fbpx
Barbara Janiszewska

Ludzie > Elita biegaczy > Ludzie > Trening > Strefa kobiet

Barbara Janiszewska była Szarapową swoich czasów

Barbara Janiszewska

Barbara Janiszewska. Fot. East News

“Była kwintesencją Europejki – jasnowłosa, z ogromnymi błękitnymi oczami, trochę skandynawska, trochę wschodnia. Do tego taki seksowny styl, te chusty a la Audrey Hepburn, te sukienki z lat 60…”

“…Mama była dość silna, szczególnie mocno miała zbudowane nogi, więc dobrze się trzymała na wirażu. Dlatego była tak dobra na 200 m” – Łukasz Nowicki opowiada o swojej matce, Barbarze Janiszewskiej, kiedyś jednej z najlepszych polskich biegaczek.

Łukasz Nowicki – ma 40 lat, prowadzi w TVP 2 „Pytanie na śniadanie”, grał w kilkunastu serialach telewizyjnych (m.in. 39 i pół), dubbingował kilkanaście filmów (m.in. Buzz Astral w Toy Story II i III), dzięki bieganiu schudł 20 kilogramów. Żona Łukasza, to Halina Mlynkova – piosenkarka, znana z Brathanków. Ojciec – Jan Nowicki – to znany aktor.

Barbara Janiszewska, matka Łukasza – znana też pod nazwiskami Lerczak i Sobotta – była jedną z czołowych polskich sprinterek lat 50. i 60. Była siedemnastokrotną mistrzynią Polski na dystansach 100, 200 m i w sztafecie. Miała 27 rekordów kraju. Zdobywała medale na ME – dwa złote i dwa brązowe. Trzykrotnie startowała w igrzyskach olimpijskich. W Melbourne (1956) bez sukcesu, w Rzymie (1960) była piąta na 200 m, a w sztafecie 4 razy 100 m zdobyła brązowy medal. Pół roku przed igrzyskami w Tokio (1964) zerwała ścięgno Achillesa. Wystartowała jednak zajmując szóste miejsce na 200 m. Gdyby nie kontuzja pewnie miałaby medal. W sztafecie nie pobiegła – trener postawił na młode – Ewę Kłobukowską i Irenę Kirszenstein (później znaną jako Szewińska), a sztafeta zdobyła złoty medal. Janiszewska zmarła równo dziesięć lat temu – 21 listopada 2000 r. w Krakowie. Miała 64 lata.

Artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu z numeru listopadowego Biegania z 2010 roku.

Wojciech Staszewski: Jaka jest jednostka odwagi?

Łukasz Nowicki: – Chodzi ci o kilogram?

Właśnie. W akcji „Gazety Wyborczej” – „Od wagi” – zrzuciłeś 20 kilogramów w trzy miesiące!

– Ale to akurat nie ma nic wspólnego z odwagą, tylko ze zdrowym rozsądkiem. Akcja powinna raczej nazywać się „Do wagi”, bo od marca do czerwca tego roku ważyłem się codziennie.

A powiedzieć sobie „Muszę coś ze sobą zrobić”, to nie jest odwaga?

– Ja lubię swoje życie i lubię siebie. Samoakceptacja ma ogromne plusy, ale też z tego powodu długo nie dokonywałem żadnych zmian. Żyłem z kochającą kobietą, z kochanym synem, w fajnej rodzinie dokonując absolutnej destrukcji swojego organizmu.

To tak, jak nie domykają ci się drzwi w łazience – nauczysz się je domykać kolanem. Albo spłuczka nie działa – trzeba ją docisnąć. Z moim ciałem było tak samo, nauczyłem się z nim żyć. Nikt nie wierzy mi, że ważyłem 101 kilo, bo 10 kg udało mi się ukryć. Nosisz za duże ciuchy w ciemnej tonacji, to wyszczupla. Żadnego wpychania koszulki w spodnie, odpowiednia marynarka. Wszyscy myślą, że jest w miarę ok – facet ma lekką nadwagę, ale ma temperament, jest uśmiechnięty, taki fajny misio. Ale tylko ty wiesz, ile cię kosztuje wejście na trzecie piętro. Że coraz mniej możesz. Że nie widzisz penisa w czasie sikania. Że na plaży musisz cały czas chodzić z wciągniętym brzuchem. Wczoraj robiłem badania i pierwszy raz w życiu mam BMI w normie – 25. A trzydzieści lat, od początku podstawówki, zmagałem się z nadwagą, zawsze byłem misiowaty.

Nie chcę wypytywać Cię o dietę…

– Ja w ogóle nie stosowałem diety! Do kawy używam słodzika, przestawiłem się na colę zero, mniej solę i nie jem po 18. To cała moja dieta. Oprócz tego jem normalnie, piję normalnie.

W pierwszym tygodniu akcji dostałem dietetyczkę z Viatlia.pl. Miałem sobie robić pięć pudełek z jedzeniem. To ludzi zniechęca. Bo nie mają czasu, pieniędzy, a przede wszystkim to deprawuje ich szczęście życiowe. Dzień wcześniej musisz myśleć, co zjesz następnego, dnia. Sorry, ja mam miliard rzeczy na głowie, żeby się takimi pierdołami zajmować. Z rozpiski wynika, że masz zjeść dwie rzodkiewki albo 100 g sandacza. Co masz zrobić z pozostałymi rzodkiewkami z pęczka albo resztą ryby? Następnie musisz to przygotować, Halina powiedziała, że ma to w dupie i ma rację. Są firmy, które przygotowują i dowożą, ale to kosztowne. Więc miałbym wracać wieczorem i zamiast być z synem, z którym się w ogóle nie widuję w dzień, miałbym godzinę stać przy kuchni i robić sobie jedzenie? Przez ten pierwszy tydzień szykowałem sobie kapustkę z marchewką, podduszałem rybkę, ścierałem jabłka. Pyszne rzeczy, odkrycia smakowe. Ale potem bierzesz te pięć pudełek: na godzinę 8, 12, 14 itd. Ja ktoś siedzi w biurze, to wsadzi sobie do lodówki, podgrzeje w mikrofalówce. A ja się cały czas przemieszczam. Zdarzało mi się, że jadłem zimną rybę z ryżem w samochodzie na parkingu pod telewizją, bo mi akurat wypadło, że mam zjeść obiad, a nie miałem dostępu do kuchenki. Byłem nieszczęśliwy, wkurzony. Po tygodniu stwierdziłem, że to pieprzę. Ale ustaliłem zasady: nie jem po 18., jem duże śniadanie i porządny obiad koło 16. No i bieganie.

Pierwsze kroki?

– Przez pierwszy miesiąc nie biegałem. Robiłem spacer na bieżni koło 5-6 km na godzinę. I trenowałem na orbiteku, bo nie obciąża stawów kolanowych, a dodatkowo ćwiczą ręce. Plus rowerek, trochę ćwiczeń mięśni brzucha. Po miesiącu pomyślałem – spróbuję trochę przebiec. Najpierw truchtałem 9 km na godzinę i po 500 metrach miałem dość, musiałem przejść w marsz. Czułem się, jak w stanie agonalnym – kolka, tętno 170. Bakcyl pojawił się po miesiącu, kiedy byłem w stanie biec kilka kilometrów. A potem stopniowo przyspieszałem, do 10, 11, a ostatnio 12 km/h. Zwiększa się szybkość, bo organizm tego ode mnie wymaga. Jeżeli biegnę 11, to się czuję, jakbym stał w miejscu, a jeszcze dwa miesiące temu dyszałem jak ogar.

Drugi krok?

– Kupujesz fajny sprzęt do biegania, wrzucasz tam kilkaset utworów. I nagle masz czas, żeby posłuchać muzyki. Jednego dnia odsłuchuję utwory Haliny, poprawiam teksty. Nazajutrz biegam z muzyką filmową, podróżuję między „Piratami z Karaibów”, „Roninem”, a „Gladiatorem”. Następnego dnia słucham mocnego rock’n’rolla. Jadę na siłownię, czasem mi się nie chce, ale myślę: „Fajnie będzie, posłucham sobie muzyki”. Biegałem nad morzem na Majorce. Plaża pusta, kończysz bieg, wskakujesz do wody, żeby się wykąpać i wracasz do hotelu, kiedy wszyscy wstają. Albo w Kazimierzu Dolnym o ósmej rano, pobiegłem ścieżką do Męćmierza. To było jakbym się znalazł w innej miejscowości – nie z deptakiem, na którym jest milion ludzi, tylko pustka i lekka, poranna mgła. Albo wieczorem, zachód słońca nad Wisłą z odpowiednią muzyką – to sytuacja na poziomie orgazmu. Niesamowite przeżycia, do których bieganie jest tylko pretekstem. Ale wolę biegać na bieżni w siłowni. Boję się o plecy, bo mnie pobolewają przy bieganiu na asfalcie.

Nie przesadzasz?

– Pojechałem do Czech na święta Wielkanocy i pierwszy raz pobiegałem po asfalcie. Obiegłem całą wioskę, zimno, mgła, wróciłem w ekstazie emocjonalnej. Położyłem się, zawołał mnie syn, gwałtownie się odwróciłem. Musiałem być pospinany i coś mi strzeliło w plecach. Trzy dni leżałem na podłodze, bo musiałem leżeć na twardym. Zrobiłem rezonans, okazało się, że mam przepuklinę dwóch kręgów. Nie wiadomo, czy to od biegania, czy jakaś zaszłość od siedzenia w samochodzie. Ale wiem, że nieprzemyślane uprawianie sportu może zrobić krzywdę. Staram się unikać biegania w plenerze.

Ale nie rzuciłeś biegania.

– Imperatywem było nie bieganie, a schudnięcie. Dalej bieganie jest tylko środkiem – do poznawania innych miejsc, do trzymania wagi, do tego, żeby się lepiej czuć. Bieganie samo w sobie, to dla mnie żaden fun, tylko zmęczenie. No może rzeczywiście trochę cieszy przekraczanie swoich granic.

Kiedy zwykle biegasz?

– Kiedy mam czas. Dlatego za pół godziny musimy skończyć rozmowę, bo to jedyna szansa, żebym dziś zrobił trening, zanim będę musiał zjawić się w telewizji. A nie chcę odpuszczać, biegam pięć razy w tygodniu. Nie ćwiczę w weekendy, chociaż w sobotę i niedzielę byłem z synem na grzybach, po cztery godziny chodziliśmy.

Długo biegasz? Bo tłuszcz zaczyna się porządnie spalać dopiero po pół godzinie…

– Ja jestem żywym dowodem na to, że tak nie jest. Nigdy w życiu nie biegałem dłużej niż pół godziny! Mój organizm został najwyraźniej zaprogramowany na 80 kilo. Niezdrowym trybem życia zdegradowałem go doprowadzając się do 100 kilo. Ruch przywraca naturalną wagę.

Niedawno byłem na Kamczatce, wspinaliśmy się na wulkan. Jedzenie było okropnie niezdrowe – Rosjanie nam przygotowywali sałatki majonezowe, dużo, tłusto, do tego wódka. Wróciłem i okazało się, że przytyłem tylko jeden kilogram. A teraz byłem cztery dni na kajakach. To jest trochę sportu, ale jak się jedzie w 16 kolegów, to robi się więcej imprezy niż ruchu. Do tego mielonki tyrolskie, browary, campingowy styl życia. Tu mi przybyło – cztery kilo. Zważyłem się w poniedziałek. Trzy treningi – i cztery kilo spada! W czwartek wróciłem do swoich 80 kilo. Ja już teraz nie chudnę. Organizm doszedł do swojej wagi. Gdybym chciał bardziej schudnąć, musiałbym przejść na dietę. Ale wolę raczej dopakować, bo mi została rozciągnięta skóra.

Jesteś sportowcem?

– Absolutnie nie. Prowadzę się absolutnie niesportowo: palę, piję kawę, prowadzę niehigieniczny tryb życia. Chociaż zostałem prezenterem, prowadzę życie artysty. A z drugiej strony zawsze czułem się sportowcem. Jestem synem lekkoatletki, pracowałem w redakcji sportowej, w wieku 18 lat byłem zapasowym komentatorem skoków narciarskich na olimpiadzie w Lillehamer, gdyby się z Jerzym Mrzygłodem zerwała łączność, to ja bym wszedł na wizję. Jako bierny sportowiec jestem mistrzem świata, to największa pasja mojego życia. Trochę się to przekłada na wspinaczkę, na rower. W przyszłym roku jedziemy do Macedonii, byliśmy już w Albanii, w Czarnogórze, w tym roku na Peloponezie. Zapieprzasz 70 kilometrów na rowerze, zmachasz się, a wieczorem wszystko możesz robić – nawpieprzać się krewetek, chleba z oliwą, wypić 10 piw i wszystko jest ok. Jest sport, jest kondycha i jednocześnie jest rock’n’roll. Można wszystko. Jeździli tam też motocykliści, jak ja im współczułem. Oni nam współczuli, kiedy trzeba było podjeżdżać dwie godziny pod górę, a oni mogli śmignąć w kilka minut. Ale ja im współczułem, że wrócą z tej wyprawy grubsi o ileś kilogramów. Przestałem grać w piłkę, bo się boję kontuzji. Do trzydziestki graliśmy co tydzień, ale teraz co drugi ma zerwane ścięgna, stłuczenia. Sport ma mi w czymś pomóc. Ja go wykorzystuję.

Nie kusi cię bieg, półmaraton?

– Na razie nie. Może kiedyś półmaraton zrobię, przy moim trybie życia, to będzie mój pułap.
To trochę tak, jak aktorzy amerykańscy: dres, 10 kilometrów i powrót do domu. Nie treningi, tylko jogging, połowa szczuplejszej Ameryki to robi. Dla wschodzącego słońca, widoków, ładnych dziewczyn, które cię mijają, muzyki – z tysiąca powodów. Lubię to po prostu.

Lubię też efekty, jakie to przynosi, nie tylko wydolnościowe. Ja mam 35 lat i innego faceta w sobie. Wydaje mi się, że wpadł do mnie na długie odwiedziny inny Nowicki, a teraz się go w końcu pozbyłem. Nogi mam teraz szczupłe, na rękach pojawiły się żyły, widać ścięgna. Halina mówi: nie miałeś tego, nie znałam tej kości. Po ośmiu latach małżeństwa ma innego faceta. Są minusy – np. garderoba, chyba że masz 20 tys. na koncie. Muszę wymienić dokładnie wszystko. W lecie nie było problemu, bo podkoszulki są tanie, jakieś dżinsy też, ale katastrofa pojawia się teraz. Albo nic nie ma, albo kosztuje dwa tysiące. Okazuje się, że nie masz żadnej kurtki, płaszcza, ciuchów narciarskich. Koszulki do biegania kupiłem L, a kiedyś chodziłem w XL-kach. Tyle że teraz już noszę M-kę.

Twoja żona – Halina Mlynkova – ma coś wspólnego ze sportem?

– Halina jest nowoczesna. Je dużo sałatek z rucolą i avocado i chodzi na jogę.

Dlaczego się śmiejesz?

– Ja tego nie kumam, bo ja jestem wieśniak. Na tej jodze bym zwariował, umarł z nudów. Wolę chamskie zmęczenie, tak jak chamskie jedzenie – kiełbasę z musztardą albo flądrę w panierce, a nie jesiotra pokapanego sosem kolendrowym przystrojonego miętowymi krzaczkami. Wyciągnąłem Halinę kilka razy na bieganie, ma jakieś problemy z kolanami. Ale tak naprawdę, to ja lubię być na bieganiu sam. Słucham muzyki, robię co chcę, to mój czas.

Ojciec – Jan Nowicki – uprawia sport?

– W tej chwili już nie, bo ma 71 lat. Ale kibicuje ogląda wszystkie mecze. Ostatnio razem oglądaliśmy ten mecz z Portugalią, jak Krzynówek strzelił tę bramkę z daleka. Jest w radzie nadzorczej Wisły. I grywał kiedyś w tenisa.

A mama – Barbara Janiszewska – skończyła karierę sportową na dziewięć lat przed twoim urodzeniem.

– Ale jak miałem sześć-siedem lat, to już zdawałem sobie sprawę z tego, kim była. Mama może przez to, że była z Poznania przechowywała wszystko: buty, w których zdobywała medale, koszulki z opisem Sztokholm, Tokio, Rzym. Od dziecka się tym bawiłem, robiłem sklepik z medalami. Wory tego były.

Nagrań wideo oglądać nie mogłeś, bo nie istniały odtwarzacze.

– Ale były miliony zdjęć. I zeszyty z wycinkami. Babcia była przeciwniczką sportu, powtarzała mojej mamie „Sport to mord”, ale wklejała wszystkie wycinki prasowe o mamie do zeszytów. Pamiętaj: dziś moja mama jest zapomniana, a ojciec to znany aktor Jan Nowicki. Wtedy było odwrotnie! To mama go wprowadziła do Piwnicy pod Baranami, to mama go poznała z Piotrem Skrzyneckim, to mama była kimś. A Jan Nowicki był młodym aktorem, który zagrał w „Tangu” Mrożka i kobiety się w nim kochały – ale tylko tyle.
A mama w Rzymie została Miss Olimpiady…

Barbara Janiszewska

Barbara Janiszewska. Fot. East News

Taka była piękna?

– To była Szarapowa tamtych czasów. Była kwintesencją Europejki – jasnowłosa, z ogromnymi błękitnymi oczami, trochę skandynawska, trochę wschodnia. Murzyni musieli szaleć na jej punkcie. Do tego taki seksowny styl, te chusty a la Audrey Hepburn, te sukienki z lat 60.

Mama była dość silna, szczególnie mocno miała zbudowane nogi, więc dobrze się trzymała na wirażu. Dlatego była tak dobra na 200 m, lepsza niż na setkę, gdzie jej brakowało dynamiki. W Rzymie w trakcie olimpiady, mama idzie na ulicy i patrzy, a tu Gregory Peck. Większość ludzi by się obejrzało i tyle, a mama podeszła, zaczęli rozmawiać. On mówił, że właśnie kręci „Rzymskie wakacje” z Katherine Hepburn. Mama, że właśnie startuje na olimpiadzie. Poprosiła o zdjęcie, nie było aparatu, ale trafił się jakiś sportowiec z Nowej Zelandii. Zrobił zdjęcie, wziął adres i rzeczywiście je przysłał, mam teraz w szufladzie fotografię mojej mamy z Gregory Peckiem. Mam też zdjęcie mamy z Fidelem Castro przy okazji meczu Polska-Kuba. Z wieloma osobami. Poprzez sport poznawało się świat, ludzi. Mama miała o czym opowiadać. Sport był szansą na wyjeżdżanie. To był główny bodziec do treningów. Pieniędzy oni nie zarabiali, mama za brązowy medal w Rzymie dostała lodówkę – kremowa, włoska, piękna, 20 lat nam służyła. Dzisiaj są takie znów modne, zaokrąglone w stylu retro.

Jak się rodzice poznali?

– Ojciec zobaczył mamę na basenie. Wyszła z wody, fest baba, ociekająca wodą, a on powiedział do Jurka Cnoty, tego co grał takiego wąsatego zbójnika w Janosiku, a z którym wtedy pili wódkę na tym basenie: „To będzie matka mojego dziecka”. Oni siedzieli we dwóch, a wokół mamy było sto osób, ona była gwiazdą na Wiśle. Tyle że w Krakowie nie było sportowców, byli artyści z Piwnicy pod Baranami. Pamiętam, jak byłem mały w domu zawsze siedział albo Jerzy Jarocki, Jerzy Bińczycki, albo Jerzy Stuhr. Nasze życie toczyło się u Michała Ronikera, z Piotrem Skrzyneckim. Rodzice żyli ze sobą ze cztery, pięć lat, burzliwie zapewne. Szczegółów nie znam, bo nie chciałem. Pamiętam ojca w domu, pamiętam, jak mu podpieprzyłem pieniądze z portfela, który leżał na stole, bo dostałem wtedy lanie. Tak, ojca pamiętam z powodu lania. Nie pamiętam ojca przed telewizorem, w skarpetkach, z papierosem. Pamiętam, że zawsze byliśmy z mamą sami, więc musieli się rozstać jak byłem bardzo mały. Nigdy już potem nie było w jej życiu mężczyzn. Bywali goście, ale nie wyczułem nigdy dwuznacznej sytuacji. Mama miała trzech mężów, myślę, że wtedy podjęła decyzję, że wystarczy, skupmy się na dziecku, na sobie. Nigdy mamy nie wypytywałem, jak blisko była ze Zbyszkiem Cybulskim, chociaż wiem, że była z nim bardzo blisko. Mam całe pudło jej listów do Cybulskiego. Nie mogę do tego zajrzeć, bo ona przecież patrzy na mnie z góry i jeszcze by mnie opierdoliła. Chociaż kiedyś pewnie zerknę.
Mam setki zdjęć z przystojnym Reiferem Johnsonem, amerykańskim mistrzem olimpijskim, ze wspólnych treningów. Ale czy oni byli parą, czy byli przyjaciółmi – nie wiem, nigdy o to nie pytałem.

A gdzie mama pracowała po skończeniu kariery?

– Wiem, że przez dwa lata mieszkała w Grenoble, była tam hostessą na olimpiadzie zimowej. Perfect mówiła po włosku. Pamiętam, że czytała włoskie pisma kobiece, ja je oglądałem jak cudeńka, wąchałem papier. Kiedy wróciła do Polski, poszła na historię sztuki i funkcjonowała w Krakowie w środowisku artystycznym. Świat sportu był bardzo blisko świata sztuki. A mama szczególnie szła w tę stronę. Były u nas zawsze stare meble, np. ta bieliźniarka. Ja w tę stronę podświadomie idę, kupuję stare biurka. A potem się z tego środowiska wycofała, bo miała małe dziecko. Niań wtedy nie było. Mama, którą ja znałem, pracowała w konserwacji zabytków i miała dużą nadwagę.

Prowadziła też kawiarnię.

– Przez blisko 10 lat. Kawiarenka przy małej scenie na Sławkowskiej nie przynosiła prawie żadnych zysków. Miała być miejscem spotkań przyjaciół, znajomych, krakowskiej bohemy. To się częściowo udało, krakowski AWF tam urządzał spotkania. Ale mama musiała zamykać o 18., bo przychodzili aktorzy na spektakl i kawiarenka zmieniała się w bufet teatralny.

Pamiętam, że miałem przy kawiarence swój biznes – przynosiłem pepsi. Szedłem do delikatesów, w wielkim koszyku przywoziłem skrzynkę pepsi w wąskich butelkach i miałem z tego jakiś zarobek. Kawiarnia zabierała mamie dużo czasu i dawała też dużo wolności. Mama była kinomanką, kiedy podrosłem, kończyła pracę i szła do kina, dzień w dzień. Potem się stała telemanką, oglądała wszystkie transmisje sportowe i filmy, publicystykę. W dodatku telewizyjnym zaznaczała, co chce oglądać i liniami zaznaczała godziny, jak przełączyć kanały. Niestety temu towarzyszyły papierosy i kawa. Czytała niewyobrażalne ilości gazet. Była tak oczytana, że wolałem z nią nie podejmować żadnych tematów, bo było mi wstyd.

Ja się wyprowadziłem w wieku 17 lat. Została jej kawiarnia, kino, przyjaciele i samotność.

Sportu zero?

– Mama miała przepuklinę, tarczycę, cukrzycę, problemy z nogami po zerwanym Achillesie. Jedna noga była cienka, a druga olbrzymia. Była bardzo schorowana, dlatego tak wcześnie odeszła. Jak miała 52 czy 53 lata pojechaliśmy na mały stok do Rdzawki. I mama nie mogła zjechać. Drżały jej nogi, wywracała się. Byłem nastolatkiem, nie rozumiałem tego, mówiłem: „Mama, co ty wyprawiasz, wstyd mi przynosisz”. Ostatni raz widziałem wtedy mamę w sytuacji związanej ze sportem.

Sport to mord?

– Nigdy się nie dowiemy, co oni zażywali. Kwestia dopingu zaczęła się w latach 70. W czasach mamy nie było tego tematu, nikt niczego nie podejrzewał. A lekarz przynosił worek lekarstw, odżywek, witamin. Ale z drugiej strony wielu sportowców z tamtego okresu trzyma się świetnie. Szczupli, wyprostowani, w świetnej formie. Myślę raczej, że ona zapłaciła cenę za swój charakter. W styczniu, pół roku przed ostatnią olimpiadą zerwała ścięgno Achillesa na treningu na stadionie Warty. Opowiadała, że huk był przy tym taki, że „wypierdoliło jak z działa”. Po takiej kontuzji przy ówczesnym poziomie medycyny nie wracało się do sprawności. Jeśli się miał szczęście, mógł normalnie chodzić. Wrócić do sportu, to cud. A w pół roku wrócić do takiej formy, żeby pojechać na igrzyska, zakwalifikować się do finału i zdobyć szóste miejsce na 200 m? To niemożliwe. A mama to zrobiła. I za to zapłaciła cenę. To było za szybko, noga się nie wyleczyła do końca i nie wróciła do sprawności.

A cukrzyca, tarczyca, nadwaga?

– Pewnie za bardzo przytyła w ciąży. Pewnie nie prowadziła zdrowego trybu życia, pewnie za dużo jadła. Kraków to nie jest zdrowe miasto, to papierosy, alkohol, bohema, dym. Całe moje dzieciństwo to dym. W Piwnicy pod Baranami nie widziałeś twarzy człowieka stojącego przed tobą. Pamiętaj, że wtedy funkcjonowała jeszcze Skawina, huta Sendzimira. Myśmy mieli dwie czarne skarpetki zamiast płuc.

Jak mama umarła?

– Nagle. Dostałem telefon, byłem w Warszawie. Bardzo się cieszę, że już mnie to nie czeka i współczuję wszystkim, którzy mają to przed sobą. Ten telefon, który czeka w zasadzie każdego z nas, to definitywny koniec dzieciństwa.

Miałeś 26 lat.

– Byłem bardzo młody, to za wcześnie na stratę matki. Po dwóch godzinach to do ciebie dociera i nadchodzi niewyobrażalna rozpacz. Po pogrzebie zaczynasz się z tego wygrzebywać. Śmierć to rozpacz dla nas, którzy zostali. Zaczynasz sobie przypominać swoje błędy. Jezu, powiedziałem to, a już tego nie odkręcę, mam to i to niezałatwione.

Skąd ta twoja rezerwa do biegania? Bo sport to mord?

– Nie. Sport mnie tak nie kręci. Dostałem od trenera pasek mierzący tętno, ale nie chcę wskakiwać na wyższy poziom. Musiałbym zrezygnować z używek. Poza tym ja prowadzę ogólnie sportowy tryb życia. W lipcu jadę do Mongolii, nie będę tam jeździł samochodem, tylko konno. Jak jestem nad morzem, to nie siedzę na plaży, tylko pływam. Uwielbiam spacerować, chodzić.

Mam Cię! Sport jest dla Ciebie jeszcze jedną używką, tylko zdrową?

– Tak. I przynosi efekt. Przy konsekwentnym bieganiu jest nieprawdopodobny efekt. Przez trzy miesiące bez żadnej diety można zrzucić kilkanaście kilo. Wzmocnić nogi, kondycję.

Dwa lata temu wchodziłem na Kilimandżaro, ból nóg był nie do wytrzymania. W tym roku wchodziliśmy na podobną górę na Kamczatce i prowadziłem grupę przez śnieg.

Jeździliśmy na rowerach, dwa lata temu w Albanii musiałem wprowadzać rower pod każdą górę. Dlatego rok temu wymyśliłem Mołdawię, bo tam jest płasko. A teraz na Peloponezie gdzie są duże góry, koledzy podjeżdżali pick-upami, autobusami, a ja jechałem bez problemu. Wysiłek musi być, ale bez cierpienia. Tego nie wytrenujesz żadnym sportem. Kondycję daje bieganie, reszta to dodatki.

Wojciech Staszewski, “Moja mama była Szarapową tamtych czasów”, Bieganie, listopad 2010

mm
Wojciech Staszewski

Podoba ci się ten artykuł?

4.2 / 5. 6

Przeczytaj też

Jeszcze nie jest za późno, by rozpocząć treningi przed biegami wirtualnymi w ramach 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego. Szczególnie na tych najkrótszych dystansach. Poznaj rady dla początkujących biegaczy. PORADNIK WERONIKI Weronika Zielińska, trenerka lekkiej atletyki, […]

Pięć rad na „piątkę” – ostatni tydzień do startu na 5 kilometrów

Już w najbliższą sobotę uczestnicy pobiegną na kultowej trasie, na której narodziła się M LIGA (ex Mała Liga). Jesteśmy pewni, że tak jak dla kolarzy, również dla biegaczy ta trasa stanie się jedną z ich […]

M LIGA CROSS RUN po raz pierwszy na otwockim MERANIE!!!

Hard Dog Race Poland po raz czwarty w konkurencji Base, czyli na dystansie 6 km z 16 przeszkodami już za nami. Impreza, której hasłem jest „sześć nóg, dwa serca, jedno zwycięstwo” odbyła się w ostatnią […]

Hard Dog Race w konkurencji Base za nami!

Już niespełna 2 tygodnie pozostały do wyjątkowej edycji 42. PZU ORLEN Maratonu Warszawskiego. Dla wszystkich, którzy wezmą udział w biegu czy to po ulicach Warszawy czy wirtualnym, mamy specjalną transmisję z poradami naszych ekspertów. Jak […]

Transmisja live: “Ostatnie szlify przed startem”

Salomon to jedna z najbardziej znanych i cenionych marek wśród fanów terenowego biegania. Takimi modelami, jak choćby doskonale wszystkim znany Speedcross, który stał się legendą pomimo, że niedawno wyszła dopiero jego piąta edycja, wzbudza zaufanie […]

Przebój wśród butów terenowych? Poznajcie Salomon Wildcross – test

Pomylenie trasy biegu może zupełnie odebrać ochotę do dalszej rywalizacji. Jednak nawet w sytuacjach pozornie beznadziejnych nie warto się poddawać. Świadczy o tym przykład Andrzeja Leończyka z rozegranego w niedzielę 37. Półmaratonu Szlakiem Walk nad […]

Przebiegł półmaraton mający 22,7 km, dobiegł jako 5. i stanął… na 2. miejscu podium!

Dzieciaki biegają. Fot. East News

Wśród biegaczy panuje powszechne przekonanie, że wczesna specjalizacja i rozpoczęcie treningów w młodym wieku zwiększa szanse zawodnika na sukces w kolejnych latach. Jak twierdzą autorzy badania opublikowanego w European Journal of Sports Science, jest… zupełnie […]

Trenujesz w młodym wieku? Możesz ograniczać swój potencjał!

Wraz z sezonem jesienno-zimowym powiększa się oferta Salomona w rodzinie “crossów”. Do sklepów właśnie trafia Wildcross wykorzystujący najnowsze materiały i technologie zapewniające pewność w błotnistym terenie. Tym samym klienci francuskiej marki będą mogli wybierać w […]

Przyczepność w każdym terenie. Wildcross dopełnia ofertę Salomona