fbpx

Pozorne rekordy. O (nie)wiarygodności wyników w biegach ulicznych

Autor: Marcin Nagórek • 18.11.2016

bieganie

Raz na jakiś czas ktoś znajomy rzuca bombę typu: “Wow, widziałeś, ile x, y pobiegł w biegu w miasteczku X? Wzruszam ramionami i odpowiadam, że mnie to nie bardzo interesuje. Z prostego powodu: wyniki polskich biegów ulicznych, szczególnie jeśli chodzi o biegaczy elity, są kompletnie niewiarygodne.

Osobną kwestią jest sam pomiar dystansu, dokonywany przez zegarki GPS. Jeśli ktoś nadal w to wierzy, niech przeczyta tekst Jarka Sekuły o błędach pomiaru. Standardowy błąd pomiaru zegarka to od 1 do 5%, co na dystansie 10 kilometrów oznacza 100-500 metrów. Czyli dla tempa przeciętnego człowieka to 20 sekund do nawet 2 minut.

W tym jednak wypadku chcę poruszyć temat tras atestowanych, o których wiadomo, że dystans jest dokładnie zmierzony. Nawet w ich przypadku wyniki czołowych biegaczy są w Polsce kompletnie niewiarygodne i nie warto zwracać na nie uwagi. Aby zrozumieć, dlaczego tak jest, warto wiedzieć, jak się atestuje trasy i jakie są wymagania wobec uznania rekordu, np. świata. Bieg ma mieć dokładny dystans, nawet z pewnym zapasem, czyli de facto atestowana trasa może być minimalnie dłuższa niż opisywany dystans. Atestator wyznacza ścieżkę optymalnego biegu, jak najkrótszą, uwzględniając teoretycznie, że biegacz optymalnie pokonuje zakręty.

Są jednak wymagania dodatkowe. Po pierwsze, trasa nie może być zbyt spadkowa, po drugie, meta zbyt oddalona od startu. Dlaczego? Bo w takim przypadku pomocą może być wiatr wiejący w plecy – z tego też względu nie są regulaminowe wyniki maratonu z Bostonu, a w Polsce choćby Biegu Westerplatte czy do niedawna z bardzo szybkiej dyszki w Kole. W uśmiechem politowania można też wspomnieć relatywnie częste w Polsce zdarzenia – np organizator przestawia sobie metę czy start, bo lepiej mu pasuje ustawić banery. A potem wszyscy są zdziwieni, że oznaczone na asfalcie kilometry nie zgadzają się z rzeczywistością.

To jednak nie wszystko. Jest jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że znakomite wyniki wywołują u mnie tylko wątpliwości. Otóż aby uwzględnić wymagania dla rekordu AIMS, prestiżowej organizacji zarządzającej biegami ulicznymi na świecie, trasa jest nie tylko atestowana, ale dodatkowo atestator musi być obecny w czasie biegu, najczęściej w samochodzie prowadzącym czołówkę i upewnić się, że biegacze biegną wyznaczoną ścieżką. Tego warunku nie spełnia praktycznie żaden bieg w Polsce. Stąd bierze się rzecz w naszym kraju nagminna: ścinanie zakrętów. Atestator z oczywistych względów nie wyznacza trasy po chodnikach czy trawnikach. Większość biegaczy amatorów jest uczciwa wobec siebie i biegnie tak, jak przebiega trasa, ale absolutnie nie dotyczy to czołówki. Przede wszystkim dlatego, że czołówce nigdy nie chodzi o wynik – liczą się pieniądze za miejsca. Walka jest zażarta i każdy w czołówce tnie trasę jak może, czasami nieświadomie, biegnąc po prostu za grupą. Są w Polsce biegi, gdzie na dystansie dyszki czołówka jest w stanie ściąć na zakrętach łącznie 200-300 metrów, czyli nadrobić nawet minutę. Im więcej zakrętów i rond, tym jest to łatwiejsze.

Żeby mieć porównanie, warto wiedzieć, że na stadionie karalne natychmiastową dyskwalifikacją jest nawet jednorazowe postawienie nogi za linią, co przecież w praktyce nie skraca dystansu praktycznie w ogóle. W ten sposób podczas mistrzostw świata w Sopocie medal stracił nasz Marcin Lewandowski, a na ostatnich Igrzyskach Olimpijskich zdyskwalifikowano kilku innych zawodników. Tymczasem na ulicy nie mówimy o postawieniu jednego kroku, ale o przebieganiu wielu metrów i cięciu zakrętów po chodnikach, trawnikach, skwerkach. Nikt tego nie pilnuje i nikomu nie przyszło do głowy dyskwalifikować zawodników za coś takiego. Ba, jest wręcz przeciwnie.

Parę lat temu podczas półmaratonu w Kościanie podjęto kuriozalną decyzję. Ponieważ czołówka pomyliła trasę i przebiegła za dużo, lądując na dalszych miejscach, organizator policzył właściwe według niego średnie tempo biegu i przesunął biegaczy na czub, wpisując im z głowy wyliczone w ten sposób wyniki. To kuriozum niespotykane nigdzie na świecie. W renomowanych biegach zakręty są tak zabezpieczone, że nie da się ich ściąć, a bieg czołówki jest rygorystycznie pilnowany i w razie naruszenia reguł sypią się dyskwalifikacje. Kilka lat temu podczas maratonu w Nowym Jorku dyskutowano o zdyskwalifikowaniu jednego z biegaczy czołówki, który na prostej drodze, nie na zakręcie, zbiegł na kilka kroków na chodnik. Ostatecznie do dyskwalifikacji nie doszło, ale to pokazuje, jak dokładnie pilnuje się takich reguł w renomowanych imprezach.

W praktyce w Polsce jest jeden bieg, którego wyniki można uznać za w pełni wiarygodne: Bieg Świętego Dominika w Gdańsku, na dystansie 10 kilometrów. Z jednego podstawowego powodu – obiega się tam kwartał kamienic. Zakrętów nie ma jak ścinać, bo stoi ściana. Efekt jest od razu widoczny: wyniki czołówki w Gdańsku są relatywnie słabe, mimo że ze względu na wysokie nagrody biegają tam nasi najmocniejsi zawodnicy. Mało który łamie na tej trasie 30 minut. Względnie wiarygodne potrafią być biegi takie jak Bieg Niepodległości w Warszawie (gdzie jednak wygasł atest trasy i nie był odnawiany po remoncie Roda ONZ) – biegacze biegną połowę w jednym kierunku, potem jest zabezpieczony zakręt o 180 stopni i znowu powrót prostą drogą.

Do wyników z innych biegów trzeba podchodzić z dużym dystansem. Nie bez przyczyny polska czołówka potrafi robić świetne wyniki na asfalcie, a potem fatalnie i wolno biegać na imprezach stadionowych czy docelowych mistrzowskich na ulicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger