fbpx

Wiadomości

[h6]Fot. Marian Nowakowski[/h6] [h2]Katarzyna Kowalska – specjalistka od biegu na 3000 metrów z przeszkodami zawalczy 29 marca o rekord Polski w półmaratonie. Wróciła już do Polski, aklimatyzuje się i zbiera siły na dobry start w niedzielę. Trzymamy kciuki![/h2] [su_note note_color="#23aca8" text_color="#000000"]Kasia Kowalska jest specjalistką od biegu na 3000 metrów z przeszkodami. Dziewięciokrotnie zdobywała mistrzostwo Polski w tej konkurencji, sześć razy wywalczyła tytuł mistrzyni Polski w biegu przełajowym, a w 2009 roku zdobyła złoto na 10 000 m. Kasia była nominowana w plebiscycie o tytuł Europejskiej Wschodzącej Gwiazdy Lekkoatletycznej w 2007 roku. W 2011 roku debiutowała w półmaratonie. Zwyciężyła z wynikiem 1:11:27 i do dziś jest najszybszą Polką Półmaratonu Warszawskiego.[/su_note] Jestem od kilku dni w Polsce. Czas płynie mi dość szybko, a przede wszystkim pracowicie. Pierwsze dni poświęciłam na reaklimatyzację do warunków w kraju, do strefy czasowej i przede wszystkim - wysokości. Jeśli chodzi o zmianę strefy czasowej to bardzo szybko się przestawiłam, jednak mimo to czułam się „otumaniona”, mój umysł jakby spał, a przed oczami była mgła. Takie objawy są normalne po powrocie z wysokich gór. Na treningach wcale nie było lepiej, nogi z ołowiu, ledwo odrywałam się od ziemi. Wiedziałam, że czas będzie tutaj najlepszym lekarstwem i uzbroiłam się w cierpliwość. Pierwszy mocny akcent biegowy wykonałam po pięciu dniach, wtedy odetchnęłam z ulgą i już wiedziałam, że jestem na dobrej drodze. Mój optymizm utwierdził się jeszcze bardziej, gdy odebrałam wyniki badań biochemii krwi wykonane po powrocie z gór. Hipoksja skutecznie zadziałała i wszystkie najważniejsze wskaźniki mam na poziomie rekordu życiowego. Poza treningami nadrabiałam zaległości z zakresu promocji lekkiej atletyki. W czwartek miałam okazję wczuć się w atmosferę zbliżającego się startu w 10. PZU Półmaratonie Warszawskim. Zostałam zaproszona na konferencję prasową. Jako że w tym roku jest jubileuszowa edycja nie mogło zabraknąć zarysu historii tej imprezy. Jedną z ciekawostek jest to, że w ciągu 10 lat impreza dopiero po raz drugi odbędzie się tylko po jednej stronie Wisły. Z roku na rok nieustannie rośnie liczba uczestników. Do 10. edycji zgłoszonych jest już ponad 14 tyś. biegaczy, a wciąż można się zapisywać! [h6]Konferencja 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Fot. Magda Lewandowska[/h6] W drodze powrotnej do domu spotkałam się z uczestnikami w XXIV Biegu Wagarowicza w Zespole Szkół nr 1 w Płocku. Zawody zostały zorganizowane w ramach akcji „Lekcja z Mistrzem” związanej z projektem Ministerstwa Sportu i Turystyki „Stop zwolnieniom z WF”. Super impreza! Dziękuje za zaproszenie. [h6]Fot. Piotr Mieszkowski[/h6] W sobotę relaks, a w niedzielę start w Mistrzostwach Polski Seniorów w Biegach Przełajowych. Tym razem jeden dystans i - jak dla mnie - zbyt krótki (5 km). Dałam z siebie wszystko ale dziewczyny były w tym dniu szybsze. Gratulacje dla Dominiki, Dominiki i Matyldy!  Uważam, że udało nam się stworzyć dobre widowisko sportowe. Absolutnie nie traktuję tego startu w kategorii porażki. Brakowało mi takiego przetarcia w głównym projekcie startowym "Kierunek Warszawa". Od 2006 roku nieprzerwanie co roku stratuję w MPS w biegach przełajowych, mój dorobek to 6 złotych medali, 2 srebrne, 4. i 8. miejsce. W historii mistrzostw Polski w biegach przełajowych w klasyfikacji medalowej plasuję się na drugim miejscu tuż za panią Bronisławą Ludwichowską (7 złotych; 2 brązowe medale). [h6]Fot. Marian Nowakowski[/h6] Ostatni tydzień to już pełna mobilizacja na najważniejszych celach związanych z udziałem w 10. PZU Półmaraton Warszawski. Czas poświęcam tylko na trening i odpoczynek. Analizując szczegółowo wykonany trening, jestem pełna optymizmu przed tym wyzwaniem. Czekam na dobrą pogodę i do zobaczenia na trasie… Kasia Kowalska
Emil Dobrowolski zwyciężył w półmaratonie w Dallas z czasem 1:04:41. Drugie miejsce zajął Jakub Nowak - 1:04:59.
[h6]Bajgle z serem pleśniowym i gruszką na śniadanie przed zawodami. Fot. Łukasz Pura[/h6] [h2]Śniadanie przed ważnym biegiem może okazać się kluczowe. To najważniejsze i podstawowe źródło energii. Nie ma jednak jednej idealnej rady, jaki powinien to być posiłek. Podobnie, jak nie istnieją uniwersalne, odpowiednie dla wszystkich plany treningowe, tak samo śniadanie przed startem czy choćby porannym treningiem pozostaje indywidualnym wyborem. Mamy dla Was kilka propozycji.[/h2] Z pewnością powinno być równie dobrze dobrane, jak rozmiar biegowych butów, które zapewniają komfort przez wiele kilometrów. Nowy Jork, Berlin, Warszawa… - ile wielkich miast, ile wielkich maratonów i ilu biegaczy na świecie, tyle można by przedstawić propozycji idealnych śniadań. [su_highlight background="#F7CE6D" color="#ffffff"]Sadzone jajko z grillowanymi pomidorkami i kozim serem[/su_highlight] 1-2 jajka 150 gramów pomidorów koktajlowych około 100 gramów koziego sera szczypior 1 gałązka świeżego rozmarynu 1 łyżeczka cukru brązowego 1 łyżka oleju kokosowego sól i pieprz do smaku Tradycyjne sadzone jajko, usmażone na odrobinie oleju kokosowego, wbrew pozorom nie musi być ciężkim posiłkiem. Istotnym dodatkiem są grillowane z odrobiną brązowego cukru i gałązką rozmarynu pomidory koktajlowe, pokruszone kawałki koziego sera oraz garść posiekanego świeżego szczypiorku. [h6]Jajko sadzone z pomidorkami i szczypiorkiem. Fot. Łukasz Pura[/h6] [su_highlight background="#F7CE6D" color="#ffffff"]Bajgle[/su_highlight] 2 szklanki orkiszowej mąki (typ 700) 20 gramów świeżych drożdży około 100 ml letniej wody 1 łyżeczka drobnego cukru 2 łyżki oliwy sezam Bułka z dziurką w środku jest równie wciągająca, jak samo bieganie. Pieczenie domowych bajgli rozpoczynamy od przygotowania rozczynu. Drożdże należy rozpuścić w letniej wodzie z odrobiną drobnego cukru. Mąkę mieszamy z pozostałym cukrem i solą, po czym dodajemy gotowy już rozczyn. Po wyrobieniu ciasta pozostawiamy je na 30 minut do wyrośnięcia, aż podwoi swoją objętość. Następnie dzielimy je na 4 części, kształtujemy kulki i robimy w każdej dziurkę. Następnie uformowane bajgle obgotowujemy po minucie z każdej strony w niewielkiej ilości wody, osuszamy, smarujemy oliwą oraz sezamem i pieczemy w temperaturze 200 stopni przez 20 minut. Najlepiej smakują z awokado, drobno posiekaną dymką, solą i pieprzem, twarogiem z bakaliami oraz serem pleśniowym i karmelizowaną gruszką. [h6]Bajgle z awokado, pleśniowym serem i gruszką i z twarożkiem. Fot. Łukasz Pura[/h6] [su_highlight background="#F7CE6D" color="#ffffff"]Czekoladowa granola z jogurtem[/su_highlight] 1/2 szklanki orzechów włoskich 1/2 szklanki migdałów 1/2 szklanki orzechów laskowych 1/4 szklanki pestek dyni 2 szklanki płatków owsianych 100-150 ml miodu, syropu klonowego lub z agawy 2 łyżki kakao 2 łyżki oliwy duża garść suszonych śliwek garść suszonej żurawiny szczypta soli Czekoladowa granola z jogurtem wydaje się idealną propozycją na nowojorskie, maratońskie śniadanie. Jej przepis został wymyślony w Dansville w stanie Nowy Jork, przez Jamesa Caleba Jacksona w 1894 roku. Przygotowanie granoli rozpoczynamy od czekoladowego syropu. Na początek na małym ogniu musimy zagotować miód z olejem roślinnym, kakao oraz szczyptą soli. Następnie, w dużej misce łączymy orzechy, płatki owsiane oraz pestki dyni, po czym wszystko zalewamy gorącym syropem i dokładnie mieszamy. Całość wykładamy na dużą blachę pokrytą papierem i pieczemy przez 15 minut w 175 stopniach, w trakcie kilkakrotnie mieszając. Na koniec do chrupiącej granoli dodajemy suszone owoce i zjadamy z ulubionym jogurtem lub mlekiem. [h6]Granola czekoladowa z jogurtem. Fot. Łukasz Pura[/h6]
Fot. Sportografia.pl Start w półmaratonie, zwłaszcza pierwszym, to powód do całkiem solidnego stresu. Zdenerwowanie pogłębia złe przygotowanie. Z treningiem już niewiele się zrobi, ale można przynajmniej dobrze się spakować na bieg! Zobacz, co warto wziąć ze sobą. [su_highlight background="#1a6d21" color="#ffffff"]Numer startowy[/su_highlight] Rzecz podstawowa i obowiązkowa. Bez numeru startowego nie masz prawa uczestniczyć w biegu, a wiesz dobrze, że szkoda i przygotowań, i wpisowego. Numer najczęściej przypina się agrafkami do koszulki (z przodu). Agrafki prawdopodobnie dostałeś lub dostaniesz w pakiecie startowym. Jeśli nie – najlepsze będą te małe. Dobrym i wygodnym rozwiązaniem jest też pasek na numer startowy. Jeśli planujesz więcej startować, warto w taki gadżet zainwestować. Jego zalety odczuwa się zwłaszcza wtedy, gdy ze względu na zmienną pogodę trzeba ciągle zdejmować z siebie lub zakładać jakieś warstwy, a numer powinien być zawsze na wierzchu. [su_highlight background="#1a6d21" color="#ffffff"]Odpowiednie ciuchy[/su_highlight] Przygotuj sobie zestaw sprawdzonych (!) i wygodnych ubrań biegowych. A potem spójrz na niego i poszukaj w szafie czegoś lżejszego. Zbyt ciepłe ciuchy to jeden z najczęstszych błędów na biegach, zwłaszcza wiosennych. Półmaraton to wystarczający dystans, podczas którego zdążysz się porządnie rozgrzać. Tuż przed startem powinno być ci trochę chłodno. Jeśli będzie ci ciepło – najpewniej podczas biegu się zagotujesz. Pamiętaj też o ciepłych ubraniach do założenia na mecie, gdy już ochłoniesz i zaczniesz się trząść. Wszystko możesz oddać do depozytu. [su_highlight background="#1a6d21" color="#ffffff"]Buty i skarpetki na zmianę[/su_highlight] Nie jest to rzecz niezbędna, ale lepiej dmuchać na zimne i… dbać o obtarte. Jeśli jeszcze nigdy nie stawiłeś czoła połówce, może się okazać, że 21 km zniszczy twoje stopy. Buty okażą się nagle potwornie niewygodne, a skarpetki się niespodziewanie podziurawią. Zapasowe buty (takie sprawdzone, wygodne, niekoniecznie biegowe) mogą być zbawieniem umożliwiającym powrót do domu po biegu. Warto też zabrać jakieś plastry na obtarcia. Fot. Sportografia.pl [su_highlight background="#1a6d21" color="#ffffff"]Jedzenie i picie[/su_highlight] Półmaraton to dystans, na który na pewno nie warto zabierać ze sobą na trasę własnego jedzenia i picia. Na zdecydowanej większości biegów będą czekać na ciebie punkty odżywcze z napojami i drobnymi przekąskami. Warto przed zawodami dowiedzieć się (zwykle jest to zapisane w regulaminie), co organizator przygotuje do jedzenia i picia. Być może dostaniesz też napoje i posiłek regeneracyjny na mecie. Mimo to warto zabrać ze sobą jakąś przekąskę i butelkę z piciem i zostawić je w depozycie. Nie ma pewności, jak dużo energii stracisz. Lepiej, żebyś miał czym ją uzupełnić po pokonaniu całego dystansu. [su_highlight background="#1a6d21" color="#ffffff"]Zegarek[/su_highlight] Warto w jakikolwiek sposób kontrolować czas w trakcie biegu. Zegarek z GPS-em może zawieść, więc nie należy polegać na jego odczytach w 100% (więcej na ten temat: „Bieganie z GPS. Od czego zależy dokładność pomiarów?”, „GPS – błędy niezależne od zegarka”). W zasadzie powinien wystarczyć stoper. [su_highlight background="#1a6d21" color="#ffffff"]Opaska z międzyczasami[/su_highlight] Przydatny gadżet dla tych, którzy walczą o konkretny wynik. Opaska z rozpisanymi międzyczasami pozwoli kontrolować tempo i ewentualną stratę do zakładanego planu. Powinna być czytelna – podczas biegu trudno się patrzy na małe cyferki, zwłaszcza przy dużej intensywności i narastającym zmęczeniu. Przeczytaj też: „Jak kontrolować tempo podczas zawodów?”. Fot. Sportografia.pl
Piotrek Dymus przy jednym ze swoich zdjęć z Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego 2015. Wystawa na deptaku w Karpaczu. Fot. Ewelina Supera „Żeby Ci w życiu do łba nie przyszło przestać robić zdjęcia!!!” – piszą mu na fanpage’u. „Twoje zdjęcia to bajka” – zachwycają się uczestnicy biegów. Dlaczego Piotrek Dymus robi takie fantastyczne zdjęcia? I co robił wcześniej? Piotr Dymus – sportowiec W podstawówce lekkoatletyka, potem pięciobój nowoczesny, ale miłości z tego nie było. Wspinał się, jeździł na rowerze, zawsze w tym wszystkim więcej było przygody niż walki o wynik. Aż w 2004 roku, w wieku 28 lat, dowiedział się od znajomego o rajdach przygodowych (adventure racing). Wystartował z kumplem w Lion Winter Challenge na trasie 300-kilometrowej, ale do mety dotarł sam. Związał się z ekipą Napieraj.pl. Pół roku po pierwszym rajdzie wystartował z Krzyśkiem Dołęgowskim w Rajdzie Orła Bielika – zajęli zupełnie niespodziewanie 3. miejsce. Zawody multidyscyplinarne odpowiadały jego patrzeniu na sport. Zaczął regularnie startować i regularnie trenować, z głową, choć ciągle na czuja, bo podręcznika „Nauka trenowania do rajdów przygodowych w weekend” nie było na rynku. Uwagę zwrócił na niego zespół Speleo – wówczas jeden z najmocniejszych polskich teamów w adventure racingu. Piotr startował w rajdach w sumie przez 7 lat, jeżdżąc średnio na 2, maksymalnie na 3-4 długie (kilkudniowe, wieloetapowe) imprezy w ciągu roku. W sumie ponad 40 ukończonych rajdów. Najdłuższa impreza – Explore Sweden Monster, 2009 rok, ponad 1000 km, 3. miejsce. Ulubione rajdy – grudniowe Abu Dhabi Adventure Challenge (2008, 2009, 2010) – ok. 400 km. Abu Dhabi Adventure Challenge: https://www.youtube.com/watch?v=IFariQpvqlo   Myślę, że w pewnym momencie startowałem za dużo. Po takim rajdzie człowiek jednak dość długo dochodzi do siebie. Może przez to trochę się wypaliłem. Byłem zmęczony rajdami – fizycznie i psychicznie. Chciałem pojechać w góry, poruszać się, ale już bez presji rywalizacji. Rajdy zresztą powoli zaczęły się w Polsce kończyć, ludzie zaczęli się przerzucać na bieganie po górach. Dla mnie zawsze fajniejszą dyscypliną był rower, dlatego nie rzuciłem się na bieganie ultra. Ruszam się oczywiście cały czas – to dla mnie naturalne. Piotr Dymus – fotograf A na długo przed rajdami była fotografia. Nie na odwrót. W wieku 20 lat Piotrek stwierdził, że ma ochotę robić zdjęcia. Poszedł na kilka kursów fotograficznych, cykał zdjęcia na wyjazdach, takie miał hobby. Ale się skończyło, bo zaczęły się rajdy. A jak rajdy się skończyły, to wróciła fotografia. W 2011 roku (zwróćmy uwagę, że to całkiem niedawno!) Piotrek kupił sobie porządny aparat cyfrowy. Wiedziałem, że chciałem nim robić zdjęcia na jakichś zawodach sportowych, ale nie do końca wiedziałem jak, po co i dlaczego… Piotr Dymus – fotograf sportowy. Czas na wywiad! Fotografia sportowa to wynik dawnych sentymentów? – Środowisko sportowe znam od podszewki. Fotografia sportowa stała się więc dla mnie naturalnym połączeniem dwóch wcześniejszych zainteresowań. Zacząłem jeździć na imprezy sportowe z aparatem, pierwsze publikacje były dla miesięcznika „Bieganie”. To już zaczęło mieć znamiona zawodu, bo wcześniej nie myślałem, że mógłbym zająć się fotografowaniem zarobkowo. Choć nadal nie było to moje jedyne i główne zajęcie – wciąż pracowałem przede wszystkim w handlu międzynarodowym. To trwało prawie do końca 2013 roku, więc tak naprawdę fotografia jako główne zajęcie to u mnie dość świeża sprawa. Czyli udało się zostać zawodowym fotografem. Łatwo przyszło? – Gdyby to była tak prosta rzecz, zarabiałbym wyłącznie na robieniu zdjęć już od dawna. Na pewno sporo czasu poświęciłem na doskonalenie warsztatu, zdobywanie wiedzy, bo nie czułem się gotowy na to, żeby od początku wejść odważnie na rynek i uważać się za fachowca. Poza tym zawód fotografa to nie taka bułka z masłem – prasa drukowana jest od jakiegoś czasu w gorszej formie, redakcje raczej nie zatrudniają etatowych fotografów, wynagrodzenia są niskie, a dostępność sprzętu jest duża. Ludzie za dotacje unijne kupują sobie profi aparaty, a potem za 100 zł robią zlecenia warte dużo więcej. Ta zmiana – skupienie się na fotografii – to była trudna decyzja, przede wszystkim z ekonomicznego punktu widzenia. Miałem wątpliwość, czy będę się w stanie utrzymać. I wiedziałem, że oprócz zleceń dla „Biegania” będę musiał patrzeć szerzej. I co wymyśliłeś? – Jakoś naturalnie zaczęło się jeżdżenie na imprezy biegowe i robienie na nich zdjęć. Najpierw jeździłem z Magdą i Krzyśkiem Dołęgowskimi – robiłem im zdjęcia na dużych, zagranicznych imprezach ultra, bardzo widowiskowych (np. Gore-Tex Transalpine Run). Dzięki temu miałem zbudowane całkiem niezłe portfolio. Ludzie mogli oglądać moje zdjęcia i organizatorzy biegów zaczęli się do mnie zgłaszać ze zleceniami, do innych ja sam się zgłaszałem. Gore-Tex Transalpine Run 2012. Fot Piotr Dymus Co z twoimi umiejętnościami i wiedzą? Wystarczało zbierane na imprezach doświadczenie czy próbowałeś się cały czas dokształcać? – Wiedziałem, że na pewno nie chcę kończyć szkoły fotograficznej, bo już ten etap początków miałem za sobą. Szkoda mi było czasu na przedmioty niezwiązane z dziedziną fotografii, którą wybrałem. Chciałem robić kursy profilowane, odpowiadające temu, czym się zajmowałem. Nawet nie ściśle związane z fotografią sportową, bo ta jest tak naprawdę odłamem fotografii reportażowej. Umiejętności techniczne zdobywałem sam, po prostu robiąc zdjęcia. Zależało mi bardziej na kursach, które nauczą mnie patrzenia obrazem, myślenia nie tylko o biegnących zawodnikach, ale też o jakichś interakcjach, reakcjach ludzi znajdujących się w pobliżu, dostrzegania ciekawych sytuacji. Takich smaczków, które nie są typowe dla fotografii sportowej, ale towarzyszą fotografii reportażowej. Na przykład biegnie zawodnik, a obok przechodzi ktoś z kiełbaską na talerzu. Rzeczywiście wśród twoich zdjęć z imprez ultra jest sporo takich, na których ktoś przejeżdża obok biegacza furmanką, jakaś wiejska baba podpiera się pod boki czy pasterz pilnuje swoich owiec, a biegacz jest tylko dodatkiem, nie jest głównym bohaterem kadru. – No właśnie. Czasem w kadr wchodzą przypadkowi ludzie (nie zawodnicy) i musisz sobie zadać pytanie: czy traktujesz tych ludzi jako intruzów psujących kadr, czy czekasz, aż zadzieje się z nimi jakaś ciekawa interakcja. Możesz oczywiście zrobić zdjęcie, na którym to biegacz będzie ostry, na pierwszym planie. Ale możesz też ująć kadr, w którym biegacz, choć wyraźnie obecny, będzie tylko tłem. I to też jest ciekawe, a czasami nawet ciekawsze. Łemkowyna Ultra Trail 2014. Fot. Piotr Dymus A czy to, że wcześniej zajmowałeś się rajdami przygodowymi, jakoś ci pomaga w robieniu zdjęć na imprezach sportowych? – Ważny aspekt – choć zupełnie niefotograficzny – to po prostu kondycja fizyczna. I zamiłowanie do chodzenia po górach. Dzięki temu jako fotograf na górskiej imprezie ultra mam dużo łatwiej niż jakikolwiek inny pan z aparatem. Można być świetnym fotografem sportowym, ale na stadionie, gdzie siedzisz w miejscu, w bezpiecznej strefie „FOTO”. To nie jest mój żywioł, ja lubię się ruszać. Żeby wspiąć się na górę, uchwycić ultrasów przy promieniach wschodzącego słońca, zwłaszcza taszcząc ze sobą kilkanaście kilogramów sprzętu, trzeba jednak mieć trochę krzepy. Jeśli tam są zawodnicy, to ja też tam muszę być – to jest część gry. Moje fizyczne możliwości mi na to pozwalają. A jeśli chodzi o patrzenie przez wizjer? To, że wiesz, jak wyglądają zawody z punktu widzenia zawodnika, pomaga ci znajdować lepsze kadry? – Pomaga mi to patrzeć na całość – wbrew pozorom – mniej emocjonalnie. Bo to, że ludzie przebiegają kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów, nie wywołuje we mnie reakcji „wow”. Po prostu wiem, że ludzie robią takie rzeczy. Oczywiście jest to fajne, może to być dla konkretnej osoby przygoda życia i wyczyn, ale ja skupiam się na swojej robocie i mogę do tego podejść na chłodno. Piotrek podczas nocnego etapu rajdu przygodowego Adventure Trophy (2010 r.), w którym startował w 4-osobowym zespole Speleo. Oczywiście wygrali. Fot. Speleo Team Wiem, że wkurza cię, kiedy zawodnicy podczas biegu do ciebie machają, szczerzą się. – Tak, rzeczywiście wolę być niezauważany przez biegaczy. Chociaż na krótszych biegach, 5-, 10-kilometrowych aż tak mi to nie przeszkadza. Z ludźmi śmiejącymi się do aparatu też wychodzą fajne obrazki. Zwłaszcza jeśli jest to atrakcyjna blondynka… To wytniesz, prawda? Na biegach ultra krajobraz zazwyczaj jest dużo ważniejszym elementem, odgrywa istotną rolę. W zjawiskowy kadr trzeba spróbować wkomponować biegacza czy biegaczy – jeśli będą oni żywiołowo reagować na fotografa, to ten obrazek może się zepsuć, nie będzie naturalny. Co jest pierwsze: szukanie kadru i czekanie na zawodnika czy czekanie na zawodnika, a potem na szybko szukanie dla niego kadru? – Zdecydowanie najpierw staram się zaplanować kadr, wyobrazić go sobie z biegnącym zawodnikiem. Szukam tła dla osób, które niebawem mogą się znaleźć w danym miejscu. Oczywiście duża część zdjęć to po prostu zdjęcia ilustrujące zawodników, bo znaleźli się oni w tym miejscu i tyle. Jednak staram się, żeby te miejsca były wybrane z dbałością, przyglądam im się – czy zawodnikowi nie wyrośnie nagle latarnia z głowy albo czy po drugiej stronie nie stoi mało atrakcyjny śmietnik. A masz jakieś ulubione zabiegi, które stosujesz i dzięki którym w każdych okolicznościach wyjdzie ci jakiś ładny obrazek? Na przykład twoje słynne zdjęcia przez kwiatki… – (śmiech) No, to nie zawsze muszą być kwiatki. Rozmywanie pierwszego planu. Oglądając moje zdjęcia, można już sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nie oglądałaś moich zdjęć, jesteś nieprzygotowana! Okej, rozumiem, może nie wszyscy czytelnicy oglądają moje zdjęcia… Wydaje się to niemożliwe, ale… Dobra, poważnie. Oczywiście nie zakładam sobie, że dzisiaj zrobię zdjęcie przez kwiatki, a jutro zza płotka. Ale jest tak, że wchodzisz w teren i masz pewien wachlarz możliwości. Na przykład można zrobić zdjęcie bardzo długim obiektywem i wyizolować biegacza z tła, skupić się tylko na nim. Możemy zrobić zdjęcie wieloplanowe – na pierwszym planie te nieszczęsne kwiatki, dalej biegacz, w tle góry. Możemy mieć też wiele łańcuchów gór. Ja lubię zdjęcia, na których się dużo dzieje, ale nie zawsze da się takie zrobić. Mi zależy na tym, żeby stworzyć materiał zróżnicowany – nie chciałbym zrobić 100 zdjęć wyglądających tak samo. Dlatego stosuję różną perspektywę, różną głębię ostrości, skupiam się na rożnych elementach, raz jest plan daleki, raz bliski. Tak żeby oglądający tę galerię się nie nudził. To jest mój klucz. Czyli nie robisz dwustu zdjęć zawodnikom tylko po to, żeby mogli się później oznaczyć na Facebooku? – No właśnie to wymaga pewnego kompromisu. Wiadomo, że uczestnicy biegu chcą się później odnaleźć na tych zdjęciach. Bo też bez sensu byłoby siedzieć ileś godzin na trasie i przynieść z niej tylko kilka, ale za to fantastycznych zdjęć. Nie do końca takie są oczekiwania. Nie wszystkie zdjęcia muszą być doskonałe i zniewalające – to też jest rzecz, której się trzeba nauczyć. Ja z tym miałem kiedyś problem. Zdjęcie przez „nieszczęsne kwiatki”. Chudy Wawrzyniec 2014. Fot. Piotr Dymus Przygotowujesz się jakoś szczególnie do każdej imprezy? Planujesz sobie miejsca, w których się pojawisz? – Na pewno zastanawiam się nad tym, chociaż nie są to sztywne plany, bo wiele zależy od pogody, która w górach potrafi być zmienna. Ograniczeniem jest też dostępność pewnych miejsc. Czasem wiem, że jakiś punkt na trasie jest szczególnie zjawiskowy, ale mam też świadomość, że dotarcie do niego będzie trudne i długie – może więc warto z niego zrezygnować, a zdążyć wyskoczyć z aparatem w trzech innych miejscach. Często trzeba się zgodzić na kompromis między szybkością poruszania się a atrakcyjnością danego miejsca. A zdarza się tak, że jeszcze przed rozpoczęciem biegu idziesz na trasę i sprawdzasz, gdzie są jakieś fajne miejsca? – Nie, nie robię tego. Nie ma to większego sensu. Jeśli dotarcie gdzieś zajmie dużo czasu – a mówimy wciąż głównie o górach – to po co? Ale jeśli robię zlecenie dla jakiegoś organizatora biegu, to pierwszą rzeczą jest przestudiowanie mapy i zastanowienie się – najlepiej z organizatorem – które miejsca mogą być najciekawsze. Często nie jestem jedynym fotografem na trasie, więc trzeba się tak dogadać, żeby się nie dublować. Organizator może też sobie zażyczyć, że chce mieć zdjęcia ze startu czy z mety. Wybór punktów na trasie zależy już bardziej ode mnie. Mogę uzyskać od szefa biegu informacje, o której mniej więcej godzinie gdzie będą zawodnicy czy czołówka. Oglądasz zdjęcia innych fotografów sportowych, porównujesz je ze swoimi? – Nie, raczej tego nie robię. Częściej oglądam fotograficzne reportaże, z tego czerpię więcej. Twoje zdjęcia szczególnie przyciągają uwagę również ze względu na atrakcyjną obróbkę. – Żaden poważny fotograf nie pokazuje szerszej publice swoich zdjęć bez ich przetworzenia. Niektórzy uważają, że zdjęcie powinno być takie, jakie powstaje w aparacie. Ale ta obróbka była zawsze, również na filmach. W ciemni przy wywoływaniu zdjęć też sporo można było modyfikować. Oczywiście nie mówimy tu o takich czarach jak dodawanie czy wymazywanie jakichś elementów, ale o zmianie parametrów typu podciągnięcie kontrastu, jasności, nasycenia kolorów, dodaniu delikatnej winiety itd. W końcu chodzi nam o to, żeby ten obraz wyglądał atrakcyjnie i żeby efekt, który chcemy uzyskać, był zamierzony, nieprzypadkowy. Przy czym powinien oczywiście pozostać możliwie naturalny. Więc obróbka istniała zawsze, tylko teraz możemy to robić łatwiej i szybciej. Jest też presja czasu – zdjęcia z danej imprezy, a przynajmniej ich część musi być opublikowana już następnego dnia po zawodach. Takie są oczekiwania i organizatorów, i uczestników. Trzeba jakieś zdjęcia wybrać, każde jakoś udoskonalić. Na czym chciałbyś się konkretnie skupiać w fotografii sportowej? Ultra? Krótsze biegi? Sesje dla „Biegania”? – Jestem w takim momencie, kiedy zaczynam się nad tym zastanawiać – w którą pójść stronę. Na pewno chciałbym jeździć na duże imprezy ultra – nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Nie robiłem nigdy zdjęć na przykład na pustyni – myślę, że Maraton Piasków to by było coś. Wszystkie imprezy ultra w dzikim terenie – czy to w dżungli, czy na pustyni, czy w wysokich górach, czy na dalekiej północy – są pociągające. Chciałbym robić zdjęcia w takich miejscach. Fotografowanie imprez nie może być jednak jedyną działką, na której się skupiam, z prostego powodu – nie utrzymałbym się z tego. Jest bardzo wielu fotografów, którzy chcą to robić. Trzeba więc myśleć na dwa sposoby: robić to, co się lubi, ale też podchodzić do sprawy biznesowo, czyli szukać dziedzin, które dadzą możliwość lepszego zarobku. Widzę, że leży u ciebie książka „Fotografia produktowa”. To właśnie efekt szukania dziedziny dającej więcej profitów? – Tak, zacząłem się interesować fotografią reklamową. Przy czym nie kręcą mnie same produkty, ważny jest dla mnie w tym również element ludzki. Bardziej interesuje mnie prezentowanie produktów przez ludzi, którzy tych produktów używają. Produkt - sesja dla miesięcznika Bieganie. Fot. Piotr Dymus To na czym teraz głównie zarabiasz? Na imprezach biegowych i zleceniach do miesięcznika? – Ciągle pojawiają się jakieś nowe rzeczy. W moim zawodzie tak naprawdę nigdy się nie wie, co się będzie robić w przyszłym miesiącu. Sprzedaję zdjęcia na różne strony internetowe, czasem do jakichś książek, albumów, do czasopism. Każdy uczestnik biegu może też sobie ode mnie kupić odbitkę albo plik cyfrowy. Zacząłem robić sesje reklamowe produktów sportowych. Pojawia się sporo rzeczy jednorazowych – fotoreportaże z różnych eventów, nie zawsze sportowych. A jaką fotografią nie chciałbyś się zajmować? – Hm… Na pewno fotografią sztampową. Nie chciałbym robić zdjęć, przy których nie jest wymagane myślenie, kombinowanie. Które po prostu ze swojej natury nie mogą być lepsze. W jakiej to będzie dziedzinie – to już mniej istotne. A sesje? – Nigdy nie robiłem na przykład sesji ślubnej czy reportażu weselnego – to się kojarzy ze sztampą, ale ja nie wykluczam i takiego doświadczenia. A sesje z biegaczami, np. te dla „Biegania”, lubię. Natomiast nie lubię być podczas takich sesji zaskakiwany – kiedy coś na miejscu wygląda inaczej, niż było to wcześniej ustalone. Lubię być przygotowany do sesji, zależy mi na profesjonalizmie. Oczywiście trzeba być też elastycznym, nie zawsze wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, się uda. Mam tego świadomość. Masz swoje ulubione zdjęcie? Swojego autorstwa? – Nie mam jednego ulubionego, ale mam kilka, które lubię. Przede wszystkim lubię zdjęcia proste. Takim zdjęciem jest czarno-biały obrazek z Biegu Ultra Granią Tatr z 2013 roku – biegacz na tle gór, spokojna kolorystyka. Nie ma tu wyjątkowej treści, to po prostu ładny obraz. Lubię zdjęcie z triathlonu w Suszu, na którym para staruszków kibicuje rowerzystom. Czasem szczególnie lubię te zdjęcia, które wiążą się z jakimiś fajnymi wspomnieniami. Mam sentyment do zdjęć z rajdu Lycian Challenge w Turcji, chociaż ten reportaż nie był jakoś szeroko prezentowany. Bieg Ultra Granią Tatr 2013. Jedno z ulubionych zdjęć Piotrka. Fot. Piotr Dymus Triathlon w Suszu. Zdjęcie trafiło do niemieckiego albumu „SPORT”. Fot. Piotr Dymus Rajd przygodowy Lycian Challenge 2012. Fot. Piotr Dymus   [su_highlight background="#922619" color="#ffffff"]Zobacz koniecznie:[/su_highlight] Strona internetowa: www.piotrdymus.com Facebook: facebook.com/PiotrDymusFotografia  
[h6]Mistrzostwa Polski seniorów, juniorów i juniorów młodszych w biegach przełajowych. Fot. Wiesław Raczkowski[/h6] [h2]W niedzielę w Iławie rozegrano jedne z trudniejszych mistrzostw Polski - w biegach przełajowych. Na jednej trasie ścigali się średniodystansowcy, ulicznicy, maratończycy i przeszkodowcy. W czołówce zarówno znane twarze, jak i sporo młodzieży.[/h2] Rywalizacja odbyła się w stylu amerykańskim - na szybkiej, twardej, lekko pofałdowanej trasie. Zupełnie inaczej rozgrywają przełaje Brytyjczycy - zwykle biegi są w jak największym błocie. W sobotę rywalizowali juniorzy i juniorki, w niedzielę - seniorzy i seniorki. Największą niespodzianka mistrzostw była porażka Katarzyny Kowalskiej na najdłuższym kobiecym dystansie - 5 km. Biegaczka wróciła świeżo z obozu w Meksyku i szykuje się do pobicia za tydzień rekordu Polski w półmaratonie, w czasie Półmaratonu Warszawskiego. W opinii ekspertów Kasia wydawała się nie do pobicia. Trudy podróży i długodystansowego treningu odcisnęły jednak swoje piętno. 23-letnia Dominika Napieraj, podopieczna Jacka Wośka z Wrocławia, nie wystraszyła się utytułowanej rywalki, która ma na koncie m.in. dziewięć tytułów mistrzyni Polski w biegu na 3000 m z przeszkodami. Napieraj cały czas była aktywna i podkręcała tempo. W drugiej połowie dystansu mocnym szarpnięciem zgubiła wszystkie rywalki, w tym Katarzynę Kowalską. Na drugim miejscu dobiegła Dominika Nowakowska, która niedawno wróciła z obozu w Portugalii i zwykle startuje na dystansach 5 i 10 kilometrów. Na trzecim - Matylda Kowal, specjalizująca się w biegu przeszkodowym. Katarzyna Kowalska dopiero piąta. W biegu męskim na najdłuższym dystansie mogliśmy oglądać powrót do formy po kontuzji maratończyka Arkadiusza Gardzielewskiego. Prowadzenie zmieniało się z pętli na pętlę. Na początku Gardzielewski podkręcał tempo, próbując zgubić rywali. Udało się z wszystkimi, z wyjątkiem trzech. Damian Kabat z Bydgoszczy utrzymał się do półmetka. Tomek Szymkowiak, olimpijczyk i przeszkodowiec - do okolic ósmego kilometra. Natomiast Adam Nowicki, mistrz Polski w półmaratonie, nie tylko nie dał się zgubić, ale w połowie dystansu sam wyszedł na prowadzenie. Dwa kilometry przed metą miał nad Gardzielewskim przewagę kilku metrów i wydawało się, że jest w stanie się oderwać. Nie udało się jednak. Na mecie pierwszy Arkadiusz Gardzielewski, drugi Adam Nowicki, trzeci - Tomasz Szymkowiak. W Polsce w rywalizacji mężczyzn rozgrywa się także mistrzostwa na krótszym dystansie przełajowym, zarzuconym na mistrzostwach świata. Najszybszy okazał się tu Tomasz Osmulski, na co dzień specjalizujący się w biegu na dystansie 1500 metrów. Na drugim miejscu spore zaskoczenie - 21-letni Miłosz Borowski z Płońska nie miał do tej pory na koncie większych sukcesów. Specjalizował się w biegach na 800 i 1500 metrów, osiągając najlepsze czasy na poziomie 1:53 i 3:54. Na trzecim miejscu rutyniarz, zawsze mocny w przełajach - Artur Olejarz ze Szczecina. W biegu krótkim na liście wyników odnajdujemy sporo znanych nazwisk. Na miejscu piątym Tadeusz Zblewski - długodystansowiec z Pomorza, mąż wicemistrzyni świata na dystansie 800 metrów, Angeliki Cichockiej. Na szóstym mistrz świata w biegu po schodach - Piotr Łobodziński. Na ósmym - brązowy medalista mistrzostw Europy na 1500 metrów, Bartosz Nowicki. Na dziewiątym - Michał Smalec, który największe sukcesy odnosił na dystansach 5000 i 10 000 metrów. Na 35. - Leszek Zblewski, obecnie 42-letni, przed laty najszybszy w Polsce na dystansie 1500 metrów. Pełne wyniki, łącznie z klasyfikacją juniorów, juniorek i klubową, dostępne po kliknięciu w link.
[h2]Start na Placu Piłsudskiego, meta na Placu Teatralnym, a pomiędzy nimi - 21,097 km po ulicach Warszawy, dostępnych w dużej mierze tylko dla samochodów. Nowa trasa warszawskiej połówki poprowadzi nas pomiędzy szklanymi wieżowcami centrum i Trasą Łazienkowską, nie zabraknie również historycznej części miasta.[/h2] Tradycyjnie już przedstawiamy kilka wyjątkowych miejsc z trasy warszawskiego półmaratonu i związane z nimi ciekawostki. [h3]Plac Piłsudskiego - start![/h3] Trzynastotysięczna fala biegaczy wyleje się z Placu Piłsudskiego, który gromadził w przeszłości setki tysięcy ludzi na różnego rodzaju uroczystościach. W 1979 roku Jan Paweł II odprawił tu słynną mszę podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Polski, w 20 lat później papież przemawiał do miliona osób podczas mszy beatyfikacyjnej polskich męczenników. Plac powstał w 1791 roku jako dziedziniec nieistniejącego już Pałacu Saskiego, wysadzonego przez Niemców w 1944 roku. Dziedziniec był oddzielony od Krakowskiego Przedmieścia budynkami, w których mieściły się królewskie stajnie i kuźnie. Jedyny istniejący do dzisiaj fragment zachodniej pierzei to powstały w 1925 Grób Nieznanego Żołnierza, początkowo mieścił się on w kolumnadzie pałacu Saskiego. Z inicjatywą odbudowy pałacu wyszedł Lech Kaczyński i pierwotny plan zakładał, że budynek miał być gotowy w 2010 roku. Od 25 listopada 2006 roku można było oglądać odsłonięte podczas prac archeologicznych fundamenty. W odbudowanym pałacu miał mieścić się ratusz, ale w 2008 roku zdecydowano o rozwiązaniu umowy, a fundamenty zasypano piaskiem do czasu ewentualnego wznowienia budowy. Środki przesunięto na budowę Mostu Północnego. Argumentowano decyzję o zaprzestaniu prac wpisem odsłoniętych piwnic do rejestru zabytków. Stowarzyszenie "Saski 2018" czyni starania żeby  odbudować pałac do 11 listopada 2018 roku, na setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Bardzo interesującym projektem jest saski360, w ramach którego powstała aplikacja  multimedialna, obrazująca wirtualny pałac na tle współczesnej architektury Warszawy. Na "wycieczkę" można się wybrać na stronie: www.skyconcept.pl/saski360 [h6]Plac Piłsudskiego - z wizualizacją Pałacu Saskiego. Fot. Skyconcept.pl/saski360[/h6] Z Placu Pilsudskiego ruszymy ulicą Królewską obok Ogrodu Saskiego - pierwszego publicznego ogrodu miejskiego w Polsce, założonego na przełomie XVII i XVIII wieku. Biegnąc dalej ulicą Grzybowską i Jana Pawła trafimy w strefę warszawskich drapaczy chmur. [h3]Szkło, metal i Pałac Kultury i Nauki[/h3] Podczas pierwszych kilometrów łatwo dać się ponieść emocjom i zacząć za szybko. Dlatego warto skupić się na widokach i czerpać przyjemność z biegu ulicami, które na co dzień zarezerwowane są tylko dla samochodów. Centrum Warszawy pełne jest kontrastów. Górują nad nim budynki, w których odbija się błękitne niebo, a pomiędzy nimi można znaleźć trochę reliktów minionej epoki - betonowych bloków czy peerelowską konstrukcję Dworca Centralnego. Jest również najwyższy budynek w Polsce, jeśli chodzi o wysokość całkowitą - Pałac Kultury i Nauki. Wzniesiono go jako „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”, a pomysłodawcą był sam Józef Stalin. Dla młodego pokolenia to symbol Warszawy, wybijający się w panoramie miasta z daleka, kontrastujący z otaczającymi go szklanymi konstrukcjami. Pobiegniemy ulicą Jana Pawła II, Chałubińskiego i Aleją Niepodległości, mijając charakterystyczne budynki - hotel Westin na rogu Grzybowskiej i Jana Pawła II, wieżowiec Spektrum przy ul. Twardej, Złote Tarasy i Dworzec Centralny przy Alejach Jerozolimskich, 170-metrowy Hotel Mariott - jeden z pierwszych warszawskich wieżowców. [h6]Złote Tarasy. Fot. Materiały prasowe[/h6] [h3]Pole Mokotowskie[/h3] Dalej, w okolicach 3. i 4. kilometra miniemy Pole Mokotowskie, Główny Urząd Statystyczny i Bibliotekę Narodową. Przed II wojną światową, ponad 200-hektarowy wówczas obszar Pola Mokotowskiego pełnił m.in. funkcję Lotniska Mokotowskiego i toru wyścigów konnych, przeniesionych potem na Służewiec. Kawałek dalej, przy ulicy Rakowieckiej mieści się więzienie wybudowane jeszcze przez władze rosyjskie w latach 1902-1904. Przez więzienie przewinęła się duża liczba znanych postaci historycznych i współczesnych osób publicznych, przetrzymywanych tu głównie w burzliwych momentach historii Polski przez władze krajowe i okupacyjne - między innymi Janusz Kusociński - mistrz olimpijski na 10 000 m z Los Angeles z 1932 roku. [h3]Królikarnia[/h3] Na 7. kilometrze trafimy na zawrotkę i ulicą Japońską dotrzemy do Puławskiej, kierując się już w stronę centrum Warszawy. To najdalej na południe wysunięty punkt trasy. W okolicach ósmego kilometra miniemy Królikarnię. Nazwa pochodzi z czasów saskich, kiedy znajdował się tu zwierzyniec, w którym polowano na króliki. Pierwotnie na terenie Królikarni znajdowały się browar, cegielnia, karczma, młyn i stodoła. W 1794, podczas insurekcji kościuszkowskiej w pałacu rezydował Tadeusz Kościuszko. Wokół rozciąga się park o tej samej nazwie. W otoczeniu drzew i krzewów znajduje się Park Rzeźby, w którym prezentowane są wybrane prace z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie. [h6]Królikarnia. Fot. Wikimedia Commons/ Ikiwaner[/h6] Kawałek dalej miniemy park wodny "Warszawianka", z basenem olimpijskim. Za budynkiem parku wodnego kryje się zdewastowany stadion piłkarski, a właściwie gruzowisko po nim. Dawny kompleks sportowy tworzył stadion z bieżnią lekkoatletyczną i widownią na 7000 osób, korty tenisowe, boiska, odkryte baseny, a ważnym elementem kompozycyjnym był mur oporowy zabezpieczający przed osuwaniem się ziemi, ponieważ wszystko było wkomponowane w skarpę wiślaną. Kompleks został nagrodzony tytułem Mistera Warszawy 1972 r. Dziś część obiektów jest opuszczona i zniszczona. [h3]Trasa Łazienkowska[/h3] Jedenasty kilometr pokonamy tuż przed Metrem Politechnika. Stąd można już zacząć przyspieszać. Do mety 10 km. Skręcamy na Trasę Łazienkowską, którą jeszcze nigdy nie prowadziła warszawska połówka czy maraton. To trasa szybkiego ruchu łącząca centrum Warszawy z prawobrzeżną częścią miasta. Stanowi fragment obwodnicy śródmiejskiej. Pierwsze plany budowy szerokiej ulicy o przebiegu podobnym do dzisiejszej Trasy Łazienkowskiej stworzono już pod koniec dwudziestolecia międzywojennego. Współczesną trasę zbudowano między 1971 a 1974 rokiem. Dwie jezdnie trasy mają po trzy pasy ruchu. W latach siedemdziesiątych szacowano ją na ruch 5 tysięcy pojazdów w ciągu godziny - teraz taka przepustowość nie wystarcza. Trasa jest częściowo poprowadzona w wykopie (od Ronda Jazdy Polskiej do skarpy wiślanej na terenie Ujazdowa), a częściowo po estakadzie o łącznej długości 840 metrów. Podczas budowy wzniesiono podziemne przejścia dla pieszych i kładki. Motyw Trasy Łazienkowskiej wielokrotnie pojawiał się w serialu Czterdziestolatek, a jego główny bohater, inż. Stefan Karwowski, pracował na jednym z odcinków jej budowy. [h6]Trasa Łazienkowska. Widok na tunel i Plac na Rozdrożu - autorstwa Aisog - praca własna. Licencja CC BY 2.5 pl na podstawie Wikimedia Commons[/h6] Zanim zbiegniemy na Wisłostradę - przed sobą będziemy mieć Most Łazienkowski, którego niedawny pożar postawił pod znakiem zapytania warszawskie uliczne biegi masowe. Pożar w 2015 roku nie był jednak pierwszym. Już w rok po otwarciu zapłonęła drewniana budka pod mostem na lewym brzegu Wisły, wskutek czego zostało uszkodzone pierwsze przęsło i część drugiego oraz nawierzchnia jezdni na długości ok. 200 m. Pożar z 14 lutego 2015 roku gaszono przez 12 godzin. Wybuchł w składzie desek przechowywanych w związku z pracami remontowymi. Drewniane podesty techniczne, które zajęły się ogniem planowano zastąpić kratą z ocynkowanej stali. Przed planowanym demontażem drewnianych konstrukcji usunięto zabezpieczenie z azbestu, wprowadzone po pożarze w 1975. Ogień rozprzestrzenił się w kierunku lewego brzegu na znacznej długości mostu. Uszkodzona została konstrukcja dwóch i pół (z pięciu) przęseł, nawierzchnia lewych pasów ruchu oraz biegnąca pod jezdnią magistrala wodociągowa. W akcji ratowniczej uczestniczyło 144 strażaków, wspieranych z Wisły m.in. przez statek „Chudy Wojtek”, na którym strażacy umieścili sprzęt gaśniczy. Temperatura sięgająca 1000 stopni Celsjusza uszkodziła stalową konstrukcję, w siłownikach dźwigarów pojawiły się wybrzuszenia, a łożyska przemieściły się. Zniszczona konstrukcja stalowa mostu ma być zdemontowana i zastąpiona nową, na zachowanych filarach. Ruch na moście może zostać przywrócony najwcześniej w drugiej połowie 2016 roku. [h6]Pożar Mostu Łazienkowskiego w Warszawie, 14 lutego 2015. Na miejscu z ogniem walczyło m.in. osiem jednostek gaśniczych, trzy podnośniki i trzy łodzie, uszkodzeniu uległa konstrukcja mostu. Fot. PAP/Jacek Turczyk[/h6] Zobacz film nakręcony podczas pożaru mostu: [su_youtube url="https://www.youtube.com/watch?v=MvH6xbx6Fr0" width="800" height="600"] [h3]Wisłostrada i tunel[/h3] Tuż przed mostem Łazienkowskim zbiegamy na Wisłostradę, trasę poprowadzoną wzdłuż rzeki. Mijamy Most Poniatowskiego (tym razem popatrzymy na niego tylko od dołu), a w okolicach Mostu Świętokrzyskiego, tradycyjnie pobiegniemy tunelem - najdłuższym w Polsce. Ma około 900 metrów, powstał w związku z budową Mostu Świętokrzyskiego, ponieważ jego jezdnie zaprojektowano tuż nad poziomem jezdni trasy nad Wisłą. Takie rozwiązanie przyspieszyło przejazd Wisłostradą w obu kierunkach oraz spowodowało, że Świętokrzyski stał się mostem lokalnym, przeznaczonym dla dojeżdżających z Pragi do centrum do pracy. Tunel ma dwie nawy, po trzy pasy ruchu w każdą stronę. Dla biegaczy jego obecność na trasie wiąże się z lekkim zbiegiem, później podbiegiem. Nie jest on jednak bardzo odczuwalny ani uciążliwy. To miejsce klimatyczne, zwykle z ciekawą oprawą muzyczną. Będziemy go mijać za 15. kilometrem. [h6]Tunel Wislostrady - autorstwa Cezary Piwowarski - praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons[/h6] [h3]Park Fontann[/h3] Biegnąc dalej Wisłostradą miniemy Most Śląsko-Dąbrowski, a zanim dotrzemy do Mostu Gdańskiego, w okolicach którego czeka nas podbieg ulicą Wenedów - po lewej stronie miniemy Multimedialny Park Fontann. To miejsce, w którym wieczorami w ciepłej porze roku odbywają się niezwykłe spektakle. Tryskająca woda, kolorowe światła, lasery i muzyka. Warto sprawdzić na stronie parkfontann.pl kiedy i o której godzinie można przyjść i popatrzeć na to widowisko. Podbieg ulicami Wenedów, Zakroczymską i Konwiktorską jest dosyć łagodny. Najbardziej stromy fragment znajduje się na pierwszych 400 metrach, kolejne 600 jest już bardzo łagodne. Do pokonania jest 20 metrów na troszkę ponad kilometrze. Warto jednak pamiętać, że to odcinek za 18. kilometrem i wymęczy nas tak czy siak. Nie będziemy mieli już również zbyt wiele entuzjazmu do rozglądania się na boki. Mimo wszystko - warto, bo trafiamy znów w historyczną część miasta. [h6]Fontanny na Skwerze 1 Dywizji Pancernej. Fot. Adrian Grycuk/Wikimedia Commons[/h6] Zobacz film z Multimedialnego Parku Fontann: [su_youtube url="https://www.youtube.com/watch?v=8kTq6QsD37k" width="800" height="600"] [h3]Sąd Najwyższy i Miodowa[/h3] Za podbiegiem wpadniemy na ulicę Bonifraterską, która poprowadzi nas pod budynek Sądu Najwyższego i Pałac Krasińskich przy Placu Krasińskich. Niestety, najbardziej bodaj malownicza część gmachu Sądu Najwyższego - kariatydy symbolizujące wiarę, nadzieję i miłość - znajdują się z tyłu budynku. Na ich obecność od strony placu Krasińskich, jak pierwotnie planowano, nie zgodził się biskup polowy Wojska Polskiego Sławoj Leszek Głódź. Zaprotestował przeciwko "nagim kobietom" w pobliżu Katedry Polowej Wojska Polskiego. Niewiasty ubrane są w tuniki, jednak biskup nie uznał takiego okrycia za wystarczające. [h6]„Gmach Sądu Najwyższego Rzeczypospolitej Polskiej - kariatydy” autorstwa Wojciecha Muła - praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons[/h6] Na 67 kolumnach budynku umieszczono osiemdziesiąt sześć paremii prawniczych w języku polskim i po łacinie. Ich głównym źródłem były pisma jurystów rzymskich oraz konstytucje cesarskie Kilka paremii zaczerpnięto z rzymskich dzieł literackich, a kilka innych z dawnego prawa polskiego. Wśród nich przeczytamy np.: "Lepiej pozostawić bezkarnym występek złoczyńcy, niż skazać niewinnego", "Działa podstępnie, kto próbuje osiągnąć zysk z cudzego niepowodzenia", "Nikogo nie karze się za jego myśli", czy "Nie należy dawać posłuchu czczym głosom tłumu". [h6]„Warszawa plac Kasińskich” autorstwa Marcin Białek - praca własna. Licencja GFDL na podstawie Wikimedia Commons[/h6] Bonifraterska i Miodowa oraz Krakowskie Przedmieście, gdzie od Kolumny Zygmunta zaczyna się Trakt Królewski, przenoszą nas w czasie. Trafiamy na ulice Nowego Miasta powstałego na przełomie XIV i XV wieku. Kamienice, które zobaczymy odbudowano po wojnie, ponieważ Nowe Miasto zostało w większości zburzone i spalone podczas powstania warszawskiego w 1944 roku. Miodowa była niegdyś ulicą pałaców arystokracji - w czasach Stanisława Augusta było ich 13, do dzisiaj istnieje 7. [h3]Plac Teatralny - meta![/h3] Finiszować będziemy przy ulicy Moliera, u stóp monumentalnego Teatru Wielkiego. W miejscu, gdzie dziś stoi gmach teatru, kiedyś znajdował się kompleks handlowo-usługowy i hotel dla kupców – Marywil. Powstał w czasach Jana III Sobieskiego, a nazwa pochodzi od imienia królowej Marysieńki. Teatr wybudowano w latach 1825–1833 według projektu Antonia Corazziego. Pierwsze przedstawienie odbyło się 24 lutego 1833 r., a był nim „Cyrulik sewilski” Gioacchina Rossiniego. Władze carskie nie zgodziły się na premierę polskiego dzieła. We wrześniu 1939 roku budynek został zbombardowany i w dużej mierze spłonął. Z czasem powstania warszawskiego wiąże się bardzo mroczna historia. Na istniejącej jeszcze widowni i głównej klatce schodowej masowo mordowano polskich cywilów ukrywających się w piwnicach okolicznych budynków. Po powstaniu budynek był partiami wysadzany w powietrze. Przetrwała jedynie wschodnia część fasady, kolumnowy portyk, oraz pomieszczenia na pierwszym piętrze w zachodniej części fasady (sale redutowe). Po II wojnie światowej Teatr został odbudowany w stylu historyzującego socrealizmu i znacznie powiększony. Powstał - jak na tamte czasy - najlepiej zaopatrzony technicznie teatr operowy na świecie. Otwarto go 19 listopada 1965 roku. Obecnie Opera Narodowa to jeden z ważniejszych punktów na kulturalnej mapie stolicy i Polski. Scena o całkowitej szerokości 36,5 m, głębokości 57,6 m i wysokości 34,4 m jest największą sceną operową świata. Z łatwością mogłaby pomieścić mediolańską La Scalę. [h6]Teatr Wielki w roku 1900 - autor nieznany, obraz pochodzi z zasobów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych, oddziału Prints and Photographs division. Wikimedia Commons [/h6] Zobacz również plan mety: Zobacz film z trasy: [su_youtube url="https://www.youtube.com/watch?v=4te91V239e8&feature=youtu.be" width="800" height="600"] Zobacz całą trasę 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego: Materiał powstał na podstawie Wikipedii i Warszawikii. Przeczytaj rozmowę z Markiem Troniną o nowej trasie 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego.
[h6]Mo Farah upada za metą 25. półmaratonu lizbońskiego (22 marca 2015). Ustanowił w tym biegu nowy rekord Europy w półmaratonie. Fot.  EPA/Steven Governo[/h6] [h2]Brytyczyk Mo Farah bije rekord Europy w półmaratonie! W niedzielę zwyciężył w bardzo mocno obsadzonym biegu w Lizbonie, osiągając czas 59:32. Na mecie upadł.[/h2] Od kilku dni mówiło się o tym, że bieg w Lizbonie będzie szybki. To jedna z najszybszych tras na świecie i aktualny rekord świata w półmaratonie został ustanowiony właśnie tutaj. Biegnie się niemal cały czas wzdłuż oceanu, nie ma żadnych wzniesień, a powietrze jest świeże i lekko wilgotne. Organizatorzy półmaratonu zgromadzili na starcie niezwykle mocną czołówkę i wydawało się, że Farah może mieć problemy nawet z wejściem do pierwszej piątki. Jego dotychczasowy rekord życiowy wynosił równe 60:00, ale został uzyskany na nieregulaminowej trasie. Co więcej, w biegu tym Brytyjczyk przegrał z Kenenisą Bekele. W Lizbonie wśród rywali miał aż sześciu szybszych biegaczy. Najmocniejszym z nich na papierze wydawał się 28-letni Kenijczyk Stephen Kibet, z życiówką 58:54. Rywalizacja okazała się fascynująca. Przez długi czas na czele biegł za zającem Kenijczyk Micah Kogo, legitymujący się czasem 59:07. W połowie biegu oderwał się od rywali i miał nad Farahem 12 sekund przewagi. Brytyjczyk rozegrał jednak wyścig bardzo dobrze taktycznie, podobnie jak robi to na bieżni. Przyspieszenie Kogo w połowie dystansu było zbyt mocne i gwałtowne. Farah przeczekał zryw i potem stopniowo doganiał Kenijczyka. Na dziewiętnastym kilometrze byli ponownie razem. Na samym finiszu mistrz olimpijski na 5000 i 10 000 merów pokazał pazur i z łatwością oderwał się od rywala. Wpadając na metę, zaplątał się w taśmę i... upadł! Było to jednak już za matą pomiarową, więc wynik w żaden sposób nie został wypaczony. 59:32 to nowy rekord Europy, lepszy od poprzedniego, należącego do Hiszpana Fabiana Roncero - 59:52. Mo Farah jest jedynym w historii biegaczem, rekordzistą kontynentu na dwóch zupełnie różnych dystansach - 1500 metrów oraz w półmaratonie. Oznacza to, że dysponuje zarówno szybkością, jak i wytrzymałością, aby skutecznie rywalizować na swoich koronnych dystansach - 5000 i 10 000 metrów.
Mistrz olimpijski na dystansie 1500 metrów, Kenijczyk Asbel Kiprop, podczas mityngu w Kenii ustanowił najlepszy tegoroczny wynik na świecie na dystansie 800 metrów - 1.44,4.
Fot. Freepik.com Triathlonowy sezon startowy zaczyna się w Polsce w maju, a kończy w ostatnich dniach września. I jest to najbardziej optymistyczna wersja zakładająca łaskawą aurę. Zarówno pierwsze, jak i ostatnie zawody obarczone są dużym ryzykiem skrócenia trasy pływackiej. Lecz nawet wtedy pozostaje nam pięć krótkich miesięcy, kiedy możemy cieszyć się rywalizacją i efektami długiego okresu przygotowań. Nic dziwnego, że pojawia się pokusa jak największej liczby startów, a wraz z nią pytanie o optymalną częstotliwość. Odpowiedź zależy w dużej mierze od stopnia wytrenowania oraz sportowego stażu. Zawodnicy trenujący od lat łatwiej poradzą sobie z rozchwianym częstymi startami programem treningowym, dłużej również będą w stanie znosić trudy sezonu. Podstawowym kryterium będzie jednak dystans, na którym chcemy rywalizować. [h3]Sprint[/h3] Najkrótszy wyścig, lecz największa intensywność. Bardzo ważna w procesie regeneracji jest w tym przypadku rutyna okołostartowa. Prawidłowa rozgrzewka i późniejsze rozluźnienie pozwala na znacznie szybsze nabranie sił do kolejnych zawodów. Zawodnicy wyczynowi potrafią wystartować nawet dwukrotnie w trakcie weekendu, amatorom zaleca się minimum tydzień przerwy. Z powodu krótkiego czasu wysiłku powrót do treningu jest możliwy bardzo szybko. [h3]Olimpijka[/h3] W krótkiej perspektywie pozwala nawet na start co tydzień. W dłuższej wymagać będzie od 2 do 4 tygodni przerwy. Zbyt częste uczestnictwo w zawodach może powodować efekt rozregulowania treningu związany z częstymi przerwami regeneracyjnymi. Biorąc pod uwagę wymagany czas odpoczynku, trudno nam będzie zmieścić w kalendarzu więcej niż 3 do 5 imprez tego typu. Podobne zastrzeżenia dotyczą również popularnego u nas dystansu ¼ Ironman. [h3]Ironman 70.3[/h3] „Połówka” wbrew pozorom nie będzie wymagać od nas wiele większej wstrzemięźliwości od dystansu standard. Maksymalna liczba startów waha się tu od 2 do 5, więc całkiem podobnie. Zmienia się jednak dający się przewidzieć scenariusz naszych wyników. Dłuższy okres odpoczynku powoduje skrócenie dostępnego czasu na trening. Również większe zmęczenie na mecie kolejnych zawodów kumuluje się wraz z czasem. Spodziewajmy się więc powolnego spadku potencjału. Maksymalna częstotliwość startów zawiera się w szerokim zakresie od 3 do 8 tygodni, uzależnionym od naszego poziomu wytrenowania i sportowych oczekiwań. [h3]Ironman[/h3] Powoli mijają czasy jednego startu w sezonie na tym dystansie wśród amatorów. Coraz większa ich liczba decyduje się na kolejny w tym samym roku, często z powodzeniem. Zaleca się minimum tydzień bez treningu po pierwszej imprezie oraz przygotowania do kolejnej z założeniem nieprzekraczania 80% zwyczajnej objętości. Amatorzy z krótkim stażem powinni podchodzić do pomysłu „dubletu” z dużą ostrożnością, zostawiając tę opcję na kolejne sezony. Minimalna przerwa między startami to 6-12 tygodni, a więcej niż dwa starty w sezonie mogą się odbić czkawką w kolejnych latach. Planując zapisy, powinniśmy brać także pod uwagę lokalizację zawodów. Powrót samolotem z drugiego końca świata lub kilkusetkilometrowa podróż samochodem znacznie wydłuża czas powrotu do pełnej formy. Bądźmy realistami w ocenie naszego talentu, możliwości i wytrenowania. W przypadku częstych startów warto rozważyć również opcję różnicowania priorytetów. Nie lubię określenia „start treningowy” w rozumieniu występu na pół gwizdka. Możemy jednak wybierać pewne określone zadania do wykonania w trakcie tych mniej ważnych zawodów. Może być to koncentracja na jednym z etapów lub nauka przebywania w konkretnej, niższej niż zwykle strefie wysiłku. To uczy dyscypliny i nieodpuszczania przy zachowaniu sił na najważniejsze weekendy sezonu.
Advertisment ad adsense adlogger