Obozy biegowe dla amatorów – czy sprawią, że będziesz biegał szybciej? [Felieton]

Autor: Marcin Nagórek • 15.04.2015

Obozy biegowe dla amatorow

Fot. Istockphoto.com

Obozy biegowe dla amatorów biegania stały się powszechnie dostępnym produktem. Oferują je różne firmy i osoby. Ale czy taki wyjazd sprawi, że staniesz się szybszym biegaczem?

Wyjazd na obóz biegowy może być znakomitym zastrzykiem motywacji dla kogoś, kto nie ma w sobie odpowiedniej determinacji, aby ćwiczyć czy biegać samemu. Na wyjeździe tego typu łatwiej zmusić się i zrozumieć ważność nielubianych zwykle czynności, np. rozciągania. Nie masz pomysłu na urlop? Wyjazd na obóz może być rozwiązaniem. Jaki jest jednak jego sens czysto treningowy, niezwiązany z kwestią motywacji? Czy ambitny amator zanotuje wzrost formy po tygodniu czy dwóch wspólnych ćwiczeń?

Sam pomysł wyjazdu na obóz jest skopiowany z treningu wyczynowego, co oznacza, że trzeba do niego podchodzić ostrożnie. To, co sprawdza się dla zawodowca, niekoniecznie ma sens w przypadku przeciętnego człowieka. Wyczynowcy jeżdżą na obozy po to, aby w sprzyjających okolicznościach, w spokoju i skupieniu zrealizować w treningu więcej niż do tej pory. Na obozie skokowo rośnie łączna objętość treningu, liczba jednostek oraz ich gęstość, czyli liczba mocnych jednostek w porównaniu do łagodnych.

Pierwsze pytanie, które się pojawia, brzmi więc: czy dla amatora obóz potrzebny jest po to, aby biegać więcej albo częściej? Odpowiedź wcale nie jest oczywista. Moc treningu jest zależna od zdolności adaptacyjnych biegacza. W przypadku młodego, silnego i świetnie regenerującego się wyczynowca strategia raptownego zwiększania obciążeń ma sens.

Obserwacja treningu amatorskiego zwykle prowadzi do innych wniosków. Jest wielu amatorów, którzy w warunkach domowych, mając rodziny, pracę i słabe możliwości regeneracji, poświęcają na bieganie więcej czasu niż wyczynowcy. W świecie profesjonalnego sportu bardzo rzadko zdarza się, że nawet najmocniejsi zawodnicy biegają więcej niż 12-14 godzin tygodniowo. Dotyczy to maratończyków, którzy realizują trening wymagający czasowo. W biegach średnich na sam trening biegowy poświęca się często zaledwie 5-8 godzin tygodniowo. Tymczasem mówimy tu o biegaczach, którzy zwykle bez problemu są w stanie pobiec 10 km w czasie 33-32 minut, a ewentualny maraton poniżej 2:50.

Amatorzy biegają więcej i zdarza się, że długie biegi trwają u nich 3-4 godziny i więcej. W praktyce więc jest spora grupa, która na wyniki rzędu 45-40 minut na dychę poświęca więcej czasu niż wyczynowiec na poziomie 32 minut. W świetle tej obserwacji wyjazd na obóz po to, aby trenować jeszcze więcej, wydaje się nie mieć sensu.

Rezerwa w treningu amatora tkwi gdzie indziej. Przeciętny wyczynowiec poświęca dużo więcej czasu na trening siłowy i sprawnościowy. Tu jest potencjalna zaleta obozu. Na wyjeździe tego typu do dyspozycji jest najczęściej trener, który może demonstrować ćwiczenia. Grupa wykonuje je także razem. Jednak nawet tutaj tkwi pewna pułapka. Mało który trener biegowy potrafi wykonać ćwiczenie rzeczywiście poprawnie. A już dobranie odpowiednich do danego biegacza, uwzględniając jego historię dolegliwości oraz słabe i mocne punkty – to prawie niewykonalne. Tym zajmuje się terapeuta manualny lub fizjoterapeuta.

W sporcie wyczynowym, poza pojedynczymi przypadkami, najczęściej działa się zupełnie inaczej – biegacz wykonuje wszelkie możliwe ćwiczenia, bardzo różnorodne i intensywne, licząc na to, że przyniesie to efekt. Czasami się sprawdza, czasami nie, nie ma tu jednak prawdziwej indywidualizacji. Zastosowanie takiej strategii w przypadku mniej sprawnego, starszego i gorzej regenerującego się amatora może być ryzykowne. Wydaje się, że zamiast wyjazdu na obóz bardziej opłacają się w takim wypadku indywidualne konsultacje ze specjalistą u siebie w miejscu zamieszkania, powtarzane regularnie. Lub oczywiście, jeśli kogoś stać, obie te opcje na raz – czyli specjalista w domu, a obóz w czasie urlopu.

Niestety, żadne ćwiczenia nie działają na zasadzie takiej, że im więcej ich zrobimy w krótkim czasie, tym lepiej. Efekty ćwiczeń są subtelne i dostrzegalne na przestrzeni miesięcy, a nawet lat, a nie dni. Jaki jest więc czysto treningowy pożytek z intensywnego ćwiczenia przez kilka dni? Minimalny. Nie ma więc sensu jechać na obóz TYLKO po to, żeby poćwiczyć więcej.

Wszelkie informacje o tym, że na obozach wykonuje się badania wydolnościowe czy pomiar kwasu należy traktować tylko i wyłącznie jako czystą ciekawostkę. Badania tego typu nie mają żadnego znaczenia praktycznego w treningu. Ba, eksperymenty wskazują, że jakiekolwiek określanie tzw. progów metabolicznych, poziomów tętna czy kwasu mlekowego nie ma większego sensu. Wszystkie te wskaźniki zmieniają się każdego dnia. Dieta, nastrój, poziom zmęczenia czy wyspania potrafią zmieniać próg nawet o kilkanaście uderzeń serca na minutę i kilkanaście sekund prędkości na kilometrze. Każdy, kto wmawia biegaczowi, że ten biegając na określonym tętnie, trenuje to czy to, świadomie lub nieświadomie wprowadza go w błąd. Możliwe jest orientacyjne określenie poziomu intensywności, ale należy pamiętać, że trening to nie matematyka i spokojne rozbieganie jednego dnia powinno być biegane w tempie np. 5:00, a innego – 5:30 min/km. Nie ma tu żelaznych reguł. A już wykonywanie badań na bieżni mechanicznej w pomieszczeniu, podczas gdy trening wykonywany jest w terenie, zasługuje tylko na ironiczny uśmiech. Badania mogą być ciekawe, ale ich praktyczny wpływ na trening jest minimalny.

Gdzie tkwią największe rezerwy w treningu amatorskim? Po pierwsze, odpowiednia metodyka treningu, czyli dobrze dobrany plan treningowy. Po drugie, poprawa ogólnej sprawności i siły – w sposób cierpliwy, ciągły i rozłożony w czasie, a nie zrywowy. Po trzecie – w intensywności kluczowych treningów. Po czwarte – w diecie i wadze. Ważne jest więc dla biegacza pytanie: kiedy biegać mocno, kiedy spokojnie i jaki format treningu zastosować? To jest prawdziwe wyzwanie dla zawodnika czy trenera.

W bieganiu nie ma, niestety, cudów. Wyjazd na obóz biegowy nie zrobi z nikogo zawodnika. Można to osiągnąć cierpliwą, mądrą i ciężką pracą. Jeśli współpraca z trenerem – to na zasadzie długofalowej obserwacji, a nie pojedynczych konsultacji na obozie, z człowiekiem, który nie ma pojęcia o naszych słabych czy mocnych stronach, historii biegania, szybkości regeneracji i dziesiątkach tego rodzaju czynników, mających realny wpływ na trening.

Wydaje się więc, że coraz powszechniejsze obozy biegowe dla amatorów są w większym stopniu modą niż realną koniecznością czy korzyścią treningową. Mają swoje zalety, ale największą wydaje się aspekt towarzyski – możliwość wyjazdu w ładne miejsce i poznanie innych biegaczy oraz wspólne treningi. Jeżeli ktoś oczekuje właśnie tego po obozie, nie ma problemu. Ba, znajomość z innymi biegaczami potrafi być dobrą motywacją przez wiele lat. Jest się z kim porównywać i z kim ścigać. To znacznie lepsza strategia niż matematyczne porównywanie własnych czasów z roku na rok. Gdy organizm robi się coraz starszy, trudno ocenić, czy słabszy czas w gruncie rzeczy nie jest progresem w stosunku do poprzednich lat. Porównanie ze znajomymi w podobnym wieku bywa znacznie celniejsze i bardziej motywujące.

Nie sądzę jednak, żeby wyjazd na obóz w jakiś znaczny sposób wpływał na samą formę biegacza amatora. Jeżeli już, to znacznie większe jest ryzyko przetrenowania niż wzrostu dyspozycji biegowej. W związku z tym nie należy oczekiwać cudów po takich wyjazdach. Jeżeli nie zależy nam na motywacji ani przyjemności, a jedynie na poprawie wyniku – nie ma większego znaczenia, czy trenuje się w domu, czy na obozie.

Komentarze