fbpx

„Urodzeni Biegacze” i bieganie naturalne

„Urodzeni Biegacze” to książka, która wywołała duży wstrząs w biegowym świecie. Poniekąd – rozpoczęła boom na bieganie naturalne, w wielu jego postaciach. Nie tylko jeśli chodzi o buty do biegania czy trening ale i o styl życia. Lektura obowiązkowa.

 

urodzeni_biegacze_mini

Chrisa McDougall opowiadając historię wyścigu w meksykańskich kanionach, przy okazji przedstawia ideę beztroskiego podejścia do sportu.  W USA był to swego czasu sportowy bestseller wyprzedzający na liście sprzedaży Amazon wszystkie historie z Lancem Armstrongiem, zdrady Tigera Woodsa i poradniki typu „Zrzuć 10 kg w 3 dni – sprawdzona metoda!”. Jedną z głównych postaci jest Caballo Blanco (hiszp. biały koń) – człowiek który uciekł ze Stanów Zjednoczonych i zamieszkał pośród Indian Tarahumara – słynnych biegaczy. Tam nie dość, że nauczył się przemierzać dziesiątki kilometrów w dokuczliwym skwarze i na szlakach, które trudno w ogóle nazwać szlakami, poznał również indiańską filozofię opartą na empatii, wyciszeniu i chęci niesienia pomocy. Pozbył się praktycznie wszystkich dóbr doczesnych z wyjątkiem sandałów i starych szortów. Zamieszkał gdzieś lecz nie wiadomo gdzie i biegał – jak piorun.

Historia sprzedaje się tak dobrze, bo nie dość, że jest sprawnie napisana to jeszcze prawdziwa. Caballo Blanco rzeczywiście zorganizował w marcu 2006 roku wyścig – spotkanie długodystansowych mistrzów Tarahumara z przedstawicielami amerykańskiej elity ultramaratonu. Nie było tam tłumu reporterów, bo i temat mało popularny, a wynik sportowy – bez cyferek.

Młodzi, szybcy i dobrzy

Książka stała się swego rodzaju przełomem. Czymś jak narodziny jazzu – spontanicznej improwizacji, zamiast sztywnych reguł odziedziczonych po starej szkole.

Szef górskiego teamu La Sportiva – Buzz Burrell zauważa, że mamy do czynienia z narodzinami nowego gatunku biegacza. „To nie są ludzie, którzy starają się pokonać swój wewnętrzny niepokój czy „ból istnienia”. Nie biegają ze spuszczoną głową, orząc kolejne kilometry zastępując ruch ciągiem liczb. Nie traktują cierpienia i bólu jako czegoś szlachetnego, czy pozwalającego stać się lepszym człowiekiem. Oni po prostu są dobrymi ludźmi. A ich bieg jest ekspresją radości i wolności. Można to zobaczyć w swobodzie biegu Krupicki”.

Spróbujcie kiedyś pobiec w jego stylu. Przed siebie. Z gołą klatą. Bez planu na konkretny kilometraż. Zmierzając tam gdzie zaprowadzi Was ciekawość. „Do tamtego zagajnika”. „Za tamtą górkę”. Sprawdzaliśmy – takie ćwiczenie pozwala rzeczywiście odbyć kilkugodzinny trening bez monotonii. Trzeba się przede wszystkim wyluzować. Zgodzić na bieg po głębokich kałużach, krzakach, czasem po zaoranym polu. Po powrocie do domu uśmiech w kształcie banana jest nieunikniony. A jeśli spojrzy się na wystukany dystans – Uffff… sporo tego. Może nie precyzyjnie pod tempo „bieg ciągły -pierwszy zakres”. Ale motywacja jest mocarna. Do powtórzenia treningu, do wyjścia następnego dnia. I ryzyko wypalenia po kilku miesiącach staje się minimalne.

Manifest gołych stóp

Zrzucenie butów to krok, który wydaje się naturalny. Choć nie zawsze rozsądny. Temat wraca do nas niczym bumerang dzięki publikacjom Daniela Liebermana (to on rozpoczął lawinę naukowych i treningowych rozważań swoim artykułem w „Nature”, który był przytaczany później przez dziesiątki dzienników i pism na całym świecie). Potem wydrukowano „Urodzonych Biegaczy”, gdzie autor nie namawia do bosego biegania, ale wielokrotnie stara się udowodnić, że dotychczasowe teorie projektowania obuwia są nieskuteczne, a wręcz szkodliwe.

Bieganie boso, jako najbardziej naturalne zawsze miało swoich zwolenników, ale teraz sprawa jest wyjątkowo nagłośniona. Zaletą pozbycia się butów jest wymuszenie lądowania na śródstopiu, dzięki temu nie występuje mocne uderzenie piętą o podłoże, które standardowo bywa amortyzowane przez warstwę pianki i nasze stawy. Bez butów angażujemy więcej mięśni stopy, a siła lądowania jest łagodzona przez elastyczne rozcięgno podeszwowe i ścięgno Achillesa. Niestety w praktyce gdy neofita naturalnego biegania spróbuje pokonać na dzień dobry 10 km bez butów – wróci do domu z potwornym bólem łydek. Jeśli jednak okaże cierpliwość i będzie się adaptował powoli, może znacząco poprawić swoją technikę, ekonomię ruchu i zmniejszyć ryzyko kontuzji.  Czołowi biegacze, zwłaszcza terenowi, wprowadzają do swojego planu sesje na bosaka. Zwykle jednak trwają one kilka-kilkanaście minut.

W książce „Urodzeni Biegacze” przytoczony jest nawet przykład trenera Vina Lananna, amerykańskiego guru:

(…) Kwiecień 2001 roku. Dwóch przedstawicieli Nike przyglądało się treningowi drużyny Uniwersytetu Stanforda. Jednym z obowiązków należących do przedstawiciela firmy jest rozmowa ze sportowcami, których koncern sponsoruje i wysłuchiwanie wszelkich uwag na temat sprzętu, wypytywanie, które buty wolą i tak dalej. Jednak było to cokolwiek utrudnione, ponieważ tak się złożyło, że wszyscy biegacze ze Stanford postanowili… w ogóle nie zakładać butów. – Vin, o co chodzi z tym bieganiem na bosaka? – przedstawiciele Nike zawołali w stronę Vina Lananny, głównego trenera drużyny Stanforda. – Wysłaliśmy wam za mało butów? Trener podszedł do nich, by udzielić wyjaśnień. – Co prawda nie potrafię tego udowodnić – powiedział – ale jestem przekonany, że kiedy moi zawodnicy trenują boso, biegają szybciej i odnoszą mniej kontuzji. (…) Gdyby usłyszeli te słowa od kogokolwiek innego, goście z Nike pewnie przytaknęliby z czystej uprzejmości i zignorowali całą sprawę, ale opinia wyszła od jedynego trenera, z którego zdaniem poważnie się liczyli. Podobnie jak w przypadku Joego Vigila, o Lanannie rzadko mówiło się bez używania rzeczowników „wizjoner” albo „innowator”. W ciągu zaledwie dziesięciu lat, przez które Lananna pełnił funkcję trenera w Stanford, jego podopieczni z drużyny biegaczy torowych i przełajowych zdobyli zespołowo pięć tytułów mistrzów NCAA oraz dwadzieścia dwa indywidualne trofea. (…) przedstawiciele Nike poczuli się nieco zawiedzeni, gdy usłyszeli, że według Lananny najlepsze buty, jakie miała do zaoferowania firma, że tak powiem – nie dorastały do pięt gołym stopom(…). „Zdaję sobie sprawę z tego, że dla firmy produkującej buty sportowe wizja sponsorowanej drużyny, która nie korzysta z reklamowanego produktu, to nic dobrego, ale przecież ludzie przez tysiące lat funkcjonowali bez obuwia. Problem, jak sądzę, tkwi w tym, że butami staramy się poprawić naturę i po prostu przesadzamy. Naprawiamy coś, co wcale nie wymaga naprawy. Moim zdaniem, wzmocniwszy stopę poprzez bieganie boso, zmniejsza się ryzyko problemów ze ścięgnem Achillesa, kolanem i plantar fasciitis (czyli zapaleniu rozcięgna podeszwowego, przyp. red.).

Ten fragment poświęcony bosonogiemu bieganiu – zresztą jeden z niewielu w książce uważanej za manifest biegania naturalnego, spowodował lawinę w USA. Wydano nawet specjalny podręcznik biegania bez butów. Firmy takie jak Vibram, produkujące minimalistyczne obuwie zwielokrotniły swoje obroty. Rewolucja wkrótce zaczęła pożerać swoje dzieci. Idea biegania bez jedynego kosztownego sprzętu, zmieniła się w targowisko. Buty Five fingers w pięciu wersjach, skarpetki Injinji, które mają rozdzielone palce, by pasować do Five fingers, zestawy do samodzielnej produkcji sandałów w stylu Tarahumara, mokasyny biegowe z 2mm podeszwą, nie mówiąc już o szeregu modeli adaptujących jedynie częściowo postulaty naturalnego stylu – Nike Free, Ecco biom, inov-8. Wszystkie produkty oczywiście tanie nie są. Ale skoro jest potrzeba i ludzie z kasą – to rynek śmiga, niezależnie od tego, że najbardziej ekologiczne są sandały ze starej opony, które nawet po przetransportowaniu do Europy i dorzuceniu marży dystrybutora kosztują ok. 50 zł.

Dodatkowo okazało się, że bieganie nie jest takie bezpieczne i beztroskie jak by się wydawało. Nie chodzi tu o urazy spowodowane szkłami czy kamykami na drodze. Te nie stanowią zagrożenia.  Oczywiście, trening bez butów wzmacnia wspomnianego Achillesa i rozcięgno, ale przez to że powoduje w tych miejscach zwiększone obciążenie. A jak to zwykle z obciążeniem bywa – może  powodować uszkodzenia, naderwania, zapalenia.

Pierwszym najczęściej spotykaną kontuzją jest zapalenie rozcięgna podeszwowego. Specjaliści w USA (m.in. Steve Pribut – jeden z najbardziej cenionych podiatrów zajmujących się biegowymi kontuzjami) już zaobserwowali  sporą liczbę urazów, które u obutych biegaczy zdarzają się bardzo rzadko. Niektórzy mówią wręcz o epidemii. Wniosek? Pozbycie się butów nie zawsze uchroni nas przed urazem. Możemy zamienić siekierkę na kijek. Ból kolana na ból pięty.

Co gorsza w większości przypadków Ci co nie mają powodu wzmacniać swoich ścięgien, bo dysponują poprawną biomechaniką i rzadko trafiają do lekarza, mogą swobodnie świecić bladymi stopami na asfalcie. Natomiast Ci, którzy w butach z mega poduchą, wsparciem i wodnym masażem narzekają na bóle, po ich zrzuceniu prawdopodobnie szybko dorobią się kolejnych kontuzji.
Wychodzi na to, że kontuzje w naszej dyscyplinie za nic sobie mają trendy i technologie.

Jesteśmy czy nie?

Chris McDougall próbując przekonać czytelnika, że jesteśmy stworzeni do długich dystansów, przytacza kilka faktów dotyczących naszego anatomicznego przystosowania do biegu – mocarne ścięgno Achillesa, które różni nas od małp, mięsisty pośladek, brak futra dający możliwość chłodzenia przez całą powierzchnię ciała. Specyficzna jest także budowa naszej stopy – wygiętej w łuk i sprężystej, w przeciwieństwie do szympansiej płaskiej.

W porównaniu ze świniami, małpami jesteśmy zatem świetnie przystosowani do biegu – zwłaszcza długodystansowego ze stałą, niezbyt wysoką prędkością. Znaleziono także dowody na to, że legendarne polowania na antylopy poprzez zagonienie ich na śmierć, nie są fikcją. Że nasza umiejętność chłodzenia pozwala przegrzać uciekającego zwierzaka. Wszystko wygląda pięknie dopóki nie przyjrzymy się niektórym przedstawicielom naszego gatunku. Czy każdy dwumetrowiec jest w stanie poruszać się zgrabnie jak Michael Jordan? Co z krępymi grubokościstymi sztangistami, których nogi pozwalają bez wysiłku wykonać z miejsca salto, ale nie dają szans na pokonanie kilometra bez zadyszki. Co astmatykami (10% populacji), płaskostopcami (20-30%), czy zwykłymi kanapowymi kartoflami których niechęć do ruchu jest większym problemem niż wszystkie fizyczne dolegliwości.

Prawda jest smutna. Nie wszyscy jesteśmy urodzonymi biegaczami. Nie wszyscy nawet przy starannym treningu pod okiem specjalisty, da radę poczuć wiatr we włosach wbiegając na metę maratonu poniżej 3 godzin od startu. Tak jak autor tego artykułu zawsze dostawał litościwą trójkę na wuefie gdy tylko trzeba było czymś rzucić – palantówką, piłką lekarską czy inną. Mimo ambicji i w sumie niezłej sprawności, nie dawał rady. Pewnie w pierwotnym plemieniu szybko by porzucił oszczep i znalazł sobie jakąś inną specjalizację w trakcie polowań. Może finalnie zostałby szamanem, ostatecznie… wioskowym głupkiem.

Krzysztof Dołęgowski, “W zgodzie z naturą”, fragment tematu numeru, Bieganie, lipiec-sierpień 2010

Informacje o książce:

Autor: Christopher MacDougall
Wydawnictwo: Galaktyka
Liczba stron: 328
Format: 155 x 240 mm
Data wydania: 2010
Cena: 29,90 zł

Skąd pomysł na “Urodzonych biegaczy”? Mówi autor, Christopher MacDougall:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger