Dramat kenijskiej biegaczki na maratonie. Czy organizator popełnił błąd?

Autor: Marcin Nagórek • 27.09.2017

zrzut-ekranu-z-2017-09-27-09-07-13

Po Maratonie Warszawskim przez media przetoczyła się fala zainteresowania i oburzenia w związku z problemami kenijskiej biegaczki Recho Kosgei. Organizatorom biegu zarzucono, że pomoc dla zawodniczki nadeszła zbyt późno.

Recho Kosgei jeszcze kilometr przed metą biegła na prowadzeniu maratonu w Warszawie z bezpieczną, 3-minutową przewagą nad drugą zawodniczką. Widać jednak było, że słabnie i coraz bardziej zwalnia. Kilkaset metrów przed metą kryzys stał się tak silny, że biegaczka upadła i nie była w stanie się podnieść. Przez kilka minut próbowała wstać z jezdni, a gdy stało się jasne, że nie będzie to możliwe, została jej udzielona pomoc i na metę Kenijka dotarła karetką. Szybko doszła do siebie i jej zdrowiu oraz życiu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.

Ponieważ nagranie z biegu wyglądało dramatycznie, przez media przetoczyła się fala dyskusji i krytyki. Oprócz zwyczajowych argumentów o szkodliwości maratonów i dewastującym wpływie asfaltu na kolana pojawiły się głosy o kiepskim zabezpieczeniu medycznym trasy, obelgi pod adresem operatora kamery, a nawet… zarzuty rasizmu. W kenijskich mediach i w dyskusjach pod nimi sugerowano, że Rechoi Kosgei leżała na asfalcie, ponieważ organizatorzy biegu są rasistami i nie pomogli jej ze względu na kolor skóry.

W krytyce tradycyjnie przodują osoby nie mające pojęcia o bieganiu, a o maratonach i organizacji biegów w szczególności. Zajmijmy się szybko najważniejszymi zagadnieniami, ignorując – przepraszamy czytelników – kwestie domniemanego rasizmu, globalnego ocieplenia oraz problemów ekonomicznych Trzeciego Świata.

Maraton jest biegiem, który wymaga wytrzymałości, wytrwałości, jest próbą charakteru oraz pozwala biegaczowi poznać skrajne możliwości organizmu. Właściwie można to powiedzieć o biegu na każdym dystansie, podobnie jak o wyścigach rowerowych, pływaniu czy innych sportach, gdzie zawodnik zmaga się nie tylko z rywalami, ale także z zegarem. Dotyczy to biegaczy amatorów, ale przede wszystkim wyczynowców. Zasłabnięcia podczas biegów i treningów się zdarzają, podobnie jak wymioty, skurcze czy ból głowy. Część z nich bywa śmiertelna, na szczęście nieliczne. Są to przypadki bardzo charakterystyczne. Najbardziej rozpowszechnionym śmiertelnym zagrożeniem dla zdrowego sportowca jest tzw nagła śmierć sercowa. Wynika najczęściej albo z wrodzonej wady, albo z gwałtownego uderzenia okolic serca, np w futbolu amerykańskim. Cechą charakterystyczną jest natychmiastowa utrata świadomości biegacza. W ten sposób w USA zmarł przed laty maratończyk Ryan Shay, a w Etiopii narzeczona rekordzisty świata, Kenenisy Bekele – 18-letnia Alem Techale.

W Warszawie Recho Kosgei pozostawała przytomna i świadoma. Żadne objawy nie wskazywały na zagrożenie życia. Wręcz przeciwnie, objawy były charakterystyczne i dobrze znane uczestnikom biegów. To typowa tzw maratońska ściana, gwałtowny kryzys wynikający z odwodnienia i spalenia zapasów glikogenu w mięśniach. Bolesny, ale niegroźny. Cierpiący biegacze, spacerujący, siedzący i upadający są do pewnego stopnia stałym obrazkiem na zawodach. To koszt biegu na maksymalny do osiągnięcia wynik. W zawodach na bieżni zdarza się, że za metą na ziemię padają niemal wszyscy zawodnicy i zawodniczki. Aby to zobaczyć, wystarczy przejść się na jeden z setek odbywających się w Polsce mityngów lekkoatletycznych. I uwaga – obecni na biegu sędziowie, kibice oraz obsługa zabezpieczająca jest tego świadoma. To ludzie, którzy w życiu widzieli wiele biegów, wiele kryzysów i nie potrzebują pouczeń z ust przypadkowych widzów.

Pomoc biegaczce pozostającej na trasie oznacza natychmiastową dyskwalifikację. Przepisy stanowią z grubsza o tym, że należy samemu, bez pomocy z zewnątrz pokonać trasę od punktu A do punktu B. W jaki sposób zawodnik czy zawodniczka to osiągnie, nie ma większego znaczenia. W wielu długodystansowych biegach na finiszu pojawiają się dramatyczne obrazy. Gdy zabraknie sił, biegacze przed metą pełzną, idą na kolanach, czołgają się, a nawet turlają. Dopóki nie zażyczą sobie pomocy, nikt nie ma prawa udzielać jej na siłę, bo oznacza to utratę zajętego miejsca oraz premii finansowej. I dokładnie taka sytuacja miała miejsce w Warszawie. Obsługa techniczna stała z boku, obserwowała sytuację i czekała, czy konieczne będzie udzielenie pomocy. Dopóki Kenijka próbowała się przemieszczać, była przytomna i nie wzywała pomocy, nikt nie ma prawa ściągać jej z trasy. Tym bardziej, że pokonała prawie 42 kilometry, była doświadczoną biegaczką, a do mety zostało kilkaset metrów.

Zastanówmy się jeszcze nad technicznym aspektem pomocy. Trasa maratonu ma 42 kilometry, a na świecie są rozgrywane biegi na wielokrotnie dłuższych dystansach. Jest fizyczną niemożliwością, aby co metr ustawić ratownika medycznego na wypadek, gdyby komuś coś się stało. Przepisy stanowią o tym, jak gęsta powinna być sieć karetek i ratowników i te wymogi na każdej poważnej imprezie są spełniane. Pomoc zwykle nadchodzi szybko, ale fizyczną niemożliwością jest, żeby działo się to natychmiast.

Komentujący kompletnie nie znają realiów sportowych również w innych elementach. Oczekują, że operator kamery widząc upadającą zawodniczkę, rzuci sprzęt i pobiegnie pomagać jej wstać. Na dużych biegach transmisja jest zwykle zapewniana przez sprzęt ustawiony na samochodzie, a operator jest czasami wręcz „zabudowany” kamerami, bateriami i nadajnikami. Fizycznie nie ma możliwości wyjścia z kabiny. Jedyne, co może teoretycznie zrobić, to zadzwonić po pomoc. Od tego jest jednak obsługa na trasie. Tak właśnie stało się w Warszawie – obsługa zadzwoniła po karetkę, która kilka minut później była na miejscu. Trudno wyobrazić sobie, co jeszcze można by zrobić. Przytomnej biegaczki się nie reanimuje, a pomoc w powstaniu z ziemi skutkuje dyskwalifikacją. W sytuacji takiej jak w Warszawie pozostaje więc stanie z boku, oczekiwanie na karetkę i ewentualnie pytanie zawodniczki, czy nie jest konieczna pomoc. To właśnie działo się na trasie w przypadku Kosgei.

Trudno oczekiwać, że wyprzedzająca Kenijkę rywalka zatrzyma się i będzie pomagać. W jaki sposób miałaby to zrobić – nieść ją do mety przez kilkaset metórw? Ona nie przyjechała po to do Warszawy i trudno sobie wyobrazić, w czym miałaby pomóc w momencie, gdy nic więcej nie mogli zrobić stojący z boku kibice i obsługa. Ba, biegnąca na drugim, a potem pierwszym miejscu Etiopka sama przeżywała kryzys i można sobie łatwo wyobrazić, że może nawet nie zauważyła Kenijki leżącej z boku. Zdarzają się w sporcie przypadki pomocy przez rywali, ale ma to miejsce zwykle tuż przed samą metą i najczęściej nie dotyczy zwycięzców. To piękny obrazek, ale nie mający praktycznego znaczenia w momencie, gdy bieg odbywa się w obecności innych ludzi. Trochę niejasne są też przepisy – teoretycznie każda udzielona pomoc skutkuje dyskwalifikacją, ale zdarza się, że odstępuje się od tego. W transmisji mówiłem o tym, że biegnący może pomóc i nie grozi to dyskwalifikacją, ale sytuacja nie jest tak prosta. Pomoc w powstaniu z ziemi pewnie nie spotkałaby się z reakcją sędziów, ale już zaniesienie biegaczki na metę – owszem.

Reakcje osób przewrażliwionych są zwykle przesadzone w każdej kwestii. Bieganie maratonów statystycznie jest dużo bezpieczniejsze niż siedzenie przed telewizorem. Zdarzają się tragiczne przypadki, gdy ktoś umiera na trasie, ale ma to miejsce także w domu, w kościele, w mieście. Ze względu na obecność ratowników i karetek nie ma w momencie rozgrywania biegu bezpieczniejszego miejsca w Polsce niż trasa. Jeśli gdzieś zasłabnąć – to bezpieczniej na trasie maratonu niż w domu. Pomoc nadejdzie zdecydowanie szybciej. Część krytyków chciałaby zabronienia rozgrywania biegów, bo ludzie umierają. Ale uwaga – ludzie umierają za kierownicą, na zakupach, a także we śnie. Kierując się tą logiką, należałoby zabronić spania. Ba, jeszcze gorzej – należałoby zabronić żyć, bo grozi to śmiercią. Ryzyko jest stuprocentowe.

W Warszawie Recho Kosgei zaryzykowała mocnym tempem, doznała kryzysu i ostatecznie nie była w stanie dotrzeć do mety. Jej życiu nawet przez moment nie groziło niebezpieczeństwo. Organizatorzy biegu wykonywali swoją pracę i robili to dobrze. Wszystkiego nikt nigdy nie jest w stanie przewidzieć ani kontrolować. Krytykowanie w internecie jest łatwe, ale żeby to robić, warto najpierw chociaż w minimalnym stopniu zapoznać się z tematem. Nie ma chyba biegacza, który byłby obojętny na cierpienie Kenijki, ale równocześnie im większe doświadczenie, tym zwykle spokojniej patrzy się na takie przypadki. Jakiekolwiek niebezpieczeństwo było znikome, a dramaty tego typu są po prostu elementem sportu.

13 przemyśleń nt. „Dramat kenijskiej biegaczki na maratonie. Czy organizator popełnił błąd?

  1. Ruszył mnie widok wijacej się na asfalcie osoby, a nie biegaczki. Dla znawców to może chleb powszedni. Dla takiego amatora jak ja już nie. Niemniej wyjaśnienie w artykule mnie uspokaja.

  2. 2 kluczowe zdania artykułu:
    Pomoc biegaczce pozostającej na trasie oznacza natychmiastową dyskwalifikację
    Dopóki nie zażyczą sobie pomocy, nikt nie ma prawa udzielać jej na siłę, bo oznacza to utratę zajętego miejsca oraz premii finansowej.

  3. Ale , niech nas uważają za rasistów, bardzo proszę i niech nie przyjeżdżają do Polski, najczęściej nakoksowani Etiopczycy, Kenijczycy czy Ukraińcy z rożnych grup zarobkowych.
    Czemuż to ciagle wśród organizatorów istnieje przeświadczenie, ze dobrze mieć kogos „obcego” na liście startowej.Bzdurą jest stwierdzenie, ze wzrasta ranga biegu, 90% biegaczy wie na czym to polega, koks, kasa , przez rok, półtora wyeksploatowanie takiego osobnika i wymiana na następnego.
    Nigdy z takimi nie mamy szans i szacun dla tych organizatorów, ktorzy chociaz wprowadzaja klasyfikacje na obcokrajowca i Europejczyka, aby ci drudzy tez mogli za ten ciezki wklad pracy sobie dorobić.

  4. Głos rozsądku! Niestety, ale najczęściej komentatorami spraw wszelakich są ludzie, którzy w życiu nie przebiegli piątki, a co dopiero mówić o dystansie jakim jest maraton. Oskarżanie kogokolwiek w takiej sytuacji o rasizm jest totalnie idiotyczne..

  5. Słabe to tłumaczenie. Wystarczyło żeby tylko ktoś podszedł i zapytał czy potrzebuje pomocy, sprawdził czy kontaktuje. A tak skręconą scenka z kilku minut męczenia się zawodniczki.

  6. Niestety na tym filmie nie widać, żeby ktokolwiek z obsługi zawodów przejawiał jakiekolwiek zainteresowanie zawodniczką, ba nie widać nikogo z obsługi. Więc czy sytucja była pod kontrolą?
    Czy jeśli zawodnik będzie, dosłownie, umierał, też nie udzieli mu się pomocy dopóki tego sobie nie zażyczy? Artykuł ciekawy, a jednak chyba próbujący wybielić sytuację?
    Pytanie: czy sędziowie nie mają prawa zdjąć z trasy zawodnika, który „nie wygląda dobrze”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *