajemniczej nazwie, który zapewnia mi większą stabilizację. Momentami wręcz zastanawiałem się, jak kiedyś mogłem tak niestabilnie biegać…

W ostatnich kilku latach biegałem w butach wielu marek: Adidas, Asics, Brooks, Crivit, Hoka, Joma, Kalenji, Li-Ning, New Balance, Nike, Puma, Reebok, Under Armour – a to tylko te, które pamiętam ot tak. I to właśnie kolejna różnica. Kiedy 20 lat temu wybierałem jedne ze swoich pierwszych butów do biegania, wybór był zdecydowanie bardziej ograniczony.

Na początku tekstu napisałem, że “współczesny biegacz ma ogromny komfort wyboru butów do biegania.”. I rzeczywiście łatwiej teraz poznać opinie innych użytkowników, przeczytać recenzje czy opisy samych modeli, dobrać rozmiar, nawet na odległość. Jednak możliwości wyboru są tak ogromne, że niekoniecznie przekładają się na szybkość podejmowania decyzji zakupowej. Kiedyś wystarczyło znaleźć buty, które nadają się do biegania. Obecnie trzeba je jeszcze wybrać…

A jeżeli Ty zastanawiasz się, jak wybrać buty do biegania, zapraszamy do lektury e-tygodnika Magazyn Bieganie nr 9 (135)

baner_prenumerata_967x506-1

Jedno przemyślenie nt. „Buty do biegania: jak to się kiedyś obuwie kupowało?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger